Sex Education (2019)

Pierwszym chwilom z serialem Sex Education towarzyszyło mi uczucie zagubienia, żeby nie powiedzieć wręcz, że doznałem dysonansu poznawczego. Oto bowiem Netflix stworzył ośmioodcinkową produkcję, która dzieje się niby na angielskiej prowincji, gdzie szesnastolatkowie zachowują się jak upośledzeni umysłowo dwudziestoparolatkowie z amerykańskich seriali młodzieżowych, mają problemy trzynastolatków, uczą się w czymś, co przypomina nieco amerykańską szkołę średnią skrzyżowaną z koledżem, słuchają muzyki punkowej i new romantic, ich rodzice jeżdżą samochodami z lat 80., a oni sami mają nosy stale wbite w smartfony. W pierwszym odcinku wydawało mi się, że to po prostu pójście na skróty w budowaniu świata. Że chodziło o nawrzucanie jak najwięcej wabików na widzów spragnionych kolejnych porcji nostalgicznego nastroju, na który ostatnio panuje moda, ale żeby nie było zbyt “staro”. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to tylko pozory.

Otis i Eric, czyli dwóch nastolatków, którzy pokażą wam, czym naprawdę jest przyjaźń.

Główny bohater – Otis ma szesnaście lat i mieszka razem z samotną matką w malowniczo położonym domu gdzieś na prowincji. Mama to uznana pani seksuolog, więc chłopak ma ogromną wiedzę o “pszczółkach i zapylaniu kwiatków”, a jednocześnie trapią go poważne wątpliwości dotyczące własnej seksualności. Z chwilą rozpoczęcia nowego roku szkolnego, Otis i jego najlepszy przyjaciel Eric wchodzą w świat szkolnych romansów i problemów związanych z wkraczaniem w dorosłość. Tam poznają Maeve, szkolną outsiderkę i buntowniczkę, która namawia Otisa na wspólny biznes: udzielanie płatnych porad seksualnych, przy czym chłopak ma robić za terapeutę, a jego partnerka naganiać klientów i zajmować się finansami.

Poradnia seksualna. W tym serialu nic nie jest na serio, a jednocześnie wszystko jest ważne.

Fabuła Edukacji seksualnej jest w gruncie rzeczy pretekstowa i bardzo sztampowa, jakby żywcem skopiowana z amerykańskiego serialu młodzieżowego sprzed 25 lat. Na każdym kroku i w każdej kolejnej scenie schemat goni schemat i schematem pogania. Nie ma absolutnie nic, czego już ktoś wcześniej na ekranie by nie pokazał. W nastolatkach buzują hormony, rodzą się miłości i zauroczenia, mamy szkolne bale i domowe imprezy, picie, ćpanie i bzykanie w każdej możliwej konfiguracji. Mało tego: postacie wzięto jakby z listy serialowych archetypów. Jest więc nieśmiały dziwak, buntowniczka, elitarne towarzystwo wzajemnej adoracji, szkolny osiłek, nieśmiałe grubasy, nadopiekuńczy rodzice, srogi dyrektor, jest tu nawet hydraulik, który zaciąga do łóżka dojrzałą panią domu, wzorem najlepszych produkcji kina ślizganego. I kiedy człowiek zastanawia się, o co tu właściwie chodzi i po co mu kolejna banalna historia, dociera do niego fakt, że przecież nie o fabułę i o tych konkretnych bohaterów tu chodzi. Sex Education to postmodernizm w czystej postaci i bezpretensjonalna, w pełni zaplanowana zabawa stereotypami.

Każdy marzy o takiej mamie. Gillian Anderson daje prawdziwy popis i nie sposób jej nie polubić.

Tylko na pierwszy rzut oka jest to nastoletnia wersja Californication, gdzie co i rusz na ekranie migają nagie biusty, a większość żartów dotyczy organów płciowych. Szybko da się zauważyć, jak bardzo przewrotnie podeszli do tematu twórcy i jak wiele treści przekazują w delikatnie ukryty sposób. No i jak gigantyczny dystans mają do swojej produkcji. Kto bowiem, w dzisiejszych poprawnych politycznie czasach, odważy się napisać jedną z głównych ról serialu jako pajacującego, czarnoskórego geja, który przez większość sezonu robi z siebie idiotę i pośmiewisko, tylko po to, żeby potem umieścić go w najmocniejszych scenach całej serii? Gdzie matka zawstydza syna swobodą seksualną, a on z kolei udaje, że się masturbuje, aby ukryć swoje problemy. Albo na pierwszy rzut oka najbardziej wyluzowana osoba we wszechświecie, w rzeczywistości jest przerażona niemożnością kontrolowania swojego syna, a w dodatku ma w głowie demony przeszłości, które powodują podobne problemy do tych, które sama pomaga rozwiązywać swoim pacjentom. Otis na pozór jest skrępowany zachowaniami mamy, ale tak naprawdę to trauma z dzieciństwa odciska na nim piętno. Rodzice Erica nie rozumieją jego podejścia do życia, ale to oni okażą się być jego najlepszymi przyjaciółmi. I wszystko to jest pokazane lekko, żartobliwie, czasami wręcz obrazoburczo. Każdy z takich drobnych wątków symbolizuje jakiś problem, każdy jest na pozór banalny, a naprawdę odnosi się do prawdziwych ludzkich uczuć i zmartwień. W jednej ze scen matka Otisa mówi o odpowiedzialności, jaka na niej ciąży w czasie wykonywania swojego zawodu, bo jedno źle wypowiedziane zdanie może spowodować traumę na całe życie. W późniejszych odcinkach są fragmenty, które dobitnie tę tezę potwierdzają i pomiędzy kolejnymi parsknięciami śmiechu każą się poważnie zastanowić nad fundamentalnymi sprawami.

Ujęła mnie gracja, z jaką scenarzyści mieszają głupawą komedię młodzieżową z nienachalnym filmem obyczajowym, unikając przy tym napuszonego dydaktyzmu. Nie jest przypadkiem, że serial jest produkcją brytyjską, bo na każdym kroku widać tu ten charakterystyczny luz i bezpretensjonalność, przy jednoczesnym umiejętnym balansowaniu na styku różnych konwencji i zachowaniu dużego dystansu.

Szybki konkurs bez nagród: co zobaczyli uczniowie?

Od wysokiego poziomu nie odstaje obsada. Przede wszystkim błyszczy tu Gillian Anderson w roli matki Otisa. Wygląda jak Emma Thompson, mówi jak Emma Thompson, z przeuroczym podrabianym angielskim akcentem i chociaż jej postać jest drugoplanowa, to kradnie każdą scenę ze swoim udziałem. Jak każdy z bohaterów wprowadza dużo elementów komicznych, ale kiedy przychodzi moment refleksji, jej reakcje i postawa stają się tym bardziej naturalne. Świetna jest młodzież na czele z Asą Butterfieldem w roli Otisa. Nie dość, że skutecznie udają nastolatków z typowych komedii dla nieco starszych dzieci, to, kiedy trzeba, znakomicie potrafią wczuć się w bardziej emocjonalne fragmenty. Odniosłem też wrażenie, że duża część obsady została dobrana tak, aby ucharakteryzować ich na postacie z innych produkcji. Oprócz wspomnianej Anderson, będącej kalką Emmy Thompson, mamy jeszcze Emmę Mackey, jak żywo przypominającą Margot Robbie w roli Harley Quinn; Kedara Williams-Stirlinga w roli niejakiego Jacksona, który wygląda jak… Michael Jackson z teledysku do utworu Thriller; Ncuti Gatwa, kiedy pajacuje, mógłby z powodzeniem wygłupiać się w Whose Line Is It Anyway? w zastępstwie Wayne’a Brady’ego i w zasadzie większości bohaterów można by przypisać jakiś ich wizualny pierwowzór. Może tylko mi się wydawało, ale znając przewrotność autorów, mógłbym postawić orzechy przeciwko kasztanom, że te podobieństwa nie są przypadkowe.

Relacje między Meave i Otisem są skomplikowane, jak przystało na nastolatków. Młodzi aktorzy znakomicie podołali swoim rolom.

Jeszcze inną rzeczą, która rzuca się w oczy, jest gracja, z jaką Sex Education promuje otwartość i tolerancję. Jeśli komuś takie zapewnienie mrozi krew w żyłach, uspokajam – to nie jest serial poprawny politycznie. Albo i jest, zależy jak na to patrzeć. Powiedziałbym, że swoim bezpretensjonalnym podejściem Sex Education promuje tolerancję milion razy lepiej od każdej nachalnej, śmiertelnie poważnej agitki. To kolejna zabawa twórców, że celowo swatają ze sobą bohaterów w każdej możliwej konfiguracji, zarówno jeśli chodzi o kolor skóry, jak i orientację seksualną. I robią to bez absolutnie żadnego komentarza. Poza jedną sytuacją, gdzie gej staje się ofiarą bezsensownej przemocy (co służy tylko wyeksponowaniu innego, znacznie ważniejszego wątku rodzinnego), nikt nie wspomina słowem pochodzenia etnicznego, ani upodobań seksualnych kogokolwiek – chyba że dla żartu, albo dlatego, żeby dotknąć zupełnie innego problemu. Miłość, zaufanie, odpowiedzialność nie znają pojęcia rasy i są wartościami uniwersalnymi. Wszyscy powinni się uczyć takiego podejścia, bo okazuje się, że można poruszać wrażliwe tematy, bez sztucznego narzucania poprawnej politycznie narracji. Że da się, w na pozór banalnej komedyjce, oddać prawdziwego ducha humanizmu i tolerancji, po prostu umieszczając w centrum człowieka, bez zwracania uwagi na jego przymioty i powierzchowność. Twórcy zostawiają widzowi pełną swobodę w interpretowaniu i ocenianiu zachowań postaci na ekranie i to jest po prostu piękne. Jedyny zgrzyt, jaki spowodował u mnie pewne poczucie dyskomfortu, to sposób, w jaki potraktowano wątek aborcji, który pojawia się w środku sezonu. Z jednej strony zrobiono to tak samo bezpretensjonalnie, jak całą resztę, ale zupełny brak jakichkolwiek konsekwencji tego całego zajścia w moim odczuciu zbyt mocno strywializował sprawę. To taka drobna rysa, którą jednak szybko puściłem w niepamięć.

Misja wykonana! Mama nigdy się nie zorientuje, że mam problemy z masturbacją.

Byłem bardzo zdziwiony, jak wiele treści ukryte jest pod wierzchnią warstwą scenariusza Sex Education, ale zaskoczyło mnie również, jak szybko wciągnąłem się w perypetie Otisa i spółki. Serial nie pozwala wątkom rozciągać się ponad miarę i kompletnie unika niepotrzebnych dłużyzn. W zasadzie cały czas jest wypełniony jakąś konkretną treścią i nie nudzi. Ponadto w pełni świadomie żeruje na nostalgicznej nucie i każdy, kto oglądał kiedykolwiek Beverly Hills 90210, Jezioro marzeń, Różowe lata siedemdziesiąte, czy co tam jeszcze podobnego, poczuje się w czasie seansu młodszy o 25 lat. Efekt podobny jak przy Stranger Things, tylko grupa docelowa trochę młodsza, za to muzyka równie dobra, a kto wie, czy nie jeszcze lepsza.

Rowery to amerykański symbol dzieciństwa. Tym razem zamiast BMXów, bohaterowie używają takich oto maszyn. Retro pełną gębą.

Obawiam się, czy zapowiedziany właśnie drugi sezon będzie trzymał poziom i nie zagubi się w kolejnych wątkach. Nie chciałbym, żeby pojawili się kolejni zaginieni bracia, dawno nie widziani ojcowie, byli mężowie i inne postacie od czapy. Jest dużo wątków do zamknięcia i liczę na to, że na nich właśnie scenarzyści skupią swoją uwagę. Wtedy na pewno druga seria ma potencjał być równie dobra, co pierwsza. Tymczasem nie pozostaje mi nic innego, jak serdecznie i gorąco zachęcić was do poznania Otisa i jego paczki. Ocena końcowa może wydać się zdecydowanie zawyżona, jeśli wziąć pod uwagę, że na pozór mamy do czynienia z głupkowatą komedią dla nastolatków. Ja jednak odkryłem w Sex Education mnóstwo dodatkowej treści, a lekka i pogodna forma sprawiły, że cały sezon wciągnąłem niemal za jednym posiedzeniem. Biorę więc na siebie odpowiedzialność, jeśli nie podzielicie moich zachwytów. Myślę jednak, że nie pożałujecie, a choćby dla samej szalonej i przeuroczej Gillian Anderson warto dać temu serialowi szansę.

-->

Kilka komentarzy do "Sex Education (2019)"

  • 12 lutego 2019 at 21:09
    Permalink

    “(…)gdzie szesnastolatkowie zachowują się jak upośledzeni umysłowo dwudziestoparolatkowie z amerykańskich seriali młodzieżowych, mają problemy trzynastolatków(…)” Brzmi jak krótki opis wykopu xD

    Reply
  • 16 lutego 2019 at 09:20
    Permalink

    Panie Crowley, chyba się Pan zapędziłeś. Ten serial, jak wszystkie produkcje Netflixa, jest wręcz nasączony polityczną poprawnością. Wrzucanej chamsko i na siłę. Właśnie to parowanie wszystkich bez patrzenie na rasę i kolor skóry, którym się Pan tak zachwycasz, jest właśnie tą poprawnością polityczną, której Pan w swojej recenzji nie zauważasz. Mamy tu wszystko z mokrego snu Razem czy tam Teraz, czy Jesieni i podobnych środowisk: słaby biały mężczyzna bez kręgosłupa; sympatyczny i mądry czarny gej; biała zbuntowana feministka zakochana oczywiście w Murzynie; silny, męski, najseksowniejszy i najbardziej pożądany czarny chłopak; brutalny biały chłopak, homofob, który sam się okazuje gejem (najbardziej popsuta postać,jego historię można było rozegrać o wiele ciekawiej). No i rozwiązła pani seksuolog – nimfomanka. To tylko główne postacie, a poza tym jest szalona dziewczyna, która oczywiście, kiedy biały chłopak nie dał rady odnalazła pocieszenie u sympatycznego Murzyna; dziewczyna głównego bohatera – która bardziej pasowałaby na lesbijkę, i wygląda jak chłopak – na cholerę dać bohaterowi ładną dziewczynę. Mamy również dwie matki czarnego atlety – oczywiście mieszana rasowo lesbijska para, w której oczywiście biała matka jest ta bardziej wymagająca i niszcząca marzenia przyszywanego syna. Dość negatywnie przedstawiono także dwójkę protestujących przeciwko aborcji – jako niekompetentnych głupków, nawiedzonych oczywiście, bo wierzących. Oczywiście jedyne białe pary jakie mamy są albo zwyczajnie niegrające ze sobą i fatalnie dobrane – syn dyrektora i jego dziewczyna się rozstają, a główny bohater okaże się impotentem. Każdy z młodych znajduje dopiero szczęście w jedynie mieszanym związku. Zatem nie umniejszając wartości komediowych serial jest wręcz naszpikowany i obnosi się ze swoją poprawnością polityczną. Jest to więc Panie Crowley typowa agitka – która widocznie Panu odpowiada i jest Pan nią zachwycony, Pana prawo – ale minimum rzetelności dziennikarskiej powinno Pana skłonić do zauważenia tego. Lub może chociaż powstrzymać o fałszywych zachwytach nad brakiem poprawności – to właśnie, jak w jednym z akapitów raczył Pan zauważyć – jest celowe i po prostu zwyczajnie nachalne działanie agitujące. To nie jest jak Pan ujął bezinteresowne promowanie humanizmu i tolerancji bez patrzenia na powierzchowność. Wykorzystanie wszystkich możliwych konfiguracji płciowych i między-rasowych jest właśnie specjalnie wykreowaną agitką, kłującą w oczy. Serial miewa momenty i bywa śmieszny, ale ocena i zachwyt jest moim zdaniem na wyrost. Ot, głupawa komedyjka do zapomnienia po kilku dniach ze względu na banalne rozwiązanie większości problemów.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków