
Jak to jest, że Netflix potrafi w krótkim czasie wydać astronomiczne pieniądze (320 milionów dolarów) na nieoglądalnego kolorowego gniota (o tobie mówię „Electric State”) oraz wypuścić serial, który niemal wszyscy oglądający uważają za arcydzieło? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale spróbuję pokazać, z czego wynika siła produkcji o wdzięcznym tytule „Dojrzewanie”. Jednak żeby nie było zbyt słodko, napiszę także o kilku bardzo dużych zgrzytach, które, nie wiedzieć czemu, znalazły się w tym serialu. Pomarudzę także odrobinę na ideę jednego ujęcia, która została w „Dojrzewaniu” pięknie ograna. A więc po kolei.
Odcinek 1 – Zbyt szybkie dojrzewanie
Może zacznę właśnie od tego jednego ujęcia, żeby mieć to z głowy? Ta technika jest z całą pewnością bardzo widowiskowa i efektowna, wymaga od każdego aktora absolutnego skupienia oraz budzi podziw wobec kunsztu koordynatorów, choreografów i scenografów. Jednakowoż jest to także w pewien sposób samoograniczenie. Podobnie jak narracja pierwszoosobowa w książkach. Czytelnik chciałby poznać myśli innych ludzi, ale nie może, musi patrzeć na całą historię przez pryzmat głównego bohatera/bohaterki. Musi on/ona uczestniczyć w wydarzeniach, albo musi jej ktoś o tych wydarzeniach dosłownie opowiedzieć. Nie ma miejsca na przeskakiwanie między wątkami.
Tak samo jest z jednym ujęciem. Kamera musi ciągle towarzyszyć wydarzeniom. Ktoś musi ją „zabrać” za sobą i przejść z nią do pomieszczenia, gdzie coś się dzieje, a to powoduje wydłużenie materiału. W serialu „Dojrzewanie” przeważnie to nie przeszkadza, twórcy znaleźli złoty środek, potrafili stworzyć odpowiednią dynamikę (choć nie zawsze, ale do tego jeszcze przejdę). Eksperyment w tym przypadku powiódł się niemal w 100%, a dodatkowo przyniósł widzom kilka scen zza kulis, które wywołują niemałe zdziwienie.
Tyle o technikaliach (póki co). Przejdźmy do samej fabuły pierwszego odcinka. Prawdę powiedziawszy jest to prolog, zapowiadający cały ciąg kolejnych zdarzeń. Twórcom w sposób bardzo dobry udało się pokazać pewien chaos, początek dekonstrukcji świata, w którym żyła rodzina głównych bohaterów. Widzimy, jak wygląda zatrzymanie nieletniego oskarżonego o morderstwo, śledzimy kolejne procedury. Jest to bardzo intymny, zniuansowany odcinek. Ani przez chwilę nie wiadomo, czego się spodziewać. W tym miejscu należy wspomnieć o udziale drugiego planu, który jest bardzo nierówny, oraz o pewnych powtarzających się mechanizmach, których będą używać twórcy. Postacie dwójki policjantów prowadzących śledztwo są niestety bardzo nijakie, to chyba mój największy zarzut wobec „Dojrzewania”. Obie postacie są w zasadzie zbędne z punktu widzenia fabuły, wszystko dzieje się jakby obok nich. Niemal zerowa charyzma i brak większego zaangażowania sprawiają, że rozmowy między nimi usypiają widza.
Przy i tak przeważnie bardzo wolnym tempie prowadzenia narracji, takie dodatkowe „zamulanie” nie służy niczemu dobremu. Jednak już występ obrońcy z urzędu wnosi sporo do fabuły. I o to chodzi w tym filmie, na scenę wchodzi aktor, odgrywa swoją rolę i znika – bez zbędnej ekspozycji, bez próby zagarnięcia dla siebie uwagi widza. Ma być jak najmniej zapamiętywalny, żeby nie zaburzyć percepcji skierowanej na głównych bohaterów, ani nie rozmyć zainteresowania emocjami malującymi się na twarzach ojca i syna, absolutnie najważniejszych uczestników spektaklu.
W pierwszym odcinku jeszcze aż tak dobrze tego nie widać, ale ostatecznie liczyć się będzie tylko ta dwójka – Owen Cooper jako Jamie Miller i Stephen Graham jako Eddie Miller. „Dojrzewanie” to opowieść o ich relacji, a raczej jej braku, i o wielkiej rodzicielskiej porażce. Pierwszy odcinek obiecuje widzowi, że to wszystko nie jest takie proste, że może być jakieś drugie dno. Wodzi oglądających za nos, żeby jeszcze mocniej przyłożyć im w przyszłości. Nie sądziłem, że można dokonać czegoś takiego. Wykonać plot-twist wcale go nie robiąc, sfingować zwrot fabularny i poprowadzić narrację do najprostszego, najbardziej oczywistego celu. Całkowicie oszukać wszystkich, mówiąc cały czas prawdę. „Dojrzewanie” działa tak mocno, bo nie kłamie, nie upiększa i nie konfabuluje. Uderza prostotą przekazu.
Ale ten pierwszy odcinek nie jest jeszcze tym, co wynosi ten serial na niebotyczny poziom. On tylko zdaje się być bardzo istotny, ale tak naprawdę wszystko co najważniejsze, dzieje się dużo dużo później. To otwarcie dobre, ale nie rewelacyjne.
Odcinek 2 – Szkolne dojrzewanie
Kolejny epizod nie idzie za ciosem. Zacznijmy od tego, że mamy pierwsze cięcie. Akcja skacze do przodu, a my towarzyszymy dwójce mało charyzmatycznych policjantów w ich dochodzeniu. Ten odcinek tak naprawdę mógłby nie istnieć i serial nic by na tym nie stracił. Poziomem prowadzenia narracji całkowicie odbiega od pozostałych trzech. Rozumiem zamysł twórców – pokazanie środowiska, które ukształtowało potwora – ale kompletnie nic się tu nie zgadza. Panuje zbyt wielki chaos, wątki są tylko mgliście zarysowywane i to w sposób mało umiejętny. Na dodatek wszystkie rewelacje tego odcinka są później jeszcze raz powtórzone. Nie wiedzieć czemu, scenariusz nagle uwypukla kontrast między relacją rodzinną głównych bohaterów a relacją policjanta śledczego ze swoim synem.
Ten odcinek stoi pod znakiem powrotu do szkoły. Chce on pokazać widzowi patologie rządzące systemem edukacji, niekompetencję nauczycieli oraz dziwne relacje między młodzieżą. Jednak ta odskocznia od głównego wątku zwyczajnie nuży. Naprawdę nie było tutaj materiału na godzinne ujęcie. W tym momencie forma zdecydowanie ograniczyła twórców, bo musieli na siłę upchnąć coś w tej lokacji na małej przestrzeni i w czasie rzeczywistym, nawet kiedy zwyczajnie nie ma już z czego rzeźbić. W efekcie wychodzi z tego taka latanina niewnosząca nic odkrywczego do fabuły. Odcinek drugi to ten wielki zgrzyt, o którym wspominałem. Nie wiem, czy kontynuowałbym oglądanie, gdybym nie naczytał się pozytywnych recenzji. Ten epizod prawie zatopił „Dojrzewanie”. Mało brakowało, a porzuciłbym to serialowe (prawie) arcydzieło.
Odcinek 3 – Dojrzewanie jak Lęk pierwotny
Pamiętacie film z Edwardem Nortonem i Richardem Gere’em? Po latach doczekaliśmy się powtórki, tyle tylko, że z udziałem piętnastoletniego aktora (grającego 13-latka). Dopiero tutaj objawia się kunszt twórców, jeśli chodzi o wykorzystanie tego mitologizowanego jednego ujęcia. Zrobić coś takiego z nieustannie narastającym i opadającym napięciem, ze zmianami tempa, z ciągłą sinusoidą emocji, to jest absolutny serialowy top. Ciężko zrozumieć, jak znakomicie udało się poprowadzić scenariusz, by przez godzinę dwójka ludzi siedząca naprzeciwko siebie powoli rozgrywała niezwykle delikatną grę psychologiczną. To jak partia szachów, ale bez figur. Zarówno z jednej, jak i z drugiej strony stosowane są różne zagrywki, prośby, groźby, przekonywanie, zastraszanie, kłamstwa, półprawdy, fikcja mieszająca się z rzeczywistością. I to wszystko jest tak naturalne, że niemal można tego dotknąć.
Erin Doherty jako pani psycholog wchodzi do tego serialu tylko na chwilę, ma do odegrania niewielką rolę. Wydaje się wręcz, że nie jest „pełnym” elementem całości, że wchodzi do niej z zewnątrz, że tak jak widz dopiero dowiaduje się, co tu jest właściwie grane. Odcinek trzeci to potężne uderzenie, ogląda się go na niemal ciągłym wdechu. Dla takich kameralnych aktów jedno ujęcie pasuje idealnie. Wszystko jest przemyślane i wyliczone co do sekundy. Nic nie zostało wciśnięte na siłę. Umiar i perfekcyjne dopasowanie elementów, a na koniec eksplozja. Jednak nie głównego bohatera a pani psycholog.
Ostatnie dwie minuty pokazują, jak wiele ją to kosztowało. Wygląda to tak, jak gdyby ona rzeczywiście to wszystko przeżyła, jakby nie wiedziała, w co wchodzi, z czym będzie tam miała do czynienia. Czy to była wielka improwizacja? Nie, ale na ekranie tak to właśnie wyglądało. Ten wydech, te drżące dłonie… Widz czuje dokładnie to samo, co ta pani. Jej emocje są jego emocjami. Serial „Dojrzewanie” wciągnął w tym momencie widza do swojego świata i posadził go na krześle obok rozmawiających ze sobą postaci. Wielkie kino na małym ekranie.
Odcinek 4 – Dojrzewanie do prawdy
O istnieniu Stephena Grahama wiem od roku 2000 i jego roli w „Przekręcie” (jednej z najlepszych komedii w historii). Przez całe lata kariery przeplatał on wybitne role dramatyczne z tymi trochę mniej poważnymi. Ostatnio oglądałem go w takich serialach jak „Czas” (gdzie zagrał naprawdę doskonale) czy „Ciała” (serial kompletnie przestrzelony na wielu poziomach). Szerszej widowni znany jest zaś z serii filmów o Piratach z Karaibów. A jednak z jakichś powodów głośno o tym aktorze zrobiło się dopiero teraz, kiedy pokazał nam obraz totalnie złamanego ojca w „Dojrzewaniu”. Graham na ekranie pojawia się w odcinku pierwszym, na krótko w drugim i w całym czwartym. Dzieli pół na pół scenę ze swoim serialowym synem. I to wystarcza, by okrzyknąć go odkryciem roku, by nagle otrzymał on zaproszenie do największych amerykańskich talk-show i by branża wreszcie go zauważyła. A przecież on cały czas tu był i grał.
Stephen Graham wywiązuje się ze swojej roli znakomicie, ale istnieje jeszcze jedna kwestia. Czwarty odcinek jest bowiem sztandarowym przykładem tego, jak opowiadać historię praktycznie o nią nie zahaczając. W tym epizodzie prawie nikt nie mówi o tym, co jest myślą przewodnią serialu. Zabójstwo i jego konsekwencje są gdzieś zupełnie na uboczu. Wydaje się, że życie toczy się dalej i płynie, nie zmieniając swojego kierunku. Są króciutkie momenty przypominające nam o tych tragicznych wydarzeniach, ale ogólnie nie wychodzą one na pierwszy plan. Są luźne rozmowy, wspomnienia wspaniałej przeszłości, atmosfera przez większość czasu zdaje się być niemal piknikowa. Widzowi udziela się ta sielankowość. Nawet ludzka podłość nie jest w stanie popsuć tego dnia. Ojciec z żoną i córką toczą niezobowiązujący small talk, aż nagle nadchodzi cios. Cios, którego należało się spodziewać, ale który obala na ziemię. Słowa, które wiadomo było, że padną, nagle stają się materialne, a rzeczywistość dogania bohaterów.
Nie umiem powiedzieć, dlaczego finał Dojrzewania działa aż tak mocno. Z czego właściwie to wynika. Czy ojciec przez cały ten czas oszukiwał sam siebie, a kiedy wreszcie to, co oczywiste, stało się ciałem, dał się temu zaskoczyć? Czy żył w nadziei, że mimo wszystko do tego nie dojdzie? A może po raz pierwszy dotarło do niego, że zawiódł? Tak czy inaczej scena wejścia Stephena Grahama do pustego pokoju jego syna rozrywa człowieka na kawałeczki. Pozostawia go z poczuciem dojmującej beznadziei. I to jest wielkość tego serialu. Przekazuje oglądającemu prawdziwe emocje, pozwala mu przeżyć coś rzeczywistego. Daje widzowi szansę na zmierzenie się z realnym problemem. Ten film go wręcz miażdży.
Podsumowanie
Czas wytłumaczyć się nieco z oceny, która jest po prostu średnią arytmetyczną ocen poszczególnych odcinków. Pierwszy z nich broni się jako wstępniak, a dodatkowo momentami wchodzi na bardzo wysoki poziom intymności relacji rodzinnych i radzenia sobie w sytuacjach ekstremalnych. Stąd ocena musi krążyć wokół dziewiątki. Jednak drugi odcinek drastycznie obniża loty i tu najsprawiedliwsza byłaby szóstka. A potem dwie dychy dla dwóch finałowych epizodów, które są jakby dwiema połówkami niezwykle skomplikowanego dramatu rozgrywanego między zagubionym w młodzieńczym świecie synem a prostym, dobrodusznym, może nazbyt łatwowiernym ojcem. Z tego rachunku wychodzi niecała dziewiątka. Jednak jeśli przebrniecie przez pierwszą połowę, to czeka na was już tylko samo gęste. „Dojrzewanie” z czystym sumieniem można nazywać arcydziełem.
Dojrzewanie (miniserial)
-
Ocena kuby - 9/10
9/10
po raz kolejny netflix próbuje zaklinać rzeczywistość. *urzyni się zabijają na potęgę, a ci dali do roli nożownika białe dziecko. Policjantem jest czarny typ. Jak zwykle, wszystko odwrotnie…
no popatrz swiat nie jest czarno bialy, fajnie poczytac eksperta i statystyka w jednym
Zgadzam się z Twoją recenzją, ale niezupełnie. Zacznę od tego, że również jestem wielką fanką „Przekrętu” i to z tej roli głównie znam Grahama. No i mnie trzeci odcinek „Dojrzewania” przypomniał rolę (notabene również debiutancką) Nortona w „Lęku pierwotnym”. Co do drugiego odcinka – tu się nie zgodzę. W mojej ocenie był świetny – wiele nam powiedział o kondycji młodzieży naszych czasów. Przecież w środowisku szkolnym nasze dzieci spędzają lwią część swego życia. Zwróciłeś uwagę na porażkę rodzicielską ojca (i z tym w zasadzie też się nie zgadzam), a jednocześnie uznałeś, ze drugiego odcinka w ogóle mogłoby nie być. Chyba tak nie jest. Dla mnie właśnie mocą serialu jest to, że nie rozstrzyga o winie, a zwraca uwagę, jak wielu autorów ma nieszczęście.
Leję z dziesiątego piętra na tego propagandowego gniota, w którym czarnego bandziora zabijającego białą dziewczynę podmieniono na białego nastolatka (grupa najbardziej narażona na przemoc imigrancką!) zabijającego czarną. To że jest to propagandowy wysryw niezwykle sprawnie zrealizowany w niczym nie zmienia mojej opinii. „Trium woli” i „Olympia” też były. Teraz czekamy na serial Netflixa o białym fanatyku religijnym (najlepiej katoliku), który morduje trzy czarne dziewczynki w szkole tańca. K… mać. :/
Czy to propaganda? Oczywiście, ale nie widzę powodu dlaczego mielibyśmy nie oglądać dobrych, propagandowych agitek. Umieli je robić naziści, umieli komuniści, a teraz umieją wokiści. Warto je zobaczyć zanim cała ta ideologia wyląduje na śmietniku historii 😉