Wojna wietnamska: film Kena Burnsa i Lynn Novick (2017)

Obejrzenie wszystkich dziesięciu odcinków Wojny wietnamskiej zajęło mi ponad 17 godzin. 17 godzin, podczas których mogłem robić dziesiątki innych, bardziej pożytecznych rzeczy, a mimo to ślęczałem przyklejony do ekranu i śledziłem losy największej amerykańskiej porażki militarnej w XX wieku. Miniserial sygnowany nazwiskiem reżysera Kena Burnsa i Lynn Novick, wybitnych amerykańskich dokumentalistów, to fascynująca, niesamowicie drobiazgowa opowieść o koszmarnym konflikcie, który miał niebagatelny wpływ na losy świata. I jeśli temat wydaje się wam choć trochę ciekawy, możecie w zasadzie skończyć tu czytanie, odpalić Netflix (albo polować na ponowną emisję w TVP Historia) i zacząć oglądać jeden z najlepszych dokumentów, jakie kiedykolwiek powstały.

Generał William Westmoreland – jeden z wielu ojców amerykańskiej porażki.

Jeśli jednak chcecie najpierw dowiedzieć się czegoś więcej o tej monstrualnej produkcji, spieszę donieść, że w dziesięciu trwających od półtorej, do niemal dwóch godzin odcinkach, autorzy rozkładają wojnę w Wietnamie na czynniki pierwsze. Historia rozpoczyna się w czasie panowania francuskiego w Indochinach i opowiada o początkach kariery politycznej Ho Chi Minha, powstaniu przeciwko europejskim kolonialistom, podziale Wietnamu i stopniowemu zwiększaniu zaangażowania Amerykanów w eskalujący konflikt. Następnie przez kolejne lata tydzień po tygodniu obserwujemy przebieg walk, rozwój sytuacji geopolitycznej zarówno w Azji, jak i w Stanach Zjednoczonych, niepokoje i rozruchy po śmierci Martina Luthera Kinga, kolejne kampanie prezydenckie, opisy codziennego życia na froncie, horror wojny. I wreszcie końcowe rozdziały, czyli operacje w Kambodży i Laosie, Woodstock, aferę Watergate, która pogrzebała administrację Nixona, zbrodnie wojenne i zwycięski pochód komunistów na Sajgon, który zakończył wojnę.

Początkowo Amerykanie mieli tylko szkolić żołnierzy Południa i służyć jako konsultanci. Well… that escalated quickly.

Wszystko to opowiedziane jest spoza kadru ustami Petera Coyote oraz około 80 rozmówców, z którymi twórcy przeprowadzili wywiady i wśród których znaleźli się weterani wszystkich stron konfliktu, ich rodziny, aktywiści, sztabowcy i dziennikarze. Narracja płynnie przechodzi z tematu na temat, niejednokrotnie zmieniając optykę z historii pojedynczego żołnierza na globalną sytuację na froncie. Komentarz narratora znakomicie uzupełniają fragmenty wywiadów, dzięki którym każda sprawa jest opisywana z kilku różnych perspektyw. Zadziwiające (a może właśnie zupełnie nie zadziwiające) jest to, jak podobne są do siebie odczucia i zwierzenia Wietnamczyków i Amerykanów, których wysłano, by pozabijali się nawzajem. Wraz z intensyfikacją działań i przedłużaniem się walk, bestialstwo i okrucieństwo po obu stronach przybrało niewyobrażalną skalę. Oglądanie, jak ludzie przyznają się z wyraźnym wstydem do popełniania straszliwych czynów, jak opisują kompletny chaos i bezmyślność, jakie wtedy panowały, czy w końcu próby samobójcze i dezercje, jest z jednej strony fascynujące, a z drugiej napawa zgrozą i odrazą. To nie to samo co oglądanie wyreżyserowanych filmów fabularnych o wojnie. To spowiedź ludzi, którzy wprost mówią, niejednokrotnie ze łzami w oczach, o tym, jak zabijali innych ludzi.

Prezydent Lyndon Johnson i sekretarz obrony Robert McNamara. Kolejni architekci katastrofy.

Równie ciekawy jest znakomicie zarysowany obraz amerykańskiej administracji, która bezmyślnie brnęła krok po kroku coraz głębiej w wietnamskie bagno. Kennedy, Johnson i Nixon mieli wiele okazji do zakończenia rozlewu krwi, a mimo to ich rządy doprowadzały do kolejnych katastrof. Partykularne interesy różnych grup nacisku, błędy wywiadu i przestrzelone analizy nakręcały spiralę przemocy. Jedne złe decyzje powodowały lawinę kolejnych, brudne gierki, zdrady, niepokoje społeczne – wszystko to sprawiło, że końcówka lat sześćdziesiątych w USA przypominała koszmarny sen. Starcia, podczas których Gwardia Narodowa strzelała do protestujących przeciwko wojnie studentów ostrą amunicją, wyglądają wręcz surrealistycznie i pokazują prawdziwe oblicze Ameryki tamtego okresu. Smaczku dodają tu nagrania rozmów telefonicznych najwyższych urzędników, podczas których wychodzą na jaw różne świństwa.

Jeszcze gorzej było po drugiej stronie globu. Jak wspomina jeden z amerykańskich pilotów – wielu z nich miało nieodparte wrażenie, że walczą po złej stronie konfliktu. Największym wrogiem Wietnamczyków byli bowiem wietnamscy politycy, zwłaszcza ci z południa. Kasta ekstremalnie skorumpowanych, nastawionych na realizację wyłącznie prywatnych interesów, krótkowzrocznych despotów doprowadziła ten piękny kraj do kompletnej ruiny i pogrążyła go w morzu krwi. Komuniści z północy lekką ręką wysyłający dziesiątki tysięcy swoich rodaków na pewną śmierć, nie uznający „cywilizowanych” zasad prowadzenia wojny, znakomicie wpisali się w tę krwawą grę.

Wojna pochłonęła wiele żyć ludzkich, ale odmieniła też amerykańskie społeczeństwo na zawsze.

Efekt nie byłby może tak piorunujący, gdyby nie strona wizualna. Do stworzenia filmu użyto w sumie ponad 24 000 zdjęć i 1500 godzin archiwalnych nagrań, które odpowiednio odrestaurowano i zmontowano. Niesamowity efekt uzyskano dzięki podłożeniu dźwięku pod filmy z frontu. Ogląda się to tak, jakby wojna była na wyciągnięcie ręki. Jak Szeregowca Ryana, ale ze świadomością, że wszystko na ekranie jest w 100% prawdą. Że giną tam prawdziwi ludzie, spadają prawdziwe bomby, płoną prawdziwe lasy. Gdyby się dało, to założę się, że Burns dodałby do filmu zapach napalmu. Filmy uzupełniają setki fantastycznych zdjęć i tu ciekawostka: Ken Burns wymyślił sposób na pokazywanie w filmach statycznych ujęć w sposób dynamiczny – skupiając oko kamery na mniejszym wycinku, a następnie oddalając lub przesuwając widok, co daje wrażenie ruchu. Apple nazwał to „Ken Burns Effect” i od tego czasu branżowe programy korzystają oficjalnie z tej nazwy. Efekt jest taki, że Wojnę wietnamską ogląda się niczym gigantyczny album z fotografiami, które niejednokrotnie komentują postacie z tych zdjęć.

Nietrudno się domyślić, że film o Wietnamie jest zilustrowany muzyką z epoki. Dosłownie każdy utwór, który przyjdzie wam na myśl i kojarzy się z obrazkami Hueyów na tle wietnamskiej dżungli, wybrzmiewa chociaż przez kilka sekund. Prawdziwa uczta dla uszu. Jakby tego było mało, dodatkowe tła muzyczne, tym razem w pełni instrumentalne, ambientowe, stworzył znakomity duet: Trent Renzor i Atticus Ross. Niepokojący motyw główny na długo zapada w pamięć, a całość udźwiękowienia wraz z oprawą muzyczną to prawdziwe dzieło sztuki.


Produkcja Wojny wietnamskiej trwała ponad 10 lat i kosztowała 30 milionów dolarów. Nie ma w niej wypowiedzi historyków, celebrytów, ani przede wszystkim polityków. Jest to monumentalne dzieło o koszmarnym rozdziale w najnowszej historii, opowiedziane z perspektywy jego uczestników, z komentarzem ograniczonym do absolutnego minimum. Efekt mrówczej pracy nad kilometrami taśm filmowych i tysiącami zdjęć dał powalający efekt wizualny, a przeprowadzone wywiady powalają szczerością i mocą. Nie sposób też nie docenić próby przedstawienia sytuacji w sposób tak bezstronny, jak tylko się da. To naprawdę emocjonalna produkcja, brutalna, kompleksowa, z pewnością tylko dla dorosłych. Kopalnia wiedzy na temat samej wojny, wydarzeń w światowej polityce, które ją otaczały i jej długofalowych skutków. Opowiedziana niespiesznie, z dużą dokładnością, ale w żadnym momencie nie nużąca, a na pewno nie nudna. Dokument idealny? Być może. Dla mnie to była fascynująca lekcja historii, którą każdy, kto choć trochę interesuje się historią XX wieku, powinien obejrzeć. Lektura obowiązkowa.

-->

Kilka komentarzy do "Wojna wietnamska: film Kena Burnsa i Lynn Novick (2017)"

  • 9 sierpnia 2019 at 14:50
    Permalink

    No to wiem co będę robić wieczorami przez najbliższe tygodnie. Recenzja bardzo zachęca do obejrzenia, skusze się na 100%.

    Reply
  • 9 sierpnia 2019 at 18:34
    Permalink

    Obejrzałem kilka miesięcy temu. Mam podobne odczucia. Fascynujący dokument, który przykleja do telewizora lepiej niż niejeden serial.

    Reply
  • 9 sierpnia 2019 at 18:36
    Permalink

    O ile dorze pamietam, to takie ukazywanie statycznych obrazow (tutaj zdjec) w ruchu wymyslil kubrick w barry lyndon 🙂

    Bardzo dobry tekst, dokument widzialem wybiorczo na tvp historia i tak cos przeczuwalem, ze to epopeja.
    Moze byc idealna na wakacyjny pozny wieczor, ja pewnie zaczne ogladac od poczatku. Nie wiedzialem ze jest na netflixie 🙂

    Reply
    • 12 sierpnia 2019 at 09:55
      Permalink

      Niefortunnie to sformułowałem. Powinno być, że Burns spopularyzował ten sposób, bo faktycznie nie on go wymyślił.

      Reply
  • 9 sierpnia 2019 at 23:27
    Permalink

    Czyżby ten serial był na miarę “Historia II WŚ” z lat 70′ . Trzeba będzie sprawdzić.

    Reply
    • 12 sierpnia 2019 at 09:58
      Permalink

      Nie znam tego. Ale widziałem, że Burns nakręcił wcześniej miniserię The War, czyli kolejny wielki dokument o drugiej wojnie światowej, ale tylko z perspektywy USA. Ponoć też dobry i też dostępny na Netflixie.

      Reply
      • 13 sierpnia 2019 at 17:53
        Permalink

        To widocznie “The War” 2007 oraz “Vietnam War” 2017 mają bardzo podobny styl do “The World at War” 1973-1976 o jakim pisałem powyżej.

        Reply
  • 11 sierpnia 2019 at 14:59
    Permalink

    Czeka na dekoderze na nadejście zimy. Już niedługo! 😉

    Reply
    • 12 sierpnia 2019 at 09:59
      Permalink

      Warto. Miałem jakiś czas na kupce “do obejrzenia”, ale bałem się wielkości i że nie dokończę. Niesłusznie.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków