FilmyKlasyka Kina

5 paranoicznych thrillerów ze spiskiem w tle (z nerwów chyba źle policzyłem)

Ostatnio, chcemy czy nie, wszyscy żyjemy pewną głośną aferą zza oceanu. Zwolennicy spiskowej teorii wszystkiego łączą z nią filmowe dzieło wielkiego reżysera. Już przed laty miało nam ono przekazywać – oczywiście w zawoalowany sposób – coś na temat ulubionego sposobu spędzania weekendów przez panów z amerykańskich (ale nie tylko) elit. Spokojnie, nie zamierzam zaciągać Was teraz do świata Iluminatów, ani sprowadzać na manowce w poszukiwaniu „ukrytej symboliki”. Po prostu internetowe nagłówki przypomniały mi oczywistą prawdę o tym, że kino kocha teorie spiskowe. Inspiruje się nimi, a zarazem je podsyca, jeszcze bardziej popularyzując te istniejące i przyczyniając się do powstawania kolejnych. Stąd pomysł na ten krótki przegląd. Wybrałem kilka klasyków, w których spisek i próby jego zdemaskowania są tematem przewodnim. Żadnego wypatrywania wskazówek na pudełkach od płatków owsianych albo w malowidłach renesansowych mistrzów. Tylko poważny, przyziemny lęk przed facetami w ciemnych okularach, którzy najpierw chcą, żebyś się czymś nie interesował. A jeśli nadal się interesujesz, to nie wracasz z wypadu na ryby i nie ma znaczenia, że nigdy nawet nie miałeś wędki w ręku. To nie jest ranking, a kolejność jest chronologiczna. Zapraszam!

Przeżyliśmy wojnę / The Manchurian Candidate (1962)

Z wojny w Korei wraca sierżant Shaw – bohater, który za uratowanie oddziału podczas zasadzki dostał Medal Honoru. Na lotnisku czekają na niego matka oraz ojczym – senator starający się o start wyborach prezydenckich. W tym samym czasie jego uratowanych kolegów z oddziału dręczą nocne koszmary, w których powtarza się pewien absurdalny motyw. Film Johna Frankenheimera jest bodaj pierwszym, w którym pojawia się wątek wojskowych eksperymentów na żołnierzach. W tym wypadku chodzi o hipnozę i pranie mózgów. Celem jest stworzenie „uśpionego zamachowca”, nieświadomego swojego przeznaczenia i aktywowanego do działania za pomocą określonego bodźca. W fabule znalazło się też miejsce na ostrzeżenie przed jak najbardziej świadomą agenturą umieszczoną na najwyższych szczeblach władzy, manipulującą opinią publiczną za pomocą mediów i dążącą do wprowadzenia dyktatury.

Choć samo przesłanie pozostaje niepokojąco aktualne, to z punktu widzenia współczesnego widza film jest raczej staromodny i momentami zwyczajnie naiwny. Aczkolwiek Frank Sinatra grający dociekliwego wywiadowcę i byłego dowódcę Shawa przykuwa wzrok. Najwyraźniej 64 lata temu nie było jeszcze miejsca na szokujące rozwiązania fabularne, bo intryga jest czytelna od początku. Od pierwszych scen wiemy, o co chodzi i kto za tym wszystkim stoi. W oczywisty sposób odbiera to filmowi dużo suspensu. Jeśli ktoś chce zobaczyć to samo, ale w bardziej nowoczesnej oprawie, to może sprawdzić remake z 2004 roku (polski tytuł „Kandydat”). Sinatrę zastąpił Denzel Washington, a podłych komunistów złowroga międzynarodowa korporacja. Bardzo na czasie.

Najgłośniejszym obrazem poruszającym temat żołnierzy będących ofiarami tajnych eksperymentów jest zapewne kultowa „Drabina Jakubowa” z 1991 roku, w reżyserii Adriana Lyne’a. Film trudny do gatunkowej klasyfikacji, ale jednak najbliższy psychodelicznemu horrorowi. Uznałem, że warto o nim wspomnieć, choć nie do końca pasuje do tego zestawienia. Do prania mózgów, już bez militarnej otoczki, jeszcze wrócimy.

Przeżyliśmy wojnę / The Manchurian Candidate (1962)

Syndykat zbrodni / The Parallax View (1974)

W trakcie wiecu zostaje zamordowany amerykański senator. Zamachowiec ginie podczas próby zatrzymania. Komisja po wielomiesięcznym śledztwie ogłasza, że atak był dziełem samotnego szaleńca, za którym nie stała żadna konspiracja. Pytania i wątpliwości jednak pozostają. Ubywa za to bezpośrednich świadków zamachu, którzy umierają w pozornie niebudzących wątpliwości okolicznościach. Oczywistą inspiracją dla filmu były głośne zabójstwa polityczne, jakie wstrząsnęły Ameryką w latach sześćdziesiątych XX wieku. W każdym przypadku winę przypisywano samotnemu zamachowcowi, a każde z tych zdarzeń zostawiło po sobie szereg teorii spiskowych. Głównym bohaterem filmu jest prowincjonalny dziennikarz, grany przez Warrena Beatty, prowadzący własne śledztwo w sprawie zamachu. Trafia on na ślad tajemniczej organizacji, która pod przykrywką prowadzenia naukowych testów wyszukuje i werbuje osobników o dość specyficznych predyspozycjach psychicznych.

Po ponad 50 latach „Syndykat zbrodni” pokryła patyna czasu, ale film pozostaje klimatycznym dreszczowcem i da się oglądać z zainteresowaniem. Zasługa w tym reżyserii Alana J. Pakuli oraz scenariusza koncentrującego się na budzącej sympatię postaci dziennikarza. Pakula w tamtym okresie specjalizował się w tego typu produkcjach. Kolejny jego film – „Wszyscy ludzie prezydenta” – opowiadał o okolicznościach ujawnienia afery Watergate. Inspirację z „Syndykatu zbrodni” w oczywisty sposób czerpał znakomity „Arlington Road” (1999) z Jeffem Bridgesem i Timem Robbinsem w rolach głównych, gdzie także pojawia się motyw „samotnego zamachowca”. „Arlington Road” mógłby znaleźć się w tym zestawieniu. Jednak z uwagi na pewne podobieństwa, w tym oparte na zbliżonym twiście zakończenia, uznałem, że miejsce to należy się starszemu z obu filmów. Inny, prawdziwie spektakularny przykład wykorzystania w kinie wątku samotnego strzelca i zarazem kozła ofiarnego to oczywiście „JFK” z 1991 roku, w reżyserii Olivera Stone’a. Być może najgłośniejszy i najbardziej wpływowy w historii kina film oparty po części na teoriach spiskowych. Tyle że to raczej dramat polityczno-sądowy i chociaż wciągający, to jednak w inny sposób niż klasyczny thriller.

Wracając do „Syndykatu zbrodni” – w jednej ze scen w filmie pojawia się automat do gry Pong i jest to prawdopodobnie pierwszy filmowy występ tej gry. Co zabawne, to w scenie tej na automacie grają człowiek i…małpa.

Syndykat zbrodni /Parallax View (1974)

Koziorożec Jeden / Capricorn One (1978)

Tuż przed startem pierwszej załogowej misji na Marsa astronauci po kryjomu zostają wycofani z rakiety i odesłani do zapomnianej bazy wojskowej, gdzie czeka na nich… marsjańska dekoracja. System podtrzymywania życia jest niesprawny, ale nie można już się wycofa,ć bo wybory prezydenckie, bo dofinansowania, bo przyszłość Agencji, itd. Rakieta leci więc pusta, a lądowanie transmitowane jest ze studia. Problem pojawia się, gdy w powrotnej drodze dochodzi do prawdziwej katastrofy. Na ziemi zostają przecież trzej niewygodni świadkowie – członkowie załogi, która właśnie „zginęła”. Film nawiązuje do teorii o sfingowanym lądowaniu na Księżycu. Po aferze Watergate, klęsce w Wietnamie i w realiach recesji gospodarczej nastroje za oceanem sprzyjały takim produkcjom. Zaowocowało to całym „paranoicznym” nurtem w amerykańskim kinie i przynajmniej kilkoma dziełami dużego formatu, które ostrzegały przed machinacjami rządowych instytucji.

„Koziorożec Jeden” w tym dystyngowanym gronie wyróżnia się… optymistycznym zakończeniem. Jednocześnie zawiera wszystkie elementy charakterystyczne dla paranoicznych thrillerów – motyw organizacji wewnątrz organizacji, przyświecającego jej ukrytego celu, wszechwładzy służb, nieliczenia się z jednostką i jej prawami. Ponownie pojawia się postać dociekliwego dziennikarza, któremu nikt nie wierzy, oraz sygnalisty (whistleblowera) – informatora z wnętrza organizacji, który przypłaca życiem swoją uczciwość. Niestety jako widowisko „Koziorożec Jeden” zestarzał się niezbyt godnie. To kino klasy B, choć w obsadzie nie brakowało głośnych nazwisk. Peter Hyams jako reżyser nie umiał wykorzystać potencjału aktorów i poza Elliotem Gouldem w roli dziennikarza nikt nie stworzył wartej zapamiętania kreacji. Dzisiaj „Koziorożca” traktować trzeba raczej jako niekonieczną ciekawostkę. Jak na ironię jego fragmenty oraz ujęcia z planu były wykorzystywane w internetowych viralowych filmikach o „księżycowej mistyfikacji”, podsycając te same teorie spiskowe, które przed laty napędziły realizację filmu. Koło się zamknęło.

Koziorożec Jeden / Capricorn One (1978)

Chiński syndrom / The China Syndrome (1979)

Dziennikarze lokalnej stacji telewizyjnej realizują reportaż o pracy elektrowni atomowej. W trakcie nagrania są świadkami groźnej awarii, która o mały włos doprowadza do katastrofy. Gdy podekscytowani wracają do studia z „gorącym tematem”, okazuje się, że telefon „z góry” był szybszy. Materiał zostaje wstrzymany, nic się nie stało, można się rozejść. Pytania i wątpliwości jednak zostają, a najbardziej dręczą jednego z pracowników elektrowni. Dostrzega on niepokojące symptomy, świadczące o tym, że awaria może się powtórzyć.

Filmów o katastrofach, awariach i zanieczyszczeniach środowiska, o których informacje są tuszowane przez państwo, pazerne korporacje lub jednocześnie jednych i drugich jest zatrzęsienie. Wybrałem ten, bo Jane Fonda wygląda w nim jak milion dolarów. Nie, tak naprawdę wybrałem go, bo to wciąż świetny i angażujący film ze znakomitymi kreacjami aktorskimi, który w pełni zasłużył na nagrody i nominacje, jakie zdobył (m.in. Złota Palma i Oscar dla Jacka Lemmona za najlepszą rolę męską). Napięcie w nim zbudowano za pomocą niezwykle oszczędnych środków. Cynizm w działaniu „oficjalnych czynników” nadal poraża. Zarazem to kolejna produkcja, w której skorzystano z motywu lokalnego dziennikarza, stojącego przed życiowym tematem, oraz współpracującego z nim informatora, który ryzykuje pracą, a nawet życiem za ujawnienie prawdy. Niespełna dwa tygodnie po premierze filmu w elektrowni atomowej Three Mile Island nastąpiła awaria, która najpierw wywołała panikę wśród okolicznej ludności, a potem w całej Ameryce zapędziła widzów do kin, czyniąc z „Chińskiego syndromu” przebój kasowy.

W filmie pojawia się m.in. motyw „wypadku” samochodowego i ginących w jego wyniku dowodów. Inspiracją do tego był tajemniczy wypadek, w jakim w 1974 roku zginęła Karen Silkwood, pracownica zakładu produkującego paliwo do reaktorów jądrowych. Dążyła do ujawnienia nieprawidłowości narażających pracowników na skażenie, którego ofiarą padła też ona sama. Toczyła osobistą walkę z potężną korporacją, która niestety nie skończyła się happy-endem. Jej historia oraz historia jej pracodawcy, koncernu Kerr-McGee, jest bardziej przygnębiająca od wszystkich paranoicznych filmowych fabuł razem wziętych. Hollywood oczywiście nie przepuściło takiej okazji. W 1983 roku na ekrany wszedł film „Silkwood” w reżyserii Mike’a Nicholsa z Meryl Streep w roli głównej.

Chiński syndrom / The China Syndrome (1979)

Teoria spisku / Conspiracy Theory (1997)

Nowojorski taksówkarz ma dwie obsesje. Pierwszą są teorie spiskowe, którymi w pracy zadręcza swoich pasażerów. Drugą jest piękna prawniczka, którą kiedyś przypadkiem uratował od napadu. Typ sprawia wrażenie odklejonego, ale od razu wiemy, że coś jest na rzeczy, bo ma jakieś przebłyski z przeszłości, podczas których nie kontroluje swojego zachowania. Gdy w złym momencie trafia w nieodpowiednie miejsce, zostaje zgarnięty przez smutnych panów w czerni, po czym dzieje się dużo różnych rzeczy w stylu charakterystycznym dla kina akcji lat dziewięćdziesiątych. Scenariusz odwołuje się do sprawy kontrowersyjnego projektu MK Ultra, prowadzonego przez CIA od połowy XX wieku, a ujawnionego po około 2 dekadach. W międzyczasie przeprowadzono ponoć szereg eksperymentów związanych m.in. z wykorzystaniem hipnozy, LSD, elektrowstrząsów i izolacji sensorycznej. Według jednej z teorii celem CIA było „wyhodowanie” uśpionych agentów, zabójców, nieświadomych odbytego warunkowania i uruchamianych za pomocą określonego bodźca – na przykład lektury „Buszującego w zbożu”, którą to książkę miał przy sobie zabójca Johna Lennona i której wątek przewija się też w „Teorii spisku”.

W filmie Richarda Donnera błyszczy Mel Gibson, który zawsze był dobry w rolach trochę niestabilnych emocjonalnie, autodestrukcyjnych postaci. Zagranie „spiskologa” przyszło mu o tyle prościej, że i w życiu prywatnym jest autentycznym szurem (nie mam tu wcale na myśli jego ultrakonserwatywnych poglądów ani uwielbienia dla samozwańczego kandydata do Pokojowej Nagrody Nobla). Niestety mam z tą produkcją taki problem, że sam tytuł i cała otoczka filmu zdają się obiecywać „coś więcej” w temacie teorii spiskowych, a ostatecznie zostajemy tylko z dość spłyconym wątkiem projektu MK Ultra. Projekt był, stali za nim źli ludzie, najważniejszy z nich dostaje kulkę od Julii Roberts, kartoniki po popcornie można wyrzucić tutaj. „Teoria spisku” to po prostu bardzo dobre kino rozrywkowe, po którym jednak nic nie zostaje w głowie. A przecież dobry film o rządowych spiskach to taki, który zostawia w widzach niepokój. Jak faktycznie mogły wyglądać eksperymenty w ramach projektu, przynajmniej te pozostające w sferze psychiatrii i psychologii, pokazuje serial o Tedzie Kaczyńskim – „Manhunt: Unabomber”.

Teoria spisku / Conspiracy Theory (1997)

BonusOni żyją / They Live (1988)

Bezrobotny wędrowiec znajduje dorywczą pracę na budowie. Zaczyna nocować w obozowisku dla bezdomnych, jakie funkcjonuje obok lokalnego kościółka. Miejscowy kaznodzieja jak nawiedzony opowiada wciąż o jakichś „władcach” kontrolujących otumanionych mamoną ludzi. W pewnym momencie bohater zauważa, że w kościele odbywają się zakonspirowane spotkania. Gdy podsłuchuje, słyszy coś o specjalnych okularach. Znajduje takie po nalocie policji na kościół, zakończonym jego kompletną demolką. Zakłada je na nos i od tej pory widzi świat zupełnie inaczej.

Film Johna Carpentera jest lubiany przez wszystkich, choć każdy znajduje sobie do tego inny powód. Na pozór jest opowiastką SF o Obcych, którzy przejęli władzę nad światem. Taki motyw pojawiał się w kinie wielokrotnie, nawet w polskim („Wojna światów – następne stulecie” z 1981 roku, w reżyserii Piotra Szulkina). W Ameryce stały za tym zimnowojenne lęki, ale w 1988 roku Carpenter najwyraźniej widział już inne zagrożenia dla społeczeństwa. Jego film to ostra satyra i krytyka wymierzona w konsumpcjonizm i „niepohamowany kapitalizm” (to jego własne słowa). Zarazem też ostrzeżenie, dość profetyczne, przed ubożeniem klasy średniej i kumulacją kapitału w rękach coraz mniejszej grupy ludzi. W jego filmie Obcy przekupują wąską ludzką elitę, z pomocą której czerpią zysk z pracy otumanionych mas. Te kontrolowane są za pomocą podprogowych przekazów płynących z mediów i wszechobecnych reklam. „To twój Bóg” – taki napis widnieje na banknotach ale zobaczyć można go dopiero po założeniu specjalnych okularów. Film doczekał się poważnych analiz, a jednocześnie foliarze wszelkiej maści traktują go jako manifest demaskujący New World Order. A tak naprawdę to niskobudżetowe kino akcji, w którym nie ma środków i czasu na dwuznaczności. Przekaz jest więc łopatologiczny, ale przesłanie jakie niesie, jest sensowne i wciąż aktualne.

„Oni żyją” w moim pomyśle na ten tekst miało być czymś zupełnie odmiennym od pozostałych filmów. Kiedy jednak skromny film Carpentera po latach ponownie obejrzałem, to w zaskakujący mnie samego sposób okazał się nie tylko pasować znakomicie do reszty, ale i zostawiać w głowie najwięcej przemyśleń. To tyle, idę zrobić sobie pranie mózgu możliwie najgłupszą komedią, jaką znajdę w streamingu. Zasłużyłem na anty-paranoiczny detoks.

Oni żyją / They Live (1988)

 

To mi się podoba 2
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button