Wesele w Atomicach (Sławomir Mrożek)

Zaczęło się od amnestii. Nie takiej zwykłej amnestii, bo bibliotecznej. A ja – przyznaję to ze wstydem – jestem w przetrzymywaniu książek recydywistą. Parę miesięcy temu, podczas wizyty u rodziców znalazłem pudło ze swoimi starymi książkami. Była wśród nich również książka, której swoją nazwać nie mogłem. Wypożyczony z biblioteki tomik poezji Mariana Hemara. Na wypadek, gdyby ktoś był już o krok od wyrobienia sobie na mój temat dobrego zdania (bo pewno wrażliwy, skoro poezję czyta), to dodam, że chyba tego tomiku w końcu nie przeczytałem. Ale nie o poezji chciałem tu mówić, tylko o wiszącym nad moją głową mieczu Damoklesa, związanym z karą za przetrzymywanie książki. Data wypożyczenia sięgała w głąb poprzedniej dekady. Nie wiem czemu tomiku nie zwróciłem wcześniej, być może wiązałem jakieś nadzieje z apokalipsą roku 2012. A potem po prostu zapomniałem. Pierwszym moim instynktem było oczywiście natychmiastowe wrzucenie książki do samochodu i wyruszenie w stronę biblioteki. Drugim instynktem było przeliczenie w myślach odsetek od kary za przetrzymywanie książki. Trzecim instynktem było zawrócenie, zostawienie książki w domu i wyjście na piwo.

I tak oto tomik przeleżał kolejne trzy miesiące, aż do powakacyjnej amnestii. Biblioteka, jak co roku, ogłosiła, że we wrześniu anuluje wszystkie kary za przetrzymywanie książek. Na mnie na pewno już dawno postawili kreskę, ale postanowiłem skorzystać z okazji. Aby nie udawać się do biblioteki z gołymi rękami, spakowałem też kilka starszych książek fantastycznych, które mógłbym złożyć w darze przebłagalnym bibliotecznym bóstwom. Mój wypożyczony ponad 10 lat temu tomik poezji wywołał niemałą sensację. Musiałem też wyrobić sobie nową kartę biblioteczną, bo od czasu ostatniej wizyty zmieniano je trzykrotnie. I wszystko byłoby pięknie, gdybym przed wyjściem nie zauważył na kontuarze “Wesela w Atomicach” Mrożka. Nigdy wcześniej nie widziałem, aby ktoś popatrzył na mnie z taką nienawiścią jak pani bibliotekarka, gdy usłyszała, że mam czelność jeszcze coś wypożyczyć.

Pożegnawszy się z mamusią ruszył do szkoły. Grzecznie przechodził przez ulice, nie przystawał, nie rozglądał się. Miał się na baczności. Jednak nie był jeszcze pewny. Gdy znalazł się sam w pustej alei, rozejrzał się i błyskawicznie zgarbił. Silna blacha w czoło natychmiast przywróciła go do porządku. Nie mógł mieć wątpliwości. To bił go anioł stróż.
—Wina i kara—

Czemu o tym wspominam? Bo to cudownie symboliczne, że sięgając po zbiór opowiadań mistrza absurdu, sam się o absurd otarłem. Choć oczywiście nie był to mój pierwszy kontakt z jego twórczością. Jak większość czytelników, Sławomira Mrożka “znam” ze szkoły. Czarny sen pisarza, jakim było trafienie na listę lektur obowiązkowych, spełnił się podwójnie. W liceum przerabiałem “Tango”, a w ostatnich klasach podstawówki “Wesele w Atomicach” (pojedyncze opowiadanie, nie cały zbiór). I tak jakoś przez długie lata kołatało mi po głowie, aby na twórczość Mrożka spojrzeć jeszcze raz. Z liceum – jak pewnie większość chłopców, intelektualnie będących w tym wieku poniżej przeciętnego małpiszona – pamiętam głównie plany imprezowe, tudzież dekolty koleżanek, a nie jakieś tam dramaty o nieuchronnym starciu anarchii z formalizmem. Ale czytane w podstawówce “Wesele w Atomicach” w głowie mi utkwiło. Wraz z przekonaniem, że jest w Mrożku coś więcej niż tylko śmieszna dziwaczność, jakaś treść głębsza, której dziecięcy umysł nie ogarniał.

I rzeczywiście. Aż szkoda tak dobrą literaturę “marnować” na dzieci.

“Wesele w Atomicach” to zbiór siedemnastu krótkich, a właściwie to bardzo krótkich (bo góra kilkustronicowych) opowiadań, połączonych nawet nie motywem przewodnim, co raczej stylem. Naśladownictwem frazesów i nowomowy, kpiną z filozoficznych pojęć i terminów naukowych, podnoszeniem tego całego nadymania do rangi absurdu. U Mrożka pełną patosu mowę wygłasza umierająca mucha, anioł stróż jest sadystą, a ontologiczną dysputę na temat wyższości dwóch wymiarów nad trzema toczą ludzie fizycznie zgniatani.

— Poziom… — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. — W odwiecznym zatargu pionu i libelli, czy wasserwagi, jestem po stronie tej ostatniej. Pion! Cóż za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwyżej płaskowyż!
— Arturze! — próbowałem go ratować, choć czułem, że wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. — Zastanów się! Załóżmy nawet, że masz rację. Weźmy więc przykład, który powinien ci odpowiadać: nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą, twój ideał osiągnięty. Dobrze. Ale żeby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy, zmaterializowany w łopacie grabarza, skierowanej pionowo, w glinę. A więc pion, Arturze, jednak pion!
Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły, rosły w nim grzyby, ale tylko same kapelusze, bez nóżek. Artur śmiał się jakby szalony.
— Pion! — szydził. — Nie pojmujesz, że nie ma dwóch poziomów, niższego i wyższego, jest tylko jeden wspaniały, absolutny poziom. Dusza, dusza, mój chłopcze, jest pozioma!
—Niżej—

Kto zna kontekst powstania utworów – a była nim smutna rzeczywistość lat 50. w PRL-u – ten prędzej dostrzeże w utworach Mrożka błyskotliwą satyrę polityczną. Ale to nadal warstwa najzupełniej powierzchowna. Owszem, przez samą swoją absurdalność utwory są zabawne. Rozumiejąc ich aspekt polityczny, tym bardziej je cenimy, a może nawet widzimy, że humor jest podszyty rozpaczą. Ale każda, nawet najdrobniejsza z literackich miniaturek zawartych w zbiorze, wywołuje też dziwną zadumę. Każde opowiadanie kończy się pospiesznie, ale my przez dobrą chwilę nie jesteśmy w stanie przewrócić strony, bo coś nam pozostaje jeszcze do przemyślenia. Jakiś okruch prawdy na temat ludzkiej kondycji.

A potem znów rusza karuzela, znów dajemy nura w świat absurdu, ironii, sarkazmu, groteski… i po chwili wynurzamy się potrzebując kolejnej pauzy.

Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko…
Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu nieduży, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, że młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na małżeństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele.
Akurat żem walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł.
—Wesele w Atomicach—

Wróćcie kochani do tej książki i do autora w ogóle. Naprawcie krzywdę, jaką mu zrobiono, umieszczając jego twórczość na liście lektur.

PS Właśnie sobie przypomniałem, że książkę miałem oddać do biblioteki we wtorek…

 

-->

Kilka komentarzy do "Wesele w Atomicach (Sławomir Mrożek)"

  • 5 października 2018 at 12:40
    Permalink

    “Jak większość czytelników, Sławomira Mrożka “znam” ze szkoły.”
    a ja go nie miałem nigdy w szkole 🙁

    btw kiedy recenzja filmu kler?

    Reply
    • DaeL
      5 października 2018 at 12:42
      Permalink

      Trzeba się SithFroga pytać, on zawsze lata na premiery filmowe (tylko że ostatnio miał urlop :)).

      Reply
      • 5 października 2018 at 23:47
        Permalink

        jak można mieć urlop od hobbystycznego zajęcia :O

        Reply
        • DaeL
          6 października 2018 at 13:10
          Permalink

          Nie, no urlop wziął w pracy. Tyle że przy okazji jego działalność w FSGK ucierpiała. Ale chyba już doszedł do siebie po wypoczynku 😉

          Reply
          • 6 października 2018 at 13:31
            Permalink

            przekonamy się we wtorek 😛

            Reply
  • 5 października 2018 at 13:41
    Permalink

    Nie skrzywdzili Mrożka u mnie w szkole podstawowej, albo nie pamiętam żebym go krzywdzono. Krzywdzili za to Lema. Ostatnio odczarowałam te przykre wspomnienia, czytając Dzienniki Gwiazdowe.
    Recydywa przetrzymywania książek jest godna potępienia! Shame! Shame! 😀

    Reply
  • 5 października 2018 at 13:50
    Permalink

    To prawda, po niektóre dzieła trzeba sięgnąć w dojrzalszym wieku. I tylko wtedy, gdy lubi się groteske i absurd. Twórczość panów Mrożka, Słonimskiego, Gałczyńskiego czy Witkacego była dla mnie totalną grafomanią, ale gdy młodzieńcza ignorancja minęła, dostrzegłam jej kunszt, piękno i moc.

    Reply
  • 5 października 2018 at 13:53
    Permalink

    Za ten tomik DaeL będzie się smażył w piekle. W ramach kary trafi do jednego kotła z G.R.R. Martinem, który przez całą wieczność będzie zapewniał, że wciąż pracuje nad Wichrami Zimy i niedługo je skończy.

    Możliwe, że dołączy do nich SithFrog, jeśli w najbliższych dniach nie napisze recenzji “Kleru”.

    Reply
  • 5 października 2018 at 13:53
    Permalink

    Skoro KLER, to może też VENOM?
    Chociaż z tego co można bezspoilerowo wyczytać z internetów, kiedy recenzja tego filmu tutaj się pokaże, wstęp do niej będzie mniej więcej taki sam, jak do Batman vs Superman.
    A szkoda…

    Reply
  • 5 października 2018 at 15:48
    Permalink

    Proponuję sięgnąć po kolejną ofiarę LO – W.Gombrowicza

    Reply
    • 5 października 2018 at 19:15
      Permalink

      Z Gombrowicza i Ferdydurke to zdala. Nie wiem co mnie nakłoniło, ale to była jedyna lektura, którą przeczytałem całą. I nie żałuję, bo dzięki lekturz W. G. został jednym z najbardziej docenianych pisarzy przeze mnie. I cieszę się, że przeczytałem najpierw całą książkę zanim mieliśmy pierwszą lekcje o Ferdydurke. Dlaczego? Bo oglądalismy wtedy film, który jest okropny… Nigdy bym się nie zabrał za książkę po obejrzeniu filmu, baa nigdy bym się nie zabrał za książkę po usłyszeniu opini znajomych i nauczycielki. Wszyscy (poza jedną osobą) jedyne co potrafili powiedzieć o tej książce to to, że jest dziwna…

      Dlatego rozumiem, że dla znacznej większości osób w liceum a nawet dla osób dorosłych Gombrowicz będzie niezrozumiały. Ale jak ma to wyglądać tak jak u mnie, że 2 osoby na całą klasę poteafiły docenić jego styl to nadal warto to omawiać jako lekture. Przynajmniej ja tak uważam.

      Reply
      • 5 października 2018 at 21:53
        Permalink

        Też pamiętam, że Ferdydurke bardzo mi się podobało.. chyba czas Gombrowicza odświeżyć

        Reply
  • 5 października 2018 at 22:55
    Permalink

    Mrożek, Gombrowicz i Lem swoje 5 min w szkole mieli. Zna się ich. Co ma powiedzieć taki Sergiusz Piasecki? Zupełnie zapomniany. Też groteskotwórca pełną gębą. Niesamowita postać, świetny pisarz.

    Reply
    • DaeL
      6 października 2018 at 12:50
      Permalink

      Ach, Sergiusz Piasecki. Twórca jednego z najlepszych zdań otwierających powieść w całej historii literatury 🙂
      Pamiętany jest, ale głównie na prawicy, i głównie za “Zapiski oficera Armii Czerwonej”. Chociaż życiorys to miał – umówmy się – niezbyt konserwatywny 😉

      Reply
      • 8 października 2018 at 19:46
        Permalink

        Życiorys to Piasecki miał mega. Film albo serial o nim byłyby świetne. ‘Zapiski…’ mam, czekają w kolejce. Nie mogę znaleźć ‘Wściekłej niedźwiedzicy’ na audio, też trzeba w końcu poznać.

        Dla równowagi odpaliłem ‘Czterech pancernych i psa’ Janusza Przymanowskiego. Pod względem przygodowym petarda! Żałuję, że nie załapałem się na to za młodu. A serial uwielbiałem od zawsze.

        Reply
  • 7 października 2018 at 14:07
    Permalink

    “Kronika oblężonego miasta”.
    Kopalnia kapitalnych bon-motów.
    Odtwarzam jeden z pamięci. “Po dachach jeździły wozy opancerzone i legitymowały młode koty. Jeden z nich miał legitymację, więc od razu go zwinęli. Bo to podejrzane, kiedy kot ma legitymację.”

    Reply
  • 8 października 2018 at 18:44
    Permalink

    Do jakich Wy szkół chodziliście, że krzywdzono pisarzy? ;D
    U mnie w LO całą klasą wymogliśmy dodatkową lekcję żeby się wspólnie napawać Mistrzem i Małgorzatą. Przy czym może to był tylko taki bunt młodzieńczy: w końcu ówczesny predobrozmienny minister edukacji twierdził, że Obronę Sokratesa napisał Arystoteles, a Zbrodnia i Kara to książka drastyczna i nienadająca się do omawiania na jakimkolwiek szczeblu edukacji… gdy tymczasem ojciec jaśnie oświeconego ministra dowodził w PE, że Smok Wawelski był dinozaurem 😀.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków