
Pierwsze dwa miesiące 2026 roku przyniosły kilka naprawdę świetnych serialowych pozycji. Jednak było też wiele rozczarowujących zapychaczy, które zapowiadały się nieźle, a wyszła z tego kiepścizna. Zapraszam na krótki serialowy przegląd.
Aktorzy z Gry o Tron
Czy jest jeszcze nadzieja dla obsady adaptacji oryginalnej serii Georga R.R. Martina? Mało jest projektów, w których jakoś specjalnie by się odnaleźli. Co ciekawe, panie radzą sobie chyba nawet gorzej niż panowie. Dwie osoby z obsady znajdą się w poniższym rankingu, ale chcę wspomnieć o dwóch innych, które wciąż są uważane za wielkie nazwiska, a jedna z nich dostaje kolejne projekty, które z brakiem jakiegokolwiek wdzięku topi.
Sophie Turner – Skok (Steal) – (Amazon)
Jeszcze przed obejrzeniem tego serialu przeczytałem, że Sophie Turner jest tutaj męską odpowiedzią na Bruce’a Willisa (prawdopodobnie w „Szklanej Pułapce„, ale nie wiem na pewno, czy taka była myśl). Sroga odklejka, a jak się później okazało, taki wniosek można było wysnuć tylko po pierwszym odcinku, bo to on (bardzo) delikatnie przypominał to, co przytrafiło się Johnowi w święta Bożego Narodzenia. Ogólnie Turner ciągnie ten nie najlepszy serial w dół. Jest po prostu fatalna w każdej scenie ze swoim udziałem. A więc taka sama, jak jest na co dzień. Nie wiem, czy znam drugą równie antypatyczną aktorkę – tak zapatrzoną w siebie, przeświadczoną o swoim talencie i nie pracującej nad swoimi mankamentami.
Emilia Clarke – Ponies – (SkyShowtime)
Sztampowa karykatura szpiegowska, ukazująca stereotypową po amerykańsku przerysowaną Rosję w czasach zimnej wojny. Słaba historia i bardzo słaba gra aktorska. Clarke jest nieprzekonująca, gra jedną miną, bez jakichkolwiek aktorskich popisów. Fabularnie praktycznie stoimy w miejscu. Amerykański wywiad jest fatalny, decydenci w Waszyngtonie skrajnie niekompetentni i tak dalej, i tak dalej. Jest całe zatrzęsienie o wiele lepszych produkcji tego gatunku i podobnego typu. Skoro już tyle razy ktoś zrobił to lepiej, to po co wciskać taki półprodukt i jak można liczyć, że ktoś go specjalnie doceni?
Garść rozczarowań
Siedem zegarów Agathy Christie (Agatha Christie’s Seven Dials) – (Netflix)
Ktoś nieczujący ducha powieści Agathy Christie i niewiedzący o co chodzi w kryminałach postanowił, że jednak się za to weźmie. I tak oto powstał ten mini-serial (trzy odcinki) pozbawiony tempa i ikry. Nużący i nieangażujący seans. Były może dwa momenty, w których już prawie można było poczuć nadzieję, że może jednak będzie dobrze, ale koncertowo to spaprano. Oczekiwałem być może nowej kryminalnej serii, ale to jednak jest Netflix i tu ambitne projekty zdarzają się od wielkiego dzwonu. „Siedem zegarów” to bezpłciowy, miałki produkt uwłaczającyt królowej kryminałów.
Wojna królestw (War of Kingdoms)
Niemiecka produkcja, mająca być wariacją na temat legendarnego „Pierścienia Nibelunga”, przedstawiona z perspektywy Hagena. Jest to odcinkowe rozszerzenie filmu z poprzedniego roku. Brzmi co najmniej nieźle, jednak wykonanie jest absolutnie koszmarne. Beznadziejne dark fantasy, w którym nic się nie dzieje, i w którym razi po oczach tania scenografia oraz niezwykle mała liczba statystów. Tak jakby nie starczało budżetu, ale chciano niskim kosztem pokazać coś epickiego i wielkiego samymi tylko opowieściami o wielkości. Strasznie irytujący seans, o którym nie można powiedzieć jednego dobrego słowa. Koszmarne przebitki i strasznie marna gra aktorska. To wszystko składa się na niemiecką katastrofę.
Zabójcza przyjaźń (His & Hers) (Netflix)
Może nie jest to duże rozczarowanie, bo i oczekiwania żadne, ale wspominam z kronikarskiego obowiązku i żeby ostrzec przed oglądaniem. Bo naprawdę nie jest to ani trochę dobry serial. Dwa dość duże nazwiska – a więc Tessa Thompson i Jon Bernhal – wypadają blado. Zwłaszcza ta pierwsza gra na ćwierć gwizdka. Scenariusz słabiutki, plot twisty robione na siłę. Jeden z gorszych seriali początku roku, ale ogólnie te dwa miesiące nie obfitowały w bardzo dużo hitów. W zasadzie można to odpalić, ale co najwyżęj żeby leciało gdzieś w tle, bo wartości za dużo w tym nie ma.
Jedna pozycja z grudnia
Mroki Tulsy (The Lowdown) – (Disney Plus)
Ten serial zadebiutował w Polsce już po świętach Bożego Narodzenia, ale kilka dni w jedną lub drugą stronę nie robi wielkiej różnicy. Jest to serial bardzo Coenowski, z abstrakcyjnym humorem i bohaterem tak bardzo niebohaterskim, jak się tylko da. Nieco lżejsza wariacja na temat „Lebowskiego”. Fajnie wygląda relacja protagonisty z córką. Para ciapowatych ochroniarzy biblioteki kradnie show w każdej scenie, w której mają coś do powiedzenia. Można porządnie się ubawić. Nie jest to sztampowa historia, jest nawet dość brutalnie i krwawo. Ostatecznie solidna, warta nadrobienia pozycja.
Właściwy ranking
Miejsce 9. O krok za daleko (Run away) – (Netflix)
Tutaj jest już sporo lepiej niż przy rozczarowaniach. Z plusów: znośna rola ojca desperacko poszukującego swojej córki i kilka ciekawych zwrotów akcji. Niestety są też ogromne minusy. Gdzieś w internecie można znaleźć scenę z panią antyterrorystką, która delikatnie rzecz mówiąc, nie jest najbardziej sprawna fizycznie, a jej wątek w ogóle jest temu serialowi niepotrzebny. Przerysowani, dziwnie krwiożerczy antagoniści również nie pomagają. Dobrze w roli śledczego wypada znany z „Harryego Pottera” Alfred Enoch. „O krok za daleko” to serialowy średniak, ale przynajmniej nie męczy.
Miejsce 8. Laleczka (Girl taken) – (SkyShowtime)
To jest kolejna pozycja z jedną z osób z „Gry o tron”. Alfie Allen jako absolutny psychopata wypada doskonale. Jednak problemem tego serialu jest to, że końcówka psuje wszystko, co zapowiadało się bardzo dobrze. Nie jest to klasyczna historia o porwaniu i przetrzymywaniu młodej dziewczyny. Serial skupia się raczej na relacji po uwolnieniu, na tym jak wrócić do życia i jak to życie zmieniło się pod nieobecność porwanej. Są trzy momenty wzruszające, w których główne bohaterki – siostry – wypadają super przekonująco. Jest też bardzo dobrze zbudowana relacja z nieco oschłą matką, która czasami mówi tak okrutne rzeczy, że aż ciężko w to uwierzyć. Minus za śledczych, którzy niewiele robią. Ogromny minus za zakończenie przedostatniego odcinka i cały ostatni. Oprócz wyżej wspomnianych plusów jest jeszcze jeden za rolę okrutnie zmanipulowanej żony antagonisty. Mógł to być serial wielki, jest niezły z tragicznym zakończeniem.
Miejsce 7. Z Belfastu do nieba (How to Get to Heaven from Belfast) – (Netflix)
Czarna komedia, w której epizod gra Michelle Fairley (Caitlyn Stark z Gry o tron). Sporo Irlandzkiego klimatu, irlandzkich krajobrazów i wiele abstrakcyjnego humoru. Jest lekko, komicznie, panuje dość duży chaos. Do obejrzenia i zapomnienia, ale mimo wszystko serial daje satysfakcję i trzyma przez cały czas równy poziom. Ciekawe, oryginalne kreacje aktorskie i sprawne dialogi wynoszą tę produkcję na poziom taki, by znaleźć się w tym rankingu. Dodatkowy plus za kilka komediowych perełek. I choć scenariusz jest raczej słabą stroną, to czasami można przymknąć na to oko.
Miejsce 6. Muzeum niewinności (Masumiyet Müzesi) – (Netflix)
Zaskakująco dobry turecki serial na podstawie dzieła noblisty Orhana Pamuka. Brakuje mi tutaj właściwie tylko lepszego pokazania Stambułu i panującej tam atmosfery ,co jest ważną kwestią w twórczości pisarza (a dziwi to o tyle, że współtworzył on scenariusz). Poza tym jest wszystko: kwestia emancypacji kobiet, przemian kulturowych, świata show-biznesu. Jednak przede wszystkim jest to długoletnia, rozciągnięta na ponad dekadę saga o dwójce ludzi z ich różnymi perypetiami, wzlotami i upadkami. Rozczulająca, wzruszająca, zmuszająca do refleksji. Tak powinno wykorzystywać się wielkie dzieła literatury – z pietyzmem i rozwagą. Serial jest długi i ma dość powolne tempo, ale czasem warto sięgnąć po coś tak spokojnego i czułego. To kultura wysoka przeniesiona na mały ekran.
Miejsce 5. 56 dni (56 days) – (Amazon)
Serial trochę za długi i dodatkowo z bardzo słabą płaszczyzną w teraźniejszości, gdzie śledczy nie robią prawie absolutnie nic, a w nich samych nie ma za grosz charyzmy. A jednak kiedy przenosimy się 56 dni w przeszłość, to można tu znaleźć kilka ciekawych wątków. Ogólnie jest to thriller erotyczny z kilkoma naprawdę efektownymi zwrotami akcji i zmianami narracyjnymi, gdzie przez długi nie wiadomo, kto jest ofiarą, kto złoczyńcą i do czego to wszystko doprowadzi. W sumie ciekawe studium tego, jak można człowieka osaczyć i doprowadzić na skraj całkowitego załamania, a także o tym, jak w dziwnych okolicznościach może urodzić się uczucie. Nie jest to serial doskonały, ale ma swoje bardzo mocne momenty, i co najmniej dobrą grę aktorską dwójki głównych bohaterów. Nie ma w tym ogromu ambicji, ale jest po prostu solidnie.
Miejsce 4. Zdemaskowani (Unfamiliar) – (Netflix)
Pozostałe cztery pozycje znacząco wyprzedzają poziomem całą resztę. To są produkcje bardzo dobre lub wręcz wybitne. Pierwsza z nich to serial niemiecki. O szpiegach i walce wywiadów. Bardzo dobra intryga, bardzo dobrze budowane napięcie i absolutnie genialna muzyka, która zostaje w głowie na długo po seansie. Można czepiać się kilku głupotek, ale ogólnie ogląda się to rewelacyjnie. Można znaleźć tu kilka perełek, kilka ciekawych rozwiązań oraz wartką akcję. To może być jeden z kandydatów do najlepszego serialu Netflixa w całym roku. Naprawdę Niemcy dali tutaj kawał solidnego szpiegowskiego kina i potrafili dobrze zakamuflować zwroty akcji.
Miejsce 3. Fallout – (Amazon)
Pisałem o tym w recenzji. Świetnie bawiłem się na tym serialu. Twórcy weszli na wysoki poziom artyzmu, a w niektórych scenach przeszli samych siebie. Dla mnie pozycja obowiązkowa z tych pierwszych dwóch miesięcy. Nie żałuję ani jednej godziny spędzonej z tym serialem. Tydzień w tydzień otrzymywałem wystarczającą dawkę emocji związanych z tym cudownie popapranym światem.
Miejsce 2. Rycerz siedmiu królestw (A Knight of the Seven Kingdoms) – (HBO)
O tym serialu na FSGK powiedziano już wszystko. Ja dołożę tylko kilka zdań. Po pierwsze doskonały casting, zwłaszcza do roli Jaja. Nie można było sobie chyba wymarzyć lepszego aktora. Po drugie doskonałe kostiumy, bijące na głowę większość produkcji fantasy ostatnich lat (z „Wiedźminem” i „Pierścieniami Władzy” na czele, ale tu poprzeczka akurat leżała na ziemi, a może była nawet delikatnie wkopana). Po trzecie humor. W tak krótkich odcinkach udało się zmieścić mnóstwo śmiesznych tekstów. Jak choćby dialog o tym, że Jajo jest niski a Dunk głupi czy próba wytłumaczenia sensu śpiewanej sprośnej piosenki. „Rycerz siedmiu królestw” jest dokładnie tym, czym miał być. Tak powinno przenosić się na ekran lekkie opowiadania. Bez zadęcia i udawanej wielkości. Tak swego czasu powinien być potraktowany „Hobbit”. Jako coś lekkiego w świecie, w którym oryginalna historia przytłacza swoją monumentalnością i zawiłością. Nie rozumiem tylko, czemu miała służyć początkowa rubaszność. Otwarcia zarówno pierwszego jak i drugiego odcinka niepotrzebnie zdominowały dyskusje o całości tych epizodów. Jednak ogólnie to była bardzo przyjemna cotygodniowa przygoda z doskonałym serialem fantasy.
Miejsce 1. Nocny recepcjonista (The Night Manager) – (Amazon)
Powrót po dziesięciu latach. I to powrót w wielkim stylu. Tom Hiddleston w roli „prawie Bonda”, którego zagrania nigdy mu nie zaproponowano. Przez większą część sezonu jest lepiej niż dobrze, później w przedostatnim odcinku mamy niepojący spadek formy, by w finale dostać epizod, który być może będzie najlepszym pojedynczym serialowym rozdziałem w całym roku. Zbudowano napięcie, zwroty akcji następowały jeden po drugim. Nie było wiadomo, w którą stronę to wszystko pójdzie. Były zdrady, traumatyczne wyznania, zaskakujące śmierci. Ogólnie cała podróż głównego bohatera jest wspaniała. To jest najlepszy możliwy thriller szpiegowski robiony w stu procentach na poważnie, z obłędnymi kreacjami aktorskimi. Nie ma tutaj specjalnego naciągania i nieprawdopodobnych historii. Mnie osobiście nie spodobało się rozwiązanie rodem z „Gorączki” (kto mnie zna, ten wie, że nie cenię tego filmu), gdzie dwóch bohaterów w samym środku rywalizacji na śmierć i życie spotyka się na słodkie pogaduchy. Aktorsko takie sceny zawsze są popisowe, ale nikt mi nie wmówi, że jest w tym jakaś logika. Ostatecznie w najważniejszym momencie „Nocny recepcjonista” absolutnie dowozi, co czyni go według mnie najlepszym serialem początku roku.
Nagroda publiczności: Wonder man – (Disney plus)
Moje zainteresowanie serialami spod szyldu MCU drastycznie spadło. Podobno jest to serial inny niż wszystkie i osobliwie podchodzi do roli superbohaterów. Nie wiem, ale może są jacyś wierni fani, którzy wciąż oglądają wszystko ze stajni Marvela. Ja odpadłem i sięgam do tego koszyczka sporadycznie i już bez większych oczekiwań. Nie podnieca mnie na przykład wizja „Avengers: Doomsday”. Jeśli mógłbym wybrać tylko jeden z filmów, które będą puszczane w grudniu tego roku, to ponad przygody odkurzonego Roberta Dwoneya Jr. wybrałbym absolutnie trzecią część Diuny. „Wonder man” to pozycja, o której tylko informuję, oddaje więc głos publiczności.
Wyrzut sumienia: Branża (Industry) (sezon 4) – (HBO)
Nie załapałem się na oglądanie „Branży” na bieżąco, a nie miałem czasu, by teraz nadrabiać trzy sezony pod rząd. Żałuję, bo podobno jest to produkt z wyższej półki. Może jeszcze kiedyś się do niego przekonam i wsiąknę jak w „Sukcesję”. Tutaj chyba nie jest aż tak dobrze, choć naczytałem się mnóstwa pozytywnych opinii.









Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]