Arrested Development (sezony 1-3)

Lightning in a bottle. Błyskawica w butelce. To jeden z ciekawszych angielskich idiomów opisujących zjawisko tak perfekcyjne, że niepowtarzalne. Coś, co powstało przy okolicznościach, których nawet największym trudem nie sposób odtworzyć. Tak jak nie sposób powtórzyć sukcesu pierwszych trzech sezonów serialu Arrested Development (po polsku tłumaczonego jako Bogaci bankruci… ale zaklinam Was, nie oglądajcie polskiego tłumaczenia). A powtórzyć ten sukces próbowano – w 2013, a więc 7 lat po zakończeniu trzeciego sezonu, Netflix wyprodukował sezon czwarty. W zeszłym roku, po kolejnej przerwie, powstał sezon 5. Żaden z nich nie dorównał geniuszowi oryginalnej produkcji, która po raz pierwszy pojawiła się na ekranach telewizorów 17 lat temu. Więc dziś opowiem Wam tylko o pierwszych trzech sezonach.

Ale zacznijmy od początku. Czym jest Arrested Development? To historia bogatej rodziny, która straciła wszystko… i jednego syna, który nie miał wyboru, i musiał ich wszystkich trzymać w kupie. Michael Bluth (genialny Jason Bateman) to samotny ojciec, wychowujący syna (George’a Michaela Blutha, w którego wciela się młody Michael Cera) i ciężko pracujący, by przejąć rodzinny interes – firmę developerską zarządzaną przez George’a Blutha (fantastyczny Jeffrey Tambor). Niestety ojciec zostaje zaaresztowany za malwersacje finansowe i współpracę z reżimem Saddama Husajna (przypominam, że serial rozgrywał się w 2003 roku). Michael musi więc poskładać wszystko do kupy i zapanować nad rodzinką. A jest to zbieranina dość szczególna. Mamy więc matkę Michaela – Lucille – przyzwyczajoną do luksusowego stylu życia (nieludzko zabawna Jessica Walter). Mamy atrakcyjną i skrajnie leniwą siostrę Lindsay (Portia De Rossi) oraz jej męża o podświadomych skłonnościach homoseksualnych – Tobiasa (świetny David Cross), a także ich córkę Maeby (Alia Shawkat), w której podkochuje się syn Michaela. Mamy starszego brata – nieudanego, aroganckiego iluzjonistę Goba (w tej roli niezrównany Will Arnett, czyli Batman z filmów Lego). No i młodszego brata – trzydziestokilkuletniego maminsynka Bustera (Tony Hale). Próba zarządzania biznesem oraz przeprowadzenia familii przez proces ojca okaże się jedną z najzabawniejszych historii, jakie obejrzycie w życiu.

Rodzinka w komplecie. Od lewej: Tobias Funke i jego żona Lindsay, nad nimi Gob Bluth, następnie George Bluth senior, Lucille Bluth, George Michael Bluth, Buster Bluth, Maeby Funke. Na dole główny bohater – Michael Bluth.

Arrested Development to moim zdaniem – obok The Thick of It – najlepszy i najinteligentniejszy serial komediowy w historii. I bodaj jedyny, do którego nieustannie powracam. Niedawno obejrzałem go po raz piąty, nie żałując ani sekundy i wciąż odkrywając coś nowego. Śmiałem się równie często jak za pierwszym razem – choć może z innych żartów, niż te, które dostrzegałem wcześniej. Przypuszczam, że nie ma drugiej produkcji, która zawierałaby tak wielkie stężenie humoru. Tym bowiem co różni Arrested Development od innych seriali komediowych (nawet znakomitych jak 30 Rock czy brytyjska wersja The Office), jest swego rodzaju alternatywne, nietypowe podejście do gagów, charakterystyczne bardziej dla South Parku i kreskówek Setha McFarlane’a (co z resztą ma sens – o czym przekonacie się w dalszej części recenzji). Arrested Development bierze bowiem mechanizm znany z sitcomów, czyli powtarzające się gagi i wykorzystuje je w przewrotny sposób do stworzenia kolejnych żartów, tworząc czasem piramidalną konstrukcję. Weźmy przykład ze wspomnianego South Parku. W kilku odcinkach serial żartował, wkładając w usta Cartmana słowa o “workach ze złotem, jakie noszą na szyjach Żydzi”. To był zabawny element kreowania postaci Cartmana jako rasisty, antysemity i ogólnego dupka. Ale scenarzyści wykorzystali ten powtarzający się schemat do krótkiego gagu, w którym Kyle rzeczywiście ma na szyi mały woreczek ze złotem. Tego typu konstrukcje to chleb powszedni Arrested Development, roi się od nich każdy odcinek. Tutaj każdy żart jest odskocznią do następnego gagu, coraz bardziej inteligentnego i coraz bardziej zabawnego. To po prostu najbardziej przewrotna komedia, jaka kiedykolwiek powstała.

W stoisku z bananami zawsze są pieniądze. I nie tylko.

Przełomowość Arrested Development jest podkreślona jeszcze przez fakt, iż konstrukcja serialu jest… nieco niezgodna z prawidłami rzemiosła filmowego. Otóż twórcy nie eksponują wszystkich żartów. Nie zwracają na nie naszej uwagi. Może się momentami wydawać, że kręcą serial dla siebie i dla własnej dobrej zabawy, pozwalając rozkoszować się widzowi tylko wtedy, jeśli naprawdę będzie tego chciał.

Spoiler! Pokaż
Lucille Bluth. Moja idolka.

Twórcy popisują się konwencją, czasem układając niesamowitą sekwencję wydarzeń przez cały sezon dla jednego finałowego gagu albo odwołania. W pewnej chwili robią sobie nawet żart nawiązujący do filmu… sprzed 90 lat. Oglądając serial zrywamy więc kolejne warstwy znaczeniowe – od naszej znajomości angielskiego (w szczególności gry słów), amerykańskiej polityki i kultury zależy, jak wiele tych warstw zerwiemy. A niektórych po prostu nie sposób odkryć za pierwszym razem, albowiem scenarzyści używają… iście martinowskiego foreshadowingu. Będziemy płakać ze śmiechu – podczas drugiego seansu.

Spoiler! Pokaż

 

To niesamowite jak wiele potrafi zamaskować brytyjski akcent.

Rozpływając się nad tymi błyskotliwymi warstwami znaczeniowymi i ukrytym humorem, muszę jednak postawić sprawę jasno – to nie jest serial hermetyczny. Wciąga od samego początku. Wprawdzie większa część humoru ma charakter językowy, ale jest tu też całkiem sporo żartów sytuacyjnych. Rozbawi nie tylko Bluetigera i resztę wydziału filologii, ale każdego, kto posługuje się dość płynnie językiem angielskim. Wydaje mi się, że bariera jest gdzieś na poziomie B2 (czy – jak kto woli – FCE). Ale – niestety – naprawdę trzeba angielski znać. Miałem okazję obejrzeć dwa odcinki z tłumaczeniem, i zaręczam, że serial traci 3/4 swego uroku i błyskotliwości. Po prostu pewnego typu humoru nie przełoży nawet najlepszy tłumacz.

Więc jeśli rozważaliście przyspieszony kurs języka angielskiego, to warto się zmobilizować. Bo Arrested Development to dzieło komediowego geniuszu. Nie tylko wspomnianych wcześniej aktorów. Równie wiele dobrego można powiedzieć o gwiazdach wcielających się w role drugoplanowe i ujawniających swoje niezwykłe talenty. A Arrested Development ma doprawdy niesamowitą obsadę tła. Znajdziemy tu m.in. Lizę Minelli (Tak! Tę Lizę Minelli!), Charlize Theron, Henry’ego Winklera, Julię Louis-Dreyfus i Bena Stillera. No a narratorem jest Ron Howard!

Franklin Delano Bluth.

Ale chyba największe talenty znalazły się po drugiej stronie kamery. Wspomniałem, że Arrested Development jest dziełem pasji i geniuszu, ale nie powiedziałem jeszcze czyjego. Pomysł na serial zrodził się w głowie Mitchella Hurwitza, człowieka, który pracował przy kilkunastu największych sitcomach lat 80. i 90., i najzwyczajniej gromadził w zeszycikach wszystkie żarty “zbyt inteligentne na telewizję”. Arrested Development wykorzystał wszystkie jego pomysły. I nie tylko jego, bo Hurwitz miał też wspólników w zbrodni, czyli scenarzystów doświadczonych w pracy nad South Parkiem i Family Guyem. A reżyserią zajęli się m.in. bracia Russo – ci sami goście, którzy odpowiadali za ostatnie odsłony Avengers. Chyba nigdy wcześniej i nigdy później na planie serialu komediowego nie zebrała się taka plejada talentów.

Nie zastanawiajcie się zatem zbyt długo. I pamiętajcie – w stoisku z bananami zawsze są pieniądze <mrug, mrug>.

-->

Kilka komentarzy do "Arrested Development (sezony 1-3)"

  • 8 stycznia 2020 at 12:17
    Permalink

    A co z sezonami 4 i 5? Tragiedia, zmiana obsady, wykastrowanie seansu czy jeszcze coś innego?

    Reply
    • DaeL
      8 stycznia 2020 at 12:43
      Permalink

      Duże zmiany w sposobie kręcenia scen, trochę mniej chemii pomiędzy aktorami (szczególnie Georgem Michaelem i Maeby, którzy jako dorośli ludzie nie są już tak zabawni). Ale przede wszystkim nowe sezony Arrested Development nie sprawiają wrażenia rezultatu 20-letniego zbierania pomysłów na gagi “zbyt inteligentne dla telewizji”. Serial nie jest zły, ale porównać pierwsze trzy sezony z czwartym i piątym to jak zestawiać oryginalny brytyjski The Office z późnymi sezonami amerykańskiego The Office. Zupełnie inna para kaloszy.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków