
Korzystając z zimowej przerwy szkolnej, wybraliśmy się z rodziną na “Zwierzogród 2”. Udało nam się chyba w ostatniej chwili dorzucić cegiełkę do monstrualnych wyników finansowych, jakie osiągnął ten film, bo już trafił do płatnych streamingów. Wcześniej, przy wydatnej pomocy Chińczyków, wdarł się do pierwszej dziesiątki najlepiej zarabiających filmów w historii, można więc było założyć, że jest to produkcja w miarę udana. Poprzeczka jednak wisiała bardzo wysoko. Dzień przed seansem zrobiliśmy sobie powtórkę z części pierwszej i mogę tylko przytaknąć wszystkim głosom wychwalających tamten film, jeden z najlepszych Disneya od dawna. Czy udało się drugi raz osiągnąć równie spektakularny efekt?
Akcja drugiego “Zwierzogrodu” rozpoczyna się kilka dni po finale jedynki. Judy i Nick pracują w policji, jednak bardzo szybko różnice ich charakterów doprowadzają do konfliktu, przez co para zostaje skierowana na terapię i jednocześnie odsunięta od śledztw. Wszystko zbiega się w czasie z wielką imprezą upamiętniającą założenie zwierzęcej metropolii oraz z pojawieniem się pewnych dawno nie widzianych gości – gadów. Oczywiście nasi dzielni bohaterowie będą musieli raz jeszcze na własną rękę wyjaśnić zagadkę, za którą stoją mroczne siły i dawne tajemnice. Zwiedzą przy tym nowe dzielnice oraz, jakżeby inaczej, będą musieli zmierzyć się z własnymi demonami i zadbać o tę cienką nić, która ich łączy. Pod względem fabularnym nic nie zaskakuje, a wydarzenia biegną łatwym do przewidzenia torem. I chociaż część pierwsza też korzystała z doskonale znanych schematów, to w gatunku filmów animowanych stanowiła pewien ewenement, tak jawnie nawiązując do najlepszych tradycji kina noir.
“Zwierzogród 2” chociaż na pozór nadal jest policyjnym “buddy movie” z kryminalną aferą w tle, to zdecydowanie bardziej idzie w kierunku typowej dla animowanych filmów gonitwy i nieprzerwanej akcji. Zwyczajnie zmęczyło mnie trochę tempo i kolejne wariackie pościgi. Siłą pierwszej części była jej dojrzałość i metodyczność działań bohaterów. Kontynuacja czasami gna z taką prędkością, że ciężko nadążyć za kolejnymi gagami, a krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nie można im przy tym odmówić uroku i urody – zwiedzimy zamieszkałe przez gady mokradła, alpejskie rejony, zobaczymy festiwal na środku pustyni oraz pokrytą śniegiem krainę misiów polarnych, żywcem wyjętych z reklamy pewnego napoju gazowanego. Wszystko to ładne i urokliwe, ale brakuje czasu, żeby nacieszyć oczy tymi widokami.
Przewodnikiem po nowych miejscach jest bobrzyca Gryzelda i według mnie to zdecydowanie najsłabsza ze wszystkich postaci w obu “Zwierzogrodach”. Przypadła jej rola modnego ostatnio “szura”, który zupełnie przypadkowo zna mroczną prawdę o świecie, i któremu mało kto wierzy. Jest przy tym nieznośnie hałaśliwa i natrętna, więc ciężko ją polubić. Zupełnie inaczej niż Grzesia Żmijewskiego, czyli niezwykle poczciwego i sympatycznego węża, o którym nie będę pisał więcej, żeby nie zdradzić zbyt wiele na temat fabuły. Oprócz tej dwójki show kradnie nowy burmistrz, rzucający na lewo i prawo blond grzywą koński aktor-polityk. Dzieciaki na sali niekoniecznie rozumiały, z czego śmieją się dorośli, ale każde jego pojawienie się na ekranie było naprawdę zabawne. Ogólnie jednak nasycenie elementami humorystycznymi jest dużo mniejsze niż poprzednio.
Wrócili też oczywiście różni bohaterowie drugoplanowi, w tym znerwicowany szef policji, kultowy leniwiec, a nawet pewna owca, która ewidentnie robiła grunt pod część trzecią. Zgodnie z moimi przewidywaniami i prawami rządzącymi sequelami, skoro rozmnożono bohaterów, każdy z nich dostał mniej czasu niż poprzednio. I to mój kolejny zarzut, wiążący się z poprzednim. Poszczególne postacie pojawiają się na chwilę i za moment ich nie ma. Byle odhaczyć kolejnego bohatera, czasem drugo lub trzecioplanowego. To niestety przypadłość wielu dzisiejszych filmów, że nie potrafią rozstać się z raz przedstawionymi postaciami, co prowadzi zbytniego ich nagromadzenia (niedawny finał “Stranger Things” jest tego chyba najbardziej ekstremalnym przykładem).
Ale kto oglądał “Zwierzogród”, ten wie, że nie o kreskówkowych bohaterów ani kolorowe lokacje tam chodziło. Opowiedziana w części pierwszej historia była bardzo dojrzała i w mądry sposób poruszała temat dyskryminacji, stereotypów oraz mechanik działania ksenofobicznych podżegaczy. Kontynuacja pozornie bierze na warsztat równie poważne kwestie – partnerstwo, prawa rdzennych mieszkańców oraz pazerność elit. Robi to jednak dużo mniej celnie i wprawnie. Ot choćby wątek problemów Judy i Nicka, które wydały mi się wzięte z kapelusza. Owszem, ta para od początku przejawiała skrajnie różne postawy życiowe, ale to nie przeszkadzało im być skutecznym i mimo wszystko zgranym duetem. Zresztą w części pierwszej dowiedzieliśmy się, że w rzeczywistości wcale nie różnią się od siebie aż tak mocno. Natomiast w kontynuacji muszą się ze sobą pogodzić, chociaż nie odniosłem wrażenia, żeby wcześniej narastał między nimi jakiś głębszy konflikt, a w każdym razie inny niż wcześniej.
Podobnie sprawa wyklętych gadów i cynicznych, drapieżnych rysiów (jak żywo wyjętych z serialu “Sukcesja”) jest dużo prostsza i bardziej jednoznaczna niż intryga pani Obłoczek. Tym razem niemal od razu wiadomo, kto dorobił się czyim kosztem, a fabuła skupia się na pogoni za MacGuffinami, powtarzając w sumie morał, że nie powinno się ulegać stereotypowym uprzedzeniom i że przeciwieństwa mogą się uzupełniać. Na pewno też zabrakło mi tego całego, czerpiącego garściami ze starych filmów, policyjnego “detektywowania”. W jedynce Judy i Nick byli jak Nick Nolte i Eddie Murphy, a fabuła podążała śladami zbrodni razem z bohaterami niczym w rasowym kryminale. W dwójce przez długi czas para jest rozdzielona i dopiero na koniec, trochę za szybko zachodzi w nich przemiana, ale po drodze nie ma tego fajnego, “dorosłego” klimatu. Co z tego, że pojawiają się znakomite nawiązania do “Lśnienia” czy “Milczenia owiec”? To tylko mrugnięcia okiem do starszych widzów, żeby nie usnęli w czasie kolejnych akrobatycznych pościgów.
Może to kwestia moich wygórowanych oczekiwań. Może niepotrzebnie przypominałem sobie pierwszą część “Zwierzogrodu” na dzień przed pójściem do kina. Tym niemniej część druga mnie rozczarowała. To bynajmniej nie jest zły film – wprost przeciwnie. Po prostu nie dorasta pierwowzorowi do pięt. Jest ładny i kolorowy (choć za bardzo jak na mój gust, marzyła mi się kreska jak w „Rango”) oraz całkiem niegłupi, tylko ma pecha być kontynuacją filmu bardzo mądrego i świadomego. “Zwierzogród 2” jest znacznie szybszy, wprost kipi akcją i stara się poruszać poważne tematy, ale moim zdaniem za mocno skręca w banał i latające ludziki. Nawet taki drobiazg jak hitowa piosenka w wykonaniu jakiejś wielkiej gwiazdy tym razem pojawia się dwukrotnie, nie tylko na finał. Pewnie komuś wyszło, że w ten sposób da się zarobić więcej pieniędzy. Wiem, że to film dla dzieci i pod dzieci skrojony – syn stwierdził, że podobał mu się bardziej, bo więcej się działo. Ja jednak zdecydowanie wolałbym coś spokojniejszego, ale głębszego. Jedynka pokazała, że się da.
Zwierzogród 2 (2025)
-
Ocena Crowleya - 6/10
6/10








Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]