
Przez wiele lat Juliusz Machulski był instytucją od tworzenia kultowych filmów. Czego się nie tknął, zamieniał w (zazwyczaj) komediowe złoto, a wiele cytatów z tych dzieł na stałe weszło do potocznej polszczyzny. Niestety ostatnie dwie dekady znaczą w jego dorobku filmy co najwyżej przeciętne, a bywa też, że zwyczajnie złe. Tak jakby mistrzowi skończyła się para w kotle. Śmiało można postawić tezę, że “Vinci” z 2004 roku to ostatni film Machulskiego, który warto zapamiętać. Wrócił w nim do tematu szlachetnych złodziei, nawiązując do swoich słynnych “Vabanków” i wyszedł mu wtedy po prostu bardzo zgrabny komediowy kryminał, którego w żadnym razie nie musielibyśmy się wstydzić poza granicami naszego kraju. Niedawno reżyser zapowiedział, że kończy karierę zawodową i zamierza zrobić to nostalgicznie, kręcąc – nie pierwszy raz zresztą – sequel, czyli po prostu “Vinci 2”, który w te wakacje trafił do kin.
Od pierwszych minut widać, że będzie to podróż sentymentalna. Cuma rozkoszuje się spokojnym życiem na hiszpańskiej prowincji, kupionym za pieniądze z ostatniego skoku. Sielankę burzy jednak wizyta Chudego (w pierwszej części zleceniodawcą był Gruby, więc teraz jest Chudy – taki to dowcip towarzyszy widzom przez większość filmu), który ma dla Cumy propozycję wykonania jednego ostatniego zlecenia. Uruchamia to ciąg zdarzeń, w wyniku których Cumiński ląduje w Krakowie, gdzie będzie odwiedzał starych znajomych i próbował ukraść… no właśnie nie powiem co. Fabuła “Vinci 2” jest zbudowana wokół tych dwóch elementów – nostalgicznych powrotów i zagadce, co tak naprawdę będzie obiektem złodziejskiego pożądania.
Pierwszy z tych elementów wykorzystano na wszystkie możliwe sposoby. Odnaleziono chyba każdego, nawet najmniej znaczącego bohatera jedynki i w jakiś sposób wrzucono go w fabułę. Czasem działa to całkiem nieźle i nie można odmówić pewnej dozy uroku tym spotkaniom po latach. W życiu wielu postaci zaszły niemałe zmiany, na ogół na lepsze, ale bywa też wprost przeciwnie. Widać, że ktoś zadał sobie trochę trudu, wymyślając, jak potoczyły się ich losy. Niestety wielokrotnie miałem wrażenie, że te słodkopierdzące, pełne uścisków i całusów nostalgiczne spotkania rodzinne rozwleczono ponad miarę i tak naprawdę nie służą one pchnięciu fabuły do przodu, a jedynie przedłużają niepotrzebnie seans. Nie jest to może typowy amerykański “legacy sequel”, który wali w widza bezsensownymi nawiązaniami do poprzednich części z częstotliwością karabinu maszynowego, ale czasami niebezpiecznie się do niego zbliża.
Drugi element, czyli tajemnica nowego skoku, jest jednocześnie dużym atutem i został kompletnie spaprany. Sam pomysł, żeby przez długi czas nie było wiadomo, co tak naprawdę jest do podprowadzenia, był świetny i świeży. Zamiast kopiować jedynkę, scenariusz idzie w zupełnie inną stronę. Tyle tylko, że jednocześnie ktoś uznał, że “Vinci 2” będą oglądać ludzie z dwucyfrowym ilorazem inteligencji, więc tak naprawdę już logo filmu, które pojawia się na samym początku, daje bardzo jasną podpowiedź, o co chodzi. A potem co kilka minut migają kolejne wskazówki, żeby nikt się nie pogubił i każdy miał satysfakcję z rozszyfrowania nie-zagadki. To absurd. Jednym z atutów pierwszej części było świetne, nieoczekiwane i bardzo sprytne zakończenie. Tu też można było zrobić coś podobnego i nawet był chyba taki pomysł, ale w trakcie realizacji coś poszło nie tak. Nie lubię, jak scenarzysta i reżyser traktują mnie jak idiotę i czują się w obowiązku opowiedzieć wszystko wprost, najlepiej trzy razy, żebym nie musiał myśleć nad tym, co razem upitrasili.
W ogóle odniosłem wrażenie, że za finalny scenariusz posłużył pierwszy lub drugi draft. Bardzo rzuca się w oczy, że niezłe pomysły nie zostały potem dopracowane i przede wszystkim – nikt nie popracował nad dialogami. To chyba mój największy zawód, że zamiast ciętych ripost i błyskotliwych wymian zdań, które od zawsze były znakiem firmowym Machulskiego, dostaliśmy błahe, bardzo mało śmieszne dialogi, w których za puentę często służą ordynarne przekleństwa. Chciałem zabrać do kina syna, bo oglądaliśmy niedawno część pierwszą, ale cieszę się, że tego nie zrobiłem, bo “Vinci 2” jest bardzo wulgarny i to często w prostacki, pozbawiony jakiejkolwiek poetyki sposób.
A czy w takim razie jest śmieszny? Jedynka nie była komedią w stylu “Kilera”, raczej lekkim kryminałem z zabawnymi elementami. Dwójka kilka razy na siłę próbuje wzbudzić wesołość, ale mnie rozbawił tylko jeden moment – zabawa bronią w gabinecie komendanta policji. Reszta była wyjątkowo nieśmieszna, chociaż sąsiedzi na sali kinowej rechotali całkiem często (ale też komentowali cały film i wyjaśniali sobie zawiłości fabuły, więc najwidoczniej to była ta targetowa widownia). I znowu zrzucam to na karb niedopracowanego, napisanego na kolanie scenariusza. Było wiele miejsc i momentów, kiedy można było wrzucić jakiś fajny żart, lepiej poprowadzić dialog, ułożyć to wszystko. “Vinci 2” jest mocno niechlujny i w wielu miejscach odfajkowany na szybko.
Żeby jednak nie było, że tylko ganię, wspomnę choćby o obsadzie, która w większości stanęła na wysokości zadania. Stara gwardia, czyli Więckiewicz (współautor scenariusza), Szyc, Baar, Simlat i Dorociński w epizodycznej roli oczywiście są dobrzy, bo to fachowcy i pod dowództwem Machulskiego nie spodziewałem się niczego innego. Gorzej wypada młodzież, czyli dwóch konkurentów Cumy oraz dzieciaki Werbusa. Byłem pewien, że tych ostatnich gra faktycznie tamta dwójka, która w jedynce mignęła parę razy przed kamerą, bo wyglądają jak naturszczycy, ale nie. To inni aktorzy, którzy po prostu są słabi. Jako całość obsada daje jednak radę i tonując oczekiwania, da się “Vinci 2” obejrzeć z pewną przyjemnością. Tu i ówdzie widać dawne ślady talentu Machulskiego. Mrużąc oczy można dostrzec, że to mógł być znacznie lepszy film, bo pomysł na fabułę był naprawdę w porządku. Nie ma też co czepiać się jakości technicznej. Zdjęcia fantastycznie pokazują malowniczy Kraków, a że byłem tam w wakacje, to oglądanie znajomych zaułków, mostów i muzeów sprawiło mi sporo radości. Kraków jest piękny i “Vinci 2” to wysokiej jakości pocztówka z tego miasta, która jednocześnie nie wali sztucznością jak te tefauenowskie produkcje o bogatych Warszawianach w ich szklanych wieżowcach. Ale dla porządku – epizodyczne występy Ryszarda Petru i Dominiki Wielowieyskiej były absolutnie żenujące i ktoś w tym całym koncernie (film wyprodukował Warner i jest w nim nawet reklama TVN) powinien się stuknąć mocno w głowę, zanim kolejny raz popełni podobną głupotę.
Ostatecznie ciężko mi jednoznacznie polecić lub odradzić obejrzenie “Vinci 2”. To nie jest zły film, ale nie jest też dobry. Obok jedynki nawet nie stał, ale nie gra w nim Karolak ani żaden znany raper (chyba), widoczki są prześliczne i tak naprawdę miło było odwiedzić tych bohaterów 20 lat później. Zabrakło czasu na dopracowanie scenariusza, zbyt mocno postawiono na nostalgię i wulgarność, ale da się to obejrzeć bez bólu. Jeśli faktycznie będzie to ostatni film Machulskiego, to zatrze nieco złe wrażenie po kilku poprzednich wtopach, ale lepiej zrobicie wracając do starych klasyków, niż oglądając drugiego “Vinciego”.
Vinci 2 (2025)
-
Ocena Crowleya - 5/10
5/10
Bardzo zgrabnie i trafnie zrecenzowane.
Zgadzam się w pełni.
Ps. Jak dla mnie, najlepszy film p. Machulskiego, to nie żadna z komedii, a film Szwadron z genialnym Gajosem.