Player One (2018)

Steven Spielberg, pomimo 71 wiosen na karku, nie przestaje produkować filmów z częstotliwością godną nastolatka. W czasie, gdy graficy zajmowali się kreacją wirtualnego świata dopiero co nakręconego “Ready Player One” (w polskim tłumaczeniu z niewiadomych przyczyn zaginęło gdzieś po drodze słowo „ready”), reżyser w międzyczasie zdążył nagrać “Czwartą władzę”. Ostatnim razem podobnej wolty gatunkowej na przestrzeni kilku miesięcy Spielberg dokonał w 1993 roku, kiedy dał światu “Park Jurajski” i “Listę Schindlera”. Jak pisał Pquelim w swojej recenzji, Czwarta władza trzymała poziom. Czy zatem “Player One” jest “Parkiem Jurajskim” A.D. 2018?

Świat w roku 2045 jest ponury i brzydki. W tym wypadku książkową wizję zrealizowano idealnie.

Prawa do ekranizacji powieści Ernesta Cline’a zostały zakupione jeszcze przed wydaniem książki, która wkrótce stała się gigantycznym światowym bestsellerem. Gdy w projekt zaangażował się Spielberg, oczekiwania wobec filmu bardzo wzrosły, chociaż osoby znające pierwowzór powinny być świadome pułapek, które czyhały na twórców. Dzieło Cline’a delikatnie mówiąc wybitną literaturą nie jest, chociaż ja osobiście traktuję ją w kategorii grzesznej przyjemności. Pomimo fatalnego warsztatu autora, sztampowej fabuły i pewnej hermetyczności, polubiłem bohaterów tej książki i z przyjemnością śledziłem ich zmagania z wirtualnym światem, pełnym nawiązań do popkultury lat 80-tych.

W roku 2045 świat jest smutnym miejscem. Kolejne globalne kryzysy spowodowały, że życie stało się nieznośne i żałosne, a ogromna część społeczeństwa (przynajmniej tego amerykańskiego, bo jak przystało na produkt zza wielkiej wody, o reszcie świata się nie dowiemy) klepie biedę w „wieżowcach” złożonych z przyczep kempingowych. Jedyną odskocznią od ponurej rzeczywistości jest gigantyczna wirtualna symulacja – OASIS, czyli gra, która ma w sobie wszystkie inne gry. To komputerowy świat, do którego wchodzi się z pomocą gogli VR i mniej lub bardziej zaawansowanych kombinezonów, uprzęży, foteli, et cetera, i w którym spędza się każdą wolną chwilę. Kilka lat przed rozpoczęciem “Player One” umiera jeden z twórców OASIS. Pozostawiając też po sobie specyficzny testament. Obiecuje nieograniczoną władzę nad programem człowiekowi, który odnajdzie w symulacji trzy ukryte klucze. Od tamtej pory cały świat próbuje zdobyć chociaż jeden z nich. A ponieważ James Halliday z rozrzewnieniem wracał do lat swojej młodości, poszukiwania będą wiązały się z graniem w stare gry, zaglądaniem do starych filmów i rozszyfrowaniem zagadkowych podpowiedzi, nawiązujących do zarchiwizowanych wspomnień genialnego programisty.

Jeden z niewielu momentów, kiedy OASIS wygląda atrakcyjnie – wirtualna dyskoteka.

Głównego bohatera, osiemnastoletniego Wade’a Wattsa poznajemy, gdy po raz kolejny próbuje pokonać pierwsze wyzwanie Hallidaya – ukończyć zwariowany wyścig w ciągle zmieniającym się mieście, po którym grasuje tyranozaur z “Parku Jurajskiego” i King Kong. Przez kilka lat, które minęły od rozpoczęcia starań, nikomu nie udało się dojechać do mety. Kiedy więc Wade znajduje sposób, aby tego dokonać, świat ogarnia szaleństwo poszukiwań. Do gry wkracza też gigantyczna korporacja IOI, która chce położyć swoje chciwe łapska na OASIS. Na jej czele stoi Nolan Sorrento, który, jak nietrudno się domyślić, będzie „tym złym”, z którym przyjdzie się mierzyć bohaterom.

Fabuła odkrywcza nie jest. Wade z grupką przyjaciół, których zna tylko z wirtualnej rzeczywistości, po kolei rozwiązuje kolejne zagadki, IOI próbuje wpychać im kij w szprychy, Sorrento robi groźne miny i składa niemoralne propozycje, a na koniec czeka nas wielka bitwa o losy świata. Pod tym względem film absolutnie niczym nie zaskakuje, a jego prostota to ewidentny ukłon w stronę najmłodszej publiczności (a może brak szacunku dla niej?). Nie da się ukryć, że “Player One” to pod względem konstrukcji film młodzieżowy, a może wręcz familijny. Nie ma w nim niejednoznacznych postaci, skomplikowanych wątków ani wielkich przemian bohaterów. Jest dużo biegania z punktu do punktu, rozwiązywanie zagadek i walki z bandziorami.

This is Major Tom to ground control…

Wade’owi w jego przygodzie towarzyszy najlepszy przyjaciel Aech, tajemnicza dziewczyna i obiekt westchnień Art3mis oraz dwóch azjatyckich graczy – Sho i Daito. Równouprawnienie i poprawność polityczna pełną gębą (Aech jest czarnoskóry), chociaż spotkałem się w anglojęzycznym internecie ze stwierdzeniami, że to nieładnie, kiedy najważniejsza kobieta w filmie potrzebuje pomocy mężczyzny, a inna stanowi wręcz „trofeum” do zdobycia. Wade jest postacią raczej nijaką. Cytuje z pamięci słowa Hallidaya, kiedy tylko może wymyka się z domu, żeby grać, zakochuje się w pół godziny i przez większość czasu gapi bezmyślnie w dal. Mamrocze coś pod nosem, ciągle komentuje wydarzenia spoza kadru i wyjaśnia, co się dzieje na ekranie, na wypadek gdyby widz nie nadążał. Aech to typowy czarnoskóry przyjaciel głównego bohatera, taki swojski, trochę niezdarny, ale równy gość, który raz wpada w kłopoty, a kiedy indziej ratuje głównego bohatera i zawsze można na niego liczyć. I chociaż z jego postacią wiąże się pewna tajemnica, to autorzy scenariusza zbagatelizowali ten wątek, sprowadzając pewien zaskakujący moment do krótkiego zdziwionego  spojrzenia. Art3mis to z kolei wyluzowana, samodzielna i zdystansowana, śliczna dziewczyna. No i jest w ruchu oporu. Teraz wszędzie musi być ruch oporu. Skoro był w Blade Runnerze, to i tu trzeba było go dorobić. Azjaci, jak to Azjaci w amerykańskich filmach – są. Trochę ciekawiej prezentuje się nemesis głównego bohatera, czyli Nolan Sorrento. Ma jasno określoną motywację, pogardza kultem przeszłości. Kieruje nim pieniądz i jakimś cudem udaje mu się na ogół unikać robienia niestrasznych min, które zmieniłyby go w autoparodię w rodzaju generała Huxa. Najciekawszą, a może po prostu najsympatyczniejszą postacią, jest sam James Halliday – dziwak z roztrzepaną fryzurą, prawdopodobnie dotknięty autyzmem. Pojawia się w zapisach swoich wspomnień oraz pod postacią avatara w OASIS i chociaż Mark Rylance znowu gra podobnie jak w “Moście szpiegów”, to na tle bezbarwnych postaci wypada nad wyraz pozytywnie.

Duża część filmu dzieje się w wirtualnym świecie OASIS. W książkowym oryginale było to coś więcej niż gra. Jej twórcom przyświecały szczytne idee i symulacja oprócz rozrywki zapewniała użytkownikom również dostęp do nieograniczonych zasobów wiedzy w cyfrowych szkołach. W filmie nie ma o tym mowy. Widzimy jedynie gry, w których można zdobyć realną gotówkę lub magiczne przedmioty oraz symulacje rozrywkowe, gdzie tę samą gotówkę można w łatwy sposób wydać. Autorzy nieśmiało przebąkują coś o niezdrowym kulcie wyimaginowanego bogactwa, o zatracaniu się w symulacji kosztem realnego życia, o agresywnych i pazernych korporacjach, rządzących cyfrowym biznesem. Można było z tego zrobić naprawdę niegłupi film, zwłaszcza że Spielberg ma talent do moralizowania z klasą, ale według mnie wszystkie głębsze przemyślenia potraktowano po macoszemu, a Cline, który jest współautorem scenariusza, nie rozwinął żadnego z nich ponad to, co wcześniej umieścił w powieści.

Zanim zajął się budowaniem Gwiazdy Śmierci, Ben Mendelsohn próbował ukraść grę. Tu reklamuje przed zarządem mikrotransakcje.

Jeśli więc OASIS nie zachwyca tłem historycznym i ideami, to może chociaż wyglądem? Nic z tego. Owszem sam design niektórych lokacji nie jest zły, ale już animacje i ostateczny efekt przywodzą na myśl gry komputerowe… sprzed kilku lat. Nie wiem co graficy chcieli osiągnąć, ale wynik jest po prostu koślawy. Oczekiwałem po cichu, że Spielberg wypali mi gałki oczne jakimiś niesamowitymi wizjami, ale ewidentnie widać, że albo kompletnie się tym etapem produkcji nie interesował, albo całkowicie zatracił zdolność budowania fantastycznych światów. Dostaliśmy kolorową pstrokaciznę, z kiepskimi animacjami, która w dodatku nie ma żadnej duszy. Żadnego elementu, który by ją wyróżniał od pierwszego lepszego (gorszego?) filmu z Youtube’a. Fatalnie wyglądają przede wszystkim awatary bohaterów. Wade, czyli Parzival ma ohydny wygląd wymuskanego chłopca rodem z jakiejś japońskiej kreskówki. Art3mis również straszy wielkimi, sarnimi oczami, a Aech wygląda niczym jakiś troll w wersji science-fiction. Z kolei Crennic i jego pomagier w zbrodni w wirtualu przyjmują postacie wielkich mięśniaków – jakże oryginalnie. Wszystko to jest jakieś takie niedorobione, bez polotu i po prostu słabe. W dodatku akcja często pędzi na łeb na szyję i oglądamy jakieś kolorowe migawki, w których nie bardzo wiadomo, o co chodzi. Nie jest to poziom Transformerów ale niebezpiecznie blisko.

Zaglądanie do czyichś wspomnień to główna czynność, jaką wykonują wirtualni detektywi.

Żeby nie było, że tylko narzekam, trzy sceny zrobiły na mnie wrażenie. Pierwszą widzimy na samym początku, kiedy Wade schodzi ze swojej wieży przez różne przyczepy i oglądamy przy okazji jego sąsiadów, grających w OASIS. Naprawdę świetne, długie i dynamiczne ujęcie, które bez zbędnego gadania pozwala wczuć się w świat. Druga to scena na dyskotece. Przedstawiona tak, jak to sobie wyobrażałem, czytając książkę i po prostu fajna, z dobrą muzyką w tle i genialnym momentem użycia „Kostki Zemeckisa”. To było ładne i nawet efektowne, a dialog między Art3mis i Parzivalem został nieźle zrealizowany. No i wreszcie sceny w trakcie zdobywania drugiego klucza, w czasie których bohaterowie muszą wejść… w film Lśnienie. To są momenty, które pokazują, czym mógł być “Player One”. Avatary dosłownie pojawiają się wewnątrz filmu Kubricka, który był jakoby ulubionym dziełem Hallidaya. Moment, kiedy nieświadomy niczego Aech, który, jak pewnie większość docelowej widowni nie oglądał ekranizacji książki Kinga, spotyka bliźniaczki przed windą i to, co dzieje się potem wygląda, jakby było wyjęte z zupełnie innego filmu. Poważniejszego, milion razy lepiej zrobionego i mocniejszego pod każdym względem. Nie wiem, czy Hotel Panorama został odtworzony całkowicie w komputerach, czy użyto archiwalnych zdjęć, czy po prostu zastosowano jakąś hollywoodzką magię, ale ten fragment zrobił na mnie świetne wrażenie. No i jest jeszcze scena końcowa, bardzo w stylu Spielberga, nawet zgrabnie zamykająca obraz, z plakatem Rush, rzuconym fanom tej grupy jako nagroda pocieszenia, za brak jakiejkolwiek muzyki tej grupy w filmie (kto czytał książkę, ten będzie wiedział, o co chodzi).

Główny bohater przez większość filmu gapi się w coś z otwartymi ustami.

Świetnie zrealizowano też dźwięk. Warto wybrać się do dobrego kina z dużą liczbą głośników na sali, bo efekty atakują ze wszystkich stron, muzyka porusza trzewia i film czuje się całym ciałem. Naprawdę perfekcyjna robota. Niestety to chyba koniec pozytywów. Reszta jest mniej lub bardziej zła.

Dziecinny scenariusz spokojnie bym w kinie familijnym wybaczył, ale skoro przez swoje nawiązania film określa docelową widownię na 30-40latków, to doprawdy nie wiem, o co twórcom chodziło. Dziwi to tym bardziej, że zmiany w stosunku do książki są raczej na plus i dzięki nim zaoszczędzono widzom na przykład patrzenia, jak Wade rozgrywa idealną partię “Pacmana”, albo odtwarza film “Gry wojenne” słowo po słowie. Właśnie, nawiązania… Być może zastanawiacie się, czemu do tej pory niewiele o nich wspominałem. Nie zdradzę sekretu, jeśli napiszę, że wyprawa do OASIS i w ogóle cały ten film łączą się ze wszystkim, co popkulturze dały lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Szkoda trochę, że film, w przeciwieństwie do pierwowzoru, nie wyjaśnia w ogóle, skąd to się wzięło, że nagle cały świat cytuje z pamięci bohaterów nikomu nie znanych filmów i gra w “Asteroids”. W każdym razie “Player One” od początku reklamowano jako hołd dla minionych czasów i powrót do dzieciństwa dla nostalgicznych widzów. Dotrzymano słowa pod jednym względem – co kilka sekund na ekranie pojawia się coś znajomego. A to DeLorean z “Powrotu do przyszłości”, Żółw Ninja, czy Mechagodzilla, kiedy indziej laleczka Chucky albo broń z “Obcego”. W tle zaś łupią szlagiery sprzed 30 lat. Fajnie, prawda? Niezupełnie. Wszystkie te nawiązania kompletnie niczemu nie służą. Poza kilkoma wyjątkami nie pchają fabuły, nie stanowią wartości dodanej, pojawiają się i znikają tak szybko, że ciężko je w ogóle odnotować. Bohaterowie zaś zdają się w ogóle nie lubić tych staroci – oni je bezmyślnie cytują  i konsumują jak hamburgery z McDonalda. Szczytem ignorancji i złego smaku było dla mnie wykorzystanie robota z filmu “Stalowy gigant” jako narzędzia walki. Gdzie tu refleksja nad słynnym „I am not a gun”, które wypowiada maszyna w filmie Birda? Jak można to było tak bezmyślnie spartaczyć? Kto nie widział, niech sobie obejrzy właśnie “Stalowego giganta” zamiast “Player One”.

Stalowy gigant biegnie wytłumaczyć twórcom, co zrobili nie tak.

Im dłużej o nim myślę, tym bardziej jestem zły na “Player One”. Nie tylko z powodu zmarnowanego potencjału, ale w ogóle z powodu błędów, jakie popełniono przy jego produkcji. Przeciętni aktorzy (poza Mendelsonem i Rylancem) nie byli w stanie pociągnąć słabiutkiego scenariusza i zostali przesłonięci nawiązaniami do filmów i gier, których pewnie te dzieciaki w ogóle nie znają. Skoro zresztą przez większość czasu oglądamy tylko ich cyfrowe postacie, można też było pomyśleć nad aktorami z doświadczeniem w dubbingu. Spielberg usmażył ciężkostrawny, sztampowy do bólu film, w którym po prostu odhacza się kolejne klisze, w międzyczasie nieudolnie łechcząc sentymentalną strunę u widzów. Młodzi nie zauważą większości nawiązań, każdy, kto skończył podstawówkę, będzie płakał nad prostacką fabułą, kinofile będą chcieli udusić głównego bohatera, który ciągle gada spoza kadru i wszystko wszystkim tłumaczy, osoby w wieku 10+ będą starały się zrozumieć cokolwiek z growej nowomowy, którą zafundował nam polski tłumacz w napisach, a widok OASIS sprawi, że wszyscy wyżej wymienieni z ulgą wrócą do ładniejszych gier w swoich domach. To prawdopodobnie najgorszy film Stevena Spielberga i bardzo obawiam się, co zobaczymy w piątej części “Indiany Jonesa”. I proszę mi tu nie mówić, że reżyser już dawno zdziadział. “Przygody Tintina”, stworzone krótko po “Królestwie kryształowej czaszki” pokazały, co znaczy ręka mistrza. I do tego nawet dziś wyglądają obłędnie dobrze wizualnie, a na pewno lepiej, niż “Player One”.

 

Addendum Żabum, czyli komentarz SithFroga:

W zasadzie mógłbym zgodzić się z Crolweyem i nic nie pisać, ale czasami człowiek musi, bo inaczej się udusi. Czytam pozytywne recenzje i mam wrażenie, że śnię. Wyobraźcie sobie, że ktoś wam opowiada o swoim dniu. Wstałem, umyłem się, zjadłem śniadanie, potem kawa, szybka dwójka w WC, następnie praca, obiad, znów praca i w końcu jakiś film, piwo i sen. Żeby nie było nudno, co drugie słowo przerywa wam hasłami w stylu: „a pamiętasz Stalowego giganta?”, „hej, Żółwie Ninja były spoko, nie?”, „lubiłeś oglądać Gry wojenne i Marthy’ego McFly’a, co?” Po co? Liczy, że odwróci uwagę od tego, jaki opis dnia jest nudny, sztampowy i pozbawiony jakiegokolwiek ciekawego punktu.

Taki jest właśnie „Ready Player One”. Słaby, ciężkostrawny film, który bierze widza jak tuczną gęś, wpycha mu w gardło (w oczy?) rurę i pakuje przez nią setki nawiązań i „easter eggów” z lat 80-tych licząc, że przykryje mizerię własnej historii i wykonania graniem na nostalgii. Nic z tego. W nostalgię trzeba umieć. Jak bracia Duffer, tworzący kolejne sezony „Stranger things”. Tam też kipi od nawiązań, ale przy okazji jest ciekawa, tajemnicza historia, klimat i fantastyczni bohaterowie. W filmie Spielberga jest fajna scena z „Lśnieniem”, dobry Ben Mendelsohn i… tyle. Reszta to ciężkostrawny, sztampowy do bólu produkt, który nie ma w sobie ani krzty magii.

Powinni byli wziąć do reżyserii kogoś, kto wychował się na kulturze lat 80-tych, a nie tego, kto ją tworzył. Nie wiem, dla kogo jest ta produkcja. Nawiązania zrozumieją głównie dzisiejsi 30-40-latkowie, dla których morał „czasem warto odejść od kompa i nie być piwniczakiem na pełny etat” jest komiczny i czerstwy. Młodsi widzowie natomiast mają w nosie easter eggi z okresu, którego nie znają, a na własnych kompach i konsolach mają w tej chwili gry z ładniejszą grafiką niż OASIS, która ma powstać za lat 27… Nawet „Avatar” miał o kilka rzędów lepsze efekty i mimikę postaci, a to produkcja z 2009 roku. Tak jak Crowley – szczerze odradzam. Obejrzyjcie zamiast tego cokolwiek związanego z easter eggami z „Ready Player One”. Każda produkcja, do której film nawiązuje jest dużo lepsza niż on sam.

Kilka komentarzy do "Player One (2018)"

  • 10 kwietnia 2018 at 12:33
    Permalink

    W taki właśnie sposób tworzy się “bestsellery” – zanim jeszcze książkę napisano już ją rozpromowano, zanim zrobiono film już stał się sławny etc. Dzisiaj to cały biznes począwszy od organizowania reklamodawców aż po przekupnych recenzentów czy youtuberów. W przeciągu kilku ostatnich lat nie rozczarowałem się na tak rozpromowanej produkcji chyba tylko przy Grze o Tron, ale to trochę inny przypadek. Wszelkie inne historie były słabe lub powtarzalne (vide Dziewczyna z pociągu chociażby). Kiedyś ten sposób promocji też istniał, ale dzisiaj to już się boję otworzyć lodówki, żeby coś na mnie nie wyskoczyło. I tak chyba najbardziej wnerwiają mnie hollywoodzkie superprodukcje z mitologią lub historią minionych wieków w tle. Na siłę zmienianie metaforycznych mitów w pseudo rzeczywiste postacie i wydarzenia, bezsmakowe traktowanie wykreowanego świata, nawet gdy toczy się rzekomo w dawnej historii (a przecież już Obłędny rycerz pokazał, że można pomimo zupełnie swobodnej konwencji stworzyć całkiem interesujący i zabawny film). Ech, szkoda gadać. Czasami tylko jakaś perełka się trafi, ale coraz rzadziej.

    Reply
    • SithFrog
      10 kwietnia 2018 at 12:56
      Permalink

      Mój boże, to nie tylko ja lubię “Obłędnego rycerza”??? Mam wrażenie, że ten film w ogóle został zapomniany i mało osób go obejrzało. A to cudowna opowieść jest. Z odpowiednim dystansem. Muszę znów obejrzeć i wysmarować jakiś tekst.

      Reply
      • 10 kwietnia 2018 at 15:01
        Permalink

        Tak totalnie poza tematem: planujesz recenzję “El Mariachi”?

        Reply
        • SithFrog
          11 kwietnia 2018 at 00:22
          Permalink

          Kwiliniosz – w sensie Desperado czy oryginału z 1992?

          Atos: szacunek 😉

          Reply
          • 11 kwietnia 2018 at 09:04
            Permalink

            Oczywiście, że oryginału 🙂

            Reply
      • 11 kwietnia 2018 at 00:17
        Permalink

        Ja też lubię ‘Obłędnego rycerza’.

        Reply
      • 11 kwietnia 2018 at 08:49
        Permalink

        Już od pierwszych taktów We will rock you nie sposób nie zakochać się w tym filmie ;). Wiadomo od razu, że nie zamierza odwalać szopki i udawać filmu historycznego, lecz jedynie stylizuje się na średniowiecze, dzięki czemu ogląda się go bez uczucia – matko, co za bzdury.

        Reply
        • 11 kwietnia 2018 at 23:01
          Permalink

          Kolejny powód dla którego warto czytać komentarze – przypomnisz sobie o filmie, z którego pamiętasz tylko oszustwo i kobietę – kowala o ciemnej karnacji (wiem, poplątało mi się), wykuwającą lekkie zbroje. Odświeżyłem sobie “Rycerza” i nie żałuję.

          Reply
  • 10 kwietnia 2018 at 18:25
    Permalink

    Jeszcze w 2005 dostaliśmy od tego pana “Monachium” i “Wojnę światów”. To lepsza analogia niż z rokiem 1993, ale i tak daleko obu filmom do tamtego poziomu.

    Reply
    • 10 kwietnia 2018 at 23:39
      Permalink

      Racja. To był też dobry rok Stivena i faktycznie podobna rozpiętość gatunkowa.

      Reply
  • 10 kwietnia 2018 at 19:43
    Permalink

    Będzie można się spodziewać w najbliższym czasie kolejnego artykułu z filmografii Kubricka?

    Reply
    • 10 kwietnia 2018 at 20:45
      Permalink

      W bliskim czasie – można się spodziewać 🙂
      W najbliższym czasie – niestety nie 🙁

      Reply
  • 10 kwietnia 2018 at 20:39
    Permalink

    Film jest stuprocentową bajką dla dzieci Trzeciego Tysiąclecia. Ma bajkowy klimat, bajkowych bohaterów latające wróżki, tylko zamiast skrzydeł, różdżek i smoka, dostajemy grę komputerową i rozbudowaną technologie VR.

    Oczekiwanie od niego sensu i wykpiwanie właściwej dla gatunku moralizatorskiej nuty to… jakiś absurdalny snobizm. Panowie, tam miało być fajnie i kolorowo, a nie ideologicznie i z za(D)cięciem.

    Dla mnie film 7/10, widoczne braki fabularne wybaczam, bo popkultura i – przede wszystkim – Kubrick. Bawiłem się setnie, prawie tak dobrze jak przy pierwszym LEGO: Movie.

    Reply
    • SithFrog
      11 kwietnia 2018 at 00:25
      Permalink

      “Panowie, tam miało być fajnie i kolorowo”

      Szkoda, że nie było.

      Reply
    • SithFrog
      11 kwietnia 2018 at 00:26
      Permalink

      W życiu bym nie pomyślał, że zapłacili 🙂

      Jak ktoś chce naiwnej i miernej bajeczki, gdzie bohater nie ma znaczenia (bo jest dupkiem i bucem), a liczy się tylko dużo kolorów na ekranie i bazylion referencji do naszej młodości to można się świetnie bawić. Są ludzie, którzy lubią i oceniają wysoko Pacific Rim 2 czy Transformers 4. Nic mi do ich odczuć 😉

      Reply
      • 11 kwietnia 2018 at 23:57
        Permalink

        Kiedy ja przytoczyłem opinię człowieka, który uważa Transformers 4 za szajs, a ty jakbyś stawiał je z Player one na tej samej półce.

        Reply
        • SithFrog
          13 kwietnia 2018 at 07:44
          Permalink

          Na tej samej półce na pewno nie, bo T4 to zupełna porażka. Chodziło mi tylko o to, że ciężko mi się odnieść do tego, że komuś się coś podoba, kiedy mi nie.

          “Reżyserskie przesłanie zostaje przemycone pod płaszczykiem pierwszorzędnego spektaklu.”

          Przesłanie jest żenujące, a spektakl po 10 minutach męczy kiedy zaczynasz rozumieć, że spektakl nie jest środkiem do osiągnięcia jakiegoś celu tylko celem samym w sobie.

          Reply
    • 11 kwietnia 2018 at 00:31
      Permalink

      Tak na szybko to mogę się podpisać pod komentarzem JohnTheBrave. Niestety nie mogłem przejść do porządku dziennego nad płaskimi bohaterami, naprawdę przeciętnym scenariuszem i mnogością migawek z innych filmów i gier, które nic nie wnosiły. I też uważam, że filmowi strasznie brakuje szaleństwa i luzu starych filmów Spielberga (stąd wspominam o Tintinie, który wyszedł reżyserowi wybornie). Również odniosłem wrażenie, że nie czuć w Player One w ogóle ręki Stevena. On kręci w taki specyficzny sposób, często bardzo tkliwe filmy, które jednak mają “to coś”. Player One mi wydał się bezduszny – nie ma w nim nic oryginalnego. Jak w pierwszych filmach “uniwersum” Marvela. Tych o Kapitanie Rajtuzie i Thorze wśród dzikich tęcz.

      Reply
  • 11 kwietnia 2018 at 00:19
    Permalink

    Kur… co za czasy. Tolkien podobno pisał “Władcę” przez 10 lat, a sławę światową zyskał dopiero grubo później. A teraz facet zostaje sławny zanim jeszcze cokolwiek napisze. Choćby z tego powodu nie ruszam takich “bestsellerów” nawet kijem.

    Reply
    • 11 kwietnia 2018 at 00:37
      Permalink

      Jeśli coś jest dobre, to się obroni. Czasy są inne, inaczej przepływają informacje, inaczej wygląda cykl wydawniczy. Książka “zażarła” dzięki pomysłowi z nostalgicznymi odniesieniami, które dla mnie były wystarczająco ciekawe, żeby przesłonić jej wady. Niestety wystarczy sięgnąć po Armadę, czyli drugą powieść Cline’a, żeby dostać palpitacji mózgu. Tam dopiero wyszły wszystkie braki warsztatowe i próba spieniężenia po raz drugi tego samego pomysłu.

      Reply
      • 11 kwietnia 2018 at 13:44
        Permalink

        Ja rozumiem, że czasy są inne. Ale żadne, nawet najdziwniejsze, czasy nie usprawiedliwiają takiego sztucznego pompowania “bestsellerów” i niby “gwiazd” literatury, jakie teraz odchodzi. Nawet jeżeli w założeniu temat jest świetny, to skąd wiadomo, że autor w ogóle sobie z nim poradzi? Skąd wiadomo, jakie ma pióro, skoro nic jeszcze nie wydał? Dla mnie to po prostu kolejny “talent-show”. Tym razem pod hasłem “zostań mistrzem światowej literatury”. Używając dostępnych dziś potężnych narzędzi promocyjnych światowe koncerny medialne taśmowo tworzą kolejne “gwiazdy”. I co zwykle wychodzi z takiego produktu marketingowego? W najlepszym razie jakiś nowy Szymon Wydra, ale najczęściej kolejna “Frytka”. Nie może zresztą być inaczej, skoro odpada cały naturalny proces, który kiedyś decydował o tym, że przebijali się naprawdę najlepsi.

        Reply
        • 11 kwietnia 2018 at 23:55
          Permalink

          Kiedyś nie było lepiej. Kariera głównie dla tych, którzy mieli na nią hajs, elitaryzm i towarzystwo wzajemnej adoracji. Książki, które dzisiaj czytają tylko ci, co muszą czyli uczniowie i studenci. Współczesny wzrost konkurencji bardzo dobrze wpłynął na literaturę. Odsianie ziarna od plew zrobi się już samo.

          Reply
          • 12 kwietnia 2018 at 06:17
            Permalink

            Bzdury. Tolkien, Howard czy choćby Sienkiewicz nie byli zblazowanymi lordami piszącymi dla zabicia nudy i zaspokojenia snobistycznych ambicji. Ci ludzie poza pisaniem normalnie uczyli się i pracowali, przynajmniej zanim ich kariery nabrały rozpędu. To dzisiaj robi się gwiazdy z nastolatków, których ojcowie mają własne wydawnictwa.
            Niby co takiego (może poza prozą Martina) powstało w ostatnich latach co można by nazwać prawdziwym dziełem? Takim, które będzie się filmować jeszcze nawet za 50 czy 100 lat.

            Reply
          • 12 kwietnia 2018 at 14:35
            Permalink

            Nie do końca. Nie wiem, jak to jest, ale ostatnie lata to faktycznie zalew “hitów” sztucznie wytworzonych przez wytwórnie i wydawnictwa. To by się nie miało szans przebić w żaden sposób, bo nie broni się absolutnie niczym. Ot choćby wspominana już tu wcześniej Dziewczyna z pociągu, czy inne twarze Greya (żeby nie było, próbowałem to drugie przeczytać, ale autentycznie się nie da). Ja tego odsiania nie widzę.
            Natomiast prawdą jest, że internet i ogólnie łatwiejszy dostęp do gigantycznego rynku znacznie zmienił sytuację początkujących twórców. Dziś książkę może wydać w zasadzie każdy, tak samo nakręcić film. Są do tego środki i metody, a sposobów na dotarcie do publiki też całe mnóstwo. Dzięki temu otrzymaliśmy Metro 2033, czy Marsjanina, które inaczej pewnie nigdy by nie zaistniały.

            Reply
  • Pingback: Ciche miejsce (2018) – FSGK.PL

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków