FilmyRecenzje Filmowe

Łup (2026)

Nie mogę powstrzymać się od uśmiechu, patrząc na parę ekranowych gliniarzy, w których w swoim najnowszym wspólnym filmie (już bodaj ósmym, licząc tylko aktorskie występy) wcielają się Matt Damon i Ben Affleck. Mija 35 lat, odkąd ich filmowe kariery zaczęły przecinać swój bieg i nadal, gdy trzeba zagrać porywczego i niezbyt skomplikowanego dryblasa, to bierze to na siebie Ben. A Matt to ten w okularach, wycofany i chłodno kalkulujący. Trzeba oddać obu panom, że do ról policjantów po przejściach nadają się jak mało kto. Fizyczna forma wciąż topowa, a tego doświadczenia życiowego wypisanego na twarzach nie da się zagrać, je trzeba po prostu mieć.

Mają go pod dostatkiem grani przez nich bohaterowie, członkowie jednostki narkotykowej z Miami, którą wstrząsa zabójstwo jej dowódczyni i śledztwo w tej sprawie prowadzone przez FBI. Początkowe sceny przesłuchań to okazja do zapoznania się ze stosownie zdywersyfikowaną etnicznie i płciowo drużyną. Widać, że ekipa jest zgrana, skora do ostrych docinków i że z niejednego schowka wyciągała narkotyki i trefną kasę. Federalni jednak sugerują, że w zabójstwie maczał paluchy ktoś z wewnątrz, i choć na pozór wszyscy stoją za sobą murem, to wątpliwość pozostaje i osłabia wzajemne zaufanie. To zaś zostaje wystawione na ciężką próbę, gdy podczas pozornie rutynowej akcji policjanci trafiają na pieniądze kartelu, w oszałamiającej kwocie 20 milionów dolarów. „Co mogłabym zrobić z taką forsą?” – mówi jedna z policjantek, trzymając w ręku paczkę banknotów, stanowiącą ułamek całości „łupu”, a zarazem równowartość jej rocznej wypłaty. Co zrobić z pieniędzmi, to tylko pierwszy z problemów, bo najpierw trzeba je z miejsca ukrycia wydostać, w czym przeszkodzić mogą właściciele brudnej kasy z ewentualną pomocą tajemniczego „kreta” w ekipie. Dialogi zamieniają się w festiwal warkliwych niedopowiedzeń, wszyscy patrzą na siebie z ukosa, a widz tylko czeka, aż coś „pierdyknie”.

Do pewnego momentu „Łup” ogląda się nieźle jako prosty, trochę sztampowy, ale całkiem angażujący policyjny thriller. Dziełko Joe Carnahana trwa niespełna dwie godziny, co samo w sobie jest dla mnie zaletą, bo lubię zwarte i dynamicznie opowiedziane historie. Niestety fabularnej pary w kotle starcza może na 2/3 tego niedługiego dystansu. Intrydze ostatecznie brak większej głębi, część postaci na ekranie to tylko figury, które bardzo szybko wylatują z grona „podejrzanych”, bo scenarzysta zostawia wyraźne tropy i oznacza je wykrzyknikiem. Rozwiązanie niezbyt skomplikowanej zagadki następuje zbyt szybko. Na dodatek dzieje się w to w szczególnie irytujący mnie sposób, tzn. jedna z postaci, niczym w podrzędnym serialu kryminalnym, wyjaśnia innym (a przy okazji widzom) sens i znaczenie wydarzeń, w których wzięli udział. Wolałbym, żeby dano nam – widzom – tę frajdę i pozwolono samodzielnie dojść do prawdy. To wszystko bardzo niepokojąco koresponduje z tym, co Matt Damon niedawno mówił na temat polityki Netflixa, który zgłosił pewne „poprawki” do scenariusza po podpisaniu umowy na dystrybucję filmu. W efekcie klimat niepewności, osiągnięty może dość prostymi, ale działającymi środkami, momentalnie pryska. Od tego momentu akcja gwałtownie przyspiesza, ale sekwencje finałowe zrealizowane są mało widowiskowo i wyraźnie „po taniości”, jak w zasadzie cały film.

No właśnie, pomijając gwiazdorską obsadę, to praktycznie „garażowa” produkcja. Większość scen rozgrywa się w jednym domu, na pustej ulicy, w jakimś magazynie. Jest ciemno i niewiele widać na dalszych planach. Nie zaskoczy nas montaż, a muzyka jest okropnie generyczna, zgodnie z obowiązującą modą ograniczona do długich, smętnych tonów i wyrywających z zapatrzenia w komórkę okazjonalnych basowych pomruknięć (mama: mamy Hansa Zimmera w domu). Sceny akcji są chaotyczne, ale nie tak jak np. u Greengrassa, tylko tak po prostu nieporadnie chaotyczne. Szkło się sypie, gliniarze strzelają przez ściany i biegają jak kurczaki bez głowy, wystawiając się na trafienie. Ten realizacyjny minimalizm ma pewne, trochę naciągane, ale jednak, fabularne wyjaśnienie i buduje pewien klimat, lecz jeśli wierzyć „internetom”, to „Łup” wcale filmem tanim nie był. Gdzie rozpłynęły się pieniądze? Nie wiem. Na ekranie ich nie widać. Samo zakończenie zaś zostawia nas z głęboką zmarszczką na czole i niestety nie jest to efekt zadumy nad jego przesłaniem. Po prostu dociera do nas, jak dużo rzeczy było tu połączonych na trytytki i miało się dobrze oglądać w momencie oglądania, ale niekoniecznie trzymać kupy, gdy przyjdzie nam po zakończeniu analizować fabułę filmu. Może więc lepiej tego nie robić.

Na tle tego, co trafia do dystrybucji bezpośrednio na serwisy streamingowe, „Łup” nie wydaje się filmem złym. Do pewnego stopnia to akcyjniak w starym stylu. Ma jednak problem natury ambicjonalnej. Jest w końcu wyprodukowany i zagrany przez dwa duże nazwiska, będące zarazem jego promocyjną dźwignią. Zapowiedzi, obsada – to wszystko sugerowało poważny dreszczowiec, podczas gdy „Łup” w barze dla policyjnych dramatów od razu siada do stolika obok drzwi do kibla, w gronie wielu innych średniaków II kategorii. Nabija oglądalność – to już wiadomo. Ostatecznie obejrzy go pewnie większość abonentów spragnionych choćby namiastki „prawdziwego” kina i porządnego aktorstwa. Magia nazwisk też zadziała, na mnie przecież zadziałała. Jednak za dwa tygodnie nikt nie będzie o nim pamiętał i pozostanie kolejną pozycją w katalogu streamingowego molocha podpiętą do jednej z tych absurdalnie zatytułowanych kategorii. W filmografii Damona i Afflecka to dziełko kompletnie niepotrzebne. Nie mogę sobie wytłumaczyć celu jego powstania czymś innym niż szybkim skokiem na kasę, co tak bardzo ironicznie nawiązuje do samej fabuły filmu.

Łup (2026)
  • Ocena Voo - 5/10
    5/10
To mi się podoba 4
To mi się nie podoba 2

Polecamy także

Komentarzy: 6

  1. Zabawne jest to, że Damon we wspomnianym wywiadzie mówił też, że Netflix jedynie sugerował te swoje wytyczne i wcale ich nie wymagał. Wychodzi na to, że mimo wszystko jednak się dostosowali.
    Patrząc na budżety tych filmów przewidzianych wyłącznie do cyfrowej dystrybucji, nie bardzo dziwię się tym wszystkim twócom, że odwalają taką chałturę. To jest po prostu zbyt opłacalne dla nich. Kasują duże sumy za odwalenie prostej, taśmowej roboty. W dobie bardzo kapryśnego box-office ciężko winić ludzi, którym nie chce się ryzykować dużych pieniędzy w bardziej ambitne filmy. Smutne to, ale w jakimś sensie zrozumiałe.

    To mi się podoba 5
    To mi się nie podoba 0
  2. Jakiś czas temu ktoś tu linkował świetny artykuł, dlaczego serwisy streamingowe zabijają dobre kino. W największym skrócie chodzi o to, że serwisom tym zależy na szerokości oferty, niekoniecznie na jej jakości. One działają raczej jak dawne wypożyczalnie kaset video, nie jak kina. Kino musi przyciągnąć widza na TEN konkretny film. Zaś do wypożyczalni szło się w sobotę po robocie, brało jakąś strzelankę, jakąś komedię i jakiegoś pornucha i oglądało się jednym okiem przy piwie i kartach.

    To mi się podoba 6
    To mi się nie podoba 1
  3. Jestem świeżo po obejrzeniu, przyciągnęły mnie nazwiska Damona i Afflecka. Moim zdaniem nie był taki zły ten film i po początkowych przegadanych scenach nawet nieźle się wciągnąłem, ale zgadzam się, że za szybko ujawniono pewne elementy intrygi. Właściwie już od momentu, gdy jeden z policjantów wyciągnął „jednorazówkę” i zaczął wysyłać smsy do kogoś z zewnątrz to już było wiadomo, że coś kręci. Można było tego wprost nie pokazywać i ujawnić dużo później, w momencie gdy bohater grany przez Matta Damona wyjaśnił, dlaczego każdemu z członków swojej ekipy podał inną kwotę łupu. Drugiego antagonisty też się domyśliłem wcześniej. Ale i tak bardziej naciągane były dla mnie sceny akcji z końcówki filmu, gdy czworo bohaterów zaczęło do siebie strzelać w furgonetce i wszyscy z tego wyszli bez szwanku, a jeszcze strzelali do nich policjanci z zewnątrz 😉 I tak samo sceny, gdy bohater grany przez Afflecka i jeden z antagonistów strzelają do siebie z broni maszynowej z dość bliskiej odległości podczas jazdy samochodem i znowu nikt nie obrywa. Trochę to już było naciągane 😉
    Ogólnie film nie jest żadnym arcydziełem i pewnie za kilka tygodni nie będę o nim w ogóle pamiętał, niemniej nie żałuję tych 2 godzin poświęconych na obejrzenie go. Choćby ze względu na grę aktorską Afflecka i Damona i wzajemne interakcje granych przez nich postaci, bo wyszło im to naprawdę nieźle. Czuć było tą napiętą atmosferę i nerwowość między nimi w trudnej sytuacji, w której się znaleźli. To jest na pewno spory atut tego filmu, może nawet największy.

    To mi się podoba 2
    To mi się nie podoba 0
    1. No i ja też nie uważam, żeby ocena była sprawiedliwa. Dobrze sprawdził się jako sensacyjne kino na wieczór. Trzyma w napięciu, obsada z wysokiej półki. Dałbym co najmniej punkt więcej, albo i dwa.

      To mi się podoba 2
      To mi się nie podoba 0
      1. „Dałbym co najmniej punkt więcej, albo i dwa.”

        Ja też. Gdyby tylko producentem i gwiazdą filmu był Scott Adkins (tutaj w roli drugoplanowej) a nie Matt Damon i Ben Affleck.
        Znani piosenkarze też często śpiewają np. na firmowych eventach albo urodzinach saudyjskich książąt, co rozumiem i mi nie przeszkadza, ale nikt się też specjalnie tym nie zachwyca 🙂

        To mi się podoba 0
        To mi się nie podoba 0
        1. 1. Po pierwsze rzeczywiście nikt się etym filmem nie zachwyca.
          2. Matt Damon i Ben Affleck robią również bezmyślne sensacyjne odmozdzacze. Księgowy – pierwszy z brzegu przykład, ale i Bourne czy Wielki Mur, Obrońcy Skarbów. Tego.argumentu i porównania do Adkinsa nie rozumiem.

          To mi się podoba 0
          To mi się nie podoba 0

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button