Lost Ember (Mooneye Studios)

Niezależne studio tworząc pełnoprawną, trójwymiarową grę musi postawić na intrygującą historię i klimat. Do tego nie są potrzebne wielomilionowe budżety. Developerzy z Mooneye Studios, niewielkiego zespołu z Niemiec, najwyraźniej mieli tego świadomość. „Lost Ember” to ich debiutancki tytuł, sfinansowany ze zbiórki na Kickstarterze i wydany niedawno na PC oraz konsole. W swoich podstawowych założeniach opiera się na dość oryginalnym pomyśle, ma ciekawą historię i spotkał się z ciepłym przyjęciem. Dzięki temu wydaje się idealną inwestycją dla gracza oczekującego od gry pewnego urozmaicenia i nieszablonowości. Ale czy gra spełniła moje oczekiwania? Parafrazując klasyka – nie uprzedzajmy faktów i nie scrollujmy recenzji do ostatniego akapitu.

Cmentarzysko dawnego ludu. Czerwony dym oznacza wspomnienie do odkrycia.

Yanrana byli starożytnym ludem, przypominającym nieco Inków, wierzącym w reinkarnację i wędrówkę dusz. Ostateczną nagrodą były dla nich zaświaty nazywane Miastem Światła. Istnieli wieki temu, obecnie zostały po nich tylko tajemnicze ruiny i budowle zasypane piaskiem pustyni lub porośnięte dżunglą. Okazuje się jednak, że jedna zagubiona duszyczka nie odnalazła swojej drogi do Miasta Słońca i teraz szuka pomocy. Tylko kto może jej udzielić bezcielesnemu wędrowcowi, przypominającemu płomyczek, skoro dawną krainę ludzi zamieszkują już tylko zwierzęta? Okazuje się, że na wezwanie odpowiada wilczyca. Dlaczego akurat ona? Szybko okazuje się, że sama jest wcieleniem żyjącej niegdyś młodej dziewczyny, imieniem Kalani. To właśnie wilczycą kieruje gracz. A jego zadaniem jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, dlaczego Kalani i jej eteryczny towarzysz nie dostali się po śmierci do Miasta Światła. Czy zostali za coś ukarani?

W trakcie rozgrywki przemieszczamy się przez różnorodne obszary, w odpowiednich miejscach wywołując wspomnienia z dawnego życia Kalani. Układają się one w dramatyczną historię o odpowiedzialności, miłości (rodzicielskiej i nie tylko) oraz sprzeciwie przeciw niesprawiedliwości. Zgodnie z duchem czasu w opowieści nie zabrakło wątków ekologicznych. Charakter gry bardzo ciekawie ewoluuje wraz z postępem fabuły. Zabawa zaczyna się trochę jak infantylna przygodówka dla dzieci, by z czasem nabierać coraz poważniejszego i smutniejszego klimatu. Unikalną cechą rozgrywki jest możliwość i konieczność wcielania się przez Kalani w inne zwierzęta. Każde z nich ma indywidualną umiejętność – ryba może przepłynąć podziemnym zalanym tunelem, kozica wskoczyć na pionowe skały, słoń albo bawół roztrzaskać stojącą na drodze przeszkodę, kret przekopać się do podziemi, itd… Nie ukrywam jednak, że najwięcej frajdy sprawiało mi wcielanie się w ptaka. Pewnie ma to jakiś związek z odwiecznym marzeniem o lataniu. Zwierzaków ogółem jest kilkanaście, ale tylko część z nich wydaje się zaimplementowana w grze w przemyślany sposób. Ze wcielania się w niektóre z nich albo nic nie wynika, albo ja tego nie odkryłem.

Kalani i wspomnienia z jej ludzkiej przeszłości.

Gra nie jest trudna ani skomplikowana. Nasza postać nie może zginąć, nikt jej nie atakuje. Całość sprowadza się do poszukiwania dalszej drogi i sposobów na dotarcie do wspomnień na danym obszarze. Odkrycie wszystkich wspomnień odblokowuje następny obszar i umożliwia dalszą wędrówkę. Brakuje tu zagadek lub wyzwań o zręcznościowym charakterze. Na początku wcale to nie przeszkadza. Swoboda i wrażenie pędu, jakie daje sterowanie biegnącym wilkiem lub lecącym ptakiem, fascynuje i porywa gracza, tajemniczy klimat pociąga… ale z czasem to przestaje wystarczać i chciałoby się więcej “grać” a mniej “przeżywać”. Pewnym urozmaiceniem jest zatrzęsienie przedmiotów możliwych do znalezienia – starożytnych artefaktów albo grzybów różnych gatunków. Szybko jednak zdajemy sobie sprawę, że z ich odnajdowania nic nie wynika, ani w grze, ani poza nią. Wystarczyłoby, gdyby za zebrane przedmioty można było odblokować np. fragmenty muzyki z gry albo jakieś grafiki. Można byłoby pójść jeszcze dalej – zamiana w kolejne zwierzę mogłaby być uzależniona od wcześniejszego zebrania określonej ilości przedmiotów. Zwłaszcza że niektóre grzybki albo relikty naprawdę bardzo trudno odnaleźć i gracz oczekuje jakiejś “nagrody” za swój wysiłek. W momencie, gdy uświadamiamy sobie, że z myszkowania nic nie wynika, pozostaje nam już tylko przeć przed siebie. W efekcie grę można ukończyć w 5-6 godzin, a jest to tytuł, do którego nie ma po co wracać, gdy odkryjemy już tajemnicę związaną z losami naszych postaci.

Kalani i posągi dawnych bóstw.

Grafika w grze jest prosta. Byłaby taką nawet 15 lat temu. A jednak konsekwentnie zachowuje pewien charakterystyczny, umowny i nieco kreskówkowy styl. W pewnych momentach, zwłaszcza w dalekich ujęciach na tajemnicze, starożytne budowle albo nocnych scenach z rojami świetlików potrafi zachwycić. Bywa epicka, jak w scenie śnieżnej zamieci lub burzy piaskowej. A jednak na ogół po prostu przypomina o budżetowym charakterze produkcji. Lepiej moim zdaniem wypada bardzo nastrojowa ścieżka dźwiękowa, na którą w większości składają się melodie odgrywane na fortepianie, gitarze i fletni (chyba fletni, wybaczcie, ale słoń zrobił coś kiedyś z moim uchem), choć nie brakuje też fragmentów z bardziej filmowym zacięciem i rozmachem. Każdy z obszarów, jakie zwiedzamy, ma własną ilustrację muzyczną, podkreślającą klimat i odczucia naszych bohaterów w danym momencie. Wydaje mi się, że specyficzny, nostalgiczny nastrój, jaki towarzyszył mi podczas gry, jest w głównej mierze zasługą właśnie tej muzyki i do niej na pewno będę czasem wracał.

Papuga to niezbyt dumny ptak, ale spokojnie, dostajemy i coś większego do polatania.

Końcowa ocena tytułu takiego jak „Lost Ember” jest rzeczą trudną. Z jednej strony to niezależna produkcja sfinansowana dzięki crowdfundingowi. Stoi za nią ledwie kilkuosobowe studio. Jest oryginalna, opowiada ciekawą historię i robi to w niebanalny sposób. Momentami jest też po prostu piękna. To wszystko kazałoby spojrzeć na nią przychylnym okiem. Z drugiej strony gra jest bardzo krótka, a rozgrywka bywa monotonna. Wszechobecne w Internecie zachwyty wydają mi się trochę przesadzone. Na dodatek jej cena, w momencie, gdy piszę te słowa, jest dość wysoka i wynosi ponad 100 zł tak na Steam, GOG, jak i Playstation Store. Klimat to nie wszystko. Uważam, że w „RiME”, grze, którą swego czasu recenzowałem, w ogólnej koncepcji zbliżonej do „Lost Ember”, lepiej wyszło połączenie intrygującej historii oraz klimatu tajemnicy z rozgrywką. Wracając zaś do „Lost Ember” to… Tak, mimo wszystko warto zagrać. Albo inaczej – będzie warto, gdy stanieje lub w jakiejś promocji będzie można kupić ją za połowę obecnej ceny, co wydaje mi się bardziej uczciwą stawką za kilka godzin mało absorbującej zabawy. Nawet takiej, która dostarcza całkiem poważnych przeżyć natury emocjonalnej.

-->

Kilka komentarzy do "Lost Ember (Mooneye Studios)"

  • 22 grudnia 2019 at 16:28
    Permalink

    Może by tak zrecenzować ‘Journey’? Sporo osób porównuje ‘Rime’ do tej gry.

    Bardzo zainteresowała mnie wilcza perspektywa. Czy to ma znaczenie, że sterujemy wilkiem? Jeśli ma to jakie? W ogóle są inne gry, w których głównym bohaterem jest zwierzak?

    Korzystając z okazji mam małe pytanie offtopowe. Była kiedyś taka chodzona bijatyka na automaty, w której główny bohater miał do pomocy psa. Pies łaził z nami i swoimi szarżami i/lub atakami specjalnymi ratował bohatera. Kojarzy ktoś? Szukam tego tytułu od dawna.

    Reply
    • DaeL
      23 grudnia 2019 at 19:00
      Permalink

      Podrzucę Voo ten pomysł. Wykonalne, zwłaszcza, że Journey nie jest już exclusivem.

      Reply
    • 25 grudnia 2019 at 17:31
      Permalink

      Z tego, że sterujemy wilkiem nie wynika nic szczególnego. Taki pomysł jest chwytliwy, tzn. dobrze wygląda na obrazkach, przykuwa uwagę w recenzjach itd. Wilk jest też symbolem pewnych cech i dlatego pasuje do tej historii. Jednak tak jak pisałem więcej czasu spędziłem kierując ptakiem, bo ten był szybszy i łatwiej było nim docierać w różne zakamarki dostępnych obszarów. Generalnie całe to wcielanie się w różne zwierzaki to jednak mocno niewykorzystany pomysł, niestety.

      Reply
  • 23 grudnia 2019 at 10:13
    Permalink

    “W ogóle są inne gry, w których głównym bohaterem jest zwierzak?”
    Pewnie nawet sporo. Pierwsza, która przychodzi mi do głowy, to Okami.

    Reply
      • 23 grudnia 2019 at 16:07
        Permalink

        Ale mi chodzi o zwierzaki będące zwierzakami, a nie tylko obdarzone ich kształtem. Przykładowo Crash Bandicoot albo Superfog się nie liczą. Kao też na prawdziwego kangura nie wygląda.

        Reply
  • 23 grudnia 2019 at 17:02
    Permalink

    Czyżby szukaną grą jest Shadow Dancer?
    Znalazłem wpisując “MAME top 250 Games” na Youtubie.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków