Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi (analiza, spojlery, wnioski i zażalenia)

Przed wami obiecany (i wyczekiwany) materiał wskazujący na to co mi się w nowych “Gwiezdnych Wojnach” nie podobało. Tekst będzie długi, trochę chaotyczny i mocno spoilerowy. I nim do niego przejdziemy, pozwólcie mi na małe “ogłoszenia parafialne”.

  • Ostatnie akapity naszej recenzji wzbudziły (poniekąd słuszne) oburzenie w komentarzach. Użyłem pewnego skrótu myślowego i niektórzy odebrali to jako kategoryzowanie widzów na lepszych i gorszych, prawdziwych fanów i “casuali”, etc… Nie o to mi chodziło. Chciałem raczej wskazać, że rozumiem, iż “Ostatni Jedi” mógł się fanom podobać. Bez względu na to ile razy widzieli poprzednie epizody “Gwiezdnych Wojen”. Jeśli kogoś moimi, trochę niezgrabnymi słowami uraziłem – przepraszam.
  • Poniższy tekst zgodnie z obietnicą traktuje już o konkretnych wątkach, bohaterach i scenach, więc będzie najeżony spojlerami niczym prequele kiepskim CGI!
  • Zazwyczaj nie piszę tekstów tego rodzaju (analizy to specjalność DaeLa). Może więc być trochę chaotycznie, bo będziemy skakać z tematu na temat.

Pierwszym co mnie w kontekście “Ostatniego Jedi” zadziwiło było jeszcze przedpremierowe wyznanie Riana Johnsona, że dostał schedę po J.J. Abramsie bez żadnych wskazówek ani gotowego planu na trylogię. Ot, zrobiono “The Force Awakens”, a teraz masz pan, rób coś z tym dalej. Trochę się to wpisało w czarnowidztwo DaeLa, który przepowiadał, że Abrams jest mistrzem pierwszego aktu, ale nigdy nie ma planu jak opowiedzieć całą historię (czego przykładem jest serial “Lost”). Ja nie dowierzałem. Widząc co Disney zrobił z filmami Marvela, nad którymi pieczę trzyma Kevin Feige i które są zaplanowane na 20 lat do przodu, przypuszczałem, że to ściema. Niestety, brak planu na nową trylogię widać, słychać i czuć. “Ostatni Jedi” obśmiewa poprzedni epizod, jest czymś zupełnie innym tonalnie i fabularnie, ale jednocześnie kompletnie niczego nie zmienia w zastanym świecie i kończy się zasadniczo w punkcie wyjścia. Teraz wróci Dżej Dżej i co? Znów powtórka z rozrywki?

Ryan Johnson ma inny stosunek do fanów i świata Star Wars niż można się było spodziewać. Powyżej zupełnie przypadkowa scenka z filmu Kac Vegas.

Nie mam nic przeciwko eksperymentom w kinie i zawsze będę bronił twórców odważnych. W “Rogue One” nie wszystko wyszło, ale tytuł się broni, bo – jak się okazało – film wojenny też można zmieścić w ramach świata “Star Wars” (czy też na jego obrzeżach). Z “Ostatnim Jedi” jest inaczej. Tu nie ma mowy po prostu o poszerzeniu znanego świata czy próbie spojrzenia z nieco innej perspektywy. Johnson dokonuje dekonstrukcji tego świata, dekonstrukcji tropów i znanych motywów, i robi to w stylu – nie zawaham się rzec – internetowego trolla. Zresztą – jeden czy dwa teksty padające z ust bohaterów są żywcem wyjęte z komentarzy w necie (“Dałeś się pokonać dziewczynie, która pierwszy raz trzymała miecz!”). Ale Johnson idzie jeszcze dalej, próbując unieważnić “Przebudzenie Mocy”. Obejrzyjcie sobie ten film jeszcze raz, a zobaczycie, że “Ostatni Jedi” celowo i z rozmysłem przekreśla fabułę poprzedniego epizodu.

“Przebudzenie Mocy” mówiło nam m.in., że Snoke to ktoś ważny, tajemnica rodziców Rey wyjaśni jej zdolności, a podanie miecza Lukowi jest ważne i symboliczne. Reżyser epizodu ósmego każdy z tych wątków urywa w sposób drastyczny. Scena kiedy Luke odrzuca miecz za siebie… Ja rozumiem pomysł na tę postać i bardzo mi się on podoba (veto! – przyp. DaeL). Ale Luke mówiący “to już nie moja sprawa” i odrzucający ze złością miecz w bok albo oddający go Rey byłby nieporównywalnie lepszy niż to, co nam zafundowano. Bo dostaliśmy scenę jak z parodii “Gwiezdnych Wojen”. Idąc dalej: tajemnica rodziców Rey była głównym punktem zaczepienia dla fanów tej postaci, którzy usprawiedliwiali w ten sposób jej wszechmoc. “Wszystko będzie wyjaśnione, okaże się, na pewno się dowiemy” – to właśnie słyszałem ilekroć podnosiłem fakt, że Rey już na początku filmu jest w pełni uformowaną bohaterką (albo superbohaterką). No to się nie dowiedzieliśmy. Teraz jej potęga nie ma żadnego uzasadnienia i nagle zmieniono front wyjaśnień: “Moc ją wybrała i już”. Aha. Czyli deus ex midichlorina.

Ten moment kiedy musisz się bardzo skoncentrować na niepuszczeniu wiatrów przy swoim nauczycielu…

Narzekałem na humor w oryginalnej recenzji, ale to nie jest tak, że żarty mnie nie bawiły. Owszem, były momentami śmieszne, ale po prostu źle dopasowane do tego co się dzieje na ekranie. Ludzie umierają, bitwa się toczy, a tu porg przykleja się do szyby. Ha ha, boki zrywać. O Luku odrzucającym miecz wspominałem. Były też elementy kompletnie nietrafione. Kogoś bawiło jak Poe udawał, że nie słyszy Huxa? Mało, że udawał, konwersację zakończył finezyjnym żartem z cyklu “twoja stara”. No i mieliśmy jeszcze dojenie cyca przez Luke’a… Naprawdę panie Johnson? To jest poziom, do którego równa “The Last Jedi”? W “Star Wars” humor był obecny od zawsze, ale wynikał z charakteru postaci czy relacji między nimi, a nie z zainscenizowanych, slapstickowych gagów.

Tu jeszcze się na moment wtrącę. Lucas popełniał ten sam błąd co Johnson, psując dramaturgię scen poprzez zbyt wcześnie zaserwowany humor. Ale w przypadku oryginalnej trylogii sceny te uratowano w montażu. Na przykład – we wstępnej wersji “Nowej Nadziei”, C3P0 wpada w plątaninę kabli i krzyczy do R2D2 “This is all your fault” na samym początku filmu, gdy szturmowcy zdobywają korwetę Tantive IV. W wersji ostatecznej, po przemontowaniu filmu, C3P0 ląduje w kablach i krzyczy na R2D2 jakieś 80 minut później, na pokładzie Sokoła Milenium, po zniszczeniu Tie Fighterów. W pierwotnej wersji zabawna scena psuła poczucie zagrożenia. W ostatecznej – pozwala odetchnąć po długiej scenie akcji, gdy bohaterowie są już (chwilowo) bezpieczni. – DaeL

Finn! Prawie cię zabiję (i siebie przy okazji), żebyś czasem sam się nie zabił, poświęcając życie dla innych. Powstrzymam cię od zrobienia jedynej sensownej rzeczy w tym filmie! P.S. Co prawda znamy się od parunastu godzin, ale kocham cię. Siostrę już opłakałam, było, minęło.

Taki Snoke to żart sam w sobie i kolejna zmarnowana szansa. Nie musiał być drugim Palpatinem. Ba, miałem nadzieję, że nim nie będzie. Ale też miałem nadzieję, że jakoś się rozwinie, i czegoś ciekawego się o nim dowiemy. Czegokolwiek. I nie, nie przekonuje mnie tekst, że “o Imperatorze w epizodzie V też nic nie wiedziałeś”. Po pierwsze – to była zupełnie nowa historia, która powoli budowała nowe postaci, a Imperator miał się nam w pełnej krasie dopiero pokazać. Po drugie – i tak wiedziałem już więcej niż o Snoke’u. Wiedziałem, że Imperator odegrał rolę w obaleniu Republiki, że korzysta z Mocy i przewiduje przyszłość, że jego władza nie jest nieograniczona, bo musiał opierać się na Senacie, itd… A jak to wygląda w nowej trylogii? Nagle po 30 latach od  zniszczenia drugiej Gwiazdy Śmierci pojawił się First Order. Nie wiadomo skąd się wziął, skąd ma środki na budowanie broni potężniejszej niż Imperium, kim jest Snoke i dlaczego go słuchają? Najwyraźniej budowanie świata nie jest nikomu z twórców potrzebne do opowiadania swojej historii. Ciekawe podejście, choć zakładam, że 99% pisarzy i scenarzystów fantastyki miałaby zdanie odmienne. I ja też bym nie pogardził jakąś informacją na temat fundamentów na których ten świat zbudowano. Kto wie, może znając przeszłość Snoke’a byłbym pod jakimś wrażeniem jego śmierci? Bo bez tego cała scena w sali tronowej (będąca mierną kalką tej z “Powrotu Jedi”) jest pozbawiona całego ładunku emocjonalnego. Wiadomo, że Rey nie zginie. Przy okazji i trochę z innej beczki: skoro to właśnie wszechpotężny (???) Snoke połączył Rey i Rena tak, że sobie “skajpowali” przez Kosmos, to jakim cudem w ostatniej scenie znów się widzą? Nie odłączył im komunikatora?

Kylo Ren – przejdźmy już do kolejnych postaci – w tym momencie wypadł poza krąg mojego zainteresowania. Przez długi czas była to najlepsza, najbardziej złożona postać nowej trylogii. Byłem ciekaw gdzie twórcy go zaprowadzą. Po kilku interesujących scenach i pogłębianiu jego wewnętrznego konfliktu, Johnson uznał, że lepiej jednak sprawdzi się w roli groteskowego czarnego charakteru, pokrzykującego i robiącego groźne miny. Szkoda, bo jego wahanie podczas ataku na okręt Lei czy relacje z Rey były jaśniejszymi aspektami “Ostatniego Jedi”.

Rycerze Ren – pamiętacie jeszcze ten motyw? Bo Rian Johnson chyba nie…

A propos Rey, bardzo chciałbym jej kibicować, ale jak? Ona wszystko potrafi, wszystko umie, nikogo nie potrzebuje. W jej historii nie ma żadnego zmagania, żadnej stawki, żadnego napięcia. Gdzie nie poleci, da radę. Musi się szkolić u mistrza Jedi, bo dopiero odkryła moc? No nie, niespecjalnie. Zamieni z nim parę słów, pogada trochę o naturze Mocy i tyle. Może lecieć do Kylo i robić fikołki z mieczem świetlnym. Została najpotężniejszym Jedi w trzy dni. Serio, jeśli nie wierzcie mi na słowo, to policzcie sobie upływ czasu od momentu gdy była na Jakku i myślała, że Moc to legendy i bajki. Łatwo to prześledzić, bo poprzedni film i “Ostatni Jedi” są połączone słynną sceną przekazania miecza. A upływ czasu w trakcie epizodu ósmego znamy z rozmów na temat zapasów paliwa uciekającej floty. I jeśli ktoś stwierdzi, że podobnie było z Lukiem w starej trylogii, to znaczy, że nie oglądał jej dość dokładnie. Historia Luke’a to historia serii porażek, przeplatanych bardzo rzadkimi triumfami. Po miesiącu (albo miesiącach, szacunki się tu różnią) treningów na Dagobah był tak potężny, że w starciu z Vaderem stracił miecz, dłoń i prawie życie. Widz bał się o niego, kibicował mu i miał nadzieję, że karta się w końcu odwróci. A Rey? Nawet od Skywalkera się niczego nie nauczyła. Wręcz przeciwnie, sama twierdzi, że nic nie wie o Mocy i że służy ona głównie do “podnoszenia kamieni”. Luke próbuje jej wyjaśnić, że nie, ale w ostatniej scenie co robi nasza protagonistka? Podnosi kamienie! Czyli jednak to ona miała rację. Znów! Brawo scenariusz!

A skoro wspomniałem Dagobah, to powiedzmy parę słów o Yodzie. Ucieszyłem się z jego powrotu, a chwilę potem pożałowałem, że wrócił w takiej formie. Nie wiem co reżyser bierze, ale powinien odstawić. Czy Johnson w ogóle widział poprzednie starą trylogię? Yoda jako zwariowany małpiszon pojawia się tylko w “Imperium Kontratakuje” i ma to określony cel: przetestować Luke’a, jego cierpliwość i intencje. Gdy stary mistrz wyjawia swoją tożsamość, kończą się wygłupy i śmieszkowanie. Pojawia się w to miejsce mądry i stoicki mentor. Dlaczego zatem jego występ w “The Last Jedi” to znowu chichoczący Yoda-krejzol? Jest mi to ktoś w stanie wyjaśnić? Na marginesie: od kiedy tzw. “force ghost” może wpływać na rzeczywistość (mam tu na myśli błyskawicę na pstryknięcie)? Jeśli mogą to trochę słabo, że Yoda, Anakin czy Obi nie pomagają naszym bohaterom, tylko sobie gdzieś tam pląsają po dżedajskich Polach Elizejskich.

Oficer Holdo zanim zaciągnęła się do Ruchu Oporu robiła w rozrywce (standardowe: “byłam młoda, potrzebowałam kredytów”). Tu pełen materiał: KLIK!

Phasma i Hux. Pierwsza wygląda fajnie, ale wprowadzono ją tylko i wyłącznie w celach zarobkowych (miliony monet za zabawki). Już po sieci fruwają żarty, że w Epizodzie IX znów się pojawi i znów zginie. Przydałoby się, żeby zagrał ją Sean Bean. O rudym generale żal w ogóle wspominać. Poprzednio był groteskowy, ale teraz to już jest postać wyjęta z kina niemego, z filmów o Flipie i Flapie albo Charliem Chaplinie. Żenada. Jar Jar Binks zyskał naprawdę groźnego konkurenta.

Leia i Holdo. To powinna być jedna postać i nazywać się Leia, nie wiem dlaczego to rozbili na dwie kreacje. Gdyby Leia wykonała ten ostatni skok poświęcając życie i rozbijając flotę Najwyższego Porządku… to by było coś. A tak mamy dziwną panią znikąd, z różowymi włosami, która jest takim super-strategiem, że nie dzieli się planami z nikim, nawet ważnymi oficerami. Powoduje tym bunt, głupie zachowanie Poe i zagładę (do tego jeszcze wrócimy) Ruchu Oporu. Gdy umierała mogli do niej krzyknąć “HOLD On!”… Że co? Słaby żart? Nie w porę? Przepraszam, zachowałem się jak “Ostatni Jedi”!

Hux! Co? Twoja stara miesza bigos łokciem! Hahaha… haha… ha… ale mu powiedziałem!

Sama Organa natomiast wypada świetnie. Carrie Fisher dostała więcej czasu na ekranie, więcej do zagrania i ogląda się to bardzo dobrze. Spokojna, pewna siebie, myśląca strategicznie, ale mająca w sobie jakieś ciepło i taką specyficzną matczyną mieszankę dobroci i surowości. Tylko ta cholerna scena z lataniem. To było tak głupie, że brak mi skali porównawczej. Już nawet nie chodzi o to, że przeżyła w przestrzeni kosmicznej czy, że użyła Mocy, żeby wrócić na statek. Chodzi o sposób w jaki to pokazano. Nie jak walkę o przetrwanie, ale jak spokojny lot a’la Superman, z wyciągniętą rączką, z gracją, z uśmiechem. Część ludzi w kinie parsknęła śmiechem, mnie zamurowało. Nie kojarzę niczego tak słabego, nawet z prequeli (sceny Jar Jar Binksa w trakcie bitwy o Naboo miały porównywalną wymowę – przyp. DaeL). Jeśli to miał być sposób na pośmiertne uhonorowanie Fisher to gorzej po prostu nie mogli tego zrobić…

Zadzieram kiecę i lecę (wam wpier….ć)!

Skywalkera już chwaliłem i przy tym pozostanę. Może sam Hamill (jak twierdzi w wywiadach) inaczej sobie wyobrażał starość swojego bohatera, ale mi się to podobało. Luke zawsze był trochę narwany, trochę arogancki i szybciej robił niż myślał. Jego dziwne zachowanie z Kylo i późniejsze czekanie na śmierć na wygnaniu wyglądają dość naturalnie jako domknięcie tego wątku. Szkoda tylko, że na koniec nie pojawił się jednak we własnej osobie. Ciężar emocjonalny byłby większy, a jedyny powód, dla którego tak to rozwiązali to pretekst, żeby na koniec wrzucić ładną dla oka scenę “połączenia z Mocą” na tle zachodzących dwóch słońc. Znów mam wrażenie, że historia ucierpiała kosztem wizualnych fajerwerków.

(Tu znów się na moment wtrącę. Ja akurat mam o to co zrobiono z postacią Luke’a ogromną pretensję. Pal licho, że nie kupuję zgorzkniałego Luke’a. Ja przede wszystkim nie kupuję Luke’a, który chciałby w nocy zamordować swojego siostrzeńca. Dla Vadera miał tyle wyrozumiałości, ale jak zobaczył facjatę Adama Drivera, to od razu mu się miecz świetlny w kieszeni otworzył? Jeśli twórcy na serio chcieli wygnać Skywalkera – co moim zdaniem jest złym pomysłem – to powinni byli to zrobić na odwrót. Cała tragedia powinna być wywołana przez to, że Luke nie był w stanie zareagować na przechodzenie Bena na Ciemną Stronę. Wtedy wątek ucieczki od świata starego mistrza miałby sens. – przyp. DaeL)

Poe Dameron – człowiek, który z braku lepszych pomysłów skazał na śmierć załogi trzydziestu bombowców, a potem – wywołując bunt – 90% Ruchu Oporu. Bardzo pozytywna postać! Przynajmniej coś się z jego postacią dzieje, przechodzi jakąś zmianę. Chociaż i to można oceniać dwojako. Z jednej strony w scenie z solarkami widać, że nauczył się wycofywać w sytuacji beznadziejnej. Z drugiej przekaz był dosyć jasny: nic nie pytaj, ufaj przełożonym i bądź im ślepo posłuszny. Nie wychylaj się! Tak czy siak dobrze się na niego patrzy, bo Oscar Isaac to kawał aktora i z każdej roli wyciągnie maksimum. A że tu nie dostał wiele…

Bomby grawitacyjne zrzucane nad celem. W kosmosie. Seems legit!

Czas na ulubieńców publiczności. Rose i Finn. O samym Finnie nie chce mi się wiele pisać, bo po prostu po raz drugi odgrywa swoją historię z “Przebudzenia Mocy”. Zaczyna od tchórzliwej ucieczki, potem rusza na misję i na koniec jest skłonny do poświęcenia. Niestety moment, w którym mógł zostać bohaterem został zaprzepaszczony przez jego nową towarzyszkę – postać wydmuszkę. Rose to jest scenariuszowy koszmar. Pojawia się nagle. W dobę przechodzi od żałoby po dopiero co zmarłej siostrze, do zakochania się w Finnie. I jest zwyczajnie głupia. Najpierw ufa i powierza losy Ruchu Oporu jakiemuś szemranemu typowi poznanemu w więzieniu. Typowi, który niczym Littlefinger z “Gry o Tron” od początku przekonuje, że nie warto mu ufać. W międzyczasie rzuca patetycznymi sucharami o biednych zwierzątkach i poświęceniu, a na koniec daje nam drugą najgłupszą scenę w tym filmie. Finn miał wielką szansę zapaść w pamięć, zrobić coś niesamowitego, odkupić swoją postać. Nie dostał szansy. Rose staranowała jego pojazd. Mogli przy tym oboje zginąć nie pomagając nikomu. Najlepsza jest jednak konkluzja tej sceny: Rose mówi, że nie wygrają zabijając wrogów, ale ratując tych, których kochają. Przecież właśnie prawie zabiła siebie i Finna! A kiedy padają te słowa taran nadal niszczy wielkie drzwi, a ludzie Ruchu Oporu nadal giną! Głupio, głupiej, Rose. Last but not least: gdyby nie kooperacja Rose-Finn-Poe, DJ nie dowiedziałby się jaki plan ma Holdo i być może ewakuacja zakończyłaby się sukcesem. Kto więc odpowiada za masakrę Ruchu Oporu? No właśnie…

Hand me the keys…I mean the resistance plans you cocksucker! (pozdro dla kumatych 😉

O DJ-u niewiele mogę napisać, bo w filmie pojawia się na krótko i tylko po to, żeby dać nam – w tym jakże oryginalnym filmie – wątek Lando-podobny. Nic poza tym. Zdrada Carlissiana miała pewien ciężar gatunkowy, to był w końcu przyjaciel Hana Solo, mieli wspólną przeszłość. A DJ? Jakiś przypadkowy koleś z lokalnego mamra. Cóż za niespodziewany ruch z jego strony! Zresztą, mało kto chyba chwali wątek z planetą Monte Carlo/Las Vegas, bo to naprawdę żywcem przypomina sceny wycięte raczej z prequeli.

Johnson częstuje nas wieloma cennymi (w swoim mniemaniu) lekcjami: nie jedz mięsa, zwierzęta to przyjaciele, hazard to zło, męczenie zwierząt i zamykanie ich w klatkach jest niefajne, bogaci zarabiają na wojnie w niemoralny sposób, kobieta zawsze i wszędzie ma rację – i tak dalej, i tak dalej. Nie mam nic przeciw, ale po pierwsze – jest to podane w bardzo łopatologiczny sposób, za grosz subtelności. Po drugie – “Gwiezdne Wojny” to klasyczna baśń w Kosmosie, a nie propagandowa agitka albo “lifestylowy” program. Nie pamiętam, żeby poprzednie części tak nachalnie wkładały w swoje treści tego typu mądrości. Ludzie się jeszcze zżymają na podział ról względem płci. Faceci w “Ostatnim Jedi” to tchórze (Luke, Finn), agresywni narwańcy (Poe, Kylo) albo faszyści (Hux, Snoke). Kobiety za to ratują każdą sytuację i znajdują wyjście z każdej opresji. I nie miałbym nawet z tym wielkiego problemu. Tyle lat w kinie królowali mężczyźni, że jak teraz w jednym filmie rządzą dziewczyny – w to mi graj. Tyle, że wszystkie wątki, w których kobiety odgrywają rolę bohaterską są w tym filmie po prostu bezdennie głupie. A same kobiety nie są nawet potraktowane jak żywe postaci, ale jakieś dziwne wydmuszki.

Zaraz wstanę, odczepię rurki i będzie z nich sikać płyn, a ja będę śmiesznie chodził i się potykał. A w tle wojna, bitwa i giną ludzie. Porg by się uśmiał…

Słyszałem już kilka razy, że “Ostatni Jedi” jest przynajmniej oryginalny, że opowiada nową fabułę, tak, jak tego nie robiły inne filmy. To nieprawda. Tak było w przypadku “Rogue One”. Ale “Ostatni Jedi” niemal każdy swój wątek pożycza z poprzednich odsłon. “Oryginalność” polega na tym, że po raz pierwszy wątki te zostały połączone bez ładu i składu. Film zaskakuje, ale tylko tym, że potrafi być momentami szyderczą parodią poprzednich filmów, a w innych sytuacjach całkowicie odrzucić wewnętrzną logikę przedstawionego świata.

Całe życie spędziłam na pustynnym Jakku, widzę wielki spadek, a w dole woda. Co robię? Skaczę na główkę!

Czy naprawdę nikt nie miał innego, świeżego pomysłu? Wiele książek z ( teraz już “niekanonicznego”) rozszerzonego uniwersum miało lepsze, bardziej nowatorskie fabuły niż nowa trylogia. To mówi wiele, bo ja akurat nigdy nie przepadałem za “expanded universe”.

Sto wątków, sto postaci do “obsłużenia na ekranie”, brak sensownej wizji chociażby udającej, że jest spójna z poprzednią częścią. Brak jakiegokolwiek zwieńczenia. Zastanówcie się sami: film zaczyna i kończy się dokładnie w tym samym miejscu. Ubyło trochę ludzi, zasobów i pionków na szachownicy po obu stronach, ale nic poza tym. Tak jak na starcie, tak i na mecie Najwyższy Porządek goni za Ruchem Oporu. W dodatku za jego resztką, bo wszyscy zmieścili się w Sokole Millenium. Iście gwiezdnowojenna skala! Zresztą z napisów na początku filmu dowiedzieliśmy się o “Snoke’s merciless legions”, ale już na ekranie zaserwowano nam mały lokalny konflikt gdzieś na rubieżach. Bo skoro to, co widzimy, to nie są wszystkie siły Najwyższego Porządku, to czemu nie wezwano na pomoc reszty? Po co cały ten pościg, skoro wystarczyło, żeby jakiś dodatkowy niszczyciel wyskoczył z hiperprzestrzeni paręset kilometrów przed całą flotyllą i spuścił bohaterom łomot?

Rian Johnson specjalnie dla fsgk.pl: “I have no idea what I’m doing, lol! But it looks cool, doesn’t it?”

A już za dwa lata Rey będzie jeszcze potężniejsza i stoczy ostateczny pojedynek z kompletnie niestrasznym Kylo Renem. Oczywiście niechybnie wygra i to bez wysiłku. Po co czekać zatem na Epizod IX? Nie wiem. Z czystej, niezdrowej ciekawości? Tylko, żeby zobaczyć jak J.J. Abrams poradzi sobie z własnym materiałem, który ktoś da razy przeżuł i przetrawił? Nadzieja w tym, że skoro wykorzystano już tyle ogranych motywów ze świata “Star Wars”, to twórcy pójdą w coś oryginalnego. Ale może jest to nadzieja płonna, a w następnej części zobaczymy nowego Jabbę, nowego Sarlacca, a na dodatek ktoś zostanie zamrożony w karbonicie. Może Rey zbuduje nowy, zielony miecz? Na pewno zobaczymy jakiegoś kozackiego łowcę nagród, kolejną super-broń Najwyższego Porządku (Rozpier… dzielacz Galaktyk!?). Będzie też obowiązkowo partyzancka misja w lesie i Kylo w ostatnich chwilach odkryje w sobie dobro na nowo. Także tego…

P.S. Na koniec najważniejsze pytanie z wszystkich: jakim cudem Rey umiała pływać i nurkować mieszkając całe życie na pustynnym Jakku? 😉

Kilka komentarzy do "Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi (analiza, spojlery, wnioski i zażalenia)"

  • 3 stycznia 2018 at 12:17
    Permalink

    smieszne obrazki hehehe

    Reply
  • 3 stycznia 2018 at 12:22
    Permalink

    ” jakim cudem Rey umiała pływać i nurkować mieszkając całe życie na pustynnym Jakku?”
    moze miala tam jakis basenik i trenowala po cichaczu, ewentualnie umiala plywac od urodzenia, jak piesek

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 18:07
      Permalink

      W sumie, skoro mocy nauczyła się w 10 sekund to pływania pewnie też. Poczuła dotyk wody i jak w Matrixie, odpowiedni skill sam się załadował 🙂

      Reply
  • 3 stycznia 2018 at 12:35
    Permalink

    Te pościgi, te wybuchy

    Reply
  • DaeL
    3 stycznia 2018 at 12:36
    Permalink

    Wtrąciłem się już do tekstu SithFroga, ale nadal mi mało, bo mam jeszcze jedną pretensję do “The Last Jedi”. Więc wspomnę o niej tutaj.
    Moim zdaniem po krytyce (umiarkowanej) z jaką spotkało się “Przebudzenie Mocy”, producenci z Disneya uznali, że muszą coś zmienić. W końcu fani mówili, że epizod VII jest bardzo wtórny (i słusznie, to była powtórka z “Nowej Nadziej”, z małą posypką z pozostałych epizodów). Problem polega na tym, że nikt z decydentów nie zrozumiał na co tak naprawdę narzekali fani. Im nie przeszkadzał fakt, że dostaliśmy kolejny odcinek fantastyki heroicznej, z pewnymi starymi tropami. To jest dusza “Gwiezdnych Wojen” i tego oczekiwaliśmy. Pretensja dotyczyła raczej tego, że scena po scenie, niemal wszystko w nowym filmie było kliszą z filmu starego. Znowu szturmowcy, Tie Fightery, pustynna planeta, Sokół Milenium, Supergwiazda Megaśmierci, etc…
    Niestety Kathleen Kennedy i Rian Johnson zrozumieli te żale fanów opacznie. Klisze i stare tropy pozostały. Natomiast odrzucono duszę “Gwiezdnych Wojen”. Zło przestało być straszne, stało się żałosne. Główna bohaterka nie poniosła żadnej ofiary, nie przeszła wewnętrznej przemiany, po prostu istnieje. Wypaczony został też Luke. Idealistyczny Jedi, który zaryzykował wszystko, by uratować Vadera, teraz stał się mordercą śpiących nastolatków. W filmie, którego centralną osią powinna być historia Rey, tylko Poe i Finn przechodzą jakąkolwiek przemianę i czegokolwiek się uczą. Problem polega na tym, że – jak zauważył SithFrog – lekcje jakich im udzielono są bezdennie głupie.
    Wszystkie te zmiany wgryzły się w “Gwiezdne Wojny” bardzo głęboko. I nie wiem, czy da się z tego miejsca jeszcze wrócić.
    Aha, i jeszcze jedno. Taki drobiazg, który mi spać nie daje 🙂 Obecność masy w otoczeniu statku kosmicznego automatycznie wyciąga go z hiperprzestrzeni. Przynajmniej tak to ustalono w dotychczasowych filmach, książkach i komiksach. Dlatego wyjście z hiperprzestrzeni w atmosferze planety w “Przebudzeniu Mocy” było głupie. A samobójczy atak przy pomocy skoku hiperprzestrzennego to już czysty idiotyzm.

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 18:22
      Permalink

      A dla mnie taki Luke był ok. On mimo wszystko nie doszedł w RotJ do jakiejś nirwany w stylu Jedi i nie był super-mędrcem. Całą trylogię działał bardziej improwizując niż mają plan i wiernie się go trzymając. Zakładam, że jak stworzył akademię to też działał trochę na czuja. Może akurat próba zabicia bratanka była zbyt przesadzonym (i głupim) pomysłem, ale sama idea zgorzkniałego, zmęczonego Skywalkera nie wydaje mi się taka zła.

      Reply
      • 4 stycznia 2018 at 10:08
        Permalink

        Zgorzkniały Luke po Powrocie Jedi jest bezdennie idiotycznym pomysłem. Facet, który ratuje swojego przyjaciela wymyślając cały plan ratunku, pokazuje dojrzałość idąc na konfrontację z imperatorem, przezwycięża swój własny gniew i tym samym udowadnia że jest lepszy niż ojciec był po latach w akademii. Nagłe stwierdza “ch… z tym wszystkim, uciekam i zostawiam chaos, bo mam depresję”. No nie.

        Mam jeszcze dwa zastrzeżenia:
        1. Apropos obrazka z Rose, tego Ps. Przypominam że Leia wcale nie dłużej po śmierci rodziców i zniszczeniu Alderaan daje Luke’owi całusa “for luck”.
        2. Luke now trenował miesięcy u Yody. Policz ile to czasu (zakładając maks 2 dni na loty w nadprzestrzeń) minęło od momentu jak Luke odłączył się od ekipy przy Hoth, do momentu walki z Vaderem na Bespinie, licząc to co robili Han i Leia. Wychodzi kilka dni jak dobrze liczę, a dokładniej maksymalnie 5.

        Reply
        • SithFrog
          4 stycznia 2018 at 18:37
          Permalink

          Z Lukiem zostaję przy swoim zdaniu. Co do punktów:

          1. Obejrzyj jeszcze raz trylogię ignorancie jeden 😛 Buziak jest pod koniec ep V, Alderaan robi ka-boom w Nowej nadziei, chyba przed połową filmu. Te wydarzenia dzielą jakieś 2-3 lata jeśli mnie pamięć nie myli. Także tego… Know your lore my young padawan! 😉

          2. Tu masz rację i nie masz. Ja mówiłem o treningu po tym jak stracił rękę czyli między V i VI epizodem. Po paru dniach/tygodniach u Yody owszem, poleciał na Bespin, ale co tam się stało? Był tak wykoksowany, że dostał srogi wpiedziel, stracił rękę, miecz i prawie życie. Gdyby to była Rey to w zasadzie skończyłoby się na ESB, bo już wtedy pokonałaby Vadera, a w finale całe Imperium 🙂

          Reply
          • 5 stycznia 2018 at 12:27
            Permalink

            Widać że się nie znasz Żabciu. Co do Luke’a to raz. Dwa:
            https://m.youtube.com/watch?v=VrbvWt5kerw – idź obejrzyj jeszcze raz.
            I trzy. Do Yody poleciał dopiero gdy ten umierał. Kiedy jeszcze tam był? Był tylko dwa razy.

            Reply
            • SithFrog
              5 stycznia 2018 at 17:57
              Permalink

              O ten pocałunek “chodziło”? Come on, przecież to buziak w ferworze ucieczki, for luck. Jaki to ma związek z ślimaczeniem Rose, które następuje po krótkim wywodzie o potędze miłości? Leia zrobiła coś spontanicznie na zasadzie ‘a ch, może zaraz zginiemy’. Rose się zakochała 😛

              Do Yody poleciał po akcji na Bespin na koniec ESB. Wrócił dopiero w RotJ, które dzieje się pół roku czy rok później.

              Reply
  • 3 stycznia 2018 at 13:08
    Permalink

    Fani “Gwiezdnych Wojen” to dziwni ludzie. Psioczą na wszystko co wyszło po starej trylogii (a niektórzy na wszystko z wyjątkiem “Nowej Nadziei”) ale mimo to twardo oglądają. Masochiści jacyś.

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 18:23
      Permalink

      Tak, dlatego rok temu chwaliłem Rogue One. Dlatego masa ludzi chwali Clone Wars i Rebels. Dlatego całkiem pokaźna grupa (ja już niezbyt) była zadowolona z The Force Awakens. Masochiści 😉

      P.S. Psioczenie a konstruktywna krytyka oparta na konkretach to są dwa różne światy.

      Reply
      • 3 stycznia 2018 at 18:46
        Permalink

        Kiedyś z braku lepszej lektury czytałem jedną książkę o historii Gwiezdnych Wojen. I tam trafiłem na zastanawiający fragment. Autor twierdził że “prawdziwy fan musi nienawidzić i krytykować serię, chwalą ją tylko pozerzy”.

        Nie twierdzę oczywiście że się z tym zgadzam.

        Reply
  • 3 stycznia 2018 at 13:54
    Permalink

    Ostatni Jedi to chyba pierwszy przypadek w historii, kiedy pornoparodia nie ustępuje pierwowzorowi. Przynajmniej Kapitan Phasma ma co… grać. 😀

    Reply
    • 3 stycznia 2018 at 14:09
      Permalink

      o, to trzeba nadrobic hehe

      Reply
    • 3 stycznia 2018 at 14:10
      Permalink

      No to szybko nakręcili tą “edycję specjalną” filmu XD.

      Reply
      • 3 stycznia 2018 at 17:00
        Permalink

        Wyszła w dniu premiery, więc fabuła jest tak samo bezsensowna jak w filmie kinowym. 😉

        Reply
        • 3 stycznia 2018 at 17:06
          Permalink

          ale przynajmniej smieszna i akcja jest ciekawsza

          Reply
  • 3 stycznia 2018 at 14:08
    Permalink

    Hmm, po obejrzeniu Rogue One po raz drugi oraz po przeczytaniu tej recenzji; muszę przyznać że przeoczyłem kilka głupot w kinie. Obniżyła się trochę moja ocena TLJ, ale i tak uważam że jest lepszy niż MW, AK czy PM. Co do bomb spadających w kosmosie to przyjmuję że skoro są tam miecze świetlne to takie bomby nie są aż tak głupie.

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 18:27
      Permalink

      “uważam że jest lepszy niż MW, AK czy PM”

      To nie podlega ŻADNEJ dyskusji. Ludzie, którzy twierdzą inaczej muszą mieć bezgraniczną słabość/miłość do prequeli. I TFA i R1 i TLJ to kompetentnie zrobione filmy, nie gra w nich sama historia, scenariusz kuleje itp. W prequelach nie działa nic.

      “Co do bomb spadających w kosmosie to przyjmuję że skoro są tam miecze świetlne to takie bomby nie są aż tak głupie.”

      Pewnie, że nie są, to taki suchy żarcik był 🙂 Chcieli zrobić sceny inspirowane zdjęciami z bombowców okresu 2WŚ i wyszło całkiem ok. To było z mojej strony czepianie się dla czepiania. Zresztą bodajże w Imperium Kontratakuje już była scena jak TIE Bombery zrzucały ładunki na asteroidę.

      Reply
      • 3 stycznia 2018 at 20:42
        Permalink

        A ja się trochę pokłócę bo uważam Zemstę Sithów za 3 najlepszy film z serii. 1 jest Imperium Kontratakuje, potem Powrót Jedi, wspomniana wcześniej Zemsta Sithów, R1, Nowa Nadzieja , TFA, a potem układajcie resztę filmów jak se chcecie.

        Reply
        • SithFrog
          3 stycznia 2018 at 20:45
          Permalink

          Za co ludzie tak chwalą i lubią Zemstę Sithów? Nie mogę tego pojąć. Tam nawet najważniejsza walka w całej prequelowej trylogii wygląda jak cyrkowe popisy, trwa chyba 20 minut i nie niesie ze sobą żadnego ładunku emocjonalnego. O jednym z najgłupszych cytatów “I have higher ground” już nie wspominam. Wiesz Obi-Wanie kto jeszcze miał swego czasu “higher ground” w walce z tobą? Darth Maul…

          Reply
          • 3 stycznia 2018 at 21:19
            Permalink

            Bo jedi przegrywają.

            Nie podobała mi się kompletnie śmieci Padme było to bezsensowne.

            Reply
            • 4 stycznia 2018 at 21:03
              Permalink

              Chyba nikt nie rozumie śmierci Amidali xD

              Reply
          • 3 stycznia 2018 at 21:51
            Permalink

            Przemiana Anakina w Vadera została przedstawiona całkiem nieźle. A przynajmniej jego stan emocjonalny został nieźle zagrany bo zachowanie niektórych postaci było niewytłumaczalnie głupie. Stopniowe odkrywanie kart przez Palpatine’a również mi się podobało.

            Reply
            • SithFrog
              3 stycznia 2018 at 23:12
              Permalink

              To chyba kwestia subiektywna. Dla mnie przemiana Anakina to dramat i to nawet nie tyle wina aktora co reżyserii i scenariusza. Bycie złym polega głównie na robieniu zmarszczonych brwi i groźnych min. A potem jebs, nie wiadomo skąd idziesz od razu zamordować 30 dzieci. Bo czemu nie?

              W temacie Palpy się zgadzam, McDiarmid jest takim kozakiem, że zagrałby nawet krzesło tak, że by nam czapki spadły z głów.

              Reply
              • 4 stycznia 2018 at 09:40
                Permalink

                To zawsze jest kwestia subiektywna. W kwestii gustu i preferencji obiektywizm nie istnieje.

                Ale wracając do Anakina, zabójstwo dzieciaków od biedy można by jeszcze jakoś uzasadnić. Być może ocalenie Amidali było dla niego na tyle ważne że rzeź w podstawówce uznał za “dopuszczalne straty”. Za to zupełnie rozłożyła mnie późniejsza scena:

                Anakin: Zrobiłem wszystko co chciałeś, teraz powiedz mi jak uratować Padmę.
                Palpatine: W sumie to nie wiem ale spoko dowiem się.
                Anakin: Aha, OK.

                Reply
                • 4 stycznia 2018 at 10:51
                  Permalink

                  W Zemście Sithów podoba mi się skala zmagań wojennych. Naprawdę da się tam odczuć że Wojny Klonów są na skalę galaktyczną.

                • SithFrog
                  4 stycznia 2018 at 18:27
                  Permalink

                  “Palpatine: W sumie to nie wiem ale spoko dowiem się.
                  Anakin: Aha, OK.”

                  Zapomniałem o tym! O tak, to było pyszne! 😀

    • 8 stycznia 2018 at 13:18
      Permalink

      Bomby spadające w kosmosie są głupie ale już w oryginalnej trylogii zawsze zastanawiało mnie dlaczego statki kosmiczne po “zestrzeleniu” spadają.. w kosmosie (i gdzie niby lecą?).
      Mnie w scenie z bombowcami bardziej zirytowało to, że skoro na zniszczenie takiego superdrednota wystarcza jeden bombowiec to po co wysyłać całą eskadrę? No i przede wszystkim skoro taki superstatek można zniszczyć jednym bombowcem to nie lepiej nabudować tysiące takich bombowców.. wyjdzie taniej.
      No i trzecia rzecz jaka mnie uderzyła to to że Pani komandor (chyba) Holdo jest w stanie w pojedynkę pilotować ten ich statek bazę jakby to był zwykły myśliwiec.. to po co tysiące ludzi do obsługi, wydawanie poleceń całej armii na mostku skoro wystarczy usiąść w fotelu i powciskać kilka guzików.

      Reply
      • SithFrog
        8 stycznia 2018 at 22:51
        Permalink

        A widzisz, tego nie zauważyłem, ale faktycznie. Skoro taki kolos potrzebuje mostka pełnego ludzi to jak ona sobie poradziła? Do bomb przyczepiłem się dla żartu, już w Empire Strikes Back TIE Bombery coś tam bombardują ładunkami spadającymi jak przy grawitacji 😉

        Reply
  • 3 stycznia 2018 at 14:08
    Permalink

    Bardzo fajny tekst i nie obraziłbym się gdyby to właśnie w taki sposób opisywać filmy. Bo od razu wiadomo o co chodzi.
    W sumie z jednej strony film bardzo mi się spodobał i wyszedłem naprawdę zadowolony z kina, z drugiej zgadzam się ze zdecydowaną większością przywar. Właściwie tylko dwie sprawy:

    – bombardowanie: od kiedy w galaktyce SW możliwe są eksplozje i głośne wybuchy (czyli od początku) zawieszam już całkowicie prawa fizyki i przymykam oko na takie rzeczy jak bomby grawitacyjne (choć słusznie zauważono sprzeczność z wewnątrzgwiezdnowojenną fizyką i problemy z napędem nadprzestrzennym)

    – scena z Leią mi się podobała. Ja to odebrałem jako “władam Mocą, co mi tam wybuchy, próżnia, dekompresja itd. Ja mam Moc, jestem spokojna, lecę sobię”. Właśnie ten brak walki, szarpania się, cudowania tylko pełen spokój bardzo mi się spodobał.

    Obi-Wan w okolicy II i III epizodu właśnie jest tak przedstawiany. W książkach to usosobienie spokoju, cierpliwości. “Walka zacznie się kiedy się zacznie i skończy gdy się skończy, teraz musiał czekać”.

    Bardzo podoba mi się Zemście Sithów opis jego walki z Greviousem, który idzie mniej więcej tak: Grevious chce uderzyć Obi-Wana elektropałką, ale Kenobi łapie go za nadgarstek. Grevious miał do dyspozycji międzycząsteczkowe oddziaływania stopu zwanego duranium. Obi-Wan miał Moc. Ramię Greviousa wygięło się jak tania łyżeczka.

    Dla mnie najbardziej fatalne w TLJ był cały wątek First Order, Huxa i Snoke’a – kim są, dokąd zmierzają, przed kim uciekają? Nie dowiedziałem się 😉

    Na Finna ewidentnie brakło pomysłów, a jego dziewczyna faktycznie totalnie spieprzyła bardzo fajnie układającą się scenę.

    Ogółem bardzo bardzo dobry tekst, tego mi trzeba. Zupełnie inaczej czyta się takie konkrety (nawet jeśli się z nimi nie zgadzam jak np. żart z dojeniem cyca przez Luke’a, dla mnie to nawet w zamierzeniu nie miało być śmieszne więc scenę odbieram neutralnie) niż jakieś ogólniki w stylu “ta scena w tamtym momencie, o jakie to było słabe”.

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 18:56
      Permalink

      “Bardzo fajny tekst i nie obraziłbym się gdyby to właśnie w taki sposób opisywać filmy. Bo od razu wiadomo o co chodzi.”

      Ja bym chętnie tak opisywał, ale staram się wrzucać teksty zaraz po premierze, a wtedy masa ludzi jest ciekawa wrażeń, ale nie chce zepsuć sobie seansu spojlerami. Ciężko więc wrzucić analizę ze szczegółami.

      “bombardowanie”

      Głośne wybuchy to akurat chyba są możliwe, bo dżwięk nie rozchodzi się w próżni doskonałej, a takiej w kosmosie – zdaje mi się – nie ma. Oczywiście jak wyżej już komuś odpisałem, masz rację. To akurat było żartobliwe czepianie się pod konkretny podpis pod obrazkiem. Już w Imperium kontratakuje bombowce zrzucały ładunki jakby tam była grawitajca. Chociaż tam przynajmniej była wielka asteroida, przy swojej masie jakieś przyciąganie mieć mogła. Tylko właśnie – wtedy to była drobna scena bez znaczenia więc nie dawała po oczach. Tutaj to cała długa i efektowna sekwencja i ciężko nie zauważyć tej małej głupotki.

      “Ja to odebrałem jako “władam Mocą, co mi tam wybuchy, próżnia, dekompresja itd. Ja mam Moc, jestem spokojna, lecę sobię”. Właśnie ten brak walki, szarpania się, cudowania tylko pełen spokój bardzo mi się spodobał.”

      To by było do przełknięcia gdyby wcześniej w którymkolwiek z 4 filmów gdzie Leia się pojawia (epizody 4-5-6-7) była jakakolwiek wzmianka, jakakolwiek scena pokazująca, że Leia potrafi posługiwać się mocą. A nie ma. Jest jedynie wskazówka, że Leia jest “force sensitive”. Wrażliwa na moc, czuje kiedy ktoś jest blisko albo kiedy ktoś umarł. Nigdzie wcześniej nie jest nam pokazane, że potrafi też z mocy korzystać.

      Reply
  • 3 stycznia 2018 at 19:25
    Permalink

    W ‘przezabawnych’ żartach Poe’a na początku filmu chodzi o to, że Generał jest niezwykle przewrażliwiony na punkcie swojego pochodzenia – jest nieślubnym synem imperialnego pułkownika Brendola Huxa, jednego z założycieli Najwyższego Porządku. Oczywiście, przeciętny widz nie ma o tym zielonego pojęcia, bo można się o tym dowiedzieć jedynie z książki tryologii ‘Aftermath’.

    Zauważyłem, że to przejaw pewnego niepokojącego trendu w SW… sam film nie wyjaśnia prawie niczego, żeby widz zrozumiał co tak właściwie dzieje się na ekranie, musi sięgnąć po książki, gry, albumy itd…

    np. żeby dowiedzieć się co to była Bitwa o Jakku, fan musi zakupić książkę ‘Kres Imperium’ Chucka Wendiga. (Nawiasem mówiąc, fabuła tej serii jest (niestety) znacznie ciekawsza od samych filmów – a powieściowy Kanclerz Gallius Rax to postać znacznie bardziej interesująca od Snoke’a).

    * Co to manewru Wic.Adm. Holdo, w albumie jest to ponoć jakoś pokrętnie wyjaśnione, że ‘Supremacy’ została zniszczona gdy uderzył w nią lecący w nadprzestrzeni ‘Raddus’ dlatego, że miała na pokładzie ten cały superkomputer do śledzenia w nadprzest.

    Wg. rzeczonego albumu centrum komputerowe na ‘Supremacy’ dysponowało zapisami bilionów skoków w nadprzestrzeń, zgromadzonych przez stulecia, a także wszystkimi dostępnymi danymi dot. nawigacji gwiezdnej i astronomii. Do namierzenia uciekającego okrętu wystarczyło zarejestrowanie jego trajektorii i puktu początkowego skoku – superkomputer zestawiał te informacje z danymi w swojej pamięci, po czym tworzył listę trylionów możliwych punktów docelowych w całej galaktyce. Następnie wybierał te najbardziej prawdopodobne w obecnej sytuacji. Takie obliczenia powinny zająć kilka milionów lat – ale dzięki odkryciom Tarkin Initative (organizacja dla której pracował ojciec Jyn w ‘Rogue One’ i Dyrektor Krennic), komputer był umieszczony w ‘statycznym polu nadprzestrzeni’ i nie obowiązywały go ‘zwykłe’ prawa fizyki, podobnie jak okrętu w nadprzestrz., który może wielokrotnie przekroczyć prędkość światła. Koniec końców, komputer podawał współrzędne jednego (ewentualnie kiku miejsc) do którego uciekł ścigany okręt.

    Wygląda na to, że w filmie komputer uznał, że najbardziej prawdopodobnym miejscem ucieczki ‘Raddusa’ po takiej trajektorii jest system Crait, gdzie znajdowała się znana wywiadowi Starego Imperium baza Rebelii.

    Z tego powodu, część ‘Supremacy’ nieustannie znajdowała się w nadprzestrz. – w wyniku uderzenia okrętu Ruchu Oporu wykonującego skok we wspomiany superkomputer doszło do uszkodzenia całego okrętu, a odłamki rozwaliły kilka znajdujących się w pobliżu niszczycieli typu Resurgent.

    * Jako ciekawostkę dodam, że projekt ‘zaawanowego namierzania w nadprzestrzeni’ jest wspomniany w ‘Rogue One’, w scenie gdzie Jyn i Cassian przeglądają archiwum imperialne na Scarif.

    Szkoda, że żeby cała ta scena miała jakikolwiek sens trzeba sięgnąć po jakiś album.

    Reply
    • 3 stycznia 2018 at 19:31
      Permalink

      To właśnie ten problem z nowym SW… Wszędzie niedopowiedzenia, dziury fabularne, nieścisłości, sprzeczności… ‘bo potem ludzie kupią album i komiks żeby se zrozumieć’.

      Jak czytam ‘Świat Lodu i Ognia’, to nie dlatego, że tylko w nim znajdują się informacje niezbędne, by fabuła ‘Nawałnicy mieczy’ miała sens.
      Jak sięgam po ‘Niedokończone opowieści’ i ‘The History of the Middle-Earth’ Tolkiena, to nie dlatego, że tylko tam jest wyjaśnione kto to jest Gollum i skąd się wziął.
      Albo, jak czytam ‘Thrawna’ albo ‘Dartha Bane’a’, to nie dlatego, że bez tych książek ‘Nowa nadzieja’ nie ma sensu.

      Robię to, bo przedstawiony w ‘głównych seriach’ świat mnie zainteresował, wciągnął. A tutaj? Bez dodatkowych książek wydarzenia na dużym ekranie nie mają zbyt wiele sensu.

      Niestety.

      Reply
      • SithFrog
        3 stycznia 2018 at 20:43
        Permalink

        Widzisz, wszystko o czym piszesz brzmi ciekawie. Wszystko o czym piszesz to dla mnie nowość. Wszystko to brzmi dużo sensowniej z tłem, którego w filmie nie ma. Dałoby się to wyjaśnić w kilku scenach wycinając ich kosztem cały wątek z kasynem. Niestety 🙁

        Reply
  • 3 stycznia 2018 at 20:14
    Permalink

    “super-broń Najwyższego Porządku (Rozpier… dzielacz Galaktyk!?)”

    W tym filmie juz byla uzyta najwieksza born, Rozwalacz Uniwersum 😀 Bron co jest wstanie przebic czwarta sciane.

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 20:41
      Permalink

      To prawda. Bardziej już się nie da 😉 Chociaż widzę potencjał dla innego filmu. “Rozwalacz franczyzy” – nie dość, że będzie słaby to mimo loga SW jeszcze nie zarobi na siebie!

      Reply
      • 3 stycznia 2018 at 21:18
        Permalink

        A gdyby zrobić tak, że wielki uberlaser strzelałby już w pierwszych sekundach filmu i rozwalał żółte logo STAR WARS? Wchodzą fanfary Williamsa TADA DAM! I w tym w tym momencie zamiast tradycyjnych napisów JEBUDU z lasera – Gwiezdne wojny zdekonstruowane – dosłownie i w przenośni. Rian by tego lepiej nie wymyślił.

        Reply
        • SithFrog
          3 stycznia 2018 at 23:09
          Permalink

          Hehe, mam lepsze. Po jebudu z lasera, w zgliszczach napisów wychodzi Jean Luc Picard, cały na biało, a za nim leci USS Enterprise. Rage on!

          Reply
          • 4 stycznia 2018 at 21:25
            Permalink

            Ej no, są granice trollingu 😛

            Reply
  • 3 stycznia 2018 at 21:32
    Permalink

    Chciałbym w IX części zobaczyć “zrobotyzowaną” nację która dotychczas produkowała części do bronii i statków dla najwyższego porządku. Takie coś by naprawiło dziurę fabularną( bo jak inaczej wyjaśnić to że oni się podnieśli?) oraz mogło by zrobić ciekawy wątek w którym wielki komputer uzna że są na tyle silni że mogą atakować najwyższy porządek i resztę galaktyki.

    Ps. Pomysł wzorowany na bajce był sobie kosmos 😀

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 23:12
      Permalink

      Coś jak gethy z ME – nie wiem czy w tej trylogii chciałbym to widzieć, ale sam pomysł ok!

      Reply
  • 3 stycznia 2018 at 21:53
    Permalink

    Świetny tekst:) Zawarł 99 % moich problemów z TLJ (co do Luka, bliżej mi do Daela). Ale przeraża mnie jedna rzecz- czy nie sądzicie, że Disney chce wpleść do 9 częsci wątek romantyczny między Rey a Kylo? Byłam w kinie z koleżanką i to ona podrzucila mi ten pomysł, a po drugim obejrzeniu, stwierdzam, że może mieć rację. W GW zawsze był jakiś spory wątek miłosny. Oczywiscie w nowej trylogii też są ukazane jakies romantyczne relacje (Finn i Rey, Finn i Rose) i może nawet nie byloby to najgorsze, ale obawiam się, że Disney może pójść w odwróconą historię Anakina i Padme, czyli miłości jako odkupienia, a patrzac na wątek Rose i Finna (ten buziak i omdlenie w samolocie- o matko!) bardzo się tego obawiam. Według mnie nie musi się tak stać, ale mój instynkt co do wątków romantycznych jest u mnie maksymalnie stępiony od ostatniego sezonu Gry o Tron (do konca myślałam, ze Daenerys i Jon niekoniecznie wylądują w łóżku).

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 23:14
      Permalink

      Obawiam się, że masz rację. Suchar Rose o “niezabijaniu wrogów lecz ratowaniu ukochanych” to może być zapowiedź tego, że Rey przez miłość uratuje Rena zamiast go zabić. Ble.

      Reply
    • 4 stycznia 2018 at 12:26
      Permalink

      A na koniec razem zaśpiewają “Mam tę moc”.

      Reply
      • SithFrog
        4 stycznia 2018 at 18:37
        Permalink

        To by było coś 🙂 Z drugiej strony nawet takim numerem nie przebiją fruwającej Lei.

        Reply
  • 3 stycznia 2018 at 23:56
    Permalink

    Dobra myślałem, że ten tekst rozjaśni mi sposób myślenia Szanownego SithFroga i dlaczego ja mam trochę inne odczucia, ale niestety nie…

    Ogólnie rozumiem wszystkie zarzuty do Ostatniego Jedi i co najlepsze się z nimi zgadzam (no prawie całkowicie), ale dlaczego mam wrażenie, że wniosek z recenzji płynie mniej więcej taki: “Ostatni Jedi był filmem złym, bardzo złym… więc Przebudzenie było… filmem przyzwoitym… [teraz autor się zamyśla i przemykają mu wszystkie sceny z epizodu nr VIII] …nie jednak filmem DOBRYM”?

    Reply
    • SithFrog
      4 stycznia 2018 at 00:05
      Permalink

      Wiesz, w skali 1-10 TFA i TLJ dostały odpowiednio 6 i 5 jeśli mnie pamięć nie myli czyli oceny pozytywne. To są kompetentnie zrobione filmy, bardzo dobre audiowizualnie, z kilkoma naprawdę zapadającymi w pamięć scenami. To nie jest tak, że uważam je za choćby bliskie do prequeli, które dla mnie są abominacją kina w ogóle, nie tylko SW.

      Głównym zarzutem wobec “Przebudzenia mocy” była wtórność. Gdyby trochę rzeczy tam lekko podpudrować i wypuścić dziś, a stara trylogia by nie istniała – mogłoby się podobać ludziom naprawdę mocno. TLJ to kompletnie inna bajka, sequel, który wprost odwraca kota ogonem i jawnie kpi z poprzedniczki. To nie jest dobry kierunek w tworzeniu spójnej trylogii. To nie jest dobry kierunek dla Star Wars w ogóle…

      Reply
      • 4 stycznia 2018 at 00:35
        Permalink

        Tylko, że właśnie mam wrażenie: “TLJ był tak zły, że TFA był przy nim dobry”. A właśnie ja mam kompletnie inaczej (ostrzegam ujmę to trochę “poetycko”): Przebudzenie było powtórzeniem Nowej Nadziei “bez Mocy” – ja naprawdę po seansie zastanawiałem się “Czy ja naprawdę obejrzałem film, który ma w nazwie “Star Wars”?”, a Ostatni to film, w którym jest pełno bzdur, głupot, słaby wątków, scen… (a im dalej od seansu tym było gorzej), ale poczułem tą “Moc”.

        A co do trylogii prequeli to mam zdanie chyba odrębne od wszystkich wymienionych wariantów, więc wolałbym ich nie wtrącać do dyskusji.

        Reply
        • SithFrog
          4 stycznia 2018 at 18:27
          Permalink

          Ja zazwyczaj zamiast dyskutować o prequelach daję link:

          https://www.youtube.com/watch?v=FxKtZmQgxrI

          Ostrzegam, długie (7×10 min) i czasem humor kloaczny, ale warto. Lepszej analizy prequeli i tego co w nich złe po prostu nie ma. Są oczywiście osobne analizy dla epizodów 2 i 3, też polecam, jeszcze dłuższe 😉

          Reply
  • 4 stycznia 2018 at 12:34
    Permalink

    Fantastyczne podsumowanie. Do wątku zapomnianych rycerzy zakonu Ren dodałbym jeszcze pytanie: po co Luke tworzył mapę prowadzącą do jego pustelni, skoro poleciał tam tylko czekać na śmierć? Liczył, że to Najwyższy Porządek ją odnajdzie i koniec będzie szybki i spektakularny?

    Sposób w jaki sponiewierano Snoke’a jest przerażający. Jestem prawie pewien, że jego mistrzem był Jar Jar Binks. Ten sam poziom bezdennej głupoty.

    Na koniec zwrócę uwagę, że Chewbacca pozostał jedyną postacią łączącą Starą Trylogię z nową (droidów nie liczę, bo z narratorów stały się piątym kołem u wozu). To sprawia, że w IX części na 100% zginie :(.

    Reply
    • 4 stycznia 2018 at 18:39
      Permalink

      Może powinniśmy zawczasu przygotować jakąś petycję? Coś w rodzaju “Ręce precz od Chewbakki!” 😉

      Reply
    • SithFrog
      4 stycznia 2018 at 18:39
      Permalink

      Ha, z tą mapą mocne – faktycznie – po co? Jak chciał, żeby go FO znalazł i dobił to mógł im całą mapę wysłać, a nie chować po kątach/droidach.

      O Chewiego bym się nie martwił, obaj reżyserzy (Abrams i Johnson) mają tę postać tak bardzo gdzieś, że pewnie w trzecim kolejnym filmie zapomną, że on w ogóle miał być w filmie. Więc nawet jeśli mieliby go zabić to pewnie zapomną to zrobić.

      Reply
      • 4 stycznia 2018 at 22:07
        Permalink

        Jeszcze gorzej. Wspomną o jego śmierci we wprowadzającym tekście. Coś w stylu, że pilotował statek, którym podróżowała Leia i ich zestrzelili. Większej zniewagi wobec starej trylogii sobie nie wyobrażam.

        Reply
        • SithFrog
          4 stycznia 2018 at 22:34
          Permalink

          No to by było “full Obcy 3 style”. Oby kurde nie.

          Reply
  • 4 stycznia 2018 at 20:19
    Permalink

    >>Bomby grawitacyjne zrzucane nad celem. W kosmosie. Seems legit!

    W sumie czemu nie. Przypomnij sobie bitwę z Zemsty Sithów i spadające okręty po trafieniu. Ale pal diabli – patrz w dół – one wiszą nad jednym punktem planety. Ergo – nie poruszają się ruchem orbitalnym – czyli grawitacja działa normalnie – w dół. Skoro nie dziwi nas wiszący 100 metrów nad powierzchnią statek kosmiczny to czemu ma nas dziwić wiszący 100km wyżej.

    Reply
    • SithFrog
      4 stycznia 2018 at 22:33
      Permalink

      Już pisałem wyżej, to była tylko lekka kpina, bo wyglądało komicznie, że muszą koniecznie NAD cel nadlecieć, ale już przecież w epizodzie V TIE Bombery zrzucały ładunki na asteroidę.

      Reply
  • 5 stycznia 2018 at 08:07
    Permalink

    Co do Leii. Jej lot tak naprawdę nie jest szybowaniem. Kwestia perspektywy patrzącego. Tak naprawdę pani generał nie leciała w stronę statku tylko go przyciągnęła do siebie – prawdziwe przebudzenie mocy 😉 Interpretacja bliższa klimatowi Gwiezdnych Wojen.

    Reply
    • SithFrog
      5 stycznia 2018 at 17:58
      Permalink

      Już gdzieś pisałem – nie tyle problem w tym, że to się stało tylko jak zostało pokazane. Frunie z gracją przez kosmos, z wyciągniętą rączką, jak z obrazka. Dla mnie to było śmieszne, groteskowe. Parsknąłem głośno, a chyba nie o to chodziło…

      Reply
      • 5 stycznia 2018 at 23:47
        Permalink

        Dobrze, że tylko na parsknięciu się skończyło. Ja byłem na tym filmie z dwoma kumplami i scenę ze spacerem Lei pierwszy kumpel skomentował słowami: “Ja prdl”, a drugi: “Co to ku*wa było?” 😀
        Moje odczucia były identyczne, chociaż ich tak dosadnie nie zwerbalizowałem 😛

        Do tej góry wymienionych w dyskusji absurdów dorzucę jeszcze jeden: scena w więzieniu, podczas której Finn i Rose zastanawiają się, jak stamtąd uciec, po czym na ekranie pojawia się DJ (przysłuchujący się ze całej rozmowie ze swojej pryczy), który podchodzi do drzwi od celi, majstruje przy zamku… i otwiera drzwi, uwalniając siebie i pozostałą trójkę! Skoro potrafił uciec z więzienia to po cholerę tam cały czas siedział?

        Reply
        • SithFrog
          6 stycznia 2018 at 00:07
          Permalink

          Ha, zapomniałem o tym! Chyba wyparłem do podświadomości.

          Reply
  • 7 stycznia 2018 at 23:00
    Permalink

    Mozna byc fanem tego filmu, mozna go nie lubic. U mnie jest gdzies po srodku, ale jednego nie mozna odmowic temu tekstowi… SithFrog pozamiatał i NIE MOZNA sie z nim nie zgodzic. Nie da sie kontrargumentow wyciagnac na cokolwiek. Pewnie wiekszosc oponentow bedzie piszczec w stylu “borze ale ty jestes glupi”, dla mnie tekst jako pocisk po SW 10/10, a mam wrazenie, ze napisales z 1/4 tego co chciales

    Reply
  • 7 stycznia 2018 at 23:03
    Permalink

    Aha i Rey na 100% nie zabije Kylo. On zginie, bo za dużo już narobił by po prostu móc żyć wśród tych dobrych. Będzie tak, że on poświęci się za nią/za innych i na bank będzie w tym też wątek miłosny

    Reply
    • SithFrog
      7 stycznia 2018 at 23:11
      Permalink

      Dzięki za dobre słowo. A Kylo ostatecznie ginący z jakiegoś sensownego powodu byłby lepszy niż jakiś ostateczny pojedynek Kylo vs Rey. A może zupełnie to odwrócą i po prostu popełni seppuku? 🙂

      Reply
      • 8 stycznia 2018 at 21:10
        Permalink

        Tak… tragiczne samobojstwo by tez pasowalo (widze to przymruzenie oka, ale tak sobie dywaguje). Z tym, ze takie rzeczy to w 2002 max, teraz film bedzie musial byc bardziej pozytywny, takze poswiecenie w imie milosci i zadoscuczynienia jak nic

        Reply
        • SithFrog
          8 stycznia 2018 at 22:52
          Permalink

          No to lipa, trudno. Pewnie i tak się wybiorę z poczucia obowiązku.

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków