FilmyRecenzje Filmowe

Song Sung Blue (2025)

On – sterany życiem weteran, rozwodnik, mechanik samochodowy z doskoku, zawałowiec, trzeźwy od 20 lat alkoholik. Ona – rozwódka o gasnącej urodzie, mająca epizody depresyjne, samotnie wychowująca dwójkę dzieci, fryzjerka na pół etatu. On – gitarzysta i piosenkarz, pseudonim sceniczny Lightning, muzyk do wynajęcia, wodzirej na imprezach karaoke, performer naśladujący gwiazdy muzyki. Ona – piosenkarka grająca na instrumentach klawiszowych, bez pseudonimu (do czasu), bez marzeń i planów, okazjonalnie dorabiająca śpiewaniem. On i ona – zadłużeni i bez grosza przy duszy. On i ona – wzorowani na prawdziwych postaciach.


Mike’a i Claire, przyszłych członków duetu Lightning & Thunder poznajemy, gdy wpadają na siebie podczas typowej muzycznej chałtury. Ona śpiewa, on obchodzi kolejną rocznicę trzeźwości. Oboje czują, że muszą coś zmienić w swoim życiu. Oboje z trudną przeszłością i oboje kochający muzykę, choć każde trochę inaczej. Mike-Lightning chce błyszczeć, niekoniecznie tylko cekinami. Muzyka jest dla niego całym życiem. Claire, przyszła Thunder, zgadza się na rolę śpiewającej akompaniatorki. Jako muzycy naprawdę nie wypadli sroce spod ogona, co oczywiście nie ma żadnego znaczenia dla ich kiepskiego statusu materialnego. Decydują się na granie coverów. Lightning stylizuje się na Neila Diamonda i staje się jego, jak sam dobitnie podkreśla, interpretatorem a nie naśladowcą. Claire gra, śpiewa i wspiera partnera na scenie, a wkrótce partnera nie tylko na scenie, ale i w życiu. Widz ma wrażenie oglądania kolejnej typowo amerykańskiej, podnoszącej na duchu opowieści. Tyle że ta opowieść w tym momencie właściwie dopiero się rozpoczyna i okazuje się wcale nie być muzyczną bajką, na jaką się zapowiadała.


Pomysł na „Song Sung Blue” (tytuł filmu pochodzi od tytułu piosenki Neila Diamonda) napisało życie. Prawdziwi Mike i Claire występowali na przełomie wieków na lokalnych scenach Milwaukee. W 2009 roku o ich losach opowiedział film dokumentalny (do znalezienia na YT), który z kolei obejrzał Craig Brewer, filmowy rzemieślnik specjalizujący się w serialach, programach dla ś.p. MTV, robiący niezły film raz na dekadę. Nie potrzeba jednak wielkiego talentu, żeby odkryć fabularny potencjał dobrej historii. Brewer napisał scenariusz, dostał błogosławieństwo Diamonda i zgodę na wykorzystanie jego utworów, po czym zatrudnił dwoje aktorów którzy dosłownie „zrobili” mu film. „Song Sung Blue” to w całości popis Hugh Jackmana i Kate Hudson, wypełniających ekran swoją osobowością, a bardzo często wypełniających go dosłownie, gdyż kamera chętnie i często pokazuje ich twarze w zbliżeniu, podczas śpiewu. Casting do głównych ról był niezwykle trafiony. Aktorzy są trochę podobni do pierwowzorów, ale przede wszystkim umieją śpiewać i mają doświadczenie sceniczne. Zaś najważniejsze było chyba to, w jakim miejscu jest życie i kariera obojga z nich. On – za stary na superbohaterskie trykoty, powoli żegnający się z tytułem symbolu męskości. Ona – zbyt dojrzała na role w komediach romantycznych, a przynajmniej na te role, w których ją kiedyś seryjnie obsadzano. W „Song Sung Blue” oboje dwoją się i troją na ekranie, grają i śpiewają bez fałszu, odważnie przy tym eksponując swoją fizyczność, daleką od dawnej doskonałości. Wcielają się w ludzi na pozór zwyczajnych, w jakimś sensie przegranych, którzy w pewnym momencie przestają bać się własnych marzeń. Jackman dobrze się bawi i nieco nawet szarżuje. Hudson jest bardziej stonowana, w jej filmografii to będzie ważniejszy film niż w jego przypadku. A może prawdziwi Mike i Claire właśnie tacy byli? On w ciągłym „gazie”, a ona nieco wycofana? Tak czy siak Hudson swoją okazję wykorzystała w 100% i teraz pozostaje mi tylko trzymać za nią kciuki podczas rozdania Złotych Globów. Choć przyznam, że nominacja dla najlepszej aktorki w komedii lub musicalu akurat trochę mnie dziwi, „Song Sung Blue” jest filmem o muzykach, ale raczej dramatem niż musicalem.


Szkoda tylko, że poziom aktorstwa zdecydowanie wyrasta ponad to, co był w stanie zrobić z całym materiałem twórca filmu. Craig Brewer jako reżyser, scenarzysta i producent nie dał rady nadać swojemu dziełu gatunkowej ciężkości i zrealizować czegoś wyrastającego ponad dość szablonowy film muzyczny. Cały dramatyzm dostał „za darmo”, prosto z życiorysu bohaterów, który przedstawił poprawnie, nic ponad to. Do tego lubuje się w tanich melodramatycznych chwytach. W pierwszej części filmu serwuje nam prawdziwą gonitwę scen, chcąc pokazać i sceniczne show, i relację pomiędzy bohaterami, i życiowy dramat. W efekcie wszystko zdaje się dziać bardzo szybko – poznanie się, zakochanie, ślub, kryzys. Tutaj obciążeniem staje się to, że film opowiada prawdziwą historię, która musi zmieścić w dwugodzinnym materiale. Słabo wyeksponowany jest drugi plan, na którym tylko w przelocie możemy zobaczyć ten cały amerykański muzyczny fenomen – świat pełen barów z muzyką na żywo, lokalnych kapel, podrzędnych sal koncertowych, sprytnych menadżerów i muzyków naiwnie marzących o wielkiej sławie oraz tych, którzy już o niczym nie marzą, tylko próbują związać koniec z końcem. Gdzieś tam przemyka dawno niewidziany na dużym ekranie Jim Belushi, nie mający kompletnie nic do zagrania. Zresztą poza dwójką głównych aktorów tu nikt nie ma wiele do zagrania. Ten film na pewno mógłby być lepszy. Chociaż, z drugiej strony, może jest zupełnie wystarczający dla przedstawienia historii dwojga skromnych marzycieli w festyniarskich kostiumach? Może nigdy nie stali się wielcy, ale chociaż przez moment stanęli w cieniu wielkich, wspierając się nawzajem w najtrudniejszych chwilach. Poza tym wspólne występy Jackmana i Hudson dodają jednak temu prostemu filmowi magii.


Dla – mnie i podejrzewam, że dla większości polskich widzów – Neil Diamond to muzyczna postać z mchu i paproci i akurat ten z wielkich amerykańskich bardów, który został już dawno zapomniany nad Wisłą. Nie zmienia to faktu, że jego muzyka wciąż się broni, zwłaszcza w filmowej interpretacji, która zawsze dodaje starym piosenkom trochę ognia. Zaś Lightning & Thunder to już zupełnie anonimowe dla nas postacie, ale to akurat działa w tym przypadku na korzyść filmu. „Song Sung Blue” pewnie nie będzie dla nikogo filmowym przeżyciem roku, ale gwarantuję, że kończąc seans będziecie na przemian nucić tytułową piosenkę i dyskretnie ocierać łezkę wzruszenia. Bo na pewne filmowe sztuczki możemy się zżymać, ale zazwyczaj i tak na nas działają.

  • Ocena Voo - 7/10
    7/10

To mi się podoba 2
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button