Amityville Horror (Jay Anson)

To historia mrożąca krew w żyłach. Tym bardziej, że oparta na faktach. Małżeństwo George’a i Kathleen Lutzów wprowadziło się do kupionej po okazyjnej cenie posiadłości na Long Island 18 grudnia 1975 roku. 28 dni później musieli z domu uciekać. W rezydencji, w której para chciała wychowywać swoje dzieci, rok wcześniej doszło do potwornego morderstwa. A zło, które stało za tamtą zbrodnią, wciąż krążyło po zakamarkach domu. Historia tego, co przeżyli Lutzowie, poświadczona przez licznych świadków (w tym katolickiego księdza), to najlepiej udokumentowany przykład demonicznego nawiedzenia w historii.

Ale tak naprawdę, to nie.

Okładka w całej okazałości.

Nie zrozumcie mnie źle. Czegoś się tam Lutzowie wystraszyli, choć może nie tyle duchów i demonów, co raczej długów George’a. Wszedłszy w posiadanie (za stosunkowo niewielkie pieniądze) domu obarczonego straszliwą historią, postanowili wykorzystać zainteresowanie nawiedzeniami oraz opętaniami (Egzorcysta wszedł do kin dwa lata wcześniej) i nieźle sprzedać swą opowieść. Choć nie uczynili tego sami. Za całą historią stał bowiem niejaki William Weber. Adwokat Butcha DeFeo, a więc młodego człowieka, który rok wcześniej zamordował w domu własnych rodziców. Rzekome opętanie było linią obrony mordercy. Jako strategia na sali sądowej, opowieści o demonach zawiodły, ale wciąż mogły przynieść Weberowi niezłe pieniądze. To właśnie adwokat namówił George’a Lutza do sprokurowania historyjki na temat ponadnaturalnych istot, które omal nie zniszczyły życia małżeństwa. Skąd o tym wiemy? Gdy na Amityville zaczęto zarabiać autentyczne pieniądze, Weber i Lutzowie poszli się sądzić o autorstwo historii, odsłaniając przed światem prawdę na temat nawiedzenia. O całej historii możecie przeczytać w jednym z odcinków “Demaskuj z DaeLem”.

Dość powiedzieć, że historia o 28 dniach w nawiedzonym domu, demonicznej istocie rozmawiającej z córką Lutzów, o atakach robaków, szeptach, i tym podobnych sprawach, to rzecz zupełnie zmyślona. Aczkolwiek nie tylko przez Lutzów i Webera. Zdołali oni bowiem zainteresować opowieścią wydawnictwo Prentice-Hall, które zaangażowało Jaya Ansona – pisarza, scenarzystę, autora reportaży i filmów dokumentalnych, który szukał właśnie spełnienia w horrorze. Tak powstała książka o posiadłości w Amityville – fikcja literacka stylizowana na suche omówienie faktów. Wydawnictwo miało zresztą zachęcać autora do ubarwiania wydarzeń i manipulowania historią tak, aby uczynić ją ciekawą i wiarygodną. Co pisarz z ochotą zrobił, a Lutzowie wtórnie zaadaptowali jego pomysły do własnej wersji wydarzeń.

Książki wydane przez Vesper tradycyjnie pełne są doskonałych ilustracji…

Książka sprzedała się bardzo dobrze, historia Amityville stała się prawdziwym popkulturowym fenomenem, doczekawszy się aż czternastu (sic!) adaptacji filmowych. Cały szereg mediów i badaczy paranormalnych zbudował sobie na otarciu się o dom Lutzów karierę (najlepszym przykładem są tu Warrenowie, których zmyślone przygody też można oglądać w kinach – są bohaterami serii Obecność). Innymi słowy – coś w tej opowieści musiało dobrze trafić w zbiorowe oczekiwania Amerykanów.

Czy zatem sama książka Jaya Ansona jest tak zdumiewająco dobra? Raczej nie. To solidne horrorowe czytadło, ale daleko mu nie tylko do genialnego Egzorcysty Williama Petera Blatty’ego, ale również do większości powieści Stephena Kinga. Wydaje mi się, że Anson jest jednak skrępowany przez chwilami bardzo “reportażowy”, suchy styl, w jakim postanowił pisać książkę. Na szczęście są momenty, kiedy się zapomina i rysuje sceny jak powieściopisarz, nie dziennikarz. No i trzeba mu oddać, że pomimo sporej chaotyczności pierwotnej opowieści Lutzów oraz kompletnego idiotyzmu małżeństwa jako bohaterów, zdołał zrobić z tego szwindlu dziełko, które czyta się sprawnie i szybko. W dużej mierze dzięki konstrukcji rozdziałów – książka prezentuje raczej krótkie scenki, nie sili się na wplatanie dłuższej serii wydarzeń w formułę pojedynczego rozdziału, więc przewracanie kartek idzie bardzo sprawnie. I łatwo sięgnąć po powieść w każdej wolnej chwili. Nawet gdy wolne mamy – dosłownie – pięć minut. Wprawdzie 90% treści wyparuje nam z głowy tuż po zamknięciu książki, ale na pewno nie jest to jedna z lektur, z którą będziemy się męczyć. Powiedziałbym, że to idealna książka do czytania w metrze/autobusie/poczekalni u dentysty, ale byłoby mi szkoda włóczyć wszędzie ze sobą tak ładnie wydaną powieść. Wydawnictwo Vesper przyzwyczaiło mnie już do tego, że za cenę paperbacka dostajemy książkę ze świetną, twardą okładką i fantastycznymi ilustracjami. Nie inaczej jest tym razem, polska edycja Amityville Horror jest bardzo zgrabna. I chyba to się po części przyczyniło do tak przyjemnych wrażeń z lektury.

…tym razem znajdziemy również plany domu, pozwalające lepiej wyobrazić sobie przebieg wydarzeń.

Osobne słowo należy się za to przedmowie, która wyszła spod pióra księdza Johna Nicoli. Kapłan niestety duby smalone bredzi. Raz, że risercz ma raczej kiepski, wspomina bowiem o katolickim księdzu, który poświadczył historię Lutzów, ale nie sprawdza przy tym faktów. Otóż w sprawę nawiedzenia Amityville zaangażowany był swego czasu ksiądz, który wszakże poświadczyć mógł tyle, że w domu nie był, rozmawiał z panią Lutz przez telefon i słyszał, jak coś gdzieś skrzypiało. I tyle w kwestii demonów. Historyjka księdza z książki – występującego pod zmienionym nazwiskiem – to oczywiście licentia poetica autora powieści. Ale to tylko jeden z problemów, jaki mam ze wstępem. Bo jeszcze gorsze jest to, że ksiądz ów powołuje się na naukę, nie wiedząc, czym ona jest. Traktuje ją nie jako metodę dochodzenia do obiektywnej prawdy poprzez skrupulatne stosowanie pewnych kryteriów dowodowych, co raczej aktualny stan wiedzy na jakiś temat. Dlatego właśnie może opowiadać, że nauka – jak najbardziej tak i owszem, jest całkiem cool. Ale byłaby jeszcze lepsza, gdyby wierzyła ludziom, a nie jakimś tam dowodom. Doprawdy, to tak jakby powiedzieć, że się uwielbia kiszone ogórki, pod warunkiem, że nie są kiszone. Uff… wybaczcie, że się nad tym tak rozwodzę, ale autentycznie z całej książki to przedmowa najbardziej mi podniosła ciśnienie. I wybaczcie mało finezyjną metaforę – jem właśnie kanapkę z ogórkiem kiszonym i nic innego mi do głowy nie przyszło.

Ten niepokojący moment, kiedy znajdujesz książkę przy posłaniu swojego kota…

Reasumując, Amityville Horror to przeciętne, ale poprawne czytadło, w doskonałym wydaniu (za co dostaje ode mnie jeden punkcik więcej). Normalnie pewnie bym książki nie rekomendował (co najwyżej powiedziałbym, że można przeczytać bez szkody), aczkolwiek uważam, że warto się z nią zapoznać, jeśli interesuje Was sam fenomen, jakim była historia nawiedzenia w Amityville. Z książki poznacie oczywiście wersję zakłamaną, ale świadomi tego, że rzecz była szwindlem, możecie wyciągnąć z lektury całkiem ciekawą lekcję. Może nie na temat demonów, ale tego, jak przekonujący potrafią być niektórzy kłamcy.

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Vesper.

-->

Kilka komentarzy do "Amityville Horror (Jay Anson)"

    • DaeL
      25 października 2019 at 13:02
      Permalink

      Ale jaja! Zapomniałem, że napisałem ten tekst. Super, dzięki za przypomnienie. Zaraz zalinkuję, bo tam faktycznie piszę dużo więcej o detalach sprawy.

      Reply
      • 25 października 2019 at 23:19
        Permalink

        Dobrze jest mieć wiernych fanów. Puścić was na chwilę samych i zobacz co się dzieje ( ͡° ͜ʖ ͡°)

        Reply
  • 25 października 2019 at 13:37
    Permalink

    Customowe zakładki dodawane do książek to wynalazek na miarę opiekacza do kanapek! Nie wiem, czy inne wydawnictwa to stosują, ale wiem, że powinny.

    Reply
    • DaeL
      25 października 2019 at 16:25
      Permalink

      Pełna zgoda!

      Reply
  • 25 października 2019 at 14:38
    Permalink

    oczywiscie na zdjeciach z ksiazką nie moglo zabraknac kota 😀

    Reply
  • 25 października 2019 at 23:44
    Permalink

    Tak szczerze DaeLu czy uważasz, że wszystkie historie o duchach, demonach i nawiedzeniach to brednie i bullshit?

    Reply
    • DaeL
      26 października 2019 at 16:06
      Permalink

      Nie. Natomiast wątpię, aby te wszystkie zjawiska występowały w sposób obiektywny i możliwy do zbadania. Gdy byłem dzieciakiem, to cały świat paranormalny niezwykle mnie fascynował, ale z biegiem czasu doszedłem do przekonania, że wszystkie przypadki występowania tych zjawisk dzielą się na dwie kategorie. Albo są nieprawdziwe, albo nie da się ich zbadać (ze względu na pojedynczy charakter opisywanego zjawiska). I dopóki to się nie zmieni, będę pozostawał sceptyczny.
      Natomiast nawet gdy ktoś twierdzi, że widział ducha, to nie oznacza od razu, że próbuje nas oszukać. Jest tuzin powodów, dla których można nabrać takiego przekonania. Do najczęstszych należą paraliż senny oraz halucynacje. Nb. każdy człowiek doświadczył w życiu różnych form halucynacji – mimo, że sobie z tego nie zdaje sprawy. Zresztą sam przeżyłem podobną sytuację. To znaczy po śmierci bliskiej osoby, byłem przekonany, że zobaczyłem jej twarz na ulicy. Celowo nie piszę, że “wydawało mi się”, bo w tym momencie dałbym sobie rękę uciąć za to co widziałem. Ale wystarczyło zrobić kilkanaście kroków, przyjrzeć się z bliska i na jaw wyszło, że doświadczyłem jednego z najczęstszych omamów wzrokowych (banalnie prostych do wyjaśnienia, gdy zdamy sobie sprawę z tego jak konstruowany jest obraz w naszych mózgach). I wcale się nie dziwię, dlaczego ktoś inny mógłby podobną sytuację zinterpretować jako zobaczenie ducha.

      Reply
      • 26 października 2019 at 21:20
        Permalink

        Sorki za szufladkowanie, ale brzmisz jakbyś był #teamDanaScully. A w X-files było tak, że wszystkie cuda działy się wtedy, gdy Scully tego akurat nie widziała… A pytałem, bo miałem (mam?) wrażenie, że artykuły są tendencyjne i wyciągasz akurat te sprawy, które łatwo zjechać.

        Reply
  • 26 października 2019 at 10:02
    Permalink

    Podłączam się do pytania. Bardzo nie lubię takich jednoznacznych zwrotów i podsmiechujek. Tutaj kłamcy, tam szwindel. Jakby autor wiedział lepiej, przez internet, bo zrobić l risercz. Z Warrenami też to nie takie oczywiste, czy kłamali. Spory toczą się od dziesięcioleci, a tu bach, prawda objawiona na fsgk.

    Reply
    • 26 października 2019 at 15:42
      Permalink

      O to mi chodziło. Fsgk jak Focus. Wszystko oczywiste + wykładanie tych historii, które łatwo zdemaskować .

      Reply
    • DaeL
      26 października 2019 at 16:13
      Permalink

      Fakty, które da się ustalić są jednak bezlitosne. Po pierwsze – tylko Lutzowie mieli problem ze zjawiskami paranormalnymi w tym domu. Późniejsi właściciele co najwyżej uskarżali się na wchodzących na ich posesję poszukiwaczy duchów. Po drugie – bliski współpracownik Lutzów twierdzi, że wymyślił całą historyjkę razem z Georgem Lutzem przy butelce wina. I zeznał to w sądzie. Po trzecie – autor książki stwierdził, że sam wymyślił część detali, które Lutzowie wpletli potem do swej opowieści jakby wydarzyły się naprawdę. W takiej sytuacji wersja z oszustwem jest po prostu najbardziej prawdopodobna.
      Warrenowie to osobna (i fascynująca kwestia). Na pewno poświęcę im jakiś tekst.

      Reply
  • 26 października 2019 at 15:47
    Permalink

    Zapewne nie, choć o przypadkach naprawdę zastanawiających pewnie nigdy się nie dowiemy. Mało kto chwali się takimi doświadczeniami. Szum medialny robią tylko hucpiarze.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków