Od Redakcji

Redakcyjne podsumowanie roku 2025

Część 2

Zgodnie z obietnicą publikujemy dziś drugą część naszego redakcyjnego podsumowania minionego roku. Przy okazji przyjmijcie życzenia, aby 2026 przynajmniej nie był gorszy od 2025. Jest to też dobry moment, żeby podziękować wszystkim, którzy wspierają stronę, zwłaszcza finansowo. To dzięki Wam FSGK istnieje i funkcjonuje.

kr4wi3c

Grudzień, miesiąc nie tylko podsumowań, ale także podziękowań. Zanim więc przejdę do właściwej części chciałbym podziękować wszystkim naszym Czytelnikom. Za to, że jesteście, czytacie i komentujecie. Zawsze to miło poczytać komentarze, nawet jeśli nie wszystkie są pozytywne.

Film roku – nowe 2025: Nosferatu

W tym roku z obejrzanych w kinie nowości większość mnie rozczarowała. Ciężko więc wybrać jeden konkretny tytuł, który zapadł mi w pamięć, bo dosłownie nic nie nie wyrwało mnie z kapci wywołując efekt WOW. Rozchwalane „Zniknięcia” okazało się co najwyżej przeciętne, „Mickey 17” miał problem z własną tożsamością, a nowa „Naga Broń” nie stała nawet obok klasyków. Jedynie „Nosferatu„, pomimo całej swojej wtórności, okazał się być jakiś. Mroczny, tajemniczy, z typowym wampirem, a nie z karykaturą czegoś na kształt wampira. Przez większość seansu trzymał w napięciu, wbrew pozorom nie przynudzał, a dzięki świetnemu budowaniu atmosfery okazał się być jednym z lepszych filmów o wampirach. Jednakże pomimo świetnej reżyserii, znakomitych lokacji i rewelacyjnego udźwiękowienia w ukazanej historii nie znalazło się nic nowego. Co mam wrażenie jest idealnym podsumowaniem obecnej kondycji kina.

Film roku – obejrzane w 2025: Blade Runner

Kolejny trudny wybór. Tak się jednak złożyło, że w tym roku do kina głównie chodziłem na klasykę kina. Postanowiłem więc wybór w tej kategorii sobie nieco uprościć, wybierając jedynie z tych tytułów, które obejrzałem pierwszy raz w kinie. W sumie to trochę tego było w tym roku. „Akira”, „Szklana Pułapka”, pierwszy „Matrix” czy „Czas Apokalipsy”. W tym wybitnym towarzystwie zabrakło mi tylko „Ghost in the Shell”, ale mam nadzieję, że może jeszcze się uda obejrzeć to cudo w kinie. W każdym razie to właśnie pierwszy, klasyczny „Blade Runner” obejrzany po raz pierwszy na dużym ekranie jest w tym wypadku moim wyborem. Film wybitny, ponadczasowy, który rozpoczął „modę na cyberpunk”.

Serial roku – nowe 2025: Rozdzielenie

Rozdzielenie” to nie tylko jeden z najlepszych seriali sci-fi, ale to także jeden z najlepszych, jakie powstały. Mógłbym go spokojnie zestawić z takimi tuzami jak „Z Archiwum X„, „Miasteczko Twin Peaks„, „Czarnobyl„, „Rodzina Soprano” czy „Dark„. Umiejętnie łączy opowiadanie spójnej historii, sugestywną kreację nieznanego świata z ciekawymi postaciami, głębokimi relacjami, angażującym widza budowaniem napięcia i odsłanianiem powoli tajemnic. Chociaż dla mnie najmocniejszą jego stroną jest specyficzna estetyka.

Serial roku – obejrzane w 2025: Glina

Z racji tego, że na kinowe ekrany wszedł w tym roku nowy film Władysława Pasikowskiego, postanowiłem sobie trochę przed jego premierą nadrobić filmografię tego reżysera. Obejrzałem między innymi „Pitbull. Ostatni pies„, „Jack Strong„, ale także serial „Glina” (dostępny na Showmax), którego nowy sezon (stanowiący kontynuację poprzednich) pojawił się dość niespodziewanie w tym roku. No i cóż mogę powiedzieć? Dla mnie to jeden z najlepszych polskich seriali – a w szczególności kryminalnych – przynajmniej jeśli chodzi o dwa pierwsze sezony, bo ostatni jednak do końca nie dowozi i przez swoją zachowawczość zwyczajnie rozczarowuje. Mocne kino, przeznaczone raczej tylko dla widzów o stalowych nerwach, pokazujące, jak od zaplecza działa wydział zabójstw polskiej policji. Owszem, czasem bywa to nieco przerysowane, ale wciąż oferuje nadzwyczaj brudne, wulgarne i mocno realistyczne spojrzenie na cynicznych gliniarzy, ich brutalną codzienność i nie zawsze proste życie prywatne.

Książka roku – nowe 2025: Muzyka otchłani

Co prawda to nie powieść, a zbiór opowiadań, ale chyba nikt się na mnie nie pogniewa, jeśli lekko nagnę zasady. Tak czy inaczej była to jedna z najlepszych rzeczy, jakie miałem przyjemność przeczytać w tym roku. Autor świetnie potrafi operować piórem, przedstawiając nam historie wciągające i pełne napięcia, od których ciężko się oderwać. Świetnie się bawiłem przy czytaniu i nie jest wykluczone, że za jakiś czas będę chciał wrócić do wybranych opowiadań.

Książka roku – przeczytane w 2025: Ja, Ozzy. Autobiografia

Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się tak dobrej słodko-gorzkiej komedii. Pierwsze rozdziały autobiografii księcia ciemności to niezła jazda bez trzymanki po imprezach, nagraniach płyt, które okazywały się jedną wielką imprezą, po trasy będące jeszcze większą, nigdy niekończącą się imprezą z przerwą na koncerty. To opowieść o rock’n’rollowym życiu, w którym, jak się okazuje, nie wszystko jest jednak jedną wielką zabawą. To także smutna historia o uzależnieniach. Od alkoholu, narkotyków i mam wrażenie, że seksu – chociaż bezpośrednio takie stwierdzenie nie pada. Książkę z grubsza można podzielić na dwie części – radosne czasy przed i z Black Sabbath oraz czasy po Black Sabbath. Z czego ta druga część pokazuje tę bardziej mroczną stronę show biznesu, w którym nie ma miejsca na sentymenty, a jest nieustanna walka o pieniądze. Świetnie napisana książka, lekkim piórem, przez co czytanie idzie bardzo sprawnie. Nim się obejrzałem, już ją skończyłem. Drażniły mnie jedynie momentami straszne skróty i lecenie z historią oby szybciej w drugiej części, która zdecydowanie mniej miejsca w porównaniu z wcześniejszymi stronami poświęca nagraniom kolejnych płyt, a bardziej skupia się na osobistych problemach natury moralnej.

Gra roku – nowe 2025: Clair Obscur: Expedition 33

Chyba bez zaskoczenia. Gra, która w tym roku rozbiła bank na The Game Awards 2025 zgarniając 9 statuetek oraz tytuł gry roku. Przebrnięcie przez nią zajęło mi ok. 60 godziny według tego, co twierdzi Steam, a przełożyło się to na jakieś 8 miesięcy z różnymi przerwami.😀

Gra jest świetna, ale ta końcówka… strasznie rozwleczona. Pierdylion epilogów, kilka momentów, kiedy wydaje się, że to już koniec, ale nie, jedziemy dalej. End game nieco rozczarowujący i pozostawiający pewien niedosyt – liczyłem na jakieś nieco mocniejsze zakończenie z przytupem. Mimo wszystko wyszło jednak świetnie. Jeden z najlepszych tytułów, o których się będzie długo pamiętać.

Gra roku – ograne w 2025: Devil May Cry 5

Świetny slasher, w którym wszystko jest epickie: muzyka, walki z bosami, rozbrajające filmiki między misjami i sama rozgrywka. Rewelacyjna gra akcji, samoświadoma i bawiąca się konwencją. Zero grindu, zero kitu. Według tego, co ludzie piszą w internetach, najlepsza gra z serii, z czym jestem w stanie się zgodzić – niespełna 9 mln sprzedanych kopii mówi samo za siebie.

Największe rozczarowanie:

Brak czasu na ogrywanie/oglądanie i pisanie o wszystkim tym, o czym chciałbym napisać. Po cichu liczę na to, że przyszły rok będzie nieco lepszy pod tym względem.

Na co czekam w 2026?

W sumie to na kilka gier. W przyszłym roku w końcu ma się pojawić długo wyczekiwany „Holstin„, będący psychologicznym survival horrorem rozgrywającym się w latach 90. w zapyziałym polskim miasteczku, pochłoniętym przez jakąś tajemniczą maź. Kolejnym wyczekiwanym przeze mnie tytułem są nowe koszmarki od twórców marki „Little Nightmares„, jednakże niebędące koszmarkami, czyli „Reanimal” – horror z małymi ludzikami uwięzionymi w mrocznym i niebezpiecznym świecie. Kolejny na liscie jest nadchodzący „Resident Evil„, tylko tym razem z podtytułem „Requiem„. To też jedyna jak narazie gra z tego cyklu, której faktycznie wyczekuję. „The Blood of Dawnwalker” – nowe RPG z otwartym światem i wampirami od ludzi, którym znudziła się praca przy kolejnych Wiedźminach czy Cyberpunkach i postanowili pójść na swoje. Czekam także na „Tomb Raider: Legacy of Atlantis” który stanowić ma kolejny remake pierwszej części przygód nieustraszonej pani archeolog. To chyba tyle z gier. Jeśli zaś chodzi o filmy, to… czekam tylko na „Projekt Hail Mary” (książka jest świetna) oraz „Diuna: Część trzecia„.

Crowley

Film roku – nowe 2025: Zniknięcia

O włos przed „Jedna bitwa po drugiej”, bo chociaż tamten powala elementami technicznymi, to „Zniknięcia” bardziej zapadły mi w pamięć. Nie lubię horrorów, a to był taki horror na opak, który swoją dziwnością mnie autentycznie zaciekawił. Świetnie zagrany, nieoczywisty, nietypowy, trochę anty-horror? W każdym razie kino autorskie i „jakieś”, a tego nigdy za wiele. Nie zmienia to faktu, że prawie wszystkie tegoroczne filmy były co najwyżej przyzwoite i nie widziałem niczego, co zostałoby mi w pamięci na dlużej. Może poza „Nagą bronią”, ale to specyficzny przypadek i chodzi po prostu o kilka dobrych gagów, a nie wybitność tej produkcji.

Film roku – obejrzane w 2025: Przed zachodem słońca

Trudny wybór między drugą, a trzecią częścią trylogii Linklatera, która mną absolutnie pozamiatała w tym roku. Wspaniałe, bardzo skromne w formie studium uczucia między dwojgiem ludzi, rozpisane na dwie dekady. Niesamowity eksperyment, który udał się w stu procentach. Środkowy film z tej trójki jest najkrótszy i być może na pierwszy rzut oka najbardziej niepozorny. Ale tak naprawdę to on zrobił na mnie największe wrażenie, bo przez prawie cały seans ukrywa pod samą powierzchnią niesamowity wulkan emocji. Znakomicie też bawi się zakończeniem pierwszej części i ustawia bohaterów trochę w kontrze do oczekiwań widza. Wspaniały, wielki-mały film.

Serial roku – nowe 2025: Andor (sezon 2)

Solidne Gwiezdne wojny w serialowej formie i na poważnie. Gdyby dodać tam trochę więcej filmowego sznytu, mógłby z powodzeniem być wyświetlany w kinach. Przy tym to nadal „tylko” dobra produkcja, o której wszyscy dość szybko zapomną. To nie są „Gwiezdne wojny” na miarę naszych wygórowanych oczekiwań. No ale na bezrybiu i „Andor” ryba, a trzeba przyznać, że pomimo dłużyzn i braku kosmicznych bitew, były w drugim sezonie odcinki naprawdę zacne i znakomicie trzymające w napięciu.

Serial roku – obejrzane w 2025: Sledge Hammer!

Jeszcze nie obejrzałem całego, ale mimo to bardzo polecam (jest do obejrzenia na Youtube). Jest to fantastycznie głupkowata parodia „Brudnego Harry’ego” zrobiona w stylu „Nagiej broni”, w której tytułowy bohater rozwiązuje wszystkie problemy świata za pomocą wielkiego rewolweru (który kocha nad życie i z nim śpi). Jest tu mnóstwo absurdu, piękna i mądra policjantka pomagająca Hammerowi, dużo słownego humoru, choleryczny przełożony i żarty, które niejednokrotnie bracia Zuckerowie pożyczyli sobie do swoich filmów. Smakowity kąsek dla fanów starych komedii.

Książka roku – nowe 2025: Katastrofa Challengera. Historia bohaterstwa i dramatu na krawędzi kosmosu.

Monumentalne dzieło na temat dramatycznych losów załogi promu kosmicznego Challenger, ale swoim zakresem obejmujące praktycznie cały program wahadłowców od początku ich istnienia. Kosmos od zawsze mnie fascynował, temat lotów w przestrzeń tym bardziej. Była to więc dla mnie niesamowita podróż śladem wybitnych osiągnięć inżynieryjnych, dzięki którym człowiek oderwał się od macieżystego globu. To również opowieść o pysze, chodzeniu na skróty i konsekwencjach złych decyzji, a wszystko podane w sposób niezwykle drobiazgowy. Taka trochę książka dla świrów, którzy chcą poznać problem od podszewki i co do ostatniej śrubki.

Książka roku – przeczytane w 2025: Magiczne lata (Robert McCammon)

Nie będę zdradzał zbyt wiele, bo recenzja będzie na dniach, ale oczarował mnie McCammon, po któego sięgnąłem za namową jednego z redakcyjnych kolegów. „Magiczne lata” (w oryginale „A Boy’s Life”) to pełna ciepła (ale także tajemnicy i grozy) opowieść o czasach dzieciństwa, kiedy nawet najbardziej błahe wydarzenie może niespodziewanie przerodzić się we wspaniałą przygodę. I wszystkie te wspomnienia spowija magiczna mgiełka, a w tle czai się najprawdziwsza zbrodnia. Wspaniała książka, którą się chłonie, a nie czyta.

Gra roku – nowe 2025: nie gram w nowości

Gra roku – ograne w 2025: Cyberpunk 2077

Po upgradzie komputera wreszczie zebrałem się w sobie i odpaliłem Cyberpunka. Z obawami, bo trzeci Wiesiek odrzucił mnie od siebie już dwukrotnie i trochę obawiałem się, że po raz kolejny nie zrozumiem Redów. Niepotrzebnie. Cyberpunk to może przeciętne cRPG, dość dobra strzelanka, niezły immersive sim ale za to absolutnie porywająca przygoda. Ostatnio tak się zżyłem z postaciami grając w pierwszą Mafię ponad 20 lat temu. Straciłem w Night City grubo ponad 100 godzin i naprawdę poznałem tam nowych przyjaciół oraz wrogów, naprawdę tam zamieszkałem i we własnej osobie przeżyłem tę niesamowitą historię. Tak się właśnie powinno kreować światy i emocje w grach.

Największe rozczarowanie

Ceny wszystkiego. Był czas, kiedy legalna rozrywka stała się przystępna cenowo i szeroko dostępna. Gry i sprzęt komputerowy, streamingi pełne dobrych produkcji, kinowe promocje, książki w Biedronce, Spotify za grosze… To wszystko albo już się skończyło, albo za moment skończy. Gry po 80 dolarów? Jasne, ktoś kupi. Karty graficzne odrobinę staniały? Popatrzcie na pamięci RAM. Podzielimy się Netflixem i będziemy oglądać „Stranger Things”? Nie, ale za to zapłacimy drożej, żeby oglądać reklamy i tak cztery razy, bo teraz każdy ma swój streaming. Okładkowe ceny powieści zbliżają się coraz szybciej do 100 zł. Nie o taki świat nic nie robiłem.

Skończy się albo naszymi pustymi kieszeniami, albo to wsystko pierdzielnie z hukiem i po cichu mam nadzieję na to drugie. Wtedy wreszcie usiądę do zaległych lektur z regału i biblioteki gier.

A z takich konkretnych tytułów, to srodze zawiodła mnie ostatnia „Misja niemożliwa” – film napuszony do granic absurdu, zasłonięty przez ego Tomka Cruise’a, absolutnie idiotyczny i zdecydowanie za długi. Nie tak to miało wyglądać.

Niech też będzie „Gladllator„, chociaż po tym filmie nie spodziewałem się niczego dobrego i absolutnie mnie pod tym względem nie zawiódł. Kultowemu pierwowzorowi może co najwyżej czyścić sandały. Wszyscy mówili, że tej histroii nie trzeba i nie powinno się kontunuować, bo to nie ma prawa się udać. No i nie udało się. Brawo Ridley Scott – mistrz w niszczeniu własnoręcznie stworzonych legend.

Na co czekam w 2026?

Trochę tego będzie, bo rok zapowiada się obficie.

Z filmów: „Projekt Hail Mary”, „Odyseja”, „Digger” – nowy film Inarritu z Tomem Cruisem w roli głównej, „Dzień objawienia” – nowy Spielberg, nareszcie nie historyczny, „Avengers: Doomsday” – to będzie katastrofa, ale o nieopisanych proporcjach, bo film będzie kosztował w okolicach miliarda dolarów, „Diuna 3”, „The Adventures of Cliff Booth”, czyli film Finchera o bohaterze ostatniego filmu Tarantino, „Baw się dobrze i przeżyj”, czyli kolejna potencjalna klapa finansowa i kupa fajnej zabawy od Gore’a Verbinskiego i wreszcie „Werwulf” od Eggersa.

W nowe gry raczej nie gram, ale jak każdy czekam na GTA VI [ja tam nie czekam 😛 – dop. kr4wi3c], dodatki do Civ VII, żebym mógł w nią zagrać w stanie ostatecznym jak w Cyberpunk, Half Life 3 – wiadomo, I want to belive, City State Metropolis – czyli Cities Skylines 2 zrobione dobrze.

Jeśli chodzi o seriale, to niczym się nie ekscytuję, ale chętnie zobaczę „Spider-Noir„, czyli Spider-Mana w wersji retro i w wykonaniu Nicholasa Cage’a. Ciekawy może być też „Blade Runner 2099”, chociaż obawiam się, że tylko Villeneuve był w stanie nie spaprać kontynuacji „Łowcy androidów”.

Rynku księgarskiego nie śledzę pod kątem nowości, bo rządzi się trochę innymi prawami niż pozostałe. Na pewno nie raz dam się zaskoczyć, a do przeczytania mam tyle zaległości, że nawet gdyby wyłączyli prąd, będę miał co robić przez cały rok. Jedno, co rzuciło mi się w oczy wśród zapowiedzi, to „Rok 1929” Andrew Rossa Sorkina, czyli podobno znakomicie rozpisana historia Wielkiego Kryzysu od autora „Zbyt wielcy, żeby upaść”.

Pquelim

Film roku – nowe 2025: Zwierzogród 2

Na wstępie należy zaznaczyć, że w 2025 filmowa poprzeczka właściwie leżała na podłodze. Nie było w ubiegłym roku filmu, który mnie zachwycił. Zresztą, niespecjalnie się kinowymi premierami interesowałem. To efekt wieloletniej już degrengolady Hollywood, które przegrywa sromotnie walkę z supermarketową produkcją streamingów. Tracą na tym wszyscy – widzowie wcinający papkę, duże wytwórnie nienadążające za uciekającym im biznesem (farewell, Warner Bros!), a także jakość samych filmów. Ceny rosną, ale cała reszta leci w dół, tak jak oczekiwania widowni, w tym moje własne.

Wiadomo już, że statuetki w tej kategorii zgarniać będzie (już zaczął) naprawdę niezły „One Battle After Another” Paula Thomasa Andersona, ale mnie osobiście ten film zgubił gdzieś w trzecim akcie i do dzisiaj nie postanowiłem poszukać drogi powrotnej. Jest to dobry film, nie mam co do tego wątpliwości, jednak czytając bałwochwalcze recenzje nazywające go „kinem dekady” a nawet „wszech czasów” łapałem się za głowę. Podobnie przehajpowane, choć również warte uwagi, są tegoroczne wariacje na temat horrorów, a więc „Grzesznicy” oraz „Zniknięcia”. Pierwszy to fajna ciekawostka, ale też kino wtórne do bólu – tak w swoim formalnym eksperymentaliźmie, jak i w samej warstwie fabularnej. Drugi to w zasadzie generyczny horror, niezły – owszem, ale skąd te zachwyty? Nie pojmuję. Taki widocznie mamy klimat posuchy, że do wszystkiego da się przykleić łatkę geniuszu. A że zamawiane recenzję nakręcają hype, ten wywołuje zainteresowanie i generuje zyski/splendor/interakcje w soszjalach, to kręci się ten biznes, już na nowych zasadach, które – ubolewam – niewiele mają wspólnego z obiektywną krytyką filmową.

Przechodząc do meritum, stawiam na sequel jednej z moich ulubionych animacji. Nowa „Zootopia” nie jest może tak wybitna, jak część pierwsza, która była mroczniejsza, bardziej noirowa i opatrzona lepszą ścieżką dźwiękową – jednak w tym przypadku film mnie po prostu nie rozczarował. I to chyba musi mi za 2025 rok wystarczyć. Nowe przygody Hops i Bajera są porywające, upstrzone świetnymi nawiązaniami do popkultury (trafia się nawet „Lśnienie” Kubricka), utrzymane na wysokim poziomie serwowanych dowcipów i oczywiście – opowiadają historię przeznaczoną dla dorosłych, pod płaszczykiem fajnej bajki dla dzieci. I o to w tym wszystkim chodzi, na to właśnie do kina poszedłem i to też z wielką przyjemnością skonsumowałem.

Film roku – obejrzane w 2025: „Zostawić Las Vegas” (1995)

Zabierałem się do tego filmu jak pies do jeża. Przeleżał na dysku, nie przymierzając, z dobrą dekadę. Bałem się go. Wiedziałem, o czym opowiada, wiedziałem że Nicholas Cage dostał za główną rolę Oscara, nie wiedziałem tylko, jak to wszystko w ogóle było możliwe. Wreszcie, w pewną bezsenną sierpniową noc postanowiłem to sprawdzić. Do dzisiaj nie wiem, czy była to dobra, czy zła decyzja. W każdym razie – nocy już nie przespałem.

Nie będę polecał Wam tego filmu. Jest niebezpieczny. To najbardziej depresyjny film, jaki w życiu widziałem. Polega po prostu na obserwowaniu powolnego, konsekwentnego samobójstwa głównego bohatera, który postanowił zapić się na śmierć. Jest to kino spod znaku „exploitation”, kino naturalistyczne i brutalne. Taki Smarzowski, tylko do potęgi i na serio, bez średnio udanych ucieczek w metafizyczną filozofię i paraliterackie paralele i analogie. Film Mike’a Figgisa jest bardzo dosłowny. Pokazuje świat zbrukany, dekadencki, zły i tak bardzo beznadziejny, że właściwie powinno się go nazywać (psychologicznym) horrorem.

To wielkie kino, ale też kino konceptualne, z założenia mające być cierniem w oku, krwią na betonie, rozpaczliwą i skrupulatną kroniką ludzkiej autodestrukcji. Nicholas Cage jest w swojej śmierci nieśmiertelnie wiarygodny, ale prawdziwy opad szczęki wywołała u mnie Elisabeth Shue. Obłędnie zagrała rolę prostytutki towarzyszącej temu współczesnemu Werterowi w podróży na samo dno otchłani. Brak Oscara za tę rolę uznaję za jedną z największych pomyłek w historii Akademii. Można ten film analizować pod wieloma względami, doceniać znakomitą ścieżkę dźwiękową, wyważoną reżyserię, wiarygodny – choć tak absurdalny przecież – scenariusz, z pewnością zasługuje on na wielki analityczny tekst, który zapewne nigdy na fsgk.pl nie powstanie. Ale trzeba też przed nim przestrzegać: popkultura w swoim mainstreamie rzadko powija tak demoniczne potomstwo.

Serial roku – nowe 2025: „To: Witajcie w Derry”

Niby widziałem nowy sezon „Rozdzielenia”, ale ten serial wciąż pozostaje dla mnie bardziej formalno-koncepcyjną ciekawostką niż poważnym dziełem. Niby „The Studio” porusza wątki, które powinny mnie zachwycić i momentami tak właśnie było, ale jednocześnie było to nudne i musiałem sobie przypominać, żeby obejrzeć kolejne odcinki. „Ród smoka” powinien dostać podtytuł: „praktycznie bez smoków”, toteż ziewałem na nim i nawet chyba nie skończyłem. Z kolei nowa „Wednesday” była tak zaowalowana i przy tym kompletnie nijaka, że po trzech odcinkach zapomniałem, o co tam chodzi, a pod koniec miałem już kompletnie w czterech literach całą fabułę drugiego sezonu. No i Ortega zagrała w nim fatalnie, tracąc błysk i urok, którym rozkochała widownię w pierwszej instalacji. Generalnie był to – podobnie jak w przypadku filmów – moim zdaniem „biedarok” serialowy, zalany szarą masą odgrzewanych kotletów, niewyróżniającą się niczym ciekawym.

Ale jeden serial rzeczywiście mnie zaskoczył, zmusił wręcz do oczekiwania na kolejne odcinki, które serwowałem sobie jak ulubionego burgera raz w tygodniu. I było to słabo u nas reklamowane, a robiące furorę za oceanem „Witajcie w Derry”, pióra i reżyserii Andy’ego Muschettiego, którego wszyscy (w tym ja) powszechnie chwalimy za pierwszy rozdział „To”. I równie powszechnie ganimy za część drugą, nieco zapominając że bardziej to wina Kinga, który po prostu „nie umie” w drugie połowy własnych książek, niż reżysera który lepił z tego, co mu autor naprodukował w materiale źródłowym.

„Witajcie w Derry” to właściwie prequel historii opowiedzianej w filmach (i książce), jednocześnie umiejetnie rozszerzający całe kingowskie uniwersum o postacie z jego innych utworów. I jest to też bezpośrednia konkurencja dla „Stranger Things”, z tą małą różnicą, że w porównaniu do braci Duffer, autor „Witajcie w Derry” morduje swoich dziecięcych bohaterów z zatrważającą intensywnością. Serial jest naprawdę dobry, ma intensywny klimat, świetny dziecięcy casting i – co ważne – sprawia wrażenie przemyślanego elementu szerszej układanki, którą twórcy mają przemyślaną i serwują widzom bardzo uczciwie. Dla fanów horrorów – moim zdaniem – pozycja obowiązkowa. Podobne nuty co w „Stranger Things”, jednak jest tu bardziej gatunkowo, a przez to poważniej i z większym dreszczykiem. Pozytywne zaskoczenie.

Serial roku – obejrzane w 2025: „Glina”

W tym miejscu muszę się powtórzyć za kr4awc3m, ale to naprawdę nie moja wina, że niczego lepszego w tym roku nie obejrzałem. „Glina” Pasikowskiego to prawdopodobnie najlepszy polski serial kryminalny wszech czasów, nakręcony z pomysłem, zagrany koncertowo i nieoczywisty fabularnie, ze znakomitym finałem. Byłem zachwycony, kiedy pojawił się na jednej z platform streamingowych, gdyż już od dłuższego czasu chciałem go sobie przypomnieć.

Rewatch po kilkunastu latach kompletnie mnie nie zawiódł, byłem wręcz pod wrażeniem tego, jak dobrze się zestarzał i jak mocno dalej wchodzi w głowę ten serial. To czarny kryminał z początków lat dwutysięcznych, warszawskie noir umiejscowione w sztafażu stabilizującej się po transformacji Polski. Ma swoje wady, jak to u Pasikowskiego (postaci kobiece, niektóre sztywniackie dialogi), ale całość daje po łbie i jest po prostu znakomita. Moim zdaniem, nawet pierwszy sezon „Pitbulla” przegrywa porównanie z dwoma częściami „Gliny”. I polecam go mocno każdemu, kto jeszcze nie widział.

Książka roku – nowe 2025: „Quo VAIdis” (Andrzej Dragan)

Książka, którą warto przeczytać. Tak po prostu. Profesor fizyki tłumaczy w niej – w sposób przystępny, używając zrozumiałego i potoczystego języka – na czym polega największa rewolucja technologiczna naszych czasów. Czyli AI, a ściślej mówiąc – modele językowe sztucznej inteligencji, które stają się naszym błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Warto wiedzieć o tej technologii jak najwięcej, a książka Dragana jest doskonałym starterem, a nawet i kompleksowym kompendium, jeśli nie mamy większego głodu wiedzy.

Książka roku – przeczytane w 2025: „Pan Slaughter” (Robert McCammon)

Tutaj też się powtórzę z Crowleyem, bo tak się składa, że to ja polecałem mu „Magiczne lata”. Robert McCammon zasługuje na więcej tekstów o swojej twórczości, osobiście w ubiegłym roku dosłownie pożarłem większość jego dzieł opublikowanych do tej pory przez Wydawnictwo Vesper.

Największe wrażenie zrobiła na mnie trzecia część cyklu o Matthew Corbecie – rzeczony „Pan Slaughter”. Jest to dynamicznie napisana książka sensacyjna z silnymi elementami powieści grozy, klasycznego kryminału i powieści historycznej. Akcja dzieje się bowiem w pierwszej połowie XVIII wieku w rodzących się jeszcze miastach i miasteczkach wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych – państwa istniejącego również bardziej teoretycznie niż praktycznie. McCammon ma świetne pióro, toteż czyta się to z zapartym tchem, a co jakiś czas potrafi trzasnąć czytelnika w łeb takim obuchem, że wspomnienia zostają na tygodnie. Jednej ze scen z tej książki wciąż nie mogę wyrzucić z głowy, mimo szczerych chęci oraz kilku miesięcy, jakie minęły od odłożenia jej na półkę. Wszystkie jego książki – jedne bardziej, inne mniej – są warte polecenia, ale cykl o detektywie Corbecie polecam szczególnie – pierwszy tom nosi tytuł „Zew Nocnego Ptaka”. A Vesper zapowiedziało już premierę czwartego, ostrzę więc sobie zęby na kolejną literacką ucztę.

Gra roku – ograne w 2025: Wiedźmin 3: Dziki Gon i Planescape: Torment

A co ja się Wam będę tłumaczył. Graczem jestem okazjonalnym, a w tym roku nadrobiłem kilka zaległości sprzed dekad. Wieśka ogrywałem łącznie ponad 250 godzin według GOGa, Tormenta – prawie 70. Obie gry to właściwie gry mojego życia.

Pierwsza, porywająca imersją i słowiańskością na poziomie światowym – uwielbiałem w nią grać, nie chciałem kończyć, na szczęście wciąż jeszcze mam nienaruszone dodatki. Wiesiek to dla mnie synonim gry totalnej, erpega spod stołu ubranego w kapitalnie namalowany świat Sapkowskiego, w którym jest chyba nawet więcej Sapkowskiego niż w niektórych książkach sagi („Pani Jeziora” to snobistyczna, przeintelektualizowana porażka moim zdaniem). Tutaj wszystko jest na swoim miejscu, wszystko pożera i wsysa razem ze skarpetkami. Gdyby nie ten nieszczęsny krafting i traumatyczne wspomnienia z godzin poświęconych studiowaniu receptur, a potem poszukiwaniu tych cholernych składników – byłby ideał. Ale ideałów przecież nie ma, no chyba że mówimy o Planescape: Torment.

To gra z 1999 roku, o której już na naszych łamach wspominałem w 2024 roku. Absolutny majstersztyk storytellingu, klimatu i surrealizmu. W internetach do dzisiaj mówią o niej (chociaż coraz rzadziej) – najlepsza fabuła w grach. I choć ja gier za dużo nie ogrywam od kiedy skończyłem liceum, to się z tym stwierdzeniem zgadzam. W tym roku, po niemal dwóch dekadach od pierwszego podejścia, wreszcie odważyłem się skończyć tę historię, doprowadzić nieśmiertelnego bohatera do upragnionej śmierci, a samego siebie – do napisów końcowych. No i było to doświadczenie fenomenalne. Trudno mi używać innych słów, nie wpadając w fanatyczny zachwyt nad Tormentem. Ta gra w pewien sposób kształtowała mój gust kulturowy, moje oczekiwania co do świata rozrywki i nie tylko. Pierwsze filozoficzne rozterki i refleksje, pierwsze poczucie zagubienia i pierwsza satysfakcja z wykonywania naprawdę niejasnych, nieoczywistych questów. To taki trochę mój elementarz, który – za nastolatka – świadomie porzuciłem na rzecz Wrót Baldura i Diablo, wiedząc, że do tak ambitnego dzieła powinienem jeszcze dojrzeć. Nie myliłem się wtedy i nie mylę się teraz – polecając każdemu odważnemu Czytelnikowi zmierzenie się z historią Bezimiennego.

Największe rozczarowanie – „Wiatr i Prawda” Brandon Sanderson

Przegadana, przerośnięta do granic możliwości i po prostu niesatyfakcjonująca. Sanderson zaczął z bardzo wysokiego pułapu, kończąc po Jordanie „Koła Czasu”, a potem było jeszcze lepiej. Cały jego autorski projekt cosmere to prawdopodobnie najbardziej imponująca rzecz, jaką w literaturze fantastycznej widziałem. A przecież „Archiwum Burzowego Światła” miało (i ma) być wisienką na torcie, zwieńczeniem wieloletniej pracy, przygotowaniem gruntu pod kolejne kontynuacje i ostatecznie zamknięcie całego projektu. I tutaj też zaczynał z bardzo wysokiego C, bo zarówno „Droga Królów” jak i „Śłowa Światłości” należą – słusznie – do najlepiej ocenianych współczesnych książek fantasy. Tyle tylko, że potem to się wszystko zaczęło kruszyć, a w ostatniej, opublikowanej w Polsce w dwóch tomach części „Wiatru i Prawdy” – ten gigantyczny tytan pracy ugiął się pod własnym ciężarem. Uroboros zjadł własny ogon.

Może jestem już na to za stary. Podczas lektury zamiast fascynacji czułem zażenowanie. Kompletne oderwanie od bohaterów, na których Autor nie ma już żadnego pomysłu. Opowiedziane historie są naciągane, pogmatwane i nieciekawe. Historia i mitologia tego świata naprawdę ugina się pod własnym ciężarem i po prostu stała się dla mnie kompletnie niepotrzebna, nieinteresująca i nudna. Sposób jej prezentacji – pretensjonalny, ponownie na siłę pogmatwany i niezapadający w pamięci. Owszem, ta książka ma swoje momenty. Jak to Sanderson, serwuje czytelnikowi kilka fajnych zwrotów akcji, które w poprzednich odsłonach prowadziły do pozytywnych emocji i fascynacji. Tym razem jednak stanowiły po prostu miłą odskocznie od dojmującego poczucia obowiązku. Z całej książki, zamiast wyjaśnień i odpowiedzi na pytania, pamiętam tylko nieprzyjemne uczucie, że bardzo chciałem ją wreszcie skończyć. Nie wiem, może wyrosłem już z Sandersona. A może to jego przerosła ta historia?

Na co czekam w 2026?

Na urodziny syna.

Na kolejne książki McCammona od Vesper.

Na więcej swoich tekstów na FSGK.

Na więcej uśmiechów na ulicy.

To mi się podoba 10
To mi się nie podoba 3

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

kr4wi3c

Niepoprawny marzyciel, słuchający na codzień dziwnie nie wpadającej w ucho muzyki z gatunku tych ostrzejszych, grający z reguły we wszelkiego rodzaju FPS'y podszyte lekko warstwą cRPG ale nie pogardzający też cRPG pełną gębą oraz raz na jakiś czas jakąś przygodówką z rodzaju tych starszych. Kiedyś NaPograniczu, obecnie FGSK

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button