FilmyRecenzje Filmowe

Avatar: Ogień i popiół (2025)

O najnowszym dziele Jamesa Camerona należy myśleć raczej jako o „Avatarze 2.5”, lub po prostu kontynuacji „Istoty wody”, niż o samodzielnym projekcie. Niby to oczywiste, bo sam twórca od dawna zapowiadał bezpośrednią ciągłość fabularną pomiędzy oboma filmami, poza tym zdjęcia do nich kręcono równocześnie. Mimo wszystko przyzwyczajenie do pewnych utartych rozwiązań i reguł opowiadania historii kształtowały moje oczekiwania co do tego filmu. Nie przypadkiem w Księdze Uzbrojenia, rozdział drugi, wersety od 9 do 21 napisano: „Masz zliczyć do trzech, nie mniej, nie więcej. Trzy ma być liczbą, do której liczyć masz i liczbą tą ma być trzy. Do czterech nie wolno ci liczyć, ani do dwóch”. Od siebie dodam, że do 2 i pół z całą pewnością też nie. Przynajmniej nie w kinie.

Gdy w 2022 roku, po 13 latach doczekałem się wreszcie kontynuacji przygód Jake’a Sully na planecie Pandora, to na seansie czułem się jak dziecko, które przez szafę przeszło do krainy fantazji. Skok jakościowy był niesamowity. Film był popisem ludzkiej wyobraźni i pokazem możliwości współczesnej technologii filmowej. Fabuła ciekawie rozwijała wątki z pierwszego „Avatara”. Obarczony rodziną bohater był dojrzalszy, a jego dzieciaki miały swoje do zagrania i były ważną częścią historii. „Zmartwychwstanie” pułkownika Quaritcha oznaczało pojawienie się na planszy groźnego przeciwnika, nieograniczanego już słabością ludzkiego ciała. Wodny klan i inteligentne „wieloryby” były widowiskowym i ciekawym rozwinięciem uniwersum. Śmierć syna Jake’a i Neytiri po prostu łamała serce. Przede wszystkim – Pandora była najprawdziwszym z nieistniejących światów, jakie wymyśliło kino, kropka.

Minęły kolejne trzy lata, nadszedł czas premiery „drugiej części drugiej części”. Trafiamy w sam środek rodzinnego dramatu Sully’ch, którzy borykają się z traumą po śmierci Neteyama. Każde z nich cierpi na swój sposób, a młodszy z synów wręcz obwinia się o tę śmierć. Wszystkie wypowiedziane i niewypowiedziane wzajemne żale będą wisieć między nimi, a chęć odkupienia lub naprawienia czegoś stanowić będzie koło zamachowe dla kolejnych wydarzeń. Posępny zastój trwa ledwie moment i kończy się, gdy zachodzi konieczność odstawienia Pająka, ludzkiego podrzutka przygarniętego przez Sully’ch, do bazy ziemskich naukowców. Chłopakowi kończą się zasobniki do maski tlenowej i dalszy pobyt u Na’vi skazuje go na śmierć. Ponieważ dzieciaki rozpaczają, to Jake wpada na pomysł, żeby Pająka odwieźć całą rodziną. Wiecie – Sully trzymają się razem. To działa jak iskra podpalająca fabularny lont, bo od tego momentu akcja pędzi na złamanie karku aż do bombastycznego zakończenia, przy którym finały dwóch poprzednich części wyglądają jak próby kościelnego chóru przy koncercie Rammstein. Przynajmniej jeśli chodzi o skalę, bo już niekoniecznie o towarzyszące finałowi emocje.

Jak widać, zgodnie z logiką bezpośredniej kontynuacji spotykamy tu dobrze sobie znanych bohaterów,  nad którymi wisi znane zagrożenie, z którym radzą sobie w znany nam już sposób, zachowując się tak, jak wiemy, że się zachowają. Oczywiście pojawia się, bardzo mocno eksponowany w materiałach promocyjnych, wątek klanu Mangkwan i jego charyzmatycznej liderki Varang. Doceniam chęć kolejnego rozszerzenia uniwersum i fakt, że Na’vi okazali się jednak bardziej zróżnicowani niż przedstawiano ich do tej pory. Bardziej ludzcy wręcz, bo „Ogniści” to tacy Komancze (ups, nie uniknąłem indiańskich porównań) na sterydach, brutalni i na wiecznym haju, mający pacyfizm dzieci Eywy centralnie pod ogonami. Spodziewałem się, że mocniej wejdziemy w ich świat i że odegrają oni równie dużą rolę jak wodni Na’vi w poprzednim filmie. Ostatecznie robią tylko za zagrożenie dla bohaterów i za dodatkowy odważnik na szali konfliktu „ludzie vs Na’vi”. Sama Varang to archetypiczna uwodzicielka, klasyczny obiekt fascynacji i nienawiści, może nieco komiksowo przerysowana, ale na pewno potrzebna do rozruszania zabawy. Niestety nie zostaje dobrze i do końca wykorzystana w tej historii, w pewnym momencie tracimy ją wręcz z oczu. Jej „udział” w promocji filmu wydaje się wręcz nieadekwatny do jej ostatecznej roli na ekranie. Quaritch zaś powtarza na swój sposób historię Jake’a, w zasadzie to kierowany nawet podobnymi instynktami. To oczywiście najciekawszy bohater filmu, przechodzący powolną przemianę, choć jej etapy wydają mi się słabo zaakcentowane. Jest taka scena z nim i z babsztylem w generalskim mundurze, w którym daje mu ona odczuć swoją pogardę. Złoto! Szkoda, że nie ma tego więcej.

W ogóle film opiera się na powtórzeniach i ponownie wykorzystanych motywach znanych czy to z części pierwszej, czy to z „Istoty wody”. Ciągłość fabularna między częścią drugą a trzecią związała ręce twórcom, jeśli chodzi o realia świata przedstawionego. Ludzka technologia w filmie nie miała czasu na zaliczenie postępu, więc oglądamy tę samą bazę, te same machiny, te same metody walki i polowania na wieloryby-Tulkuny. Niezmienne pozostały też ludzka chciwość, wojskowa buta i korporacyjna bezwzględność. Robiły odpowiednio przygnębiające wrażenie w dwóch pierwszych częściach, ale teraz wydały mi się narysowane już nieco zbyt grubą krechą. „Ogniści” zostali po ciemnej stronie mocy i robią za egzotyczny motyw na plakatach, więc widz dalej towarzyszy Na’vi z wodnego klanu. Dzieciaki surfują na płetwach Tulkunów, te zaś wahają się, czy stawić opór ludziom, ale od początku wiemy, że to takie przekomarzanie i że mają do zagrania coś więcej niż bycie ofiarą. Pacyfizm Na’vi i ich defensywność ogranicza możliwie rozwiązania fabularne, zbyt często widz domyśla się, co za chwilę nastąpi. Jake ma swoje słabsze momenty i zarzeka się, że na pewno już nigdy nie dosiądzie Toruka, ale jak mawiał klasyk: „Na pewno to Kopernik nie żyje”. Nawet boska Eywa dostaje do zagrania te same nuty co poprzednio i w tym samym momencie uderza w akord. Jak wspomniałem, końcowa bitwa jest jeszcze większa niż dotąd, z obowiązkowym indywidualnym pojedynkiem, ale wiecie co? Specjalnie przypomniałem sobie finałową walkę Neytiri na thanatorze z mechem sterowanym przez Quaritcha w pierwszym „Avatarze”. No nie, przykro mi, takiej petardy, takiej energii, takiej furii bohaterów w najnowszym filmie nie znajdziecie. W takich momentach im więcej dodasz ozdobników i fajerwerków, tym słabiej wypada to, o co w zasadzie w nich chodzi. Aha, w filmie rozwinięto trochę wątek „wspólnej świadomości”, do jakiej Na’vi zyskują dostęp za pomocą swoich warkoczy i Drzewa Duchów. Jedna ze scen z tym związanych jest wzruszająca, inna trochę krindżowa. Od siebie tylko dodam, że jednak spodziewałbym się tutaj czegoś mniej dosłownego, a może bardziej… Bo ja wiem –  „duchowego”?

Nie zrozumcie mnie źle. Uważam, że „Avatar: Ogień i popiół” naprawdę bawi, jest WIELKĄ produkcją, pod względem samej sprawności realizacji gra we własnej „lidze Avatara”. Trzeba docenić rozmach i fakt, że film sprawia wrażenie o połowę krótszego niż jest, bo takie ma mocarne tempo. Tyle że to jest niestety minimum, czego oczekuję od filmu ze słowem „Avatar” w tytule. Nie musiałem na niego czekać 13 lat, ale chyba bym poczekał, gdyby dzięki temu mogły powtórzyć się dawne emocje. Co gorsza, film nie zamyka żadnych wątków, a otwiera nowe. Brak mu puenty (tak, kolejna bitwa nie wystarczy), nie wali się tu w pył żadna Minas Morgul, nie wybucha żadna Gwiazda Śmierci. No, to akurat może słaby przykład, wybuch Gwiazdy Śmierci nigdy niczego nie kończy. W efekcie wyszedłem z kina z poczuciem obejrzenia kolejnego odcinka jakiegoś gargantuicznego serialu rozpisanego na dekady. Bohaterowie przeżyli jakieś przygody, były emocje, no a teraz do zobaczenia widzu za 5 lat albo nie wiadomo kiedy.

No właśnie – Cameron na dzień dzisiejszy nie jest pewien, czy seria w ogóle będzie kontynuowana. Uzależnia to od wyniku kasowego „Ognia i popiołu”, ale też dodaje, że jeśli ciąg dalszy powstanie, to już przy jego zmniejszonym zaangażowaniu w realizację. Wracając do przytoczonego na początku cytatu z Monty Pythona – gdyby Kanadyjczyk od początku „policzył do trzech” (jak wielu przed nim w kinie!) i zaplanował „Avatara” jako trylogię, to wymusiłoby to inne rozłożenie akcentów dramatycznych. Zarówno w części drugiej, jak i w trzeciej, na czym na pewno zyskałaby cała opowieść o Pandorze. A potem mógłby sobie dłubać nad sequelami albo prequelami, albo rzucić to w diabły i wyjechać w Bieszczady. Być może takiego „Avatara” stawiano by obok filmowego „Władcy Pierścieni” albo „Gwiezdnych wojen”. Tego się już nie dowiemy, a sam „Avatar” takiego statusu na pewno nigdy nie osiągnie. Mimo wszystko chciałbym, żeby tę sagę doprowadzono do godnego końca. Są środki, są bohaterowie, jest świat. Potrzebny jest dobry scenarzysta, bo kolejny raz tego samego widzowie nie kupią. W tym momencie ewentualny brak kontynuacji może okazać się kolejnym „naj-” w niesamowitej karierze Camerona. Największym filmowym rozczarowaniem dla tych, którzy jednak Pandorę pokochali. Takiego rozwoju wypadków ani reżyserowi, ani widzom, ani sobie samemu nie życzę.

Avatar: Ogień i popiół (2025)
  • Ocena Voo - 7/10
    7/10
To mi się podoba 3
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Jeden komentarz

  1. Dla mnie niesamowite jest to że Cameron może nakręcić taką kupę, ale za to opakować ją najładniej na świecie i to się sprzedaje za każdym razem jak świeże bułeczki. Super, że te filmy popychają rozwój technologii do przodu ale jak już wydali bazyliony dolarów na produkcję to mogli zatrudnić jakiegoś scenarzystę przy okazji.

    To mi się podoba 0
    To mi się nie podoba 0

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button