
SithFrog
Znacie ten tekst o dwóch wilkach, które żyją w każdym z nas? Jeden to zło, a drugi dobro, jeden to brak, a drugi nadmiar itp. Cechy dowolne, byle przeciwstawne, żeby powiedzieć jakąś prawdę o nas, która u jednych wywoła głębokie refleksje, a u innych zażenowanie banałem. We mnie też dziś żyją dwa wilki. Jeden urodził się w latach osiemdziesiątych XX w., jest sentymentalny, emocjonalny i czasem łatwo go złapać na przynętę z nostalgii. Drugi widział w życiu tyle filmów i seriali, napisał tyle tekstów, że mniej lub bardziej świadomie podchodzi z zimną głową do tego, co ogląda. Analiza, rozkładanie na czynniki pierwsze, dostrzeganie wad i zalet.
Piszę o tym dlatego, że tak naprawdę mam ochotę napisać dwie recenzje… ale spokojnie, tekst będzie jeden. Po prostu w zależności od spojrzenia – ostatni, piąty sezon „Stranger Things” jawi się jako dwie zupełnie różne produkcje.
Wilk pierwszy
W ramach przygotowań do premiery całej piątej serii obejrzałem jeszcze raz pozostałe sezony i byłem zaskoczony. Trzeci i czwarty sezon podobały mi się dużo bardziej niż za pierwszym razem, a czwarty pięknie dopełnił opowieść i jednocześnie dał nam najlepszy czarny charakter w serialu. Mowa rzecz jasna o Henrym/Vecnie. Jamie Campbell Bower jest niesamowity w tej roli i nieważne, czy ma na sobie tonę charakteryzacji jako Vecna, czy przechadza się w swojej ludzkiej formie. Na pewno absolutnie najjaśniejszy punkt w przedostatniej porcji serialu.
Całość (1-4) stworzyła naprawdę świetną historię i wielki nostalgiczny festiwal dla obecnych 30- 40- i 50-latków, ale też zainteresowała masę dzieciaków i nastolatków. Były wady, nie wszystkie małolaty wyrosły na dobrych aktorów/dobre aktorki, czasami pojawiały się niepotrzebne wątki, niepotrzebne postacie czy dramatycznie zły odcinek w drugim sezonie, który był jakby z zupełnie innej produkcji (kto widział, ten od razu wie). Widać było jednak serce i wysiłek włożone w ten serial. Dodatkowo każdy sezon nawiązywał do znanego horroru sprzed lat. Pierwszy to mix „Obcego” i „To”, drugi stawia na akcję i więcej przeciwników („Obcy – decydujące starcie”), trzeci to ewidentnie body horror („Coś„, „Mucha”), a czwarty nie kryje się z nawiązaniami do „Koszmaru z ulicy Wiązów”. Jako hołd – wspaniałe.
Dlatego nie potrafię nie docenić twórców za emocjonalny rollercoaster, jaki mi zafundowali. W piątym sezonie, na który czekaliśmy (zdecydowanie!) za długo, jest masa wzruszeń, pojednań, niezłych scen akcji, a bohaterowie co rusz wpadają w jakieś tarapaty. Na pewno ostatnia odsłona jest bardzo nierówna i dość łatwo podzielić ją jakościowo, bo dokładnie tak była emitowana. Pierwsze cztery odcinki pojawiły się pod koniec listopada i to moim zdaniem najciekawszy rozdział finału. Rozstawiamy pionki na planszy przed ostatecznym starciem, bohaterowie wiedzą, że ostateczne zwycięstwo/porażka są tuż za rogiem, a ostatnia scena czwartego odcinka to prawdziwy „mózgotrzep”, który tylko drażni zmysły i domaga się dalszego ciągu już teraz, natychmiast!
Dalszy ciąg pojawił się jednak dopiero 26 grudnia i… ojej. Nie chcę zdradzać szczegółów fabuły, ale kolejne trzy odcinki to (poza wspomnianym z 2. sezonu) najsłabsze odcinki „Stranger Things” w historii, z taką kulminacją, że ręce nie mają gdzie opadać. Scena, która powinna być ważna i poważna, wypadła dramatycznie źle i minutę po premierze stała się memem, ale o tym później.
Ponad dwugodzinny finał dostaliśmy w Nowy Rok i od strony emocjonalnej całkiem nieźle spiął większość wątków, a także dał nam ostateczny pojedynek i w miarę godne zakończenie historii ekipy z Hawkins. Był na pewno wzruszający, nostalgiczny i słodko-gorzki. Chociaż w zasadzie bardzo słodki z odrobiną goryczy. Na pewno dał mi poczucie spełnienia jako widza i fana serialu od początku, ale też westchnąłem z ulgą, że to już koniec.
Patrząc wstecz nie żałuję, że poświęciłem mu tyle czasu i na pewno będę go pamiętał zawsze, a do niektórych sezonów może nawet wracał. Na pewno zostanie ze mną na zawsze oglądanie kolejnych perypetii bohaterów z moją dorastającą córką i długie dyskusje o tym, co się wydarzyło oraz snucie teorii, co się jeszcze może wydarzyć. Popkulturowy fenomen, który zdobył swoje miejsce w historii telewizji/streamingu.
Wilk drugi
Jeśli miałbym w czterech słowach określić finałowy sezon „Stranger Things”, użyłbym stwierdzenia „przerost formy nad treścią”. Mamy oto serial z budżetem przewyższającym większość hollywoodzkich blockbusterów, który próbuje nas zaszokować skalą, oczarować swoimi pomysłami, wielkimi planami, akcją i strachem o życie bohaterów. A jak wyszło? Ano tak, jakby ktoś wydał wszystkie te pieniądze na efekty, kostiumy, gaże, ekipę filmową i nic już nie zostało na scenariusz.
Dlatego od początku do końca będziemy obserwować schemat: bohaterowie stoją, idą albo siedzą i rozmawiają. Tematy są dwa: wymyślanie nowego genialnego planu albo uczucia i relacje. Dialogi te, najczęściej naprawdę kiepskiej jakości, rozdzielone są scenami akcji, które może i robią wrażenie skalą, ale nie opowiadają historii. Są ozdobnikiem. „Stranger Things” nigdy nie było wybitne w tej kwestii, ale w finale poszli już po linii najmniejszego oporu. Zagrożenie->plan->akcja->rozmowa o uczuciach i proszę zapętlić – mamy to.
Najlepszym przykładem jest odcinek „Ucieczka z Camazotz”, gdzie dwie bohaterki stając twarzą w twarz ze śmiertelnym zagrożeniem i uciekając przed pewną śmiercią, znajdują czas, żeby sobie stanąć i pogadać o życiu, emocjach i rozwoju osobistym. Bardzo mocno i negatywnie wpływa to na tempo opowiadania historii. Sceny planowania podobnie. Mam wrażenie, że było ich co najmniej po 2-3 na odcinek. Bohaterowie (koniecznie w sporej grupie) zasypują nas toną ekspozycji i objaśniania, co zrobią za chwilę i dlaczego. Nie ma w tym żadnego napięcia, żadnej powagi, a idealne rozwiązania sypią się z ust postaci jak asy z rękawa pokerzysty-oszusta.
Kuleje aktorstwo, na szczęście nie wszędzie. Mike, Dustin, Lucas, Hopper, Nancy, Murray czy Robin – aktorzy wcielający się w te postacie wypadają naprawdę dobrze, momentami genialnie. Natomiast moim skromnym zdaniem najlepiej w całym serialu wypadł Jamie Campbell Bower z aktorów i Sadie Sink w roli Max z aktorek. Tę ostatnią uważam za odkrycie braci Duffer i absolutnie najlepszy aktorski popis na przestrzeni wszystkich sezonów, w których się pojawiła. Fenomenalny talent.
Na drugim końcu spektrum mamy Winonę Ryder. Na pewno spora w tym wina scenariusza, który od 3. sezonu nie daje Joyce Byers nic ciekawego do zrobienia poza szwędaniem się po planie z jedną zbolałą miną i powtarzaniem, jak bardzo martwi się o Willa. Nic z tego nie wynika i ciężko się na to patrzy.
Do mamy w tej kategorii dołącza syn William, bo to jego najważniejsza scena pozostanie szczytem „krindżu” w „Stranger Things”. Nie mam zamiaru bić tu w tony „jezusmaria Netlix znów promuje elgiebete”. Ta scena musiała się wydarzyć, od dawna była oczekiwana i twórcy dużo wcześniej zamieścili znaki, że ona nadejdzie. Problem nie jest w tym, że się pojawiła. Problemem jest wykonanie. Gdyby Will miał intymną scenę coming outu z matką, ewentualnie z mamą, bratem i od biedy najlepszym przyjacielem, ale nie. Zrobiono z tego show. Na widowni pojawili się wszyscy bohaterowie serialu i słuchali, jak młody Byers w żenujący i sztuczny sposób dzieli się ze wszystkimi swoją tajemnicą. Ciarki żenady chodzą po plecach tam i z powrotem. Podobno scenę kręcono aż 12 godzin i wykorzystano fakt, że Noah Schnapp (aktor grający Willa) sam jest homoseksualistą. To ja nie chcę wiedzieć, jak wyglądały duble, które odrzucono… Mogła to być kameralna, intymna i piękna scena, zamiast tego zrobiono z niej festiwal żenady, a z orientacji seksualnej super moc. Szkoda.
Dodatkowo Will zrobił to wszystko ze strachu, tak? Bo Vecna go szantażował wizjami jak to zostanie sam jak tylko bliscy się dowiedzą kim jest. Po usunięciu tej przeszkody miał „odblokować pełen potencjał” i… w finale zrobił mniej niż w końcówce 4. odcinka z kilkoma demogorgonami. Nie dość, że scena wyszła groteskowo to jeszcze okazała się nie mieć żadnych konsekwencji…
Swoją drogą miałem zgrzyt (może to kwestia indywidualna), ale wszystkich innych Vecna stawiał przed wizją najbliższych martwych, rozerwanych na kawałki, umierających, z krwawymi dziurami zamiast oczu (choćby Dereka). Groźba bliskich okazujących się homofobami jest przy tym jakaś taka… niepoważna? Domyślam się, że ludzie o orientacji homoseksualnej przechodzą ciężki czas bojąc się ujawnić, ale robienie z tego straszaka porównywalnego z tym, który dostał Derek jest cokolwiek dziwaczne. Dla mnie to są zaburzone proporcje.
Rozciągnięcie serialu w czasie nie pomogło też stronie wizualnej. Bracia Duffer wmawiają nam, że oglądamy dzieciaki podczas ostatniego roku w liceum, a widać, że mamy do czynienia z ludźmi 20+, niektórzy zaraz skończą trzydziestkę.
Dufferowie od początku nęcili nas nostalgią, ale sami wpadają tu we własne sidła. Nie dość, że już drugi raz (pierwszy był w 3. sezonie) próbują zrekonstruować jota w jotę scenę z Velociraptorami z „Jurassic Park”, to jeszcze nie ma ona w tym miejscu żadnego sensu.
Nie rozumiem też, po co produkcji, która ma już tylu bohaterów, dorzucono nowych: Holly, Derek, Dr Kay, Akers. Holly jeszcze od biedy można powiedzieć, że uruchamia cały ciąg zdarzeń w finałowej serii (chociaż to po prostu nudne powtórzenie motywu Willa z pierwszego sezonu), ale reszta? Ozdobniki albo „comic relief”. Po co zatrudniać do znanego tytułu taką gwiazdę jak Linda Hamilton tylko po to, żeby nie miała żadnego większego znaczenia dla fabuły? Niezrozumiałe.
Ostatni odcinek, który trwa tyle, ile film pełnometrażowy, też mnie trochę zawiódł (chociaż w niewielkim stopniu w porównaniu z 5-7), bo ewidentnie twórcom zabrakło odwagi. Nie mówię, że każdy serial ma być drugą „Grą o tron”, ale jakaś dramaturgia, jakaś stawka, jakieś śmiertelne zagrożenie naprawdę mogą budować w widzu strach i niepewność o losy bohaterów. Tutaj tego zupełnie zabrakło.
Bywały też dobre momenty rzecz jasna. Ostateczny pojedynek robi wrażenie skalą, kilka rozmów wypadło szczerze (Steve/Dustin), ale już inne kiepściutko i nienaturalnie (Jonathan/Nancy/pierścionek). Było trochę napięcia, ale jak na epicki finał epickiej historii – no nie poczułem trzęsienia ziemi. Ot, lekki wstrząs przez szkody górnicze. Chociaż jak mówimy o epickości, to „Stranger Things” na pewno jedną rzecz zapożyczyło z „Władcy Pierścieni”. Pożegnanie z bohaterami po ostatniej bitwie trwa jakieś 45 minut i składa się z kilku zakończeń. Po trzecim miałem dość.
Kolejny świetny pomysł pojawia się kiedy Henry mierzy się ze swoim wspomnieniem i Will do niego przemawia. Okazuje się, że w Vecna nie utracił całego człowieczeństwa! Materiał na ciekawy wątek, na jakąś walkę wewnętrzną, na odwrócenie ról i interesujący zwrot fabularny. I co? I nic. W minutę zamykamy temat, bo trzeba wrócić do robienia planów albo do ckliwych dialogów.
SithFrog
Domknięcie historii Hawkins jest co najwyżej średnie, a nawet lekko poniżej średniej. Piąty sezon jest na pewno najsłabszy i po prostu kiepski. Każdy z poprzednich dostawał ode mnie ocenę pozytywną, a tu wyżej niż cztery dać nie mogę. Za dużo rzeczy nie gra, za dużo jest bezsensownego gadania, fabuła nie płynie swobodnie, tylko wygląda jak odhaczanie punktów na liście. Cięcie i kolejny punkt. Nikogo, kto jest fanem serialu, przekonywać do oglądania nie muszę. Na pewno warto, jeśli śledziliście bohaterów na przestrzeni wszystkich tych lat. Wszyscy inni mogą spokojnie ominąć. Nie ma tu – jak na przykład w „Breaking Bad” – finału, który wynagradza nierówność poprzednich sezonów. Jest poprawne zakończenie i nic ponad to. Tak jak pisałem – na pewno wrócę jeszcze do niektórych sezonów/odcinków, ale do piątego? Raczej nie.
Stranger Things (sezon 5)
-
Ocena SithFroga (Wilk pierwszy) - 6/10
6/10
-
Ocena SithFroga (Wilk drugi) - 4/10
4/10
PS Macie swoich ulubionych bohaterów? U mnie (kolejność przypadkowa): Dustin, Max, Robin, Steve, Hopper, Vecna, Eddie, Billy i Dr Martin Brenner. Plus bonusowo pan Ted Wheeler, ojciec Holly, Mike’a i Nancy, o którym wszyscy zapomnieli. O mamę martwili się potwornie, poświecono temu sporo scen, a ojcem (też rannym w starciu z demogorgonem) pies z kulawą nogą się nie interesował. Nieładnie!
Wynurzenia Crowleya
Tradycyjnie już wyjdę na marudę i pana czepialskiego, ale muszę dodać kilka słów od siebie. Zasadniczo zgadzam się z oceną piątego sezonu kolegi SithFroga. Był słabszy od pozostałych, ale nie zakończył się katastrofą, a ostatnie spotkanie z ekipą z Hawkins przyniosło sporo pozytywnych emocji. Zanim zacznę gorzkie żale, z czystym sumieniem pochwalę kilka naprawdę znakomitych momentów. Wrażenie zrobiła na mnie niesamowita sekwencja porwania Holy. Nie tylko doskonale, dynamicznie zmontowana i pełna autentycznej grozy, to jeszcze bardzo brutalna i krwawa. Nie spodziewałem się takiej slasherowej formy i uważam ten moment za najlepiej zrealizowany fragment całego sezonu. Świetnie wypadł moment pod sam koniec, kiedy Vecna prawie oszukał Hoppera swoimi sztuczkami, a także fantastyczna akcja powrotu po Kali w wykonaniu Hoppa. Bardzo podobały mi się niepokojące topniejące ściany w labolatorium – takich nowości brakowało od jakiegoś czasu. Można więc powiedzieć, że „momenty były”.
Niestety pomiędzy nimi znalazło się bardzo dużo złych rzeczy i bardzo źle napisanego scenariusza. Zacznijmy może od słonia w pokoju, czyli niesławnego już wyznania Willa. Można je było zrealizować na kilka sposobów, a Dufferowie wybrali najgorszy, bardzo sztuczny i po prostu nudny. Gdyby na przykład chłopak wyznał prawdę reszcie ekipy od D&D, na co Dustin przybiłby mu piątkę i powiedział, że przecież od dawna wszyscy domyślali się prawdy i nie ma o czym gadać, bo mają do ubicia pewnego lisza – wtedy ta scena nie wybiłaby całej fabuły z rytmu. A tak duża część piątej serii to te nieszczęsne pogadanki, w trakcie których wszyscy wyznają sobie przeszłe winy i rozwiązują problemy osobiste. Nie mam nic przeciwko rozmowom w filmach, ale te dialogi były zbyt rozwlekłe, przeważnie niezbyt dobrze zagrane i przede wszystkim wydarzały się do słownie w środku akcji, zaburzając jej tempo i niszcząc poczucie zagrożenia.
Być może wyszłoby to lepiej, gdyby grali to inni aktorzy, ale wiadomo, że tak się nie dało. O ile Steve, Dustin czy nawet Lucas odrobili lekcje i wypadli całkiem naturalnie, jeszcze lepsza była Max i Robin (ale w przypadku tej drugiej mowa tylko o umiejętnościach Mayi Hawke, bo rola została koncertowo skopana przez scenarzystów), to już na Mike’a i Willa ciężko było patrzeć. Nie mówiąc już o wspomnianej przez SithFroga Winonie Ryder i koszmarnej Millie Bobby-Brown, która gra jedną smutną miną, próbuje być na siłę dramatyczna i jej przypadek bardzo przypomina mi Emilię Clarke, którą po Grze o Tron próbowano lansować na modną aktorkę, ale pewnych braków nie da się nadrobić.
Oczywiście nadmiar bohaterów jest jeszcze bardziej widoczny niż w poprzednich sezonach. Każdy dostał swoje 30 sekund, a przecież nikt by nie płakał, gdyby w finale zabrakło Eriki, pana nauczyciela czy nawet Holy (Vecna mógł porwać przypadkowe dzieciaki, które Max by ratowała). Głupotą było więc dodawanie kolejnych. Rozumiem, że punkt wyjściowy do fabuły został ustalony na koniec czwartej serii i pewnych rzeczy nie dało się zrobić inaczej. Tymczasem aby móc reklamować się znanym nazwiskiem, do projektu włączono Lindę Hamilton, która nie robi w tym serialu absolutnie nic, a wygląda wręcz upiornie. Mało tego – cała ta wojskowa ekipa i jej baza w upsidedown była kompletnie nieprzemyślanym elementem. Wojskowi pojawiają się wtedy, kiedy jest to wygodne dla scenariusza, a kiedy indziej ich nie ma. Służą zresztą tylko za tarcze strzeleckie i przeszkadzajki (jakby międzywymiarowe potwory nie wystarczyły).
Zupełnie nieprzekonujące było zresztą rozwiązanie problemu ostatnich ujęć poprzedniego sezonu. Coś, co zapowiadało się niezwykle dramatycznie, zamknięto stalowymi płytami i jakąś dziwną kwarantanną, która – tak jak soldaty – pojawia się tylko wtedy, gdy jest potrzebna. Z jednej strony mamy jakieś posterunki i odgrodzony teren bramy do zaświatów, z drugiej dzieciaki normalnie chodzące do szkoły i naszą ekipę knującą miesiącami w jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w okolicy. No i grzech największy, jeśli chodzi o budowanie świata: druga strona przestała być straszna. I to jak! Od początku „Stranger Things” przejście do zaświatów było śmiertelnie niebezpieczne, a kraina pełna obcych wynaturzeń. Tymczasem większość piątego sezonu dzieje się właśnie tam i okazuje się, że w upsidedown można sobie normalnie mieszkać, a nawet urządzać tam wycieczki samochodowe. Co prawda jest ryzyko wpadnięcia na demogorgona, ale tylko w pierwszych odcinkach, bo potem nie ma na to czasu. Kiedy część ekipy dociera do laboratorium (którego wspomnianym wojskowym nie chciało się odwiedzić, chociaż kontynuują eksperymenty tam rozpoczęte), macki na ścianach są tylko plastikowymi dekoracjami. Nie ma w nich nic paskudnego i odrażającego.
Nie pomaga tu na pewno fakt, że piąty sezon bardzo cierpi na przypadłość greenscreenozy. Zwróćcie uwagę, że poza krótkimi fragmentami na początku praz tymi w lesie Vecny, praktycznie cała akcja była kręcona w studiu i to udającym ledwie kilka lokacji. W bardzo wielu scenach komputerowo nałożone tła aż kłują w oczy i doskonale widać, gdzie kończą się fizyczne dekoracje, które często straszą plastikowością. Widać to wszystko w sposobie oświetlania scen (ach, te grzmoty podkreślające ważne kwestie wypowiadane przez aktorów!) – nierealne światło otoczenia czy ostre cienie postaci tam, gdzie powinny być rozproszone. Wszystko to bardzo psuło mi immersję, a przecież „Stranger Things” na początku naprawdę wyróżniał się od większości serialowych produkcji naprawdę wysoką jakością i bardzo filmowym wyglądem.
Wiem, wiem – marudzę i wymyślam, a oczekiwałem nie wiadomo czego. Ale tak naprawdę wcale nie. Wiedziałem, że finałowa walka będzie jakąś wariacją marvelozy. I że będziemy mieć milion ckliwych rozmów oraz nadmiar bohaterów. To było łatwe do przewidzenia po poprzednich seriach. Nie myślałem po prostu, że Dufferowie na dokładkę pozbędą się większości atutów, które mieli w rękach. Zostali wyłącznie z bohaterami, których wykreowali na samym początku i tylko dzięki nim dowieźli to wszystko do końca. No bo te dzieciaki, nawet jeśli grane przez już dorosłych ludzi, to nasi dobrzy kumple i fajnie było ich zobaczyć jeszcze raz. Co prawda można to było spokojnie zamknąć w 4, góra 5 odcinkach, uniknąć powtarzania tych samych schematów, snucia planów i kopiowania w nieskończoność tych samych scen, ale tak się nie stało. Myślę, że zadziałały tu jednak korporacyjne mechanizmy i trzeba było dać każdemu aktorowi osobne 5 minut, nikogo przypadkiem nie zabić, zagrać to bezpiecznie, z plastikowym rozmachem w stylu komiksowych superprodukcji. Powtórzono nawet dwa grzechy ciężkie z sequelowej trylogii „Gwiezdnych wojen”, czyli idiotyczny numer z zatyczką lunety, jak żywo zerżnięty ze „Skywalker odrodzenie” (nie dość, że kopiujesz fatalny film, to jeszcze bierzesz z niego absolutnie najgłupszy moment – brawo ty) oraz „odkręcanie” śmierci bohaterów dosłownie sekundę po tym, jak niby zginęli (nie powiem kto i kiedy, ale były dwie takie sytuacje). Na szczęście udało się pomiędzy te głupoty powciskać kilka naprawdę emocjonujących fragmetnów, a ulubionym bohaterom przeżyć tę wielką przygodę, którą w ostatecznym rozrachunku trzeba jednak ocenić na plus. Jako osobny byt, piąty sezon „Stranger Things” broni się bardzo słabo. Jako finał kultowego serialu mógł być znacznie, znacznie gorszy. Oceny nie wystawiam, bo uśredniona nota sithfrogowych wilków wydaje mi się adekwatna.











A ja się nie zgadzam się 🙂
Nie wchodząc przesadnie w szczegóły (bo przecież się nie dopisałem), to ogólne wrażenie po piątym sezonie mam zdecydowanie lepsze niż po poprzednich. Nie wzbudzał mojej frustracji (sezon 3), nie był kompletnie zapominalny (sezon 2 i 4 – o czym to było?), zapewnił mi naprawdę godziwą rozrywkę.
Z gatunkowymi problemami nie będę polemizował, bo… nie mam z nimi problemu. Tzn wiem, że są, że scenariusz leci na łeb na szyję, że wojsko to ołowiane żołnierzyki i Linda Hamilton jest kompletnie bez sensu, wiem że połowa aktorów już nie dowozi (Bobby Brown to autentyczny dramat) a oświadczyny w samym środku dramatycznej sceny są żenujące. Ale mnie to nie bolało, oglądałem sobie i miałem banana na twarzy. Kojarzyło mi się to wszystko z sesją w D&D, gdzie dokładnie tak wygląda akcja – bohaterowie nie umierają, ratują się w ostatniej chwili albo robi to za nich Mistrz Gry (totalnie skojarzyło mi się to z akcją z Nancy i Jonathanem, gdzie wszystko po prostu nagle.. przestało się topić i ich zalewać). Ja gdzieś w tym całym Stranger Things bardziej widzę próbę sentymentalnego odtworzenia klimatu sesji papierowych RPG w formie serialu. I totalnie mi to pasowało, zwłaszcza sezon piąty był naprawdę akuratnie taki, jak wiele moich rozgrywek za nastolatka.
Chociaż oczywiście mam świadomość jak głupie i absurdalne to momentami bywa, że bohaterowie nie mają co robić, że zagrożenie spada do zera, etc, itp. Ale było przecież też sporo dobrego – ot chociażby wypada pochwalić Hoppera który przez cały serial był absolutnie świetny. Tak samo ta nowa Holly, czy powrót Max. CGI było mocno dopracowane, owszem zalatywało studiem, ale też nie do końca rozumiem tych wiecznych zarzutów – moim zdaniem (oraz zdaniem osoby zajmującej się zawodowo animacją i grafiką komputerową, która serial ze mną oglądała) te rendery były zrobione na najwyższym poziomie bogatości. Chcę po prostu powiedzieć, że sezon mnie usatysfakcjonował – bawiłem się przednio.
Co do zakończenia – totalnie je uwielbiam. Nie chodzi mi o konfrontacje z Vecną, ale to co było potem. Nostalgiczne, pomysłowe, emocjonalne. Uważam, że to jedno z lepszych zakończeń seriali w ostatnich latach. Epilog który robi dokładnie to, co epilog w literaturze – ukazuje dalsze losy bohaterów i sentymentalnie puentuję całą historię. Ta sesja poprowadzona przez Mike’a i otwarcie spekulacji w głowach bohaterów to moim zdaniem znakomity pomysł na finał. Lepszego bym sobie nie wymyślił.
Myślę, że to kwestia oczekiwań.
Mnie zawiódł drugi sezon, dlatego na 3 sezon nie miałem oczekiwać i było ok. A osobom które 2 sezon się podobał bardziej, 3 sezon nie podszedł bo mieli wyższe oczekiwania. 😉 Tobie nie podszedł sezon nr 4, więc 5 podszedł bo nie miałeś wysokich oczekiwań.
Oczywiście to prawda. Ja ogólnie nie mam już zbyt dużych oczekiwań co do współczesnych produkcji, a dodajmy do tego, że Dufferowie nie mają na koncie niczego sensownego poza ST. Bez względu na to jak są wylansowani w socialach i mediach głównego nurtu – współcześni twórcy (zwłaszcza ci streamingowi) to grupa twórców na dorobku. Żeby wyrobić sobie wobec nich oczekiwania podobne do np. Scorsese, czy nawet Jordana Peela, to trzeba po prostu poznać więcej owoców ich twórczości.
Dokładnie. A tu się ludzie podniecają byle czym i byle kim. Ten cały Jordan Peel też nie jest zachwycający, po dobrym Get Out dalej się powtarza i nie zrobił już nic ciekawego.
Tak samo Dufferowie. W Stranger Things widać gdzie mają mocne strony a gdzie słabości.
Ostatni sezon był niezły, finał spoko. A ludzie mający problem z coming outem Willa to trochę żenada, owszem scena była z czapy ale że wyjdzie taka homofobia w necie to się nie spodziewałem.
Sama scena była słaba ale jak dla mnie trudno ją porównywać do anorektycznej Nancy Rambo która nie trafia do Guantanamo po masakrze amerykańskich sił zbrojnych lub koncertu absurdu i głupoty w postaci sceny w szpitalu
No, czekałem na ten artykuł, bo totalnie nie zgadzałem się z większością opinii w internecie. I co? I kurde, to chyba najbliższa moim odczuciom recenzja jaką czytałem. xD
Chyba największa różnica, że ja za najsłabszy odcinek sezonu uważam ten 1. Strasznie powolny, za dużo omawiają to co planują zrobić i do tego… totalnie nie tego oczekiwałem. Zakończenie 4 sezonu zapowiadało, że tutaj będzie grubo od samego początku. I już samo przesunięcie w czasie o 1,5 roku, przez które nic się nie działo zupełnie mi nie pasowało.
W następne odcinki wszedłem już z jako taką akceptacją świata przedstawionego, ale ten 1 odcinek u mnie skumulował to rozczarowanie.
Poza tym zdecydowanie największą wadą były dla mnie durne plot armory.
Głównie ten z odcinka 4, gdzie Vecna powinien zabić Willa, Mike’a, Joyce’a i Lucasa, ale on ich oszczędził, a chwilę potem taaak Will odkrył że ma moce. Nie mogę zrozumieć głosów zachwytu tą sceną, dla mnie była ona żartem z logiki. Kolejne plot armory to odcinek 5, gdzie Vecna mógł zabić Max w 1 sekundę ale oczywiście dał czas Willowi na wtrącenie się. Do tego scena z Nancy i Jonatanem z 6 odcinka, już mają umrzeć i nagle magicznie „budyń” zastyga. A no i Hopper w 1 odcinku, demogorgony zabijają wszystkich tylko nie ich. Oraz Wheelerowie w 2 odcinku, oraz cała ekipa z 6 odcinka, gdzie Karen ich jakimś cudem ratuje… Jak ona to zrobiła, jak wrzuciła ten pojemnik do pralki jak tam demopsy były? I tak, w poprzednich sezonach też trochę plot armoru było (Jonatan w 1 sezonie spokojnie mógł zginąć zanim Nancy strzeliła do demogorgona, Hopper mógł zostać zabity przez tego ruska podczas ich pierwszej walki a zostawił go tak o…), ale tutaj no przesadzili grubo.
Kolejną wadą był marny scenariusz, w czym zgadzam się z sithfrogiem. Ale najgorsza nie była dla mnie scena Willa (która do momentu rozmowy z samą Joyce od biedy dawała radę), a scena z Nancy i Jonatanem, którą chyba pół internetu opacznie zrozumiało i aż Dufferowie musieli ją tłumaczyć w wywiadzie. Dialog piękny, ale no nie wyszedł zgodnie z planem. Bo poza tym wiele dialogów zbędnych (połowa rozmów Robin z Willem do wyrzucenia, tak samo Steve i Dustin – scena z przytuleniem dobra, ale wiele wcześniejszych słabych). Steve vs Jonatan też słabo wychodziło. Generalnie odcinki był za długie, chyba reżyserzy mieli już zbyt wysoką pozycję i nie dali sobie wcisnąć kogoś z batem kto kazałbym im skrócić każdy odcinek o 15-20 minut. Ze szkodą dla serialu. Zresztą 4 sezon również miał momentami ten problem).
Do tego kilka kwestii samego działania świata przedstawionego było dla mnie po prostu… niezrozumiałych.
Czemu ściany budynku robił się jak budyń, a Jonatan i Nancy byli cali? Czemu ten głupi plan Lucasa z 5 odcinka zadziałał?
Zgadzam się też, że było za dużo bohaterów, że nauczyciel fizyki był zbędny pod koniec
(w ogóle przecież jak już jedenastka wróciła to mogła sama znaleźć Dustina i resztę). Hopper to jak dla mnie powinien zginąć w 3 sezonie (w 4 sezonie nie byłoby wątku rosyjskiego, Joyce jeździłaby z Willem, Jonatanem i Mikiem, a Murray miałby wolne do 5 sezonu). Ok, ta scena z ostatniego odcinka z nim i jego wizjami była dobra, ale poza tym… Sama koncepcja zwiadów była głupia, co uwydatnił przedostatni odcinek. Po co ładował się do tej ciężarówki, jak mogli po prostu odsłaniać płyty i przechodzić w dowolnym miejscu? xD
To, że aktorzy dorośli bardziej niż postacie mi nie przeszkadza. Serio, nie wygląda to aż tak źle, po prostu mamy dysonans bo wyglądają inaczej, ale Mike i Will poza tym że wyrośli w górę nie wyglądają mi wcale jakoś mocno na dorosłych. Bardziej mi za to przeszkadza aktorka grająca Holly – 14 latka grająca 10-latkę, która powinna mieć 7 lat, ale twórcy zrobili oficjalny biedo recton… I jej odmłodzenie polegało głównie na ubieraniu ją jak tej 7-latki właśnie.
I generalnie ten wątek Holly chyba najmniej mi podszedł, chociaż fajnie że
dali więcej czasu ekranowego Max. Ale też tam namieszali, jak działa to więzienie umysłu już nie wiadomo, do tego przeszłość Henry’ego liźnięta, ale tak o niedbale.
W ogóle mam wrażenie że ta scena to było takie igranie z widzami,
którzy odkupienie Vecny obstawiali już dawno temu. I dostali takie „o chyba będzie tak jak myślałem! O jednak nie, kurde”. Zresztą podobnie oceniam scenę spadającego Steve’a, którego wiele osób obstawiało przed premierą do odstrzału.
Aktorsko nie wiem czy się zgodzić. Myślę, że Noah zagrał dobrze to co miał zagrać. To co było złe, to wina scenariusza a nie aktora. Zresztą Winona Ryder podobnie, MBB, chociaż nie oceniam jej jako wybitnej aktorki, to myślę że też dostaje wciąż przykaz od scenarzystów by grać tak samo – robić mroczne miny jak używa mocy a przy rozmowach z ludźmi grać jakby była społecznie nieogarnięta… bo w sumie przez dzieciństwo trochę jest. Nawiązując – tak jak wy – do Gry o Tron – jak z Kitem Harringtonem, któremu od 2 sezonu kazali grać jedną miną to grał jedną miną. A w pierwszym sezonie dostał nawet sceny w których się śmiał, i o dziwo zagrał w nich normalnie. 😉
Mimo tych wszystkich wad oceniam sezon pozytywnie, 6/10, podobny lub trochę gorszy poziom niż sezony 2-4 (bo 1. to było 10/10 dla mnie). Gdzie ja jestem naprawdę krytyczną osobą i większość filmów, seriali i książek to chyba oceniam negatywnie ostatnio. 😉
Zastanawiam się, czy napisać coś jeszcze o plusach, ale to chyba i tak za długi komentarz już jest. Więc skrótowo:
+ Ostatnia scena była bardzo dobra, generalnie te sceny po ostatniej akcji wyszły dużo lepiej niż w 4 sezonie, chociaż też mogły być trochę krótsze.
+ Reszta ekipy znowu była aktywna i robiła swoje nie czekając na zbawienie w postaci 11 (co wyszło najlepiej w 3 i 4 odcinku).
+ Porwanie Holly – wzrosła stawka dla Mike’a i Nancy;
+ Dustin przeżywający śmierć Eddy’ego – koniec z żartami w stylu „Watergate”, dobrze to pasowało do ostatniego sezonu, który miał być mroczniejszy.
O nie… dałem j zamiast i w
. xD Da się to jakoś poprawić, wrzucić nowy komentarz a ten usuniecie? xD
Poprawione. 😉
Na początku chciałbym powiedzieć że w ogóle nie spodziewałem się recenzji ST na FSGK.pl 😲. Przechodząc do tematu kilka moich osobistych spostrzeżen na temat ostatniego sezonu
Mocne strony:
– Niektóre rozmowy o uczuciach i więziach bohaterów (np. Mike i Holly oraz Steve i Dustin)
– Dobre zarysowanie postaci, ich cech i charakteru bo przecież to jest siłą ST
– Ciepły i szczęśliwy epilog, wprawiający w optymizm, nawet jeśli nielogiczny, bardzo tego w serialach ostatnio brakuje
– Szczęśliwie brak odkupienia dla Vecny, zepsuli mi by tym serial
– Gra aktorska niektórych aktorów zwłaszcza femonemalna Nell Fischer ( Holly) ,Sadie Sink ( Max) i Gaten Matarazzo ( Dustin) , oprócz tego co kontrowersyjne uważam że Noah Schnapp (Will) spisał się dobrze w scenie coming outu i finale a fenomenalnie w finale David Harbour ( Hopper) i Winona Ryder, którzy dostali do zagrania sceny z melodramatow i parodii a naprawdę to udźwignęli
Słabe strony:
– Słabe wprowadzenie w postaci pierwszego odcinku, który uważam za najgorszy w sezonie i koncepcja „zwiadu”, który jest tylko usprawiedliwieniem dla lenistwa scenarzystów
– Toporne dialogi prawdopodobnie napisane z pomocą AI
– Zbyt dużo ekspozycji i wyjaśniania planów, tak się pogubiłem że nie wiedziałem w jakim miejscu toczy się finał
– Demogorgony powstrzymywane przez Szklane butelki, łopaty i nogi 18- latków ale nie przez ciężkie wojskowe karabiny
– Słaba gra aktorska, wyraźny brak motywacji u większości aktorów co może być skutkiem słabej dyrekcji braci duffer ponieważ najgorsi w pierwszej i drugiej części Noah, David i Winona w finale pokazują że jednak umieją grać
– Aktorzy niestety nie pasują wiekiem do postać jakie grają; najgorzej wypadają Millie po botoksie i Caleb ( Lucas) . Aktorom Nancy, Jonathana i Robin kokaina i ozempic także nie pomogły choć jest to mniej zauważalne
– Brak jakichkolwiek konsekwencji dla bohaterów za dosłowne popełnienie zdrady przeciwko swojemu państwu
– Zresztą cały wątek wojskowy z żołnierzami którzy nie przeszliby testu na IQ i całkowicie zmarnowaną Doktor Kay
– Potworne dziury fabularne w planie Vecny, tak samo samą postać ratuje tylko aktor który go gra
– Całkowicie absurdalna scena w szpitalu którą uważam za najgorszą w sezonie
Koniec końców oceniam ten sezon pozytywnie, 7/10 choć bardziej ze względu na nostalgia i optymizm jaki wywołuje u mnie serial i to jak bardzo lubię postaci w nim występujące
ST5 dało się obejrzeć, choć był to najsłabszy sezon. Zakończenie uważam za satysfakcjonujące tzn. mam na myśli wszystkie sceny po ostatniej walce, która sama w sobie była dość groteskowa. Demogorgony wyparowały a kosmogodzilla okazała się podatna na dzidy-samoróby i butelki z benzyną. Całe szczęście, że „uczłowieczenie” i „odkupienie” Vecny, które było o włos, jednak się nie dokonało. Mama Willa wykonała konkretną robotę na koniec, nie było żadnego trzymania za rękę i „wybaczamy ci Henry”. Szacun dla tej pani. W ogóle nie lubiłem Vecny, bo był człowiekiem, był „wytłumaczalny”. Demogorgony to było coś tajemniczego, nieludzkiego. Takie zagrożenie mi wystarczało.
Moim zdaniem serialowi zaszkodził mechanizm, który kazał twórcom co sezon uzupełniać wiodącą obsadę, przez co w ostatnim sezonie bohaterów była już cała hałastra, każdy/a miał coś tam do powiedzenia albo zrobienia przez 2 minuty a najczęściej nie do powiedzenia, tylko do wykrzyczenia. Chociaż ekipa liczyła już KILKANAŚCIE postaci, to jeszcze kolanem dopchnięto 7-latkę w piżamce, graną przed bodajże 13-latkę z głosem 17-latki, co w odbiorze tworzyło bardzo niepokojący miks.
Sith zachwyca się dziewczyną grającą Max. Ok, jest niezła ale jedno jej nie wyszło – zagranie tego, że faktycznie ma się ochotę pocałować z Lucasem.
Ogólnie – dużo, głośno, bombastycznie, kosmicznie, dialogi przerywane seriami z karabinów automatycznych. Będę ten serial zawsze bardzo dobrze wspominał za niepowtarzalny klimat w pierwszym-drugim sezonie, kiedy był bardziej SF/wojsko/eksperymenty niż Koszmarem z Ulicy Wiązów i mieszkaniem w wyobraźni Czarnoksiężnika z Krainy Oz.