
Do durnych i głupawych ról Jima Carreya zdążyliśmy już przywyknąć do tego stopnia, iż w pewnym momencie tego aktora zaczęliśmy utożsamiać wyłącznie z tego rodzaju nieangażującym, odmóżdżającym kinem. I chociaż uwielbiam jego role w kultowych dwóch częściach Ace’a Ventury czy Głupim i głupszym, to jednak najbardziej cenię go za te raczej poważniejsze, ale nie mniej szalone role. W Truman Show udowodnił wszystkim, że potrafi zagrać i odnaleźć się w czymś zupełnie innym niż komedia. Ten jeden skok w bok nie sprawił jednak, że Jim porzucił zupełnie granie w komediach. Co to, to nie. Fani jego głupkowatych ról i równie durnych min zapewne odetchnęli z ulgą, kiedy jego kolejnym filmem okazał się być komediodramat Ja, Irena i Ja czy też późniejszy Grinch: Świąt nie będzie. Pozostali zaś, którzy oczekiwali czegoś bardziej ambitnego, musieli zaczekać do roku 2004 i premiery Eternal Sunshine of the Spotless Mind (bardzo zgrabnie przetłumaczonym u nas na Zakochany bez pamięci), moim zdaniem najlepszego filmu Carreya – o którym napiszę kiedy indziej, póki co tylko serdecznie polecam. Trzy lata po nim pojawił się kolejny, tym razem thriller. Nie wiem, czy aby przypadkiem nie najcięższy gatunkowo film z udziałem tego aktora.
Historia opowiedziana w Numerze 23 nie jest specjalnie wyszukana, ale zawiera kilka zwrotów akcji, przez co nie jest trywialna. Najbardziej ogólnie jest to bowiem kolejny thriller z morderstwem w tle. Tylko tym razem to morderstwo stanowi jedynie tło dla zupełnie innej historii, z początku dość prozaicznej.
Walter Sparrow (Jim Carrey) prowadzi spokojne życie. Ma kochającą żonę, nastoletniego syna oraz pracę, którą lubi. Chociaż zajęcie, którym się para, nie jest jakoś specjalnie rozwijające – pracuje jako hycel, wyłapując bezpańskie psy błąkające się po okolicy (czyżby scenarzyści postanowili sobie zakpić z widza, który w pierwszych minutach filmu dostaje nadzieję na raczej lżejszą opowieść rodem z Ace’a Ventury?). Film w sumie zaczyna się dość mało poważnie, od przekomarzania się z dyspozytorką w temacie podjęcia zlecenia – jednakże będzie to pierwszy i zarazem jedyny moment, w którym historia uderza w lżejsze tony. Im dalej, tym będzie coraz ciężej i mroczniej.
Dotychczasowe, szczęśliwe życie naszej rodzinki zmienia się, gdy żona Waltera, Agatha (Virginia Madsen), daje w prezencie swojemu mężowi książkę zatytułowaną „Numer 23”. Walter w miarę zgłębiania tego tytułu zaczyna dostrzegać, że jej treść niebezpiecznie koresponduje z jego własnymi przeżyciami. Jakby tego było mało, staje się coraz bardziej obsesyjnie przekonany, że liczba 23 skrywa w sobie jakąś tajemnicę. Jest przekonany, że liczba ta go prześladuje, a także ma wpływ na jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Jego obsesja prowadzi go na skraj szaleństwa, a dążenie do odkrycia prawdy może stać się niebezpiecznym wyzwaniem, mogącym zniszczyć jego życie i relacje z najbliższymi.
Scenariusz filmu nie koncentruje się bezpośrednio na morderstwie, którego wątek subtelnie przewija się w tle, lecz na portrecie psychologicznym głównego bohatera i jego postępującej psychozie, pogłębianej obsesją na punkcie tytułowej liczby. Co, jak nie trudno wykoncypować, raczej dobrze się dla jego psychiki nie skończy. Sparrow w końcu wpada w spiralę histerii i postanawia odnaleźć autora przeklętej książki, by poznać historię, jaka się za nią kryje.
Numer 23 jest ciekawie zrealizowany. Przez znaczną część filmu mamy do czynienia z pozornie typowym, powolnym thrillerem, który zaczyna nabierać tempa wraz z postępem pochłaniania lektury przez Waltera. W pewnym momencie film drastycznie zmienia ton – w retrospekcjach, w które zanurza się Walter, skręcając w stronę kina noir. Ten zaskakujący zwrot jest nie tylko nieprzewidywalny, ale również fenomenalnie zrealizowany. Sceny te są wręcz odrealnione, sprawiają wrażenie wyrwanych z kart komiksu i mogą nieco przywodzić na myśl stylistykę „Sin City”.
Największym mankamentem filmu pozostaje jednak jego zakończenie, które okazało się rozczarowująco przewidywalne. Joel Schumacher, znany z takich produkcji jak „Batman Forever” czy „Batman i Robin”, zmarnował potencjał na stworzenie świetnego thrillera, finalnie serwując mało finezyjną końcówkę. Zaprzepaścił tym kompletnie szansę stworzenia rewelacyjnej produkcji, która wykłada się na ryj w nieudanej próbie spięcia całej dotąd misternie budowanej intrygi.
Numer 23
-
Ocena kr4wca - 6.5/10
6.5/10
Okiem Crowleya:
Film widziałem kilkanaście lat temu i nie pamiętam zbyt dobrze szczegółów fabuły, ale w głowie utkwiły mi dwie rzeczy. Pierwsza to właśnie wspomniana „komiksowość” obrazu. Film może nie jest aż tak przestylizowany jak „Batman i Robin”, ale chwilami wygląda właśnie jakby Schumacher przerobił „Siedem” Finchera na swój dziwaczny sposób i styl. Jest to tym bardziej widoczne, im bliżej finału jesteśmy, i niestety w pewnym momencie według mnie ta stylizacja poszła za daleko. Film przestał być dla mnie nastrojowy, a zaczął groteskowy. Zwłaszcza że pod koniec fabuła jednak kilka razy robi skręt i to wszystko złożone do kupy sprawia wrażenie coraz bardziej wymuszonego i sztucznego.
Drugi problem to niestety Jim Carrey. Lubię go zarówno jako śmiesznego wariata, jak i w tych poważniejszych rolach, ale występ w Numerze 23 wydał mi się kompletnie nietrafiony. Tak jakby aktor za mocno starał się być „dramatyczny”, może próbując wejść w tę schumacherowską stylistykę. Parę lat później zagrał w dość podobnym filmie pod tytułem Prawdziwe zbrodnie i tam niestety skutek był podobny. Kupuję Carreya jako naiwnego marzyciela albo genialnego komika skrywającego się za maską wariata, ale smutny, mroczny pan to zdecydowanie nie jego emploi.
„W Truman Show udowodnił wszystkim, że potrafi zagrać i odnaleźć się w czymś zupełnie innym niż komedia.”
Zapominasz o „Telemaniaku”. Ja bym wręcz rzekł, że komediodramat to jest naturalny gatunek dla Carreya, w którym sprawdza się najlepiej. Nie znoszę jego beznadziejnych wygłupów w tych wszystkich Ace Venturach i Głupich i głupszych. :/
Nope, nie zapomniałem, celowo pominąłem, właśnie ze względu na to, że to czarna komedia.
Też mam takie wrażenie, że komediodramat to naturalne środowisko Carreya, bo w tych filmach wypadał najlepiej. Chociażby zajebisty „Me Myself and Irene”.
Fakt, świetny film. Choć w dorobku Carreya ja bym ustawił go na trzecim miejscu, po „Truman Show” i „Telemaniaku” właśnie.
U mnie na pierwszym miejscu „Eternal Sunshine”, przez to, że jest niesamowity i nie tak oczywisty jakby się mogło wydawać. Co w następnej kolejności? Nad tym musiałbym się poważniej zastanowić, jednakże „Truman Show” i „Telemaniak” na pewno znalazłyby się w czołówce mojego rankingu.
Już któryś raz słyszę podobną opinię o Telemaniaku. Muszę wrócić, bo jak oglądałem go za dzieciaka, to niezbyt mi się podobał. Pewnie dlatego, że byłem wtedy właśnie na etapie Głupiego i głupszego (uwielbiam ten film, nic nie poradzę).
A co do samego Carreya, to idąc tym samym tropem, za najlepszą jego rolę uważam tę w Człowieku z księżyca. Casting idealny.
Odśwież sobie. Na pewno warto. Po latach sprawy często wyglądają dużo inaczej niż je zapamiętaliśmy. 🙂
No ja muszę stanąć w kontrze do powyzesz dyskusji o Telemaniaku, bo odswiezalem go sobie jakiś czas temu i… Cóż. Niezbyt dobrze zniósł próbę czasu. I mam na myśli raczej moje dojrzewanie jako widzą, niż spadającą jakoś samego filmu. Ten był raczej głupkowatą komedią, z okresu komercyjnego primeu Jima, czyli „Ace Ventury” właśnie. Te mimiczne i fizyczne wygibasy są imho denne i niesmieszne, chociaż przyznaje że bawiły mnie jako dzieciaka w erze VHS.
Sam Carrey to wybitny aktor. Nie tylko komediowy, bo jego najlepsze rolę są dramatyczne. Truman Show to niby napisana pod niego, ale tez wymagająca rola w jednym z filmowych klasyków. Praktycznie u każdego innego aktora to byłaby rola życia, a przecież Jim ma jeszcze:
– Zakochany bez pamięci. Wg mnie film nieco przehajpowany, ale nadal bardzo dobry, a rola Carreya kapitalna
– Man on the Moon – biografia Kaufmanna, zagrał tam idola z dziecinstwa. Potraktował rolę bardzo poważnie, właściwie zmieniła mu ona karierę bo potem już nie brał się za wspomniane wygibasy. Gdzieniegdzie uważa się że zasłużył wtedy na Oscara w 2000 roku.
– Maska czyli absolutny triumf i mainstreamowy breakthrougt, bez względu na kierunek w jaki się to potoczyło w następnych latach, sam film i główny bohater są kapitalni.
– Bruce Wszechmogący czyli jedna z najlepszych komedii pierwszej dekady trzeciego tysiąclecia, rola skrojona pod niego i wykonana świetnie.
Co do filmu Number 23, widziałem lata temu i nic nie pamiętam. Raczej nie powalał, ale może warto sobie przypomnieć, bo recenzja nieco zachęcająca.
Zupełnie się nie zgadzam. Pewnie, jeżeli patrzy się tylko na dziwną mimikę i ruchy Carreya, a nie zwraca uwagi na warstwę dramatyczną filmu, to można odnieść takie wrażenie. Ja zwracam. Swoją drogą ciekawe, że mimika i ruchy przeszkadzają koledze w „Telemaniaku”, a nie przeszkadzają w „Brusie Wszechmogącym” i „Masce” (będącej właściwie jednym ciągiem wygibasów i głupich min)? 🙂