FSGK.PL

since 1998
Teraz jest 12 grudnia 2018, o 05:57

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2368 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 44, 45, 46, 47, 48
Autor Wiadomość
PostNapisane: 31 października 2018, o 09:40 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4124
najgorsze są oceny punktowe :sciana:
wiem co mówie - wystawiłem ich ponad 400 na samym forum

zreszta: czytajcie i komentujcie dzisiaj na głównej. ja od 13:00 mam długi weekend :cool:

_________________
A może to luksus, żyć tylko pięć lat?

since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 4 listopada 2018, o 15:50 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 5056
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Jestem najlepsza. Ja, Tonya (I, Tonya)

Film jest świetny i aż dziwię się, że nie wywołał większej reakcji w tym temacie. Na pewno w kategorii "dramat sportowy" wypada niezwykle oryginalnie. Po pierwsze ze względu na bohaterkę i jej historię a po drugie ze względu na formę. Część ujęć stylizowana jest na wywiady, postacie na ekranie momentami zwracają się bezpośrednio do widza, chronologia jest pokręcona. Do tego świetny montaż i popisowe występy aktorów. Wszystko to nadaje zadziwiającej lekkości tej opowieści. Jest ona oczywiście nieco stronnicza bo twórcy przyjęli konwencję "zadziorna amerykańska dziewucha vs świat", do tego pewnie trochę ekranową Tonyę wybielili. Przyjęli też jej wersję wydarzeń związanych ze słynnym "zamachem" na rywalkę ale ok, kupuję to. Efekt jest znakomity.
Jeden, jedyny zarzut jaki mam to wybór aktorki. Robbie może sobie być rozczochrana i ubrana jak wieśniara ale sorry, nadal jest zajebistą laską. Młoda Harding była okropną przeciętniarą o sylwetce dziesięcioboisty. Uroda Robbie wywołuje tu pewien dysonans. Odruchowo myślimy "hej , o co chodzi, jak mogli jej nie lubić, przecież to taka ładna dziewczyna, no pyskata i wieśniara ale przecież fajna. Tylko czemu zadaje się z tymi wszystkimi debilami?". Rzut oka na zdjęcia Harding uświadamiają, że prawdziwa Tonya nie miała atutu urody co czyniło jej walkę o uznanie w środowisku jeszcze bardziej dramatyczną. Rozumiem, że kino rządzi się swoimi prawami i Robbie, oprócz tego, że dobrze gra, fajnie wygląda na plakacie i przyciąga ludzi. Jednak wszyscy pozostali aktorzy zostali dobrani na zasadzie podobieństwa a charakteryzacja uczyniła z nich praktycznie sobowtórów odgrywanych przez nich postaci. Tylko główna bohaterka jest trochę z innej bajki. No ale nic to. Nawet z "za ładną" Robbie ten film trzeba zobaczyć. Polecam. 8/10

_________________
ObrazekObrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [30%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 5 listopada 2018, o 09:40 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4124
Potwierdzam.

Dodam jeszcze, ze relacje z matką są emocjonujące. Allison Janney zagrała świetnie, tak jak i Robbie.

_________________
A może to luksus, żyć tylko pięć lat?

since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 10 listopada 2018, o 11:14 
Avatar użytkownika
Mr. Perfect
Offline

Dołączył(a): 8 maja 2014, o 07:04
Posty: 500
Bohemian Rhapsody

Fajna i mądra recenzja wisi na głównej, więc zanim przeczytam i zgwałcę swoje wrażenia przelewam je tutaj.
Sprawa jest prosta i wyłożę ją w czterech słowach. Warto, muzyka, laurka, kreacje
W ujęciu absolutnym warto ponieważ to fajna okazja by przeżyć wspaniałą muzykę na świetnym poziomie dostępnym w kinie.
Historia zaczyna się w momencie kiedy Freddy dorabia jako gość przerzucający torby na lotnisku. Potem wkręca się w zespół, robi dotyk Boga, Queen tworzy hity, Freddiemu odbija, dostaje AIDS, znów jest spoko. I ten okropny znajomy, który jest Uber zły i ściąga frontmana Queen na złą drogę.
Ten film to laurka, Freddie to wspaniały, piękny człowiek. Nie kupuje tego.
Z kolei uwaga poświęcona powstawaniu muzyki cieszy. Podobnie jak solidna kreacja Remi Malika i bardzo sympatyczni kumple z zespołu. Niestety są uproszczenia, nieścisłości i wybielanie w zakresie faktów. Pamiętajmy, że zespół był mocno zaangażowany w tworzenie filmu :)

Koncert LIVE AID wzrusza. Freddie powiedział o chorobie swoim kolegom po tym koncercie a nie przed. Żył jeszcze 5 lat. A z filmu można odnieść wrażenie, że było inaczej ale rozumiem, że to dla stworzenia punktu kulminacyjnego.

Bryan S i wszystko jasne.
6/10


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 10 listopada 2018, o 22:32 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 5056
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Obejrzałem ostatnio "Siedmiu wspaniałych", nową wersję z indiańsko-meksykańsko-irlandzko-murzyńsko-jankesko-rebeliancko-koreańsko-kobiecą obsadą. Co ciekawe to najmniej przeszkadzała mi właśnie ta polityczna poprawność, w zasadzie momentalnie przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Może uznałbym to za całkiem oglądalny film ale cholera... Gram w Red Dead Redemption 2 i od pierwszej minuty filmu nie mogłem pozbyć się takich myśli "dlaczego te dekoracje są takie tandetne", "dlaczego kostiumy są takie nijakie", "dlaczego ci ludzie nie wyglądają realistycznie", "dlaczego nie mam wrażenia, że przeniosłem się w czasie" itd. Przez cały czas porównywałem film z grą i ... sorry albo kino się otrząśnie i zaoferuje jakiś wyższy poziom przeżycia albo za kilkanaście lat skończy jak słuchowiska radiowe. Ostatnio sporo oglądam z synem klasyków sprzed 20 i 30 lat i tak naprawdę można odnieść wrażenie, że kino rozrywkowe się uwstecznia, co jeszcze gorzej mu wróży w starciu ze światem wirtualnym.

_________________
ObrazekObrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [30%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 10 listopada 2018, o 23:11 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14846
Zgodziłbym się, ale wybrałeś akurat śmiechowy film robiony za śmieszny budżet z jakością jaką widzisz. Zobacz Pierwszego człowieka i wróć się pokajać ;)

Albo nawet z westernów Bone Tomahawk.

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 11 listopada 2018, o 14:04 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 5056
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Cytuj:
Zobacz Pierwszego człowieka i wróć się pokajać ;)


Nie, nie. Chodzi mi o kino stricte rozrywkowe, odmóżdżone. Wiadomo, że ambitne kino zawsze przekaże dodatkowo jakieś wartości.
Jeśli jednak wziąć na tapetę takie typowe akcyjniaki to okaże się, że takie same filmy jak teraz możnaby i nakręcić 20 lat temu, w połowie lat 90-tych. Mało tego - kręcono je i często wypadają one lepiej od dzisiejszych. Jedyne co sygnalizuje nam, że to stary film to ubrania, fryzury postaci, młodsze twarze aktorów itd. Uważam, że kino rozrywkowe stoi w miejscu, niczym nie zaskakuje. Kino w ogóle nie ma też chyba już specjalnie dróg rozwoju pod względem technologicznym - 3D nie wypaliło, innych pomysłów nie widzę.
W grach hamulcem do totalnej immersji jest (była?) grafika i otaczający świat, wciąż umowne. Naście lat temu Medal of Honor wyglądał jak parodia Szeregowca Ryana, tyle, że z nami w roli głównej. Bardzo dawno w nic nie grałem więc jak odpaliłem RDR2 to po prostu zaliczyłem opad szczęki. Dysproporcje zniknęły, to film wydaje się nagle jakiś umowny, teatralny, udawany, z "pustym" światem.
Wracając do kina to chyba bardzo dawno nie było czegoś, po czym wszyscy mówiliby o kurde wow, to jest świeże, zupełnie nowe. Coś jak było w reakcjach po pierwszych filmach Tarantino.
Takie tam, luźne przemyślenia, inspirowane głównie oglądaniem "starych" filmów ;)

_________________
ObrazekObrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [30%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 12 listopada 2018, o 20:27 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 5056
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Aż do piekła (Hell or High Water)

Prosta historia, film trochę jakby surowy, zupełnie jak rozległy teksański krajobraz, który dominuje na ekranie. Miałem wrażenie jakbym oglądał jakiś film z lat 70-tych o rabusiach-desperatach, nawet samochody bohaterów były z tamtych czasów. Ku mojemu zaskoczeniu "Aż do piekła" nie jest jakimś depresyjnym dramatem tylko historią utrzymaną w dość luźnym tonie, choć od początku wiadomo jak wszystko musi się skończyć. Dobre kino ale uczciwie pisząc miałem cały czas wrażenie, że widziałem to już wiele razy. Nawet schemat dotyczący braci jest taki jak zwykle - jeden porywczy i agresywny luzak, drugi wycofany i z rodzinnymi problemami na głowie. Oczywiście dobre, zimne piwo nie staje się gorsze tylko dlatego, że pijemy je po raz setny więc i ten film warto obejrzeć. Po prostu nie jest to coś nowego, zaskakującego jak np. "Trzy bilboardy...". Na plus Jeff Bridges, który człapie i fafluni pod nosem jak to on a i tak robi świetną robotę. Bez szaleństw ale warto. 8/10


Potop

W rocznicę odzyskania niepodległości postanowiłem uderzyć w domu w patriotyczne klimaty i przypomnieć sobie i pokazać synowi po raz pierwszy największą produkcję w historii polskiego kina. Niemałe wyzwanie bo całość trwa ponad 6 godzin (w dwóch częściach). Miło się przekonać, że film pod wieloma względami nadal robi dobre wrażenie. Kostiumy, rozmach inscenizacji, batalistyka, sceny kawaleryjskie, fajny Olbrychski. No i przede wszystkim fabuła! Sienkiewicz miał jednak głowę i pióro do zajebistych historii i kapitalnych postaci. Sapek może się ze wszystkimi husytami do mysiej dziury schować. Tak wymyśla się i pisze o pościgach, zasadzkach i niesamowitych zwrotach akcji jak pokazał to Sienkiewicz w swojej książce.
Nie ma się oczywiście co czarować - pewne elementy okropnie się zestarzały. Przede wszystkim muzyka - o matkoświnto, co za mordercze rzępolenie. Łeb pęka! Taka produkcja nie dostała jakiegoś porywającego tematu tylko grobową, posępną muzykę, która w scenach akcji zamienia się w jakieś smyczkowe wariactwo. Nędza! Pomyśleć, że tyle fajnych tematów muzycznych powstało w polskim kinie także w tamtych czasach. No i aktorstwo też już z innej bajki, takie teatralne, do tego montaż typowy dla starego kina. Ale mimo wszystko fajny film. Jak się podejdzie z odpowiednim nastawieniem to wciąż można się dobrze bawić. Poza tym klasykę polskiego kina wypada znać. 8/10

_________________
ObrazekObrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [30%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 17 listopada 2018, o 00:45 
Avatar użytkownika
Loara
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:57
Posty: 1792
Lokalizacja: Słoik City
Zbrodnie grinewalda to film slaby. Kurde, naprawde dawno nie widzialem tak slabego filmu. Nie ma on scenariusza, jedynie zlepek scen. Albo przerósł mnie intelektualnie albo tam naprawde nic nie ma semsu. Zadnego watku glownego, niczego. Pierwszy film byl nawet sympatycznym skokiem na familijną kasę. Ten nie zawiera nic co mogloby przyciagnac. Tylko mhrok. Koniecznie przez "h"

Wysłane z mojego SM-J600FN przy użyciu Tapatalka

_________________
Stawiajcie przed sobą większe cele. Ciężej chybić.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 17 listopada 2018, o 12:55 
Avatar użytkownika
Mr. Perfect
Offline

Dołączył(a): 8 maja 2014, o 07:04
Posty: 500
Deadpool 2

Fajny film! Na pełnym luzie, pompujący mnóstwo ducha w postać Deadpoola i dający satysfakcjonujące rozszerzenie tego co było atrakcyjne w części pierwszej. Nie przeszkadza, że fabuła wydaje się irrelewantna. Trochę mi przykro, bo oceniając na chłodno dostrzegam te wszystkie elementy, ze świetnym Reynoldsem, aczkolwiek najzwyczajniej w świecie nic mnie nie złapało za serducho i film obejrzałem obojętnie.
Patrząc na średnie ocen w Internecie to wyraźnie zauważam, że to ze mną jest coś nie tak.
Sekwencja otwierająca z retrospekcją najpierw irytuje ale potem uświadamiam sobie, że ktoś chce tworzyć „tradycję”- ok, niech będzie. Potem już tylko seria żartów i przełamań czwartej ściany do której tło stanowi tragedia rodzinna, wychowawcza i próba naprawienia świata.

6/10


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 17 listopada 2018, o 22:42 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 5056
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Bohemian Rhapsody

Queen, jak na zespół rockowy, miał całkiem ciekawe związki z kinem. Szczerze pisząc jak słyszę nazwę tej kapeli to w pierwszej kolejności mam przed oczami Highlandera i Flasha Gordona. To pewnie dlatego, że większy ze mnie kinoman niż miłośnik muzyki. W ogóle to chyba trudno o drugi taki zespół, którego utwory byłyby tak popularne i znane wśród ludzi ...którzy tak naprawdę w ogóle Queen nie słuchają. Najsłynniejsze kawałki żyją sobie własnym życiem, jak chociażby We Are The Champions.
Nie miałem żadnych oczekiwań co do biografii Królowej, zaryzykowałem rodzinne wyjście i cóż, bawiłem się naprawdę nieźle. Jestem tym gościem który tupie jak słyszy We Will Rock You, kiwa się na boki przy wspomnianym We Are The Champions i nie bardzo pamięta jak ma na nazwisko basista. Podejrzewam, że do takich ludzi jak ja adresowany jest ten film. Jest bardzo muzycznie i teledyskowo, nie ma mowy o nudzie, koncertowa końcówka to już w ogóle petarda. Jeśli w ogóle to oglądać to tylko w kinie i to max w 5 rzędzie od ekranu. Jako nie-fan nie miałem problemu ani z tym, że tak naprawdę Freddie poznał zespół w innych okolicznościach ani z tym, że kiedy indziej powiedział im o chorobie itd. Rozumiem, że kino rządzi się swoimi prawami a Freddie jako showman, sceniczny paw i życiowy bon vivant nie mógł zostać sportretowany tak jak np. poeta i artystyczny guru Jim Morisson. Po prostu jego samotność, seksualne rozterki i choroba to nie był materiał na drugie "The Doors".
Jedyne co trochę mi nie pasowało to chłopięcość (ekhm...) i smutne spojrzenie aktora grającego Freddiego. Ok, chyba jeszcze troszkę przesadzono z tą wadą zgryzu. Generalnie chodzi mi o to, że Mercury w swoich najlepszych latach wyglądał jak chodzący testosteron i prawdziwy Król Pedał a Malek moim zdaniem wygląda jak młody chłopak przebrany za geja z lat 80-tych. Chociaż jasne, stara się jak może. Aha, jeszcze momentami mogłoby nie być tak ckliwie i kiczowato, zwłaszcza w końcowej części. Wiecie Freddie śpiewa, stadion śpiewa, mama płacze przed TV, Bob Geldof liczy pieniążki, jeszcze kurde brakuje tańczących białych łabędzi. Ale tak poza tym - fajny film. Można potupać i pokiwać się na boki. Ok, żartuję sobie. Idzcie do kina. Dobra muzyka nigdy nie zaszkodzi. Teraz już takich muzyków i takich zespołów nie robio. To już było niestety było zupełnie na serio. 8/10

_________________
ObrazekObrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [30%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 5 grudnia 2018, o 16:07 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4124
dla nieczytajacych głównej i na potrzeby GMC:

Upgrade
"Upgrade" jest dziełem człowieka, którego większość z Was widziała na ekranie. Leigh Whannell, bo tak się reżyser nazywa to jedna z dwóch głównych postaci kultowej pierwszej części "Piły" Jamesa Wana. Facet nie zrobił oszałamiającej kariery aktorskiej (z przerwami bierze udział w przeciętnych produkcjach, do tego zwykle występuje w drugim-trzecim planie), ale od jakiegoś czasu próbuje swoich sił jako scenarzysta i reżyser. Dotychczas napisał i wyreżyserował trzecią część "Naznaczonego", która przez fanów horroru została ciepło przyjęta. "Upgrade" to właściwie jego pierwszy, w pełni autorski projekt zrealizowany od A do Z według własnej wizji. I powiem szczerze, że liczę na dalsze produkcje spod ręki Whannella, bo można śmiało powiedzieć, że początkujący reżyser zaczął z wysokiego C.

Film w pierwszych scenach wprowadza nas w świat opowieści. Poznajemy Greya Trace'a oraz jego żonę Ashe, którzy żyją w futurystycznym domu przyszłości. Ona - piastująca wysokie stanowisko w korporacji zarabia pieniądze i prowadzi dyskusje z nowoczesnymi technologiami, które zdają się kontrolować każdy aspekt życia bohaterów. Dom zagaduje o stan zdrowia mieszkańców, samochód gada jak najęty, nie dając się jednocześnie prowadzić manualnie. Innymi słowy - mokry sen technologicznego entuzjasty, w którym niespecjalnie odnajduje się On - miłośnik starych samochodów, przesiadujący całymi dniami w warsztacie, gdzie doprowadza oldschoolowe bryki do sprawności na zlecenie bogatych klientów. Oboje są małżeństwem, których życie wywróci do góry nogami usterka zautomatyzowanego auta, w wyniku której zostaną napadnięci przez bandę wyrzutków z marginesu społeczeństwa. Grey trafia na wózek inwalidzki, sparaliżowany od szyi w dół.

W tym momencie zaczyna się właściwa intryga, bowiem główny bohater otrzymuje propozycję wszczepienia w mózg specjalnego oprogramowania, które może pomóc przezwyciężyć słabości ciała. Ma przy tym ogromną motywację, bowiem działania policji tropiącej sprawców napadu dalekie są od efektywności. W ten sposób "Upgrade" łączy cyberpunkowe klimaty z prostym i nieskrępowanym kinem zemsty, w którym główny bohater z ofiary zamienia się w łowcę. Szybko okazuje się, że możliwości oprogramowania są znacznie większe, niż zapowiadał producent, a prywatne śledztwo podjęte przez Greya zaprowadzi go w niespodziewane rejony.

Wszystko w tym filmie jest na co najmniej przyzwoitym poziomie. Głównego bohatera portretuje Logan Marshall-Green, które chwaliłem już za występ w "Zaproszeniu". Dostał rolę dość wymagającą, ponieważ Grey w trakcie filmu znajduje się na różnych poziomach sprawności fizycznej, nie brakuje tu również scen eksponujących emocje - ze wszystkich zadań aktor wywiązał się bardzo dobrze. Z pozostałych członków obsady większość prezentuje ten sam, przyzwoity poziom - na wyróżnienie zasługuje moim zdaniem Betty Gabriel w roli detektyw Cortez, Steve Danielsen jako genialny programista - autor tytułowego programu, oraz Simon Maiden, który użyczył tu swojego głosu i zrobił to w sposób oddający charakterystykę tej roli. Nie chcę zdradzać szczegółów fabularnych, bo "Upgrade" zapewnia kilka naprawdę interesujących zwrotów akcji i dobrze poprowadzonych wątków, więc Czytelnicy będą musieli się o jakości kreacji Maidena przekonać na własnej skórze. Dodam, że kilka dialogów z jego udziałem wprowadza elementy humorystyczne. które świetnie sprawdzają się jako odskocznie od ogólnie przygnębiającego tonu filmu.

Cyberpunkowość "Upgrade" przejawia się zarówno w świecie przedstawionym (przyszłość, megamiasto-metropolia), jak i postaciach bohaterów, z których część poddana została technologicznym modyfikacjom. Reguła "3xM", czyli Miasto, Masa i Maszyna została tutaj wypełniona w całości, co tak naprawdę czyni recenzowany tytuł jednym z najwyraźniejszych przykładów gatunkowego kina cyberpunkowego. Nie przeszkadza to reżyserowi zwodzić widza na manowce, stopniowo odkrywać kolejne karty scenariusza. Pościg za zemstą, w którym role łowcy i ofiary zmieniają się momentami jak w kalejdoskopie ogląda się z dużą przyjemnością - film został odpowiednio dofinansowany, operuje interesującymi efektami i dynamicznymi scenami walki. Jest to kino sensacyjne z naprawdę wysokiej półki, a jednocześnie - ciekawa przestroga na temat nowoczesnych technologii, sztucznej inteligencji oraz ślepego zaufania w postęp cywilizacyjny.

Na osobne dwa słowa zasługuje końcówka, która świetnie współgra z cyberpunkowym tragizmem i dodaje do niego dwuznaczny wydźwięk. Jest to spore zaskoczenie i duża zasługa pomysłowowści scenariusza, nad którym reżyser pracował samodzielnie. Mnie osobiście bardzo podobało się zamknięcie tej historii zaserwowane przez Whannella - konkretne i pozbawione wydumanych i podniosłych tonów. Film w ogólnym rozrachunku może przypominać dość standardowe, poprawnie zrealizowane fantastycznonaukowe kino akcji opierające się na mniej lub bardziej ogranych gatunkowo schematach, ale za odważne zakończenie głównego wątku należy się co najmniej punkcik w górę przy ocenie końcowej.

Gdybym miał określić jednym zdaniem, do czego najbardziej zbliża się Whannell w konstrukcji "Upgrade'u", powiedziałbym, że jest to nieco dłuższy i rozbudowany o wątek sensacyjny odcinek "Black Mirror". I byłby to jeden z najlepszych odcinków tego fascynującego serialu. "Upgrade" bardzo udanie wpisuję się w nurt kinematograficznego sceptycyzmu co do nowych technologii, a przy okazji daje odbiorcom możliwość zanurzenia się w klimat cyberpunka aż po szyję. Niewiele jest takich okazji, a zapewniam - z tej akurat warto skorzystać!
8/10


Ostatnia gwiazda kina (The Last Movie Star)
Vic Edwards (Burt Reynolds) żyje zamierzchłą przeszłością. Jest samotnym, zgorzkniałym i schorowanym tetrykiem, który wciąż uważa siebie za wybitnego aktora i gwiazdę kina. Czuje się niedoceniony i opuszczony przez wszystkich - od producentów filmowych, przez ponętne fanki, którymi zadowalał się w czasach młodości, aż po własną rodzinę, od której tak naprawdę sam się odwrócił. Zgorzkniały starszy pan, wywołujący jednak u widza odrobinę współczucia - głównie ze względu na świetną robotę wykonywaną przez Reynoldsa na ekranie. Vic co jakiś czas spotyka się z kolegą z dawnych, lepszych czasów (w tej roli kolejna dawna gwiazda - Chevy Chase, czyli komik i mistrz komedii znany z serii "W krzywym zwierciadle") i razem próbują poprzez mało wyszukany dowcip i wspomnienia trzymać się przeszłości, jednocześnie ignorując czasy teraźniejsze.

Pewnego dnia do Vica przychodzi zaproszenie na festiwal filmowy poświęcony jego twórczości, podczas którego ma zostać mu wręczona nagroda za życiowe osiągnięcia. Festiwal jest daleko, bo w Nashville (Vic mieszka oczywiście w Los Angeles), ale nagrodę przyjęli wcześniej między innymi Al Pacino i Bobby DeNiro, więc po kilku dniach wątpliwości, Edwards decyduje się stawić na imprezie. Tam wszystko zostanie wywrócone do góry nogami, a główny bohater otrzyma okazję do dokonania retrospektywy innego rodzaju - przeglądu własnego życia prywatnego i swoich autentycznie życiowych osiągnięć. Przy okazji pomoże też zakompleksionej nastolatce Lily w uporaniu się z jej własnymi demonami związanymi z okresem dojrzewania i wchodzenia w dorosłość - w tej roli znana przede wszystkim z występów w serialu "Modern Family", energiczna Ariel Winter.

"The Last Movie Star" jest z jednej strony filmem o starości, o odchodzeniu od niespełnionych ambicji i marzeń, o godzeniu się z konsekwencjami upływu czasu. Z drugiej jest też - dość oklepaną, trzeba przyznać - opowieścią o podróży w drugą stronę: wchodzeniu w dorosłość, budowaniu poczucia własnej wartości i pewności co do życiowych priorytetów, której często młodym ludziom brakuje. Całość została uwiarygodniona dobrze napisanymi dialogami, w których oczywiście bryluje Reynolds oraz elementami komediowymi, które nieinwazyjnie rozładowują napięcie. Zwłaszcza kilka jawnych odwołań do poprzednich kreacji Reynodlsa - w tym również do "Mistrza kierownicy..." potrafi zarówno przyprawić o uśmiech, jak i wywołać gorzką refleksję.

Nie będę ukrywał, że "The Last Movie Star" to film z rodzaju takich, które przemawiają do mnie z dużą siłą. Porusza poważny, życiowy temat i w moim przekonaniu robi to w sposób autentyczny. Nie ma znaczenia, że głównym bohaterem jest przywykły do luksusów i blichtru podstarzały celebryta - tę historię da się spokojnie zaadaptować do życiorysu przeciętnego zjadacza chleba. Została opowiedziana w sposób ujmujący, z dużym wyczuciem, którego w życiu nie spodziewałbym się po osobie reżysera - Adama Rifkina.

Rifkin jest specjalistą od mało zajmujących (by nie powiedzieć - idiotycznych) komedii, który gatunku dramatycznego spróbował do tej pory tylko raz ("Night at the Golden Eagle") i to z niespecjalnym skutkiem. Dotychczas najbardziej zasłynął eksperymentalnym "Look" - thrillerem nakręconym w formacie sekwencji z kamerek obserwacyjnych oraz... żenującą ekranizacją poezji spod ręki Charliego Sheena (serio!) - "Tale of Two Sisters". Tym razem jednak mu się udało - wiele wskazuje na to, że sam jest wielkim fanem Burta Reynoldsa, bo do recenzowanego tytułu napisał również scenariusz.

Jeżeli chodzi o historie spod znaku dorastania i dojrzewania, w ostatnim czasie nie widziałem lepszego przedstawiciela od "The Last Movie Star". Film posiada kilka wad, z których największą chyba jest jednak wątek młodej Lily, wyciągnięty gdzieś ze stron podręcznika dla scenarzysty "teenage movies". Oklepany i banalny, ale mimo wszystko zdający egzamin jako tło dla głównej, melancholijnej historii, która ma potencjał, by poruszyć serca widzów. Zwłaszcza w końcówce, która mimo że przewidywalna, oddaje nieuchronność upływającego czasu. I daję nadzieję, że bez względu na to, w jakim znajdziemy się momencie życia - najlepsze być może wciąż jeszcze przed nami.
7/10


Kamienne pięści (Hands of Stone)
Nie będę owijał w bawełnę - uwielbiam dramaty sportowe. Biografie bokserów również. Nie widzę sensu specjalnie się nad tym faktem rozwodzić - jest to w pewien sposób naturalna kolej rzeczy dla kinomana, który obejrzał takie produkcje jak "Wściekły pies", "Człowiek Ringu", czy śledził z zapartym tchem fenomen nieśmiertelnego "Rocky'ego". Kino sportowe wysokiej jakości, to w przeważającej większości historie bokserskie - i w tym również nie ma żadnej wartej uwagi aberracji, bowiem jest to jeden z najstarszych sportów świata, do tego już od połowy ubiegłego wieku regularnie transmitowany przez media masowe, co uczyniło go zjawiskiem globalnym. W historii boksu znaleźć możemy wielkie wzloty i upadki, opowieści o determinacji, głupocie i bezwzględności - nie bez przyczyny bokserzy nazywani byli współczesnym odpowiednikiem mitycznych herosów.

"Kamienne pięści" opowiadają właśnie taką historię - bohatera narodowego, który na swoich barkach niósł nadzieję całego kraju, a swoimi dłońmi symbolizował hart ducha i siłę upodlonego społeczeństwa. Przy okazji był również nieznośnym bawidamkiem i chłopcem wyrwanym z ulicy, przed którym świat padł na kolana. Opowiada historię Roberto Durána.

Bokser w trakcie swojej nieprawdopodobnej kariery (trwała od 1968 do 2001 roku!) stoczył 119 pojedynków (wygrał 103, w tym 70 przez nokaut), zdobył tytuły mistrza świata w czterech kategoriach wagowych, m.in. przez bite siedem lat był niekwestionowanym czempionem wagi lekkiej. Jest uważany za jednego z najwybitniejszych bokserów wszech czasów (m.in. magazyn "Ring" umieścił go na 5-tym miejscu swojej listy w 2002 roku). Tytuł filmu stanowi tłumaczenie oryginalnego przydomka, jakim Durán był określany w czasach swojej wielkości "Manos de Pierda", po ang. "Hands of Stone". W rolę boksera wcielił się Edgar Ramirez i od razu muszę wyznać, że jest to wybór bardzo trafiony. Znakomita ekspresja aktora, połączona z dobrą charakteryzacją bez problemu budują autentyczność tej roli. Roli, która sama w sobie była wymagająca - Durán ma bowiem krewki charakter i oddanie jego rozterek stanowiło pewne wyzwanie aktorskie, któremu Ramirez podołał.

"Kamienne pięści" są poświęcone karierze Durána, ale film opowiada również o niespokojnych czasach, w jakich przyszło mu ją budować. Roberto urodził się w El Chorrillo - jednej z najbiedniejszych dzielnic Panama City - stolicy jednego z najbiedniejszych państw Ameryki Łacińskiej. W pierwszych scenach filmu obserwujemy młodego, umorusanego chłopca, którego rodziców nie stać nawet na edukację dzieci - czas spędza biegając wraz z przyjaciółmi po ulicach, snując plany rychłego podboju niedostępnego dlań świata bogaczy.

Panama była w tamtym okresie w istocie państwem ściśle kontrolowanym (i wyzyskiwanym) przez rząd Stanów Zjednoczonych, z czego panamscy obywatele doskonale zdawali sobie sprawę. Jednym z istotniejszych wątków drugiego planu "Kamiennych pięści" jest kontrola nad Kanałem Panamskim - drugiej co do wielkości (po Kanale Sueskim) i chyba najważniejszej na świecie sztucznej drogi wodnej łączącej oba Oceany, która stanowi kluczowy punkt w transporcie wodnym pomiędzy półkulami. Kanał został wybudowany w latach 1904-1914 za amerykańskie pieniądze, lecz z ogromnym poświęceniem miejscowych obywateli - w trakcie budowy zginęło około 25 tysięcy Panamczyków. W czasach Durána, Kanał wciąż pozostawał pod jurysdykcją USA, co skutecznie uniemożliwiało rozwój gospodarczy lokalnej społeczności i pogłębiało kryzys ekonomiczny całej Panamy.

Ten społeczno-polityczny kontekst jest o tyle ważny, że drugim głównym bohaterem "Kamiennych pięści" jest legendarny amerykański trener żydowskiego pochodzenia, Ray Arcel (Robert De Niro). Emerytowany coach, który wprowadził boks w erę telewizji i mediów masowych, wychował m. in. Jamesa Braddocka (bohatera "Człowieka ringu" z 2005) i dwudziestu innych mistrzów świata. Arcel został zmuszony do "przejścia na emeryturę" przez nowojorską mafię na początku lat 50., która sprzeciwiała się jego pomysłom transmisji meczów bokserskich w ogólnokrajowej telewizji. Uwolnienie rynku bokserskiego spod władzy mafijnych "capos" mogło spowodować spadek ich dochodów. Koniec końców, przełom i tak się dokonał, lecz bez udziału Arcela. Ten, w latach 50. został pobity ołowianą rurą przez "do dzisiaj niewykrytych sprawców", zagrożono mu również, że jeśli kiedykolwiek zarobi choć centa na trenowaniu bokserów, czeka go wizyta cyngli. Dopiero dwadzieścia lat później powrócił do branży, biorąc pod swoje skrzydła Roberto Durána (oraz Larry'ego Holmesa, kolejnego czempiona).

W filmie relacje na linii Arcel-Durán są początkowo niezwykle napięte. Utalentowany mistrz z Panamy nie chce słyszeć o walkach w USA, ani tym bardziej o treningach pod batutą znienawidzonego Jankesa. Dość szybko okazuje się jednak, że doświadczony trener przede wszystkim ma Duránowi do zaoferowania ogromną wiedzę i szansę na walkę o mistrzowski tytuł, który staje się obsesją bohatera. Pokonanie amerykańskiego czempiona, na jego własnej ziemi - to niemalże ziszczenie się biblijnego pojedynku Dawida z Goliatem. Durán zyskuje ogromną popularność w ojczyźnie, a jego sukcesy stają się społecznym fenomenem i rozpoczynają panamską walkę o faktyczną niepodległość - czyli uwolnienie Kanału spod jarzma Waszyngtonu. W ten sposób wątki polityczny i sportowy przenikają się w "Kamiennych pięściach" tworząc interesujący portret tych trudnych czasów, niejako definiujący również niezłomnego i niepokornego panamskiego ducha, którego symbolem na całym świecie stał się Roberto Durán.

Robert De Niro zagrał tutaj poważną rolę, w której - co piszę z dużym ukontentowaniem - zaprezentował się bardzo dobrze. Jest przekonujący i opanowany, niejednokrotnie ściera się z latynoskim temperamentem podopiecznego, niemal w każdej scenie zarysowany został również bagaż doświadczeń dźwigany na barkach wybitnego trenera. Z kolei, sam Roberto Durán został przedstawiony stereotypowo i wiarygodnie za jednym zamachem. Wyrwawszy się z wszechobecnej biedy i uciekłszy od permanentnego niedożywienia młody bokser nie żałuje sobie radości, na które nie mógł sobie wcześniej pozwolić. Objada się i upija do nieprzytomności, ma problemy z utrzymaniem odpowiedniej wagi i kondycji, ostatecznie daje się również skusić płci przeciwnej, chociaż złożył już śluby innej kobiecie. Jego kariera przypomina sinusoidę, w której za każdym kolejnym razem udaje mu się zebrać odpowiednio dużo sił i determinacji, aby w kluczowym momencie stanąć na nogi i wspiąć się na szczyt.

Do czasu, aż na swojej drodze spotka Raya Leonarda (Usher Raymond).

Popularny "Sugar" jest legendą jeszcze większą, niż sam Durán. Nie jest to czas, ani miejsce na wyliczanie jego dokonań, dość powiedzieć, że wśród bokserów niższych wag właśnie Ray Leonard i "Sugar" Ray Robinson (po którym zresztą Leonard wziął sobie cukrowy pseudonim) są uznawani za najwybitniejszych bokserów, jakich nosiła Ziemia. I niewiele zmieniają tu rekordy ustanawiane ostatnio przez Floyda Mayweathera Jr. Historia pojedynków Durána z Leonardem (a były takie trzy) jest tak pasjonująca, że z trudem powstrzymuje się od jej streszczenia na naszych łamach. Zapewniam jednak, że choćby dla samej pierwszej walki pomiędzy panami warto "Kamienne pieści" zobaczyć. Jest sfilmowana efektownie, a jej rezultat - tak jak w rzeczywistości - dość niespodziewany.

Sceny walk zrealizowano na ustabilizowanym już w ostatnich latach, bardzo przyjemnym dla oka i efektownym poziomie. Muzyka zapada w pamięci do tego stopnia, że część piosenek z soundtracku spokojnie może znaleźć się na Waszej playliście w siłowni, lub podczas jazdy rowerem. Opowiedziana w filmie historia jest rozległa: obejmuję sportową biografię, wspomniany społeczno-polityczny kontekst oraz wątki romantyczno-obyczajowe, lecz nie przeszkadza to w przyjemnym i satysfakcjonującym odbiorze całości. Jest to kino lekkie i proste, a zarazem podszywające się pod takie. Widz czuje, że ilustrowane na ekranie zwycięstwa Durána na ringowych deskach są w istocie zwycięstwami milionów przepełnionych nadzieją serc, a każda porażka jest czymś znacznie większym, niż sportowym niepowodzeniem jednego człowieka. Elementy obyczajowe w scenariuszu zupełnie nie przeszkadzają, głównie ze względu na przyzwoitą obsadę drugiego planu (piękna Ana de Armas w roli małżonki Felicidad, czy Oscar Jaenada jako przyjaciel-autorytet z dzieciństwa Chaflan).

Wszystko to uzupełniają wątki pasjonującej rywalizacji z Ray'em Leonardem, trudne relacje z trenerem Arcerem i wewnętrzne demony, z którymi Duran musi już radzić sobie bez niczyjej pomocy. Bo taki to był bokserski mistrz, którego największym przeciwnikiem był zawsze ten sam facet w lustrze. O szczegółach tej walki musicie jednak przekonać się na własne oczy. Ja serdecznie polecam - "Kamienne pięści" to jeden z najlepszych filmów bokserskich ostatnich lat, w moim prywatnym rankingu niewiele ustępujący "Creedowi" Ryana Cooglera.
8/10


Przebudzenie dusz (Ghost Stories)
"Ghost Stories" to opowieść szkatułkowa. W najprostszym przykładzie, kino tego rodzaju wygląda następująco: w ramach historii opowiedzianej w filmie, pojawia się bohater, który snuje swoją własną opowieść - która staje się głównym wątkiem produkcji. W tej opowieści w pewnym momencie pojawia się kolejna postać, której perypetie lądują na pierwszym planie. I tak dalej, etc...

W pewnym sensie konwencja opowieści szkatułkowej to seria "filmów w filmie", które oczywiście muszą posiadać jakąś cechę wspólną, zazębiać się i tworzyć logiczną całość. Kino tego rodzaju nie jest zbyt często praktykowane w dzisiejszych czasach, a trzeba wiedzieć, że za jedną z najwybitniejszych produkcji tego typu uchodzi nasz rodzimy film Wojciecha Jerzego Hasa z 1964 roku. Mowa o ekranizacji "Rękopisu znalezionego w Saragossie", która jest cudownym popisem reżyserskiej maestrii oraz aktorskich umiejętności Zbigniewa Cybulskiego. Cyfrową restaurację "Rękopisu..." sfinansował sam Martin Scorsese, wielki adorator polskiej szkoły filmowej, nazywający Hasa jednym ze swoich mistrzów.

W tym miejscu warto przyjrzeć się sylwetkom twórców "Przebudzenia dusz", ponieważ ich kariery zawodowe w naturalny sposób znajdują odzwierciedlenie w ostatecznej wersji filmu, branego na tapet w niniejszym tekście. Jeremy Dyson to jeden z twórców "Ligi Dżentelmenów" - popularnego brytyjskiego serialu komediowego, opartego na skeczach i utrzymanego w stylu legendarnych produkcji równie legendarnej ekipy Monty Pythona. Serial cieszy się na Wyspach statusem kultowego, pomimo że powstały tylko trzy sześcioodcinkowe serie (ostatnia w 2002 roku). Dyson był scenarzystą i pomysłodawcą odcinków, brał udział również w powrocie "Ligi..." w 2017 roku, kiedy to BBC wyemitowało trzy zupełnie nowe odcinki specjalne, z okazji 20-stu lat od premiery pierwszego odcinka.

Andy Nyman to człowiek odpowiedzialny za wieloletnią produkcję filmów, telewizyjnych show i programów z iluzjonistą Derrenem Brownem. Facet zrobił niemałą karierę na Wyspach Brytyjskich, a jego "magiczne" umiejętności (sam wielokrotnie podkreśla, że efekty osiąga dzięki skutecznej manipulacji uwagą widzów) doczekały się nawet nominacji do BAFT-y. Nyman, który ma również doświadczenie filmowe - grywał role trzeciego planu w pełnometrażowych produkcjach (m.in. "Pasażer" z Liamem Neesonem, a nawet... "Ostatni Jedi", gdzie zagrał szturmowca), podczas pracy nad sztuką teatralną zdecydował powierzyć sobie jedną z głównych ról. Wywiązał się z niej na tyle przyzwoicie, że ten angaż udało mu się utrzymać również w ekranizacji kinowej.

"Ghost Stories" nie ma ambicji wywracania kinematograficznych kanonów do góry nogami, ale ze strukturą "szkatułki" radzi sobie bardzo sprawnie. Film opowiada o Philipie Goodmanie - cieszącym się sławą "pogromcy hochsztaplerów" profesorze, który prowadzi program telewizyjny obalający domniemane, nadprzyrodzone umiejętności domorosłych magików. Goodman nie wierzy w siły nadprzyrodzone, a jego idolem jeszcze z czasów dzieciństwa jest inny paranormalny detektyw Charles Cameron, którego podziwiał w latach 70. Cameron jednak od wielu lat nie udziela się publicznie, jest uznany za zaginionego/zmarłego. Tymczasem, Philip otrzymuje od niego nagłe i tajemniczo brzmiące zaproszenie. W trakcie dziwacznego spotkania, Goodman zostaje przez swojego mistrza postawiony przed nowym zadaniem - racjonalnego wytłumaczenia trzech incydentów, które przyczyniły się do przedwczesnej emerytury Camerona.

Widz towarzyszy Goodmanowi w podróży przez zakamarki (zarówno te obskurne i wyjęte żywcem z horrorów, jak i urokliwe i utrzymane w klimacie noir) Wielkiej Brytanii, wysłuchując historii trzech pozornie niezwiązanych ze sobą postaci, które doświadczyły ingerencji Sił Nieczystych. "Szkatułka" całej opowieści zamyka się w dość niespodziewanym finale, ocierającym się (lekko) o surrealistyczne opowieści grozy autorstwa Poego czy Stefana Grabińskiego z końcowych lat XIX wieku.

Nie chcę zdradzać fabuły filmu, bo przez swoją archaiczną strukturę jest ona szczególnie narażona na wszelkiego rodzaju spojlery. "Ghost Stories" udanie nawiązują do klasyki brytyjskiego horroru, czyli produkcji kultowego studia Amicus Productions - miejsca, gdzie w 1974 roku narodziły się "Opowieści z Krypty", które zapewne znacie z serialowej, amerykańskiej wersji. Amicus z wielką chęcią sięgało po konwencje opowieści szkatułkowej - gros ich filmów to właśnie antologie przeróżnych opowiadań grozy sfilmowanych przy ograniczonym budżecie.

"Ghost Stories" problemów budżetowych nie ma - zagrał w nim nawet Martin Freeman, w roli jednego z bohaterów-narratorów (bardzo przyzwoita kreacja). Przyjęta metodyka narracji dała twórcom filmu możliwość sprawnego połączenia kilku gatunków horroru - poza wspomnianym surrealizmem mamy też klasyczne "poszukiwanie" duchów w podziemiach, film próbuje wystraszyć widza również kilkoma "jump-scare'ami", w innym segmencie postawiono na suspens i klimat: atmosfera jednej z opowieści daje się kroić grubym nożem i serwować w ramach deseru.

Co mi się w tym wszystkim bardzo podobało, to spójna koncepcja zespalająca pozornie oddalone od siebie historie, a także bardzo przyjemna (albo i nie) dla oka realizacja audiowizualna. Kiedy ma być strasznie - autentycznie tak jest, chociaż należy wspomnieć, że takich fragmentów jest niewiele. A już na pewno mogło być więcej, bo z klasycznym horrorem para reżyserów radzi sobie bez zarzutu. Film nie razi kiczowatymi efektami, a całość prezentuje wysoki poziom artystyczny. Wzgórza Wielkiej Brytanii ograno w duchu kina skandynawskiego, bez silenia się na przydługie sceny ekranowego bezruchu. Muzyka nadaje ton, zapada w pamięci zwłaszcza w scenach przy rzece, kiedy rozpakowana zostaje ostatnia niespodzianka, jaką duet Nyman & Dyson przewidzieli dla swojego bohatera i widzów.

W głównej roli jeden z reżyserów sprawdził się po prostu wiarygodnie, chociaż przyznam, że lepsze wrażenie zrobił na mnie chyba Paul Whitehouse (w roli ochroniarza starego, zabytkowego budynku). Oraz oczywiście Martin Freeman, który poniżej pewnego poziomu już nie schodzi - inna sprawa, że poza wypracowanym przez lata stylem gry aktorskiej, nie zaprezentował tutaj niczego nowego. Z obsadą w horrorach jest najczęściej taka sprawa, że zadaniem aktorów jest uwiarygodnienie rozwoju historii i nieprzeszkadzanie widzom. Pod tym względem do "Ghost Stories" nie można się specjalnie przyczepić. Zachowania bohaterów są logiczne, niewymuszone i nie powodują odruchu fejspalma.

Jedynym mankamentem, który wyraźnie dało się odczuć za pierwszym podejściem do recenzowanego tytułu, jest jego tempo. Pomimo niecałych 100 minut seansu, a także zawartych w filmie kilku historii spod znaku grozy, opowieść Nymana i Dysona cierpi na, właściwy dla konwencji szkatułkowej, brak koherencji. Przez większość czasu, film wydaje się trochę podziurawiony, nieprzemyślany i niedopracowany pod względem scenariusza. Na szczęście nie jest to duży dyskomfort, bo same historie rekompensują początkowy brak spójności. W finale wszystko staje się jasne, chociaż z drugiej strony - nie mogę też powiedzieć, że finał ów jest całkowicie zrozumiały. Po prostu zmianie ulega środek ciężkości całej historii i choć ten fabularny twist da się przewidzieć wcześniej - stanowi on całkiem zgrabne zakończenie tej oryginalnej produkcji.

"Ghost Stories" nie jest może typowym horrorem - sceny naprawdę przerażające można policzyć na palcach jednej ręki - ale jest na pewno horrorem wnoszącym autentyczny powiew świeżości w podlegający ciągłej reanimacji gatunek. Owszem, jest to kino zainspirowane przeszłością i niemal oddające hołd epoce retro-horroru, ale obecnie taki powrót to tak naprawdę interesująca odskocznia od klasycznych straszaków, które mają problem z wywołaniem jakiejkolwiek emocji u widza. "Ghost Stories" może nie porwie Was z fotela jak zeszłoroczne "To", czy "Obecność" Jamesa Wana, ale z pewnością zapewni półtorej godziny porządnej rozrywki z dreszczykiem.
7/10


Kler
Przed kilkoma laty tragiczne wydarzenia połączyły losy trzech księży katolickich. Teraz, w każdą rocznicę katastrofy, z której cudem uszli z życiem, duchowni spotykają się, by uczcić fakt swojego ocalenia. Na co dzień układa im się bardzo różnie. Lisowski (Jacek Braciak) jest pracownikiem kurii w wielkim mieście i robi karierę, marząc o Watykanie. Problem w tym, że na jego drodze staje arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos), pławiący się w luksusach dostojnik kościelny, używający politycznych wpływów przy budowie największego sanktuarium w Polsce... Drugi z księży – Trybus (Robert Więckiewicz) w odróżnieniu od Lisowskiego jest wiejskim proboszczem. Sprawując posługę w miejscu pełnym ubóstwa, coraz częściej ulega ludzkim słabościom. Niezbyt dobrze wiedzie się też Kukule (Arkadiusz Jakubik), który – pomimo swojej żarliwej wiary – właściwie z dnia na dzień traci zaufanie parafian. Wkrótce historie trójki duchownych połączą się po raz kolejny, a wydarzenia, które będą mieć miejsce, nie pozostaną bez wpływu na życie każdego z nich.
— opis dystrybutora—

Przytoczenie skróconego opisu fabuły filmu, jest uzasadnione i potrzebne widzowi - nawet jeżeli film już widzieliśmy. Jest to ekstrakt z wyselekcjonowanych przez reżysera scen, w których doprawdy trudno jest odnaleźć zaprezentowaną wyżej narrację. Ten sprytny opis sugeruje widzom, że oglądając "Kler" będą mieli do czynienia z rodzajem opowieści obyczajowej, zorientowanej na perypetie bohaterów-księży, ulokowanych na różnych szczeblach kościelnej hierarchii.

W praktyce, Smarzowski swoją narrację buduje za pomocą rwanych scen, wybrzmiewających uniesień i wszechobecnej hiperboli. "Spotkanie" upamiętniające rocznicę to zwykła libacja alkoholowa, z której trudno wyłuskać nawet strzępek informacji o bohaterach. Kończy się trzema scenami ilustrującymi degrengoladę stanu duchownego: od pijaństwa w aucie po alkohol w konfesjonale.

Wszyscy, którzy znają poprzednie produkcje Smarzowskiego doskonale zrozumieją, o co mi chodzi. To nie jest interesująca historia obyczajowa z dużym wątkiem w tle. "Kler" to festiwal ludzkiego zbrukania, podrasowany widokiem sutanny i biskupiej mitry. W filmografii reżysera - naturalna konsekwencja obranej drogi, nic nowego pod smarzowskim Słońcem. Pokazywał to w "Drogówce", "Róży", "Pod Mocnym Aniołem". Teraz powiela ten format w "Klerze", choć tym razem chyba po raz pierwszy nieco mocniej zacisnął więzy swojej twórczości. Owszem, Smarzowski przedstawia swoich bohaterów z jednoznaczną tezą, choć nie jest ona pozbawiona drobnych wybiegów i forteli, które nadają jej pozór ostrożności i asekuranctwa.

Nie przemawiają do mnie argumenty, że "Kler" przepracowuje księżowskie przywary w ujęciu ludzkim. Za każdym razem, kiedy jest możliwość zastosowania wyolbrzymień, zaakcentowania słabości, hipokryzji, czy innego wymiaru zepsucia - reżyser skwapliwie korzysta z okazji. Widzimy więc uwielbiany przez twórcę alkoholizm, przesadną wulgaryzację języka, a także chciwość i zachłanność, bezwzględność, nadużywanie władzy i zaufania. Pieniądze za ślub, cenniki za pogrzeb, czysta perfidia w dążeniu do zagwarantowania sobie komfortu - to charakteryzuje niemal wszystkich bohaterów filmu.

Środowisko "Kleru" jest środowiskiem zepsutym, zbrukanym latami nadużyć i związanym z dostojeństwem przekonaniem o bezkarności. Biskup Mordowicz to pozbawiony skrupułów kłamca, manipulator i krwawy baron kościelnego, krakowskiego lenna. Jego przyboczni uwijają się wkoło z wywieszonym jęzorem, niczym nadworne sługi, a przedstawiciele władzy i biznesu to kolejne rekiny dzielące unijne dotacje i pieniądze za zwycięstwo w przetargach.

Pomimo, że Smarzowski stara się lawirować pomiędzy ostateczną oceną swojej trójki głównych postaci, reszta tej historii to już znany i przyrządzony w ten sam sposób posiłek: Świat jednoznacznie zły, jednowymiarowo zepsuty, ociekający kroplami łez bezsilnych ofiar i czterdziestoprocentowym toastem bezwzględnych drapieżców. Można się tym światem zachwycać, można doceniać jego konstrukcję i wymowną siłę wyrazu, którą reżyser momentami osiąga, ale nie można w moim przekonaniu dorabiać do niego łatki naturalizmu i nazywać wiarygodnym.

Świat "Kleru" to hiperbola, na którą należy patrzeć z lekko przymrużonym okiem - chociaż nie chodzi mi o satyryczne ujęcie tematu. Zdumiewające, że film bywa opisywany jako "komediodramat". Jednak sam Smarzowski zupełnie nie pomaga w przyjęciu takiej optyki - przede wszystkim ze względu na poruszaną tematykę pedofilii, jak również przez swój kontrastujący warsztat i dobór narzędzi. W "Klerze", podobnie jak w innych dziełach, reżyser przyjmuje perspektywę martyrologiczną, której znakiem rozpoznawczym jest granie na emocjach widza. Przyjrzyjmy się więc trójce głównych bohaterów.

Ksiąc Kukuła (Arkadiusz Jakubik) to żarliwy duchowny, który ma problemy z przeszłością. A reżyser filmu - problemy z narracją, ponieważ interpretacja jednego z kluczowych wątków związanych z tą postacią wymaga bacznego przyjrzenia się poszczególnym sekwencjom i wystosowania słusznych wniosków. Więcej w oddzielnej sekcji spoilerów ♠.

Kukuła to postać, która przechodzi w trakcie filmu największą przemianę i najbliżej jej do oczyszczającego w teatrze greckim katharsis. Ludzką stronę tego charakteru budują przede wszystkim sekwencje, w których Jakubik zostaje sam na sam z kamerą - aktor daje z siebie bardzo wiele, jest wiarygodny i autentyczny. Targające nim sprzeczności i bezsilność ostatecznie jednak prowadzą do bardzo tandetnego i pretensjonalnego finału, w którym naturalizm tej postaci zostaje zdezaktualizowany przez tanią symbolikę i zupełnie niepotrzebne dążenie reżysera do ikonicznego spuentowania swojego dzieła.

Robert Więckiewicz jako Trybus jest prowincjonalnym księdzem z prowincjonalnymi problemami. Reżyser ma z nim trudność, polegającą na braku pomysłu na tę postać w pierwszej połowie filmu. I nawet późniejsze kilka przejmujących scen i dialogów z udziałem bohatera nie zmienią faktu, iż przez pierwsze 60 minut występ Więckiewicza mógłby się ograniczyć do dwóch-trzech wejść. Inna sprawa, że sam aktor w roli księdza wypada wybitnie nieprzekonująco. Podobnie jak Joanna Kulig, której rolę gosposi spokojnie można było powierzyć komukolwiek innemu - różnica byłaby niezauważalna.

Wreszcie ks. Lisowski, czyli Jacek Braciak - to ambitny karierowicz z koneksjami. Pnie się w górę kościelnej hierarchii, choć jego osobiste motywacje długo pozostają w sferze domysłów. Przez dużą część seansu postać Lisowskiego jest bardzo sprawnie budowana, bez jednoznacznego określenia roli, jaką ma odegrać w opowiadanej historii. Zabieg jest znakomity, a aktor również dołożył swoją cegiełkę do tego efektu. Smarzowski snując swoją opowieść, daje Lisowskiemu wszelkie narzędzia i okoliczności, do przełamania filmowego dekadentyzmu, do zbudowania narracji wzorem produkcji zachodnich - w których nawet jeżeli nie triumfuje dobro, to chociaż zostaje zachowana równowaga pomiędzy odwiecznymi siłami. Smarzowski pozostaje jednak wierny swojej autorskiej wizji, której na wszelki wypadek konkretyzował nie będę.

Wszystkie trzy postaci przechodzą w trakcie filmu pewną ewolucję, chociaż bardziej skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że w istocie to nastawienie widza w stosunku do tej trójki podlega ewolucyjnym zmianom. W warsztacie reżysera jest to pewne novum i oznaka wspomnianej asekuracji: "Kler" w pewnym sensie posiada bohaterów pozytywnych. Poszukujących i jednocześnie bezsilnych w swoich poszukiwaniach - te spełzają na niczym w obliczu całego środowiska, które toczy zgnilizna. Warto jednak zauważyć, że pozytywizm bohaterów jest do pewnego stopnia pozorny. Trybus, czy Jakubiak powodowani są strachem o własną skórę (a może duszę?), a Lisowskim kieruje tylko i wyłącznie pragmatyzm uświęcający wszelkie środki prowadzące do celu. To dość jednoznaczna manifestacja, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że film traktuje o wspólnocie duchownych.

W ten sposób dochodzimy do głównego wniosku, jaki nasuwa mi się po seansie "Kleru". Podobnie jak w przypadku poprzednich produkcji reżysera, jest to film niewygodny, niejednoznaczny, nieprecyzyjny i (wiem, że czekacie) niekoherentny. Reżyser w swoim stylu ucieka się do niespójności, przesadnych wyolbrzymień i symbolizmu. Podejmuję próbę dogłębnego i interesującego studium ludzkiej psychiki, ale badanie to zostaje przeprowadzone w warunkach ambulatoryjnych, gdzie naturalizm odzierany jest z wiarygodności przez abstrakcyjną i jednowymiarową konstrukcję świata.

Zdaję sobie sprawę, że ten warsztat reżyserski cieszy się w naszym kraju ogromną estymą i szacunkiem. Mimo tego, nie przemawia do mnie gatunkowy kolaż przełamujący czwartą ścianę wystudiowanymi grymasami bólu dorosłych ofiar pedofilii (ta scena była kompletnie niepotrzebna). Filmografia światowa ma ogromne sukcesy na polu przepracowywania narodowych traum i społecznych tabu - wystarczy sięgnąć po amerykańskie produkcje o Wietnamie, czy brytyjskie o Irlandii Północnej, ba - wystarczy nawet zerknąć na dorobek krajowych mistrzów: Andrzeja Wajdy, Agnieszki Holland. W każdym z tych przypadków, omawiane problemy utkane zostały w klasyczną, uniwersalną opowieść o zrównoważonym ładunku emocjonalnym.

Smarzowski świadomie rezygnuje z tej równowagi. Buduje obraz przerażający, mający widzem wstrząsnąć i pobudzić do refleksji. Czy słuszne? Biorąc pod uwagę poruszaną tematykę, możliwe że tak. Czy skutecznie?

Cóż, nie będę owijał w bawełnę - poza czterema naprawdę świetnie zrealizowanymi i uderzającymi scenami, seans "Kleru" jest długi i nużący. Sceny statyczne, których usunięcie nie wpłynęłoby specjalnie na treść filmu stanowią dobre 15-25 minut całości. Bohaterowie, mimo subtelnej narracji i dokładnego studium charakterów - nie wzbudzają większego zainteresowania. To zresztą jest mój zarzut w stosunku do wielu poprzednich produkcji W.S. - od początku wiadomo, jaki jest ciężar gatunkowy i do czego jego rozwój będzie prowadzić. Ciężko w tym znaleźć miejsce na budowanie porywających emocji, kluczenie. Seans należy do gatunku tych męczących - powoduje uczucie dyskomfortu, a w skrajnych przypadkach ambiwalencje i... senność. Dwie osoby na sali kinowej smacznie spały, chrapiąc tak głośno, że i mnie przeszło przez myśl czy nie sprawdzić, co jest za zamkniętymi powiekami.

Pod względem technicznym - wszystko jest na miejscu. To znaczy na miejscu w warsztacie Smarzowskiego - czyli: muzyki nie ma, udźwiękowienie to jakieś stukanie po rurach kanalizacyjnych, na taśmę filmową założono najzimniejszy filtr na rynku, a kadry skomponowane są z pomysłem i "niejednoznacznie". Film, jak wspomniałem, przypomina trochę kino naturalistyczne, chociaż i ta forma załamuje się pod ciężarem pretensjonalnego finału. Operatorka to również kontrast: ładnie skomponowane kadry przeplatają się z brzydotą kaset VHS i nieuważnego filmowania "z ręki". Końcowy efekt, to uznany przez jednych, a niestrawny dla drugich Wojtkowy specjał: miszmasz kaszy z owocami.

Aktorzy, poza wspomnianymi Więckiewiczem i Kulig, spisali się koncertowo. Janusz Gajos to klasa sama w sobie, chociaż w tym przypadku miałem wrażenie, że powielił on swoją kreację z "Układu Zamkniętego", a sięgając jeszcze dalej - to nawet z "Psów" Pasikowskiego. Jakubik i Braciak pokazali ogromny potencjał, zwłaszcza ten pierwszy - mimo uderzającego podobieństwa do innych ról u W.S. - zaprezentował umiejętności, o które bym go nie podejrzewał. Pan Jacek Braciak posiada tę niezwykłą właściwość, że zawsze ogląda się go z przyjemnością. I nie zepsuł tego nawet grobowy nastrój scenariusza.

Reasumując ten przydługi wywód na temat "Kleru", mam ochotę nie wystawiać mu żadnej noty.

Z jednej strony wydaje się najbardziej zbliżonym do mainstreamu filmem autora, co wypada przecież bardzo wysoko ocenić, również ze względu na daleki od mainstreamu, artystyczny styl Smarzowskiego, wypracowany na przestrzeni lat.

Jest wiec 'Kler' jego największym sukcesem jako twórcy, dzięki któremu jego autorska, artystyczna wizja dotarła do naprawdę Wielkiej Widowni.

Jednocześnie, jak na autorską wypowiedź w tak istotnej i ważnej społecznie sprawie, jest "Kler" przekazem wyjątkowo ubogim i oszczędnym. Okazuje się, że poza standardami swojego warsztatu: dekadencją i martyrologiczną przekorą, którą uzupełniły interesujące portrety psychologiczne i zapadające w pamięć sceny o potencjale pokoleniowym, niewiele miał Smarzowski do opowiedzenia. W efekcie, film potrafi znużyć i momentami jest po prostu nudny. Narracja się ciągnie, a brak równowagi ciąży na widzu, co składa się ostatecznie na niepozbawioną wad, lecz z pewnością wartościową i wartą uwagi całość.

Bardzo możliwe więc, ze 'Kler' stanie się dla Smarzowskiego tym, czym 'Infiltracja" dla Martina Scorsese. Lub, zachowując rodzime proporcje: "Człowiek z żelaza" dla Andrzeja Wajdy. Filmem "największym", najszerzej komentowanym, obficie obsypanym nagrodami i powszechnie docenionym. Chociaż być może wcale nie najlepszym.

Ja osobiście zauważam w nim zmarnowany potencjał, bo staram się zawsze mierzyć siły na zamiary. I podobnie jak przy "mniejszych", często zahaczających o amatorstwo produkcjach zdarza mi się spojrzeć na nie łagodniejszym okiem, tak w przypadku uznanych nazwisk dostosowuje swoje oczekiwania do możliwości twórców. "Kler" mógł być ważnym komentarzem dla niezwykle trudnego problemu, a być może nawet dziełem, po którym widownia zbiera zęby z podłogi. Ostateczny efekt jest jednak taki, że widzom zdarza się przysypiać, bo narracja kuleję, a psychologiczne studium zostaje zagłuszone przez uproszczenia i pretensjonalność.

Nie uważam, żeby był to film uderzający w polskie duchowieństwo - o ile polskie duchowieństwo nie odnajduje się w żadnej z zaprezentowanych w filmie klisz i stereotypów. Jest dla mnie jasne, że przedstawione w "Klerze" wydarzenia mogą (i mają) mieć miejsce w jednostkowych przypadkach, które prawdopodobnie zdarzają się częściej, niż mi się wydaję. I z tego powodu, uważam że "Kler" największe wrażenie zrobi właśnie na duchownych - stanowi "krzywe zwierciadło", w którym powinni się przyjrzeć Ci, na co dzień oglądający grzechy swoich wiernych.

Nie uważam też, żeby był to film otwierający ludzkie serca i przełamujący społeczną niechęć do dialogu o pedofilii w kościele - jest zbyt metaforyczny, zbyt hiperboliczny, zbyt świadomie przekłamany, żeby można było na jego podstawie wysnuwać słuszne wnioski. Tzn. wnioski wyciągać można zawsze, ale w tym przypadku byłaby to głupota idąca ramię w ramię z zastosowanymi w filmie uproszczeniami.

Smarzowski, z właściwą sobie nieelegancją i wulgarnością przekazu zwrócił w nim uwagę na problem instytucji Kościoła. W gruncie rzeczy, zrobił to samo, co przy każdym swoim poprzednim filmie. Jedyna, ale i zasadnicza różnica polega na tym, że problem poruszany w "Klerze" jest ze wszech miar aktualny, ważki i społecznie potrzebny.

I właśnie dlatego, to bardzo dobrze, że "Kler" powstał: że pobije dziesiątki rekordów popularności i wywoła ogólnonarodową dyskusję, że Smarzowski znów zostanie uznany za piewcę pokolenia. Bo na tym polega kultura, jej fenomen jako zjawiska: potrafi urodzić owoce, które fermentując prowadzą do społecznych przemian. Smarzowski - niewątpliwie utalentowany i ambitny twórca - w produkowaniu takich, wywołujących ferment owoców jest świetny.
Wciąż jednak czekam na owoc, którym będzie po prostu świetny film.
6/10


The Meg
Fabuła jest zdecydowanie pretekstowa: Grupa badaczy operująca na finansowanej przez milionera stacji badawczej położonej w najgłębszym zakątku Oceanu Spokojnego - czyli w Rowie Mariańskim, odnajduje sekretne i ukryte przed ludzkością przejście do niezbadanej dotychczas głębi, w której żyją istoty wymarłe miliony lat temu. Jedną z nich jest tytułowy megalodon, któremu udaje się wydostać przez "granicę termalną" oddzielającą prehistoryczny, jurajski akwen od cywilizowanej części oceanu. Do opanowania sytuacji (i uratowania uwięzionych w głębinie badaczy) zostaje przywołany Jonas Taylor - jedyna osoba na świecie, która potrafi ocalić życie 11 osób zabijając przy tym mierzącą ponad 20 metrów bestię. Jonas jest na emeryturze - kilka lat wcześniej został zdyskredytowany podczas jednej z prowadzonych przez niego akcji ratunkowych. Mamy więc klasyczny motyw bohatera kina akcji: odkupienie win i ratunek, który na zawsze ma zmazać plamę po kontrowersyjnej przeszłości.

"The Meg" z utrzymaniem atencji widza radzi sobie jednak kiepsko. Trwa niecałe dwie godziny i jest to seans niepotrzebnie rozwleczony. Wartka akcja rozpoczyna się mniej więcej po 40 minutach, później jest jednak przerywana kolejnymi suspensami: a to przesadnie rozbudowanym wątkiem melodramatycznym, który nijak nie pasuje do absurdalnej konwencji filmu, a to skazanym na niepowodzenie aktem bohaterstwa jednej z badaczek, a to kolejnym etapem walki z niezmordowaną istotą sprzed plejstocenu.

Oprócz Stathama, z tła postaci drugoplanowych wyróżnia się postać oligarchy finansującego całe to przedsięwzięcie naukowe. Milionera w sposób ekstrawagancki odgrywa tutaj legenda serialu "The Office" - Rainn Wilson. Jest to drugi bohater wprowadzający "comic relief" w nieco abstrakcyjnie poważnym tonie całego filmu. Dzięki tej dwójce "The Meg" ogląda się całkiem przyzwoicie - film nie próbuje udawać, że scenariusz zasługuje na poważne traktowanie przez widzów. Seans sprawia przyjemność, zakładając oczywiście, że do filmu podchodzimy z perspektywy kanapowej, dając swoim szarym komórkom dłuższą chwilę wytchnienia. Zwłaszcza w scenach "głębinowych", ukazujących oceaniczne przestrzenie i samego megalodona, film potrafi zbliżyć się do poziomu kinowego widowiska i dostarczyć satysfakcji.

Zarzuty można mieć, jako rzekłem wyżej, do tempa przedstawionej akcji - fabuła wije się niepotrzebnie, zgodnie z książkową chronologią przynudzając sztampowymi scenami ekspozycji bohaterów ("jesteś jedyną osobą na świecie, która może tego dokonać, Jonas!"). Jak na mój gust, zbyt dużo czasu poświęcono tutaj powiązaniom romantyczno-familijnym ekranowych postaci. Jonas schodzi do głębi ratować byłą małżonkę, a wtóruje mu próbująca się wykazać azjatycka córka wybitnego naukowca Syuin (Bingbing Li), która na stacji badawczej próbuje przy okazji wychować pozbawioną ojca córkę. Trafia się również romantyczny Azjata w typie japońskiego kamikaze. Ten miszmasz powagi i absurdu, romantycznych motywacji i brutalnej walki o przetrwanie sprawdza się tylko do pierwszych dwóch-trzech suspensów. Całość posiada jednak kilka dodatkowych scen walki z mega-żarłaczem, które nie wywołują już nawet neutralnie uniesionej powieki kanapowego oglądacza - co sprawia, że film posiada niewielki, acz zauważalny potencjał leczenia bezsenności.

Sam megalodon przedstawiony jest porządnie, chociaż naprawdę imponujące wrażenie robi bodaj jedna scena, w dodatku z gatunku "jump scare". CGI jest niekoherentne - raz rekin wygląda na olbrzyma, innym razem rozmiarami nie przysłania niedużej łodzi badawczej. Efekty specjalne wolałbym pozostawić bez komentarza - napisze jedynie, że biorąc pod uwagę 130-milionowy budżet produkcji, poczułem się nieco rozczarowany. Zwłaszcza w przypadku scen "na ostrzu noża", kiedy główni bohaterowie dosłownie ocierają się o śmierć w paszczy prehistorycznego monstrum, całość niebezpiecznie zbliża się do komicznego poziomu prezentowanego w kultowej serii "Rekinado". Z drugiej strony, widać również dofinansowanie niektórych - zapewne wyselekcjonowanych na potrzeby materiałów promocyjnych - scen, w których megalodon jest szczegółowo dopracowany i odpowiednio przerażający.

Mimo tych niedociągnięć realizacyjnych, wypada pochwalić scenografię i estetykę filmu. Atmosfera podwodnych podróży w niezbadane rejony oceanicznej głębi potrafi wciągnąć i dostarczyć miłych, wizualnych wrażeń. Zdjęcia - poza nierównym CGI - prezentują się dobrze. Muzyka pełni w "The Meg" rolę wybitnie drugoplanową - do tego stopnia, że pomimo niewielkiego czasu, jaki minął od seansu - nie jestem w stanie o niej niczego konkretnego napisać.

Reasumując, produkcja nastawiona na dostarczenie widzom efektownej rywalizacji z fantastycznym stworem w dużym stopniu spełnia swoją rolę. Nie jest pozbawiona wad. Film niepotrzebnie kluczy w rozbudowanej do granic wytrzymałości akcji, ma też ogromne braki w logice ekranowej i chwyta się prostych, banalnych trików scenariuszowych. Na szczęście, ratują go niezłe - w kontekście gatunku - kreacje Stathama i Wilsona, oraz oczywiście sama postać przerażającego potwora, która poprzez swoją obecność na ekranie, wywołuje u widza emocje i ciekawość. Ostatecznie, jest to produkt przeznaczony przede wszystkim dla miłośników filmów-odmóżdżaczy, a także pasjonatów tematyki głębinowej i dawno wymarłych stworów, które niegdyś rządziły naszą planetą. Tak zakrojona grupa docelowa okazała się wystarczająco uniwersalna, by przynieść twórcom grubo ponad 500 milionów dolarów zysku z box office. Mnie to nie dziwi, sam w okresie premiery rozważałem wakacyjny, luźny wypad do kina.

Na szczęście, obecnie film jest dostępny na platformach streamingowych, a lada dzień doczeka się wydania DVD/Blu-Ray. Z braku sensowniejszych alternatyw można więc po "The Meg" sięgnąć - nie jest to kino na poziomie nowych "Jurassic World", ale może to i dobrze? Przynajmniej nie udaje czegoś, czym nie jest.

PS. Aha, biorąc pod uwagę wyniki box office, bardzo prawdopodobne jest, że w niedalekiej przyszłości megalodon powróci - pisarz Steve Alten zrobił z historii cykl, który obecnie zamyka się na ośmiu tomach. Strach się bać!
5/10

_________________
A może to luksus, żyć tylko pięć lat?

since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 5 grudnia 2018, o 16:08 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4124
74994 - taki jest limit znaków dla jednego posta na Forum. Dowiedziałem się o tym przeklejając recenzję z głównej.
Kurde, dobre trzy doktoraty już tu napisałem :)

ciąg dalszy:

Bohemian Rhapsody
Brytyjski zespół Queen to niekwestionowana legenda muzyki. Jeden z najbardziej nieprzewidywalnych, najczęściej eksperymentujących i poszukujących zespołów rockowych, jaki kiedykolwiek zawładnął masową publicznością. Jego wokalista, Freddie Mercury jest uznawany za jednego z najwybitniejszych piosenkarzy wszechczasów, operujący ponad czterooktawową skalą głosu, był dla wielu wzorem scenicznego magika, który jak nikt inny potrafił zawładnąć umysłami i emocjami zgromadzonej publiczności

Queen sprzedał na całym świecie ponad 200 milionów płyt, co stawia go w jednym szeregu z The Beatles, Madonną, Elvisem Presley'em, Led Zepplin, czy Michalem Jacksonem. Jeden z największych gigantów świata rozrywki doczekał się wreszcie - po ośmiu latach starań - filmu biograficznego, opisującego powstanie i rozwój zespołu. Premiera "Bohemian Rhapsody" to jedno z najważniejszych wydarzeń filmowych 2018 roku. Po wieloletnich problemach producenckich, a także zwolnieniu głównego reżysera na dwa tygodnie przed końcem zdjęć, masa oczekujących fanów zespołu miała powody do obaw. Zarówno o spójność opowiedzianej historii, jak i odpowiednią jakość prezentowaną przez wykonawców.

Wszystkich spieszę jednak uspokoić. "Bohemian Rhapsody" nie zawodzi, a legenda Królowej nareszcie doczekała się godnego jej upamiętnienia na wielkim ekranie.

Pierwsze zapowiedzi dotyczące produkcji pochodzą z 2010 roku, kiedy Brian May w wywiadzie dla BBC zapowiedział, że pracę koncepcyjne są na zaawansowanym etapie. Z wywiadu gitarzysty zespołu dowiedzieliśmy się również, że Freddiego Mercury'ego ma zagrać... Sacha Baron Cohen. Ostatecznie brytyjski komik nie dogadał się z producentami (wśród których był May i inni członkowie zespołu) co do ostatecznego kształtu całości (można się domyślać, w jaką stronę Cohen chciał podążać pod kątem scenariusza). W 2013 roku projekt nadal stał w miejscu, a twórcy nie mogli dojść do porozumienia ani w sprawie obsady, ani ostatecznego kształtu skryptu. Sytuację zmienił w 2015 roku Nowozelandczyk Anthony McCarten - pisarz, scenarzysta i dramaturg, odpowiedzialny m.in. za scenariusz do zeszłorocznego "Czasu Mroku" z wybitnym Garym Oldmanem w roli Winstona Churchila (film oparto na sztuce McCartena). Zatrudniony przez Maya i Jima Beacha (wieloletniego agenta Queen) dostarczył satysfakcjonujący wszystkie strony szkic zatytułowany "Bohemian Rhapsody" i produkcja wreszcie mogła nabierać realnych kształtów. Do głównej roli w filmie zakontraktowano znanego z serialu "Mr. Robot", laureata Emmy, amerykańskiego aktora Ramiego Maleka. Facet przyznał później, że w momencie podjęcia decyzji o udziale w filmie, niewiele wiedział o samym zespole i postaci, w którą miał się wcielić.

Malek szybko nadrobił zaległości, będąc pod ogromnym wrażeniem charyzmy i scenicznej ekspresji, z jakiej słynął Mercury, postanowił wziąć specjalne lekcje warsztatowe mające pomóc mu w wiarygodnym odzwierciedleniu bohatera. Studiował m.in. sposób poruszania się po scenie Arethy Franklin i Dawida Bowiego - gwiazd, na których wzorował się sam Freddie. W międzyczasie, producenci dogadali się z Bryanem Singerem (dotychczas specjalistą od ekranizacji komiksów: cztery części "X-Men", a także "Powrót Supermana"), który został reżyserem filmu. Zdjęcia zaplanowano na jesień 2017, ale projekt czekało jeszcze jedno trzęsienie ziemi. Singer nie powrócił na plan filmowy po Święcie Dziękczynienia, tłumacząc się sprawami zdrowotnymi i osobistymi. W tamtym momencie powstała już większość materiału, a w kalendarzu studia proces kręcenia filmu miał trwać jeszcze tylko dwa tygodnie. Producenci podjęli decyzję o zwolnieniu Singera, a dokończenie zdjęć powierzono Dexterow Flechtcherowi, który był wcześniej przymierzany do stołka reżyserskiego. Fletcher wypełnił zadanie, ale na liście płac zajmuje miejsce producenta wykonawczego - reżyserię przypisano ostatecznie Singerowi.

"Bohemian Rhapsody" zadebiutowało w brytyjskich kinach 24 października, a tydzień później - w Polsce. Film wywołuje ogromne emocje, cieszy się uwielbieniem fanów i umiarkowanym sceptycyzmem krytyków. Wyżej podpisany należy do fanów muzyki tego wybitnego zespołu, toteż lojalnie ostrzegam - nie znajdziecie w tym tekście doszukiwania się dziury w całym, utyskiwania na mętną narrację czy brak obiektywizmu w przedstawionych wydarzeniach.

Ta napisana przez życie historia ma wystarczający potencjał, by porwać milionową widownię. Głównym wyzwaniem stojącym przed ekipą realizacyjną było odarcie jej z niepotrzebnych i zbędnych szczegółów, tak jak rzeźbę wykuwaną w kamieniu należy po prostu pozbawić niepotrzebnych fragmentów. Oczywiście, nie jest to zadanie łatwe, a w tym przypadku wyglądało na wręcz karkołomne. Wokół zespołu urosło tyle legend i kontrowersji, że niepodobna było rozprawić się z nimi w 120 minut. McCarten zdawał sobie z tego sprawę, dlatego napisał scenariusz niepozbawiony trudnych kompromisów i cięć fabularnych, ale trzymający całość w ryzach gatunkowych kinowej rozrywki.

Film rozpoczyna opowieść w czasach, kiedy May i Taylor (perkusista) grali jeszcze w "Smile" - swoim poprzednim zespole, który Freddie śledził na koncertach. Po jednym z występów, Farrokh Bulsara zagaduję do członków "Smile", opuszczonych własnie przez wokalistę, który stwierdził, że ma lepsze rzeczy do roboty, niż weekendowe rozbijanie się po brytyjskich pubach i granie dla garstki publiczności. Niechęć Maya i Taylora do postaci Bulsary, który ma "ponadprogramowy" zgryz i wystające z jamy ustnej siekacze (Malek nosi na ekranie specjalną protezę), kończy się w momencie zaintonowania przez niego fragmentu piosenki. Odtwarzający główną rolę Rami Malek popisuje się tutaj (i w kilku innych scenach filmu) umiejętnościami wokalnymi, do których nie sposób się przyczepić. Chłopaki się dogadują, co daje początek muzycznej legendzie Queen.

Relacje pomiędzy członkami zespołu są jednym z najmocniejszych elementów filmu. Sarkastyczne i dowcipne podejście do życia wszystkich członków, połączone z pewnością siebie i przekonaniem, że wspólnie stworzą coś ponadczasowego, niemal wylewają się z ekranu. Nie jest to jednak próżność i buta, a raczej wywołująca sympatię młodzieńcza fantazja i artystyczna odwaga. Od początku widać, że zespół tworzony przez takich oryginałów ma niemal nieograniczone możliwości. W budowaniu tego zajmującego obrazu wydatnie pomagają odtwórcy - obsada filmu jest po prostu wyrazista. Na pochwały zasługują wszyscy członkowie bandu: Gwilym Lee jako Brian May imponuje swoim stoickim spokojem i poczuciem humoru, nawet w obliczu poważnych konfliktów. Świetny jest również Ben Hardy, który wyraziście odtworzył postać charyzmatycznego i narwanego kompozytora i perkusisty Rogera Taylora. Joseph Mazzello (to ten chłopiec Tim z pierwszego "Parku Jurajskiego", dacie wiarę?) jako zdystansowany basista John Deacon operuje głównie - zgodnie z rzeczywistością - wystudiowanymi, sarkastycznymi grymasami i rozbrajającym spojrzeniem.

Całości dopełnia oczywiście Malek, który znakomicie wcielił się w rolę zniewieściałego i niepewnego Mercury'ego, który podczas nagrywania i rozgrywania koncertów stawał się prawdziwą bombą energetyczną. Kapitalna, pełna kreacja, oddająca nawet detale takie jak charakterystyczna intonacja głosu, mimika twarzy i tiki nerwowe bohatera. Moim zdaniem - nominacja do Oscara byłaby tutaj jak najbardziej na miejscu.

Chociaż osią fabularną filmu jest powstanie i rozwój kariery zespołu, dużą w nim część - co naturalne - zajmuje kontrowersyjna postać Freddiego. Jego pierwsza miłość do Mary Austin (bardzo dobra Lucy Boynton) z początku wydaje się uczuciem absolutnym, ponadczasowym i niezmiennym. Później jednak, w miarę rozwoju swojej kariery, Freddie zaczyna ulegać niedostępnym i nieznanym wcześniej pokusom. Zagubienie bohatera świetnie zaprezentował Malek, oddający się roli w pełni, budując wiarygodną postać z krwi i kości.

Film jednak nie próbuje być rachunkiem sumienia kontrowersyjnego wokalisty zespołu - nie należało się tego spodziewać, zwłaszcza biorąc pod uwagę kto jest odpowiedzialny za jego produkcję. "Bohemian Rhapsody" to pełen empatii życiorys, oddający problemy i wewnętrzne rozterki, z którymi Mercury się zmagał, opowiedziany z perspektywy osób mu bliskich i za nim tęskniących. Nie oznacza to, że całość przypomina tandetną laurkę - historia bohatera jest na tyle zawiła, że w przypadku kilku scen wyraźnie wybrzmiewają ponure tony, a rozłam, jaki nastąpił w zespole po 1980 roku i podpisaniu przez Freddiego kontraktu na solowe płyty jest początkiem przygnębiającej, naznaczonej błędami drogi, obranej przez bohatera. Elementem niepokojącym przez większość seansu są również relacje z Paulem Prenterem - wieloletnim partnerem Freddiego, który stanowi chyba jedyną negatywną postać w scenariuszu.

Relacje pomiędzy członkami zespołu, kręte meandry wrażliwej psychiki Bulsary, jego niepewność co do własnej tożsamości - te elementy stanowią główne osi scenariusza filmu. Można się zżymać, że zabrakło w nim kilku innych ważnych wątków, że niektóre elementy narracji zostają jedynie zarysowane, lub porzucone (jak wspomniane solowe płyty, czy relację z rodziną), że niektórym nie poświęcono odpowiednio dużo czasu, etc, itd. Jednak wszystko to blednie w moim przekonaniu w obliczu najważniejszej chyba części opowieści o Queen - czyli ich muzyce.

Film prezentuje dyskusje na temat kształtu kolejnych płyt, a także proces powstawania największych hitów (w tym tytułowej rapsodii). Są to obrazki elektryzujące i fascynujące, urzeczywistnione wyrazistym warsztatem aktorskim i uzupełnione o przepiękne kompozycje zespołu. Czuć w tych scenach energię, z jaką Queen projektował i opracowywał swoje piosenki, czuć w nich atmosferę twórczego geniuszu towarzyszącą tym muzycznym oryginałom. Nagrania realizowane w Rockfield Studios w Walli, gdzie w wiejskich warunkach i zaadaptowanej stodole zespół pracował nad "A Night at the Opera", prezentują się niemal jak fragmenty filmu dokumentalnego.

Główną rolę w całej tej historii odgrywa jednak rzecz najważniejsza, czyli muzyka Queen. W tym przypadku jestem całkowicie bezradny i poddaje się magii wykreowanej na ekranie. Nie ulega wątpliwości, że "Bohemian Rhapsody" posiada jeden z najlepszych soundtracków w historii. Pochwalić muszę umiejętne wplecenie tych nagrań w narrację właściwą dla obranego medium - film pod tym względem przypomina sinusoidę, regularnie podnoszącą emocje widza. Podzielony został na utrzymane w kameralnym stylu części, opowiadające historię zespołu, z których każda kończy się ekspresyjnym wykonaniem piosenki - czy to w studio, czy podczas koncertu. Potem następuję wyciszenie, po którym opowieść jest kontynuowana, aż do kolejnego do muzycznego finału. Nie będę ukrywał, że ta konstrukcja przypadła mi do gustu, ponieważ wyzwala mnóstwo emocji. Zdecydowaną większość seansu spędziłem na ekspresyjnym tupaniu i bujaniu się w takt muzyki, która - uzupełniona o świetną grę aktorską, wylewała nieprzebrane zasoby miodu na moje kubusiowe, muzyczno-filmowe serducho. Całość wieńczy imponujący finał, jedna z najważniejszych scen w historii muzyki popularnej, która pozostawia widza w strzępkach, a fana "Queen" prawdopodobnie przyprawi o wrażenia zbliżone do ekstazy.

Film porywa i emocjonuje. Daje mnóstwo pozytywnej energii i optymistycznie nastraja do życia. Opowiada o dziwakach, zwłaszcza jednym takim, który dzięki swojej determinacji i niespotykanym talencie, zawładnął światem. Nie boi się również pokazać jego błędów, a interpretację pozostawia w rękach widza. Byłby filmem idealnym, gdyby nie to..., że nie mógł taki być. Cięcia i uproszczenia, na które trzeba było się zdecydować, aby opowiedzieć tę historię musiały przynieść konsekwencje, które w krytycznym oku odbiorcy będą dawały argumenty do formułowania zarzutów. A to, że wypaczone zostały role poszczególnych postaci, lub zmarginalizowane istotne wątki. Że warsztat reżysera kuleje, bo niewystarczająco wybrzmiewają wątki fenomenu zespołu, lub kontrowersji związanych z postacią wokalisty.

Twórcy, co piszę z dużą pewnością, zdawali sobie z tego sprawę i zdecydowali się na coś innego. Wszystkich oczekujących po produkcji Singera-Beacha-Maya dążenia do obiektywizmu i dydaktycznego omówienia związanych z bohaterami sensacji, spieszę rozczarować: to nie jest ten gatunek. To apoteoza wielkości zespołu, znakomicie odmalowany impresjonistyczny obraz, który ma wzbudzić głód odbiorcy: sprawić, aby zechciał więcej, mocniej i bardziej. "Bohemian Rhapsody" miał przypomnieć światu wielkość i geniusz zespołu. Przywrócić koronę Królowej.

I, cholera jasna, zrobił to.
9/10


Creed 2
Stallone za pierwszą część "Rocky'ego" zdobył dwie nominacje do Oscara (pierwszy plan i scenariusz oryginalny), a dalsze losy jego historii znają wszyscy: wielkie powroty do roli Włoskiego Ogiera, kultowy "Rambo", okres prosperity kina sensacyjnego lat 80. i 90., następnie uważane już niemal za łabędzi śpiew legendy, hitowe produkcje "Niezniszczalnych". Wielu Stallone'a próbowało już grzebać, jednak ten za każdym razem miał coś jeszcze do powiedzenia.

Tak się złożyło, że kilka lat temu historia zatoczyła symboliczne koło - oto do drzwi legendarnego już twórcy filmowego zapukał, tak jak on przed laty do pana Winklera, młody filmowiec zapalony do pracy nad rozwinięciem zamkniętego przed laty cyklu. Stallone, pomny własnych doświadczeń, postanowił zaufać Ryanowi Cooglerowi, a ten z kolei wskrzesił legendę w stylu, który zachwycił widzów i krytyków na całym świecie. Pierwsza część "Creeda" zapewniła też kolejny, precedensowy sukces w karierze legendarnego aktora - Stallone został szóstym w historii aktorem, który był nominowany do Oscara za tą samą kreację. Ostatecznie statuetki nie zdobył, (moim zdaniem niesłusznie) ustępując Markowi Rylance'owi, mógł się jednak pocieszyć Złotym Globem.

"Creed 2" to naturalna (komercyjna?) konsekwencja sukcesu pierwszej części, podążającej tropem swojej poprzedniczki. Niektórzy wolą wszystkie te opowieści wrzucać do jednego worka: filmów, których opowiedziana jest historia Rocky'ego Balboa. I trudno się temu dziwić, bowiem seria "Creed" pełnymi garściami czerpie z wydarzeń sprzed laty, a omawiany dzisiaj film można z czystym sumieniem nazwać też "Rocky IV 2", bowiem fabularnie jest to po prostu kontynuacja tamtej historii.

Jestem ogromnym fanem całej serii, która swego czasu bardzo poszerzyła moje horyzonty: od zainteresowania boksem, kinem sensacyjnym i filmografią samego Sly'a, aż po motywację do realizacji celów i marzeń, która przewija się przez wszystkie części. Akurat czwartą część "Rocky'ego" zawsze uważałem za - nawet jak na standardy serii - najbardziej przejaskrawioną i najmocniej "niepotrzebną" z punktu widzenia całości, jednak w obliczu powstania "Creed 2" zostałem zmuszony do zrewidowania opinii.

Filmu nie mógł wyreżyserować Ryan Coogler, który w międzyczasie dzięki "Creedowi" spełnił swój własny amerykański sen - jest teraz na usługach Marvela, ma za sobą wielki komercyjny sukces "Czarnej Pantery". Do fotela na planie polecił swojego kolegę ze szkoły filmowej - Stevena Caple Juniora. Scenariusz powstał we współpracy z Stallone, który w tej materii sprawdzał się już wielokrotnie - oprócz własnych serii o "Rockym", "Niezniszczalnych" i "Rambo" ma na koncie również "Na krawędzi", czy całkiem niedawne "W obronie własnej".

Jak napisałem wyżej, "Creed 2" to w istocie fabularny sequel czwartego "Rocky'ego", napisany i opowiedziany z perspektywy Adonisa Creeda, syna legendarnego Apollo, który stracił życie podczas pojedynku z radziecką maszyną do ubijania, Ivanem Drago (Dolph Lundgren). Co prawda, Rocky zdążył się zemścić na sowieckim mordercy jeszcze przed napisami końcowymi w 1985 roku, ale - jak się okazuje dwie dekady później - wciąż pozostają sprawy do wyjaśnienia.

Drago został w ZSRR zdyskredytowany po porażce, wysłany na banicję poza granice kraju. Wylądował na... Ukrainie, dokładnie w Kijowie, który w scenach z początku filmu przedstawiony jest mniej więcej jak skrzyżowanie Czarnobyla z Nową Hutą. Drago, opuszczony przez politycznych prominentów, zrzucony z celebryckiego piedestału, porzucony nawet przez żonę, zajmuje się generalnie dwiema sprawami: treningiem napakowanego niczym strogman syna, Viktora. I zaciskaniem wszystkich mięśni twarzy w zakleszczonym przez dekady skurczu wyrażającym żal po porażce z amerykańskim wrogiem. Dolph Lundgren nadaje się do tej kreacji znakomicie, jednak uczciwie przyznaję, że oszczędność roli jaką mu przydzielono, nieco mnie rozczarowała.

Viktor Drago to już zupełnie przeciwieństwo człowieczeństwa. Bohater odzywa się bodaj trzy razy, za żadnym z nich nie przekraczając dwóch linijek tekstu. Portretowany przez Rumuna Floriana Munteanu pełni w filmie rolę bliźniaczo podobną do Lundgrena w czwartym "Rocky'm". Symbolizuje zawziętość, niebezpieczeństwo i ponadludzką siłę, z którą żaden normalny człowiek nie powinien się mierzyć. Do tego wygląda na kulturystę, przy którym wyrzeźbione ciało sportowca przypomina chucherko.

Ivan i Viktor przybywają do Filadelfii, by rzucić wyzwanie urzędującemu mistrzowi świata wagi ciężkiej, Adonisowi Creedowi. Dwie sprawy rzucają się w oczy na wstępie: po pierwsze, Adonis zdołał zdobyć pas mistrzowski; po drugie, przeniósł się kategorię wyżej. Razem ze swoją dziewczyną Biancą wiodą szczęśliwe życie i planują wspólną przyszłość. Biancę portretuje wzięta ostatnio w obroty Hollywood Tessa Thompson, której wyczyny wokalne podziwialiśmy już w pierwszej części "Creed'a". I podziwiać będziemy nadal, o ile kogoś interesują ambietnowo-rapowe melodie wyklepane na syntezatorach, z obowiązkowym użyciem tzw. "loopa", czyli zapętlonych sampli. Więcej o muzyce w osobnym akapicie, tymczasem jednak skupmy się na scenariuszu i kreacjach aktorskich.

Pani Thompson radzi sobie bardzo poprawnie, jednak niekwestionowaną gwiazdą pierwszego planu jest odtwarzający rolę Adonisa Michael B. Jordan. Nie ukrywam, że jest to postać daleko bardziej sympatyczna i zbudowana z zupełnie innych cech charakteru, niż enigmatyczny introwertyk Balboa. Adonis jest niepewny, ma wątpliwości co do swojej przyszłości oraz problemy z identyfikowaniem siebie jako następcy legendarnego ojca. Często grzebie w przeszłości w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące go pytania, lecz kiedy je znajduje - zwykle odrzuca płynące z nich wnioski, kontestuje swoje pochodzenie, tożsamość, dziedzictwo. Powierzchownie jest z kolei bardzo sympatycznym gościem, z niewysublimowanym, lecz ujmującym poczuciem humoru.

Adonis Creed to postać wielobarwna. Wydaje się, że przypomina portret współczesnego Amerykanina, którego przytłacza ciężar przeszłości, a przyszłość wywołuje obawy, podczas gdy on sam nie potrafi się do końca odnaleźć się w aktualnym świecie. Pomimo gwiazdorskiego trybu życia, dotykają go ludzkie i przyziemne problemy - co film bardzo wyraźnie akcentuje, momentami stając się wręcz kinem familijnym. Michael B. Jordan nadaje postaci Adonisa wiele pozytywnych cech, wiarygodnie oddaje jego motywacje i rozterki. Za tą kreację - podobnie jak w pierwszej części - należą się ogromne brawa. I światło reflektorów skierowane na dalsze projekty, w których ten utalentowany aktor będzie brał udział.

Ostatnim, kluczowym elementem obsady wymagającym omówienia w przypadku "Creeda 2" jest oczywiście ikoniczna postać legendy, jeden z moich ulubionych bohaterów filmowych wszech czasów, czyli sam Rocky Balboa. Już w przypadku pierwszej części "Creeda" rola, jaką odgrywa Stallone w całej historii była zepchnięta na dalszy plan, w kontynuacji obserwujemy pogłębienie tego trendu.

O ile poprzednio z bohaterem wiązała się stricte dramatyczna opowieść, pełna melancholii i utrzymana we wzruszającym tonie - za co zresztą Stallone'a słusznie obsypano branżowymi nobilitacjami - to w przypadku "Creed 2" Rocky zdecydowanie schodzi na dalszy plan. Wymaga tego konstrukcja scenariusza, który koncentruje się na ukazaniu więzi pomiędzy Adonisem i Biancą oraz ich prywatnymi problemami - Rocky w ich obliczu pozostaje wciąż obecny, jednak niemalże pozbawiony jakiejkolwiek siły sprawczej. Tutaj znów bardzo widoczny (dla fana serii) jest rodowód wyciągnięty z poprzednich części: Balboa pełni w "Creed 2" rolę bardzo zbliżoną do tej, jaką odgrywał Apollo Creed w "Rocky'm" trzy i cztery - jest mentorem, trenerem, bratnią duszą. Z jednej strony rzadko ukazywany na ekranie, z drugiej - wszechobecny niczym ezoteryczna siła spajająca wszystkie przedstawione w filmie wątki i opowieści.

Stallone niczego tutaj nie zepsuł, pozostał wciąż urzekającym, legendarnym outsiderem z wieloma niezałatwionymi sprawami w tle. Wciąż odwiedza grób swojej żony Adrian, której zwierza się z trosk dnia codziennego. Wciąż wywołuje wielkie emocje i ogromny żal, że ta cała porywająca historia o przekraczaniu własnych barier i przełamywaniu słabości, musiała dobiec końca. Na szczęście, historia Adonisa oraz wyzwania, rzuconego mu przez duet Drago-Drago została zrealizowana sprawnie i satysfakcjonująco.

"Creed 2" to - co zaskakujące - przede wszystkim opowieść o relacjach rodzicielskich, nawet jeżeli rodzice (bądź dzieci) jeszcze (bądź już) nie żyją na tym samym świecie. To momentami wzruszająca, dramatyczna opowieść obyczajowa utrzymana w konwencji kina sportowego - które przebija się jedynie w pierwszych i końcowych częściach filmu. Scenariusz jest wrażliwy i emocjonalny, co stanowi pewne novum w całej serii, chociaż nie zapominajmy, że były to wątki poruszane już w pierwszym "Rocky'm", a także w piątej i szóstej części.

Jedynie zestawienie panów Drago obudziło moje wątpliwości. Obaj bohaterowie zdają się składać z kartonowych, dwuwymiarowych dykt symbolizujących wściekłość i chęć zemsty. Nie jest to rażące - w obliczu rozbudowanych innych wątków schodzi na dalszy plan - jednak dość mocno kojarzy się ze stereotypowym i krzywdzącym sposobem postrzegania Rosjan przez Amerykanów. Wątek bezwzględnych relacji pomiędzy ojcem i synem, ich motywacje i zachowanie przez większość seansu są najsłabszym, by nie powiedzieć - tandetnie uproszczonym - elementem scenariusza nowego "Creeda".

Jest to zabieg celowy, co ujawnia zakończenie filmu. Mocne i bezceremonialne budowanie postaci pozbawionych moralności antagonistów znajduje swoje wytłumaczenie (i zwieńczenie) w scenie finałowej, która dzięki temu zyskuje potężny ładunek emocjonalny. Zakończenie ostatniej walki spina klamrą wszystkie poprzednie części, do których nowy "Creed" bezpośrednio nawiązuje: zarówno 'jedynkę', jak i czwartą część "Rocky'ego". Zaserwowany zabieg jest sprytny i poniekąd usprawiedliwiający kiepskie prowadzenie postaci Drago, chociaż uczciwie przyznam, że nie jest to pełna rehabilitacja. Z Lundgrena z pewnością można było wycisnąć nieco więcej, co udowodnił chociażby we wspomnianych już wcześniej "Niezniszczalnych".

Zaskakujące jest to, że film o Rocky'm Balboa i Adonisie Creedzie przychodzi mi chwalić za wątki obyczajowe. Ale prawda jest niestety taka, że jeśli idzie o sportową stronę tej historii, bardzo trudno było zaprezentować coś, w czym nowy "Creed" mógłby prześcignąć swoich poprzedników. Sceny walk bokserskich prezentują się poprawnie, choć - poza ostatnią - brakuje im znanej z "Rocky'ego" dramaturgii i emocjonalności. Ot, trzepanie się po głowach i jednoznaczne zwycięstwo któregoś z bohaterów. Nagrane dynamicznie, ale bez błysku.

Inna sprawa, że - jak dla mnie - w zwiększaniu tego dynamizmu i dramaturgii zupełnie nie pomaga muzyka. W filmie usłyszymy wspomnianą Thompson i jej popowo-ambientowo-rapowe wycieczki do afroamerykańskiego getta, jest trochę rytmicznego rapu i trip hopu. Bardzo możliwe, że jest to całkiem porządna ścieżka muzyczna utrzymana na wysokim poziomie producenckim i jakościowym - jednak zupełnie nieprzystająca do tego, co zwykle w filmach o "Rocky'm" prezentowała muzyka. Była ona kluczowym uzupełnieniem wielu scen serii, to właśnie dzięki tym filmom świat poznał kultowy "Gonna fly now" (nominowana do Oscara piosenka z pierwszej części), a także rockowy klasyk Survivora "Eye of the Tiger" (pojawił się w trzeciej części).

W przypadku "Creed 2" muzyka pełni rolę dodatkową, najczęściej zupełnie niezwiązaną z treścią filmu. Momentami miałem wrażenie, że jest to trochę próba wypromowania twórczości panny Thompson, która osobiście przygotowała cześć soundtracku. Owszem, zdarzają się momenty, w których muzyka towarzyszy ważnym ekranowym wydarzeniom i próbuje nadać im tempa, jednak w moim przekonaniu wysiłki te były daremne. W porównaniu z tym, co z moimi emocjami robiła ścieżka w poprzednich częściach "Rocky'ego" - w tym nawet ta z 2006 roku - "Creed 2" wypada blado.

Film jest najdłuższą częścią serii - trwa niecałe dwie i pół godziny. Podczas tego seansu zabiera widza w nowoczesny świat boksu, nawiązując do historycznego jego wyobrażenia, wykreowanego przed laty. Jest standardową (oklepaną) historią sportową, która - ubrana w odpowiedni nawias - nabiera bardzo ciekawego, symbolicznego sensu z perspektywy ogromnej całości, której jest częścią i z której czerpie garściami. "Creed 2" dodaje również coś od siebie - pogłębia portret charakteru uwspółcześnionego głównego bohatera, ma także wiele wątków obyczajowych, które sprawnie przeprowadzają widza przez większość czasu. Wyraźną rysą na tej bardzo dobrej produkcji są mocno uproszczone postaci antagonistów, które w ostatecznym rozrachunku okazują się jedynie narzędziami, użytymi dla zbudowania symbolicznego finału. Finału, który z pewnością zadowoli fanów serii i bohaterów, ponieważ udanie nawiązuje do najlepszych fragmentów całej franczyzy.

Reasumując powyższe, orzekam: "Creed 2" to pełnoprawnie poprawny sequel, który wszystkim zainteresowanym przypadnie do gustu. Niezainteresowanych z kolei z pewnością nie przekona do podzielania fascynacji całością historii, jednak również może zainteresować: ze względu na rozbudowane wątki obyczajowe i fakt, że zbliża się do kina familijnego. Dla każdego coś dobrego, można więc na film wybrać się zarówno z paczką znajomych, kumplem, jak i drugą połówką.
7/10

_________________
A może to luksus, żyć tylko pięć lat?

since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 9 grudnia 2018, o 12:45 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 5056
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Narodziny gwiazdy (A Star Is Born)

Bez owijania w bawełnę - gdyby chcieć obejrzeć coś równie schematycznego, oczywistego i mało zaskakującego fabularnie to trzeba byłoby iść do kina na film o dwóch policjantach, jednym białym a drugim czarnym. Ten czarny musiałby mieć żonę i dwójkę dzieci i dostać kulkę od bandytów a ten biały na pogrzebie musiałby obiecać płaczącej wdowie, trzymającej w rękach złożoną flagę, że dorwie bandytów.
Nie, po krótszym zastanowieniu stwierdzam, że taki film byłby bardziej zaskakujący od "Narodzin gwiazdy". W zasadzie po przeczytaniu dwóch pierwszych zdań w streszczeniu fabuły wiecie wszystko o tym filmie. Po części wytłumaczyć można to tym, że to już trzeci remake hollywoodzkiego klasyka z lat 30-tych i pewnie poza pewne narzucone ramy twórcom wyjść nie można lub nie wypada, z szacunku dla klasyków jakimi ponoć stawały się wszystkie poprzednie wersje. Co ciekawe to w tej z lat 70-tych także występowała ładnie-brzydka aktorka/piosenkarka z dużym nosem czyli Barbra Streisand.
Film mimo wszystko ogląda się bardzo dobrze dzięki znakomitej muzyce, od rocka, przez country (chyba, nie znam się) po pop mniej i bardziej ambitny. Lady Gaga jest niesamowita, naturalna i w zasadzie wypada jak profesjonalna aktorka, która przy okazji świetnie śpiewa. Cooper ponoć przez 1,5 roku ćwiczył śpiew i także PONOĆ śpiewa sam. Aż wierzyć się nie chce bo też wypada znakomicie (no pewnie, nie ma to jak być przystojnym, utalentowanym, znanym aktorem i reżyserem i jeszcze zajebiście śpiewać :D ). Ponoć występy nagrywane były live, czyli filmowa para muzyków naprawdę występowała przed tłumem widzów i to co słyszymy na filmie to właśnie wtedy zarejestrowane nagranie. No niech będzie. Aha, na koniec ładniejsza połowa sali płacze więc to idealny randkowiec. W ogóle to trzeba to zobaczyć albo w kinie albo w domu na naprawdę porządnym sprzęcie, bo muzyka całkowicie robi ten film. 7/10

_________________
ObrazekObrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [30%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 9 grudnia 2018, o 19:28 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 6166
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
Bardzo dobra ścieżka dźwiękowa! Podobno Cooper faktycznie sam śpiewał, więc czapka z głowy.

_________________
Jest na tym padole wiele dobrych wynalazków: jedne z nich są pożyteczne, inne znów miłe: za nie też i ziemię miłować należy. Zaś niejedno jest tak dobrze wynalezione, że jest jako pierś kobieca: i pożyteczne, i miłe zarazem.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 9 grudnia 2018, o 22:50 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14846
Crowley napisał(a):
Bardzo dobra ścieżka dźwiękowa! Podobno Cooper faktycznie sam śpiewał, więc czapka z głowy.


We wtorek tekst ode mnie. Mam podobne zdanie jak Voo, aczkolwiek film oceniam wyżej. Muzycznie zrywa beret, ale pod wieloma względami jest naprawdę dobry.

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 11 grudnia 2018, o 18:58 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14846
Narodziny gwiazdy (A Star Is Born) - Trzy (1937, 1954, 1976) – tyle razy (do tej pory) opowiedziano w kinie banalną historię, którą na warsztat wziął w swoim reżyserskim debiucie Bradley Cooper. Najbardziej znana do tej pory wersja powstała w latach 70. XX wieku z udziałem Barbary Streisand i Krisa Kristofersona. Dwa pierwsze filmy dotyczyły branży filmowej, natomiast dwa ostatnie (ze Streisand i najnowszy, tu opisywany) dotykają branży muzycznej.

Opowieść jest trywialna. Jackson Maine (Cooper) to modelowy rockman: patologiczne dzieciństwo, tonie w alkoholu, wspomaga się narkotykami, a na dodatek musi mierzyć się z powolnym odchodzeniem do lamusa. Oczywiście przypadkiem poznaje piękną i utalentowaną dziewczynę, Ally (Lady Gaga). Robi z niej gwiazdę, a ona na nowo pomaga mu odzyskać chęć do życia. Problemy jednak nie znikają. Czekają, przyczajone za rogiem, a kiedy w końcu uderzą, obojgu wali się świat i nie wiadomo, jak to się skończy…

…z tym, że tak naprawdę to wiadomo. Od początku do końca. Nie ma w “Narodzinach gwiazdy” ani połowy zaskoczenia, ani ćwierci zwrotu akcji. Postacie to wycięte z kartonu archetypy, z tak standardowym zestawem cech, że mogłyby po godzinach robić za wzorce w Sèvres. Normalnie wystarczyłoby to do dyskwalifikacji filmu w moich oczach, ale “A Star Is Born” to bajka. Baśń dla dorosłych. Nie udaje niczego więcej, nie sili się na dogłębną analizę psychologiczną czy zadawanie trudnych pytań. Umówmy się – nikt, przy zdrowych zmysłach, nie będzie miał pretensji do bohaterów Kopciuszka czy Królewny Śnieżki o niezbyt skomplikowane charaktery, prawda?

Po głowie powinni jednak dostać scenarzyści: Will Fetters, Bradley Cooper i Eric Roth. Pierwsze piętnaście minut seansu, nawet jak na “bajkowe” standardy, jest tak bardzo przewidywalne, przesłodzone i odrealnione, że przewracałem oczami więcej razy niż podczas seansu “Solo”. Potem jest lepiej, ale tempo akcji mogłoby być bardziej równe. Historia rozwija się leniwie, następnie pojawiają się dziwne przeskoki w czasie, a do finału pędzimy już z prędkością Pendolino (takiego prawdziwego, nie polskiego). Jest też jedna scena, a w zasadzie SCENA, która nie powinna przejść nawet wstępnego czytania scenariusza. Otóż jest sobie ZŁY PRODUCENT, jeszcze bardziej schematyczny od pozostałych postaci i to jego monolog ma decydujące znaczenie dla zakończenia. Tenże monolog jest tu tak bardzo niepotrzebny, tak łopatologiczny, tak bezcelowy, że nie wiem jak ktoś mógł to dopuścić do ostatecznej wersji filmu. O ile bardziej wymowny i ciekawy byłby finał, bez walenia ludzi w głowę dechą z napisem “WYJAŚNIENIE MOTYWACJI BOHATERA”. Po czasie trochę mniej mnie to złości, ale gdybym pisał ten tekst zaraz po seansie – odjąłbym jedno oczko tylko za ten moment, tak bardzo psuje on immersję.

Tyle narzekania, bo pozostałe elementy zwyczajnie mnie urzekły. Po trudnym początku już myślałem, że nic mnie do filmu nie przekona, ale potem na ekranie pojawiła się Ona. Stefani Joanne Angelina Germanotta znana bardziej jako Lady Gaga. O tym, że śpiewa cudownie, wiedziałem od dawna, ale że potrafi zagrać jak zawodowa aktorka? Patrząc na inne ekranowe debiuty wokalistek (Houston, Madonna, Rhianna), to nie ma nawet porównania. Może zadanie ułatwił fakt, że Gaga w pewnym sensie gra tu samą siebie (jak Mickey Rourke w “Zapaśniku”), ale w niczym to nie ujmuje efektowi końcowemu, a ten jest powalający. Do tego dochodzi wygląd piosenkarki. Gaga, bez udziwnionego makijażu, peruk i sukienek z mięsa, prezentuje się zniewalająco. Uroda to rzecz gustu, ale ona ma po prostu jakiś magiczny i bezpretensjonalny urok dziewczyny z sąsiedztwa, trochę nieśmiałej kumpeli, w której zawsze potajemnie się podkochiwałeś, cierpiąc na zesłanie do “friendzone”.

Cooper z drugiej strony robi to samo, tylko odwrotnie. Aktorem jest świetnym i nie ma niespodzianki w tym, że dobrze wypada na ekranie, ale on też… ładnie śpiewa! Jeśli wszystkie artykuły mówiące o tym, że utwory zaśpiewał sam, nie są ściemą, to nie mam pytań. Nie jest to rockowe odkrycie roku, ale brzmi naprawdę dobrze i idealnie pasuje jako męskie tło dla oszałamiających partii wokalnych Lady Gagi. Poza tym ma w głosie i stylu śpiewania manierę przywodzącą na myśl Ryszarda Riedla.

Czasem bywa tak, że mamy dwie ciekawe postacie, które słabo ze sobą współgrają. Tu jest inaczej. Między Jacksonem i Ally jest taka chemia, że nie uwierzę nikomu, kto wzruszy ramionami oglądając tę dwójkę. Ba, widz zakochuje się w utalentowanej dziewczynie razem z głównym bohaterem. Napięcie między nimi w chwilach kryzysu jest namacalne. Powietrze aż wibruje od buzujących emocji.

Z tylnego siedzenia Coopera i Gagę wspiera genialny Sam Elliott (miło go znów zobaczyć, szczególnie w takiej formie). Jest też obecny epizodycznie Dave Chappelle, który wygłasza w pewnym momencie bardzo dobry i dwuznaczny (z uwagi na przeszłość komika) monolog o przemijaniu, godzeniu się ze słabnącą sławą i nieuniknionymi zmianami w życiu. Cooper w “Narodzinach gwiazdy” (mniej lub bardziej świadomie) porusza kilka istotnych kwestii. Może niekoniecznie rozwija je w konkretnym kierunku czy odpowiada na zadane pytania, ale sporo materiału do przemyśleń można z seansu wyciągnąć. Choćby to, że obok uzależnienia czysto fizycznego (alkohol, dragi), równie silnie może działać uzależnienie emocjonalne. Albo niełatwy temat zazdrości w związku, kiedy artystyczna (i w ogóle zawodowa) kariera jednej osoby wystrzeliwuje w kosmos, a drugiej powoli gaśnie i obumiera. Pojawia się też trauma z dzieciństwa – ile szkód z tego okresu da się w ogóle naprawić, a ile wpływa na nasze życie do samego końca? Film próbuje też powiedzieć coś na temat komercjalizacji sztuki i sprzedawania “duszy” w zamian za popularność i tani blichtr. Może brzmi to odrobinę banalnie, ale film dał mi do myślenia, a to już naprawdę coś.

Jest też muzyka, a właściwie nie tyle “też”, co przede wszystkim. Przekrój gatunkowy od bluesa i rocka, przez pop mniej i bardziej ambitny, aż do nietandetnych ballad miłosnych. Ballad, od słuchania których (szczególnie w kontekście wydarzeń na ekranie) ściska w dołku, drapie po gardle, a jakaś dziwna, nieoczekiwana mgła nakrywa oczy. Nie pamiętam kiedy, po wyjściu z kina niemal od razu zacząłem słuchać ścieżki dźwiękowej… i żeby trwało to przez dobre kilka dni. Oprócz zjawiskowego i doskonałego “Shallow“, utwory takie jak “Always Remember Us This Way“, “Black Eyes“, “Maybe it’s Time“, “Alibi” czy “I’ll Never Love Again” to prawdziwe perełki. Żadna z syntetycznych piosenek z takiego “La La Land” nie umywa się do tego, co znajdziemy i usłyszymy w “A Star is Born”. Muzyka jest sercem tego filmu.

Zdjęcia nie ustępują wiele oprawie audio. Sceny z prawdziwych koncertów (pozdrawiam w tym miejscu tłumy CGI z niedawnej biografii pewnego zespołu), z reagującą na żywo publicznością, robią rewelacyjne wrażenie na wielkim ekranie. Choćby dlatego warto obejrzeć film w kinie. Autor zdjęć, Matthew Libatique, pięknie równoważy spektakularne momenty na estradzie, długimi i intymnymi ujęciami, kiedy bohaterowie są sami na ekranie. Zbliżenia na twarze, na elementy garderoby, na pozornie nieistotne detale, budują niepowtarzalną więź postaci z widzem. Chylę czoła, bo to rzadkie, by w filmie bez wielkich artystycznych ambicji, ktoś włożył tyle wysiłku w pracę kamery.

Jeśli ktoś powiedziałby mi jakiś czas temu, że czwarta wersja znanej ekranowej baśni filmowo, emocjonalnie i muzycznie zje na śniadanie biografię jednego z najlepszych zespołów w historii świata, wysłałbym taką osobę do lekarza. I wcale nie chodzi o ortopedę czy innego neurologa. Tak się jednak stało. Dowolne piętnaście minut wyjęte z “Narodzin gwiazdy” budzi we mnie więcej namiętności niż cały seans sztucznego, wypranego z polotu i emocji produktu, jakim okazała się “Bohemian rhapsody“. Cooper, w swoim reżyserskim debiucie, nie ustrzegł się błędów (scenariusz!), ale i tak – jak na pierwszy raz – zdecydowanie zaczyna chłop z wysokiego C. Oby tak dalej. Polecam seans “A Star is Born” w kinie. Szczególnie jeśli lubicie dobrą muzykę i baśniowe historie. Nie będziecie zawiedzeni.

P.S. Jeśli macie kolegę/koleżankę, do których (mniej lub bardziej) potajemnie wzdychacie, warto zaprosić ich na seans “Narodzin gwiazdy”. To romans i melodramat w jednym, więc kobiety łkają, a panowie próbują udawać, że są macho i wcale ich to nie rusza. Wiecie, typowy taniec godowy rodzaju ludzkiego. Film ma zatem spory potencjał “randkowy”, bo kto po takim wzruszeniu nie ma ochoty dać się wziąć za rękę, albo chociaż przytulić? ;)

8/10

http://zabimokiem.pl/basn-o-show-busine ... a-czwarta/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 11 grudnia 2018, o 20:03 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14846
Przychodzi po nas noc (The Night Comes for Us) - Chwaliłem w różnym stopniu dwie części serii “Raid” (raz klik i dwa klik), bo wniosły sporo świeżości do niszowego gatunku. Gatunku, w którym dialogi zastępuje tłuczenie się po gębach. Gareth Evans doprowadził (szczególnie w sequelu) tę sztukę do perfekcji. “Przychodzi po nas noc” to tak naprawdę duchowy spadkobierca “raidów’. Niewyszukana i pretekstowa fabuła stworzona, żeby wycisnąć maksimum z efektownego pokazywania mieszanki sztuk walki spod znaku “kiling & fajting”. Do tego te same, (u)znane twarze aktorów/wojowników: Joe Taslim (tu jako Ito), Yayan Ruhian (jako Sugendi) czy fantastyczny Iko Uwais (jako Arian). Zmienił się tyko kapitan statku. Zamiast Evansa wszystkim kieruje Timo Tjahjanto, który nie tylko wyreżyserował produkcję, ale też napisał do niej scenariusz…

…i to jest największy problem. Brytyjczyk robiąc swoje filmy potrafił wszystko odmierzyć i wyważyć w idealnych proporcjach. Nawet jeśli jego pierwsza produkcja nie zachwyciła mnie, to nie można jej odmówić imponującego tempa i cudownie nakręconych pojedynków. Tjahjanto próbuje powtórzyć wszystkie sztuczki Evansa nadając im własny sznyt, ale wychodzi to cokolwiek średnio. Fabuła powinna być pretekstowa, ale musi mieć choć minimalny sens. Motywacje bohaterów mogą być proste, ale winny być zrozumiałe, a zachowanie konsekwentne. W “Przychodzi po nas noc” często takiej logiki brakuje. Elementy fabularne są dla reżysera uciążliwymi zawalidrogami między kolejnymi scenami walk.

Jeśli chodzi o historię, mamy tu do czynienia z indonezyjską wariacją “Logana”. Ito, jeden z sześciu głównych siepaczy Triady (grupa tzw. Six Seas), nagle postanawia odkupić swoje winy i bierze pod opiekę małą dziewczynkę Elenę (Hannah Al Rashid), świadka masakry dokonanej przez gangsterów*. We dwoje muszą uciec przed zabójcami, żeby znaleźć nową, bezpieczną przystań dla małej. W pogoń za nimi rusza Arian, były kumpel/przyjaciel/duchowy brat Ito. Obawiam się jednak, że to co napisałem bardziej opiera się na moich własnych domysłach i dopowiadaniu sobie pewnych rzeczy, bo na ekranie widzimy tylko część opisanych wydarzeń. A scen czy dialogów tłumaczących niektóre ruchy bohaterów po prostu nie ma i można sobie wymyślić własną motywację postaci.

Nie pomagają amatorskie błędy w realizacji. W jednej scenie postać ma opatrunek na klatce piersiowej. Ujęcie się zmienia i puff! Bandaż znika. Inny przykład: dwie osoby w aucie, ciemna noc, jadą, rozmawiają. Gadka trwa nieprzerwanie, zatrzymują się i… świta. Wszystko na przestrzeni 45 sekund czasu rzeczywistego. A propos dialogów: tu też Tjahjanto wysilił się aż za bardzo. Niektóre wymiany zdań zahaczają intelektualnym ubóstwem o najnowsze wypociny Patryka Vegi. Do tego stopnia, że ciężko stwierdzić czy groteskowy klimat “macho w gajerach” ośmieszający głównych bohaterów jest zamierzony czy jednak nie. Stawiam, na tę druga opcję.

Walki to nadal najlepsze co tego typu kino może zaoferować, ale i w tym wypadku jest o klasę gorzej niż w “Raidach”. Praca kamery nie powala, a czasem niechcący pokazuje, że choreografię zrobiono na zasadzie “panowie, może i jest was ośmiu, ale podchodzimy po oklep pojedynczo”. Wiadomo, że i tak bohater musi zmierzyć się z hordą bandziorów, sęk w tym, żeby nie wyglądało to na grzeczną kolejkę tylko na dynamiczną bójkę “wszyscy na jednego”. Takie detale odróżniają zdolnego i utalentowanego reżysera od wyrobnika, który bardzo chce coś pokazać, ale niekoniecznie potrafi.

Nie będę narzekał na wszystko. Pojawia się kilka interesujących pomysłów (walka w furgonetce) i może dwie-trzy zapadające w pamięć sceny (bile w siatce jako broń!). Dodatkowo chyba każda osoba na ekranie nosi ze sobą (albo ma pod ręką) maczetę, więc ponownie kino indonezyjskie ma ambicję zadowolenia krakowskiego widza. Reszta jest poprawna, ale jednocześnie, niestety, nijaka i nieangażująca emocjonalnie. Największą zaletą filmu jest to, że jest dostępny na Netflixie, więc jeśli macie abonament (lub miesięczny okres próbny), to możecie film obejrzeć za darmo. Nadaje się dobrze jako rzecz na wolny wieczór, kiedy zmęczenie czy stres nie pozwalają na pełne skupienie. 5/10

http://zabimokiem.pl/przychodzi-po-nas-przecietnosc/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2368 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 44, 45, 46, 47, 48

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL