FSGK.PL

since 1998
Teraz jest 17 października 2018, o 05:24

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2335 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 43, 44, 45, 46, 47
Autor Wiadomość
PostNapisane: 18 lipca 2018, o 23:40 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14653
Ocean’s 8 - Na początku chciałbym zaznaczyć wyraźnie, że jestem białym facetem w średnim wieku. Czyli - bazując na tym co powiedziała jedna z aktorek "Ocean's 8", Mindy Kaling - nie jest to film kierowany do mnie. Duża szansa, że moja krytyka wynika tylko i wyłącznie z faktu nie bycia w grupie docelowej i/lub z niezrozumienia tego cudownego i ambitnego filmu. Mając z głowy sprawy najważniejsze przejdźmy do tych mniej ważnych, czyli na przykład do oceny samej produkcji. A ta będzie w pełni szowinistyczna i raczej miażdżąca. Przynajmniej w oczach wspomnianej Kaling.

     "Ocean's 8" to bowiem scena po scenie "Ocean's Eleven: Ryzykowna gra" tylko przy okazji wyszło nieporównywalnie gorzej, bardziej przewidywanie i bez jakiegokolwiek własnego charakteru. Po prostu wzięto scenariusz pierwszej odsłony z Clooneyem, wymieniono mężczyzn na kobiety, a historię dodatkowo odarto z emocji i znaków szczególnych. Zaczynamy identycznie: siostra Danny'ego Oceana - Debbie (Sandra Bullock) - wychodzi z więzienia, zbiera ekipę pań do zadań specjalnych, szykuje wielki skok, a w międzyczasie dowiadujemy się, że w grę wchodzi też prywatna vendetta. Wszystko kropka w kropkę, niemal scena po scenie, identyczne jak w "Ocean's Eleven". Tylko zrobione słabiej, bez pomysłu na wykorzystanie zmiany bohaterów na bohaterki.

     Same postaci pozbawione są głębi. Każda z pań jest piękna, silna, pewna siebie i tak dalej... bardzo na czasie (o tobie myślę Mary Su...eeee...Rey). W wersji z facetami jeden był cwaniakiem, inny ciągle narzekał i bał się, że robota się nie uda, ataki bohater grany przez Brada Pitta w każdej scenie coś jadł. Tutaj panie po prostu... są. Nie mają nic ciekawego do zagrania, żadnego - strzelam - nawyku, żadnej cechy szczególnej, czegoś, co sprawiłoby, że pamiętałbym chociaż jedną z nich godzinę po seansie. Nic, kompletnie nic. Aktorki dwoją się i troją, żeby cokolwiek z tego wyciągnąć, ale scenariusz jest tak nijaki, tak bardzo pozbawiony punktu zaczepienia, że nawet takie nazwiska jak Blanchett czy Bonham Carter wypadają średnio, bo zwyczajnie nie ma tu czego zagrać. Jeśli one nie dają rady to co z takim materiałem może zrobić Rihanna?

     Przecież ostatnio coraz więcej kobiet gra ciekawe role. Ba! O ile sam film "Annihilation" niespecjalnie mnie zachwycił, o tyle postaci kobiece napisane na jego potrzeby były naprawdę ciekawe. Dodatkowo trochę mi przeszkadzała Sandra Bullock. Bardzo lubię tę aktorkę, ale przesadziła chyba z zabiegami odmładzającymi. Nie mam problemu z tym, że chce sobie robić liftingi, botoksy i inne takie przyjemności - jej wola. Tylko w tym zawodzie mimika jest "dosyć" istotnym elementem rzemiosła, a twarz Pani Bullock wygląda jak nieruchoma gipsowa maska.

     Najgorszy jest jednak fakt, że "Ocean's Eight" jest do bólu wręcz przewidywalne i niemożliwie... nudne. Wszystko się naszym paniom udaje. Od A do Z. Nie ma chyba jednego momentu gdzie coś może iść nie tak. To znaczy scenarzyści próbowali rzucać naszym bohaterkom jakieś kłody pod nogi, ale nie wyszło, bo dosłownie każda przeszkoda pokonywana jest od ręki, w jakieś 15 sekund. Miał chyba z tego wyjść dynamiczny "heist movie", a w trakcie oglądania emocji jest tyle co na grzybach. Po prostu ekipa się zbiera, planuje, wykonuje i rozchodzą się każda w swoją stronę. The end. Po drodze są jeszcze ze dwa niby-zwroty akcji, ale są równie zaskakujące jak nadęty patos w filmach Nolana.

     Wisienką na torcie miał być wątek osobistej zemsty Debbie Ocean na pewnym paskudnym (a jakże) facecie. Problem w tym, że tę historię opowiedziano tak powierzchownie, że ani przez chwilę nie uwierzyłem w jakąkolwiek chemię między postacią Sandry Bullock a Beckerem. Jest on tu tylko i wyłącznie narzędziem do dostarczania motywacji, pseudo-antagonistą bez znaczenia.

     Realizacja jest poprawna, kilka dynamicznych ujęć wygląda nieźle. Poszatkowany montaż czerpie garściami z poprzednich odsłon, ale ten zabieg wyjątkowo dobrze sprawdza się w produkcjach tego typu. To w zasadzie tyle z pozytywów. Cała reszta jest bardziej nijaka i bezpłciowa niż zła. Mało interesująca historia zrealizowania bez cienia emocji i choć minimalnej próby zaangażowania widza w wydarzenia na ekranie.

     Szkoda, bo budżet był pokaźny, obsada to miks doświadczenia i nowych, ciekawych nazwisk. Przy dużo lepszym scenariuszu i lepszej reżyserii mogłoby z tego powstać coś ciekawego, z własnym charakterem. Niestety efekt końcowy to po prostu kiepskiej jakości remake "Ocean's Eleven" bez cienia polotu i oryginalności. Żadne oskarżenia o szowinizm czy bycie białym facetem w średnim wieku, krytykującym film podobno "nie kierowany do mnie" nie zmienią efektu końcowego. A ten jest zwyczajnie słaby. Może nie tak słaby jak przemienienie oryginalnych Ghostbusters na wersję żeńską (gdzie szczytem kreatywności były żarty z dźwięków wydawanych waginą), ale nadal - ja się zawiodłem dość mocno. Nie polecam, chyba, że do kotleta jak już pokażą w TV. 4/10

http://zabimokiem.pl/jak-nie-robic-zenskich-rimejkow/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 26 lipca 2018, o 21:08 
Avatar użytkownika
złoty
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:41
Posty: 2102
Obejrzałem Sicario 2 i mimo bezsensownej ostatniej sceny, która jest chyba wprowadzeniem do części trzeciej i paru innych nielogiczności, film generalnie daje radę. Poziom wajolensu odpowiednio wysoki.

_________________
All you need is pork!
Pork.
Pork is all you need...


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 1 sierpnia 2018, o 13:00 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4060
po obejrzeniu Sicario 1 nikt mnie nie zmusi do obejrzenia Sicario 2 :P

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 5 sierpnia 2018, o 22:44 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4935
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Nowe MI strasznie głupie i mega, mega widowiskowe.

Czyli w normie, można oglądać :D

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 5 sierpnia 2018, o 22:48 
Avatar użytkownika
menda+
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 15:19
Posty: 4008
Lokalizacja: Tír na nÓg
Voo napisał(a):
Nowe MI strasznie głupie i mega, mega widowiskowe.

Czyli w normie, można oglądać :D

Jeszcze głupsze niż zwykle, ale fakt, widowiskowe :)

_________________
Obrazek
You give up a few things, chasing a dream.
"Ty jesteś menda taka pozytywna" - colgatte
#sgk 4 life.
Old FŚGK number is 12526


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 8 sierpnia 2018, o 20:50 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4935
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Mission: Impossible - Fallout

Filmowa seria o przygodach Ethana Hunta miała swoje wzloty i upadki, różnie też oceniam poszczególne cześci z perspektywy czasu. Otwarcie w reżyserii de Palmy zwyczajnie się zestarzało, w przeciwieństwie do odtwórcy głównej roli, który od 20 lat ma 35 lat i dzięki wysiłkom chirurgów, trenerów i farmaceutów pewnie tak już mu zostanie. Kontynuacja, która wyszła spod ręki Johna Woo naznaczona jest okropnym, kiczowatym stylem reżysera z Honkongu i po latach wywołuje raczej paroksyzm śmiechu niż autentyczne emocje. "Trójkę" oraz kolejne filmy, opatrzone podtytułami zamiast kolejnym numerem można, moim zdaniem, uznać za solidne filmowe rzemiosło, po latach nie raniące ani oczu ani mózgu. Seria odnalazła swoją niszę - kolejne części były niezwykle sprawnie nakręconym i lekkim w tonie kinem akcji. Fabułę miały umowną i pretekstową - nikt tak na serio nie przejmował się tym, gdzie akurat strzelają, gonią się albo co akurat wysadzają w powietrze bohaterowie. Zresztą im także było to obojętne, jako komiksowym figurkom gotowym na każde wezwanie rzucać na szalę swoje życie lecąc gdziekolwiek w celu ratowania świata. Bardzo daleko było tu do poważnych dylematów dopadających zaszczutego Jasona Bourna albo zgorzkniałego i starzejącego się Jamesa Bonda. No i fajnie - każde kolejne Mission Impossible było idealnym wypełniaczem niedzielnego popołudnia dla całej rodziny. Lajtowym akcyjniakiem wypełnionym rozróbą a tak naprawdę pozbawionym autentycznej brutalności. W tym miejscu mógłbym napisać, że najnowsza część jest dokładnie taka sama, wystawić szóstkę lub siódemkę (w zależności od nastroju) i dać sygnał do rozejścia się. Dla porządku i poczucia uczciwości muszę jednak dodać, że najnowsza część jest głuptaskowata do kwadratu a fabuła prezentuje poziom skomplikowania średniobudżetowej gry wideo. Tzn. teoretycznie jest to wszystko bardzo skomplikowane ale wygląda to tak, jakby scenarzyści wyszli na kolację a w tym czasie ich dzieci w wieku wczesnoszkolnym dopisały za nich wszystkie kluczowe sceny w taki sposób, jak dzieci wyobrażają sobie szpiegowską intrygę. Nie ma się o czym rozwodzić, fabuła jest z gatunku tych, o których żartuje się przy piwie. Czy to wielki problem? No niby nie... Ale co by zaszkodziło, gdybyśmy jednak nie domyślali się kto jest podwójnym agentem w tej samej sekundzie gdy z ekranu pada stwierdzenie, że istnieje podwójny agent? Gdyby po raz enty nie opierano kluczowych momentów na numerach z maskami? Itd. Na plus to, że film jest naprawdę znakomicie zrealizowany od strony technicznej. Kaskaderka, efekty, itd - miód! Nawet jak na wysokie standardy serii. Aż miło popatrzeć, zwłaszcza gdy się siedzi w klimatyzowanej sali kinowej w takie upalne dni. Ocena nie będzie wysoka ale paradoksalnie bawiłem się naprawdę nie najgorzej i myślę, że taki odmóżdżacz to nie jest zły pomysł na wakacyjne wyjście do kina. 6/10

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 8 sierpnia 2018, o 21:47 
Avatar użytkownika
menda+
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 15:19
Posty: 4008
Lokalizacja: Tír na nÓg
Podpisuję się rękami i nogami. Voo jak coś napisze, to z sensem.

Dodałbym jeszcze, że przygłupia fabuła ma chyba z pięć momentów kulminacyjnych jak nie więcej, co po którymś bardziej zaczęło męczyć niż dodawać emocji.

_________________
Obrazek
You give up a few things, chasing a dream.
"Ty jesteś menda taka pozytywna" - colgatte
#sgk 4 life.
Old FŚGK number is 12526


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 12 sierpnia 2018, o 14:58 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4935
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri (Three Billboards Outside Ebbing, Missouri)

Fantastyczny film. Najlepsza rzecz jaką obejrzałem od czasu Manchester by the Sea, czyli jeśli wierzyć naszemu agregatowi od kwietnia tego roku ;) Nie wiem tylko czy pewne przerysowanie postaci i jednak sporo humoru bardziej temu filmowi pomogło i uczyniło go bardziej oryginalnym, czy też właśnie na odwrót - osłabiło wymowę całej historii. Pomijając tę kwestię to cała reszta - reżyseria, gra aktorska, zdjęcia, muzyka itd. są tu na najwyższym możliwym poziomie. Wypłaciłbym okrągłą dychę ale wciąż się zastanawiam czy film kopnąłby mnie jeszcze bardziej gdyby główna bohaterka nie rozmawiała z papciami a policjant-głąb nie był aż takim przerysowanym redneckiem. 9/10


Na pokuszenie (The Beguiled)

Klapa w wykonaniu Sofii Copolii i sporego zastępu gwiazd (Kidman, Farrell, Dunst, Fanning) Nowa wersja historii sfilmowanej już w 1971 z Clintem Eastwoodem w roli głównej. Ranny Jankes trafia pod opiekę pensjonarek żyjących na uboczu wojny secesyjnej. Według opisów w filmie występuje ponoć jakieś "seksualne napięcie" i "narastająca rywalizacja pomiędzy kobietami". Nie widziałem oryginału ale w trzyminutowym trailerze jest tam więcej emocji niż w 1.5 godzinnym filmie Copolli. Wszystko jest zbyt ospałe i efekciarsko malownicze - mgły się ścielą nad ogrodem, słońce prześwituje przez gałęzie a panny snują się w ładnych sukienkach wokół posiadłości. Z zaangażowaniem gra tylko Kirsten Dunst, reszta wygląda jakby wątpiła w sukces przedsięwzięcia i źle czuła się w roli. Kidman ma już chyba zbyt pościąganą twarz, żeby mogła wyrażać jakieś emocje. W sumie to taka dość ładna strata czasu. 4/10

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 sierpnia 2018, o 14:58 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4935
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Most szpiegów (Bridge of Spies)

Ciekawa historia ale film kompletnie pozbawiony dramatyzmu, trochę taki rozlazły jak starszawy już Tom Hanks. Stroje, scenografia, zdjęcia - wszystko staranne jak to u Spielberga ale co z tego jak ukradkiem zerkałem do smarfona, żeby poczytać o misji Powersa, co wydawało mi się znacznie ciekawsze od wydarzeń na ekranie. Do tego wątpliwy dla mnie zabieg z budzącym sympatię rosyjskim szpiegiem, którego prawy bohater broni przed żądną krwi amerykańską tłuszczą. Gdyby szpieg był arogancki to wówczas poświęcenie bohatera i wiara w zasady sprawiedliwego procesu miałyby swój wymiar. No ale wtedy film nie byłby taki czarno-biały a wizja świata tak uproszczona. Wystarczy, że wyobrazimy sobie, że ten miły starszy pan mógł na początku swojej kariery w sowieckich służbach np. strzelać w tył głowy polskim oficerom w Katyniu. Albo mordować poddających się żołnierzy. Albo wsadzać kogoś żywcem do pieca. Nadal upór dzielnego mecenasa wzbudzałby nasz podziw? 5/10

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 18 sierpnia 2018, o 15:32 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14653
Ant-Man i Osa (Ant-Man and the Wasp) - Wielka polska poetka, autorka teksów i wokalistka, Alicja Janosz, śpiewała kiedyś mądrze:

Zbudziłam się nie było źle
Za oknem brzask
Śnieg, zaspana ulica
Tramwaju szum
Za ścianą śpiew
I jajecznica

Jajecznica. Pochylmy się na chwilę nad tym cudownym daniem. Rozbabrane jaja poddane krótkiej obróbce termicznej z dodatkami (lub bez) i przyprawami (lub bez) mają smak, który zna każdy. Który lubi niemal każdy. Wiecie co jest najlepsze w jajecznicy? Ciężką ją spartolić. Niestety Peyton Reed stwierdził, że podejmie wyzwanie.

Podobnie jest z Ant-manem. Charyzmatyczna obsada, niezły budżet i czujne oko marvelowskich decydentów sprawiają, że film o Człowieku-Mrówce niełatwo jest zrobić źle. To znaczy tak, żeby nie dało się tego oglądać. Pytanie tylko czy to wystarczy, żeby było dobrze? To nadal jajecznica. Smak znajomy i całkiem w porządku, ale stek czy kaczka w pomarańczach to to nie jest. I pewnie nigdy nie będzie.

Scott Lang kończy dwuletni areszt domowy za pomoc Kapitanowi “Capowi” Ameryce podczas “Wojny bohaterów”. Hank Pym i Hope van Dyne nie chcą go znać, bo naraził ich bezpieczeństwo i skazał na los ściganych przez prawo. Jednocześnie próbują we dwoje dostać się do sfery kwantowej, gdzie być może znajduje się Janet van Dyne (o której wiemy, że dla ratowania świata przed zagładą nuklearną zmniejszyła się do niewiarygodnych rozmiarów). Druga część przygód Ant-Mana opiera fabułę o poszukiwania matki/żony, a w intrygę wmieszają się jeszcze czarnorynkowi handlarze technologii, kumple Langa, FBI, a także pewien tajemniczy… duch.

Głównym problemem filmu jest scenariusz. Jak na opowieść o tak groteskowych super-bohaterach jest tu zdecydowanie za mało absurdu. Może jestem rozpieszczony przez dwie odsłony “Strażników Galaktyki” i “Thor: Ragnarok”, ale zdecydowanie zabrakło mi tu chociaż odrobiny szaleństwa. Pójścia w jakieś niekonwencjonalne rozwiązania, pojechania po bandzie, albo nawet i wypadnięcia poza nią. Kiedy widziałem w zwiastunie wielką mrówkę grającą na perkusji, myślałem sobie, że to jest to! Będzie abstrakcyjnie, będzie wesoło, będzie jazda bez trzymanki i… niestety, nic z tych rzeczy. Jest poprawnie i czasami zabawnie. Żadnych fajerwerków, żadnych wodotrysków, niczego, co by zapadło na dłużej w pamięć. Nawet z pierwszej – też niedoskonałej – części pamiętam do teraz, czy to eksperymenty Scotta ze strojem, czy scenę z Tomkiem Lokomotywą. Z sequela zapamiętam, w najlepszym razie, wciąż piękną i utalentowaną Michelle Pfeiffer.

Aktorzy są największym kapitałem Marvela. Wspomniana Pfeiffer akurat pojawia się (niestety) rzadko, ale Paul Rudd i Evangeline Lilly stanowią dobraną owadzią parę i świetnie uzupełniają się na ekranie. Między Hope i Scottem iskrzy, bywa romantycznie, drapieżnie, a czasem niezręcznie, ale ewidentnie chemia jest. Michael Douglas tradycyjnie na wysokim poziomie, a cały drugi plan, ze świetnym Michaelem Peñą na czele, dostarcza wielu powodów do śmiechu.

Dlatego smutno mi się robi kiedy oglądam jak rewelacyjny dobór castingowy pozostaje kompletnie niewykorzystany przez słaby, bezpieczny i zachowawczy scenariusz. O braku szaleństwa i fantazji już pisałem. Nie spodobało mi się też zepsucie tytułowej postaci męskiej. Scott Lang, zabawny włamywacz z jedynki, który mimo poczucia humoru był jednym z najlepszych w swoim fachu, w sequelu zamienia się w strzelającego sucharami nieudacznika. Każdy jego kolejny wybór jest głupszy i niesie jeszcze gorsze konsekwencje. Na jego tle Wasp czyli Evangeline Lilly błyszczy jako bohaterka niemal bez wad. Z westchnieniem dobrej i cierpliwej kobiety co chwilę naprawia błędy swojego kolegi. Nie lepiej jest z czarnymi charakterami. Z jednej strony do bólu stereotypowy mafiozo szukający łatwego zysku. Z drugiej – dziewczyna-duch z ciekawą przeszłością, ale cały wątek potraktowano po macoszemu i tak naprawdę nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Nie wiem czy to było źródłem problemu, ale kiedy słyszę, iż w tworzenie scenariusza zaangażowanych jest aż pięć osób, to wiem, że to dobrze filmowi nie wróży…

Efekty i ilość scen akcji to taka średnia marvelowska. Nic nie razi w oczy, ale też nic nie zwala z nóg. Film cierpi na paskudną przypadłość: prawie wszystkie najlepsze najlepsze sceny i żarty można było zobaczyć w zwiastunach. Brakuje mi też szerszego kontekstu i wytłumaczenia pewnych kwestii. Nie chcę zdradzać detali, ale przynajmniej jeden bardzo ważny aspekt fabuły nie został wyjaśniony. Nie znam komiksów i bardzo mnie to po seansie uwiera. O ile jestem w stanie zrozumieć takie zabiegi przy “Infinity War” gdzie nie ma czasu na przesadną ekspozycję, o tyle od filmów poświęconych poszczególnym bohaterom oczekuję zwartej, koherentnej historii. Jeśli mają być tu jakiekolwiek niedomówienia, to najwyżej w scenie po napisach, z zapowiedzią sequela.

Ciężko mi z czystym sercem polecić “Ant-Man i Osa” jako pozycję obowiązkową na wielkim ekranie. Bilety do kina nie kosztują mało. Produkcja jest jak wspomniana na starcie jajecznica – daje radę jako zapełniacz wolnego czasu, ale jak macie do wyboru coś innego – szarpane jaja zawsze możecie ogarnąć w domu, za jakiś czas, z braku laku. 5/10

http://zabimokiem.pl/insekty-in-minus/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 21 sierpnia 2018, o 08:26 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1281
Deadpool 2
Ale bieda, nie pamiętam, kiedy ostatnio się tak wynudziłem. Żaden dowcip do mnie nie trafił, a mam dość skatologiczne poczucie humoru. Docinki pod adresem Wolverina, Green Lantern i postaci samego Reynoldsa były już naprawdę męczące. Ile można wałkować to samo? Historia była łzawa, przewidywalna i nudna jak falki z olejem. Bohaterowie płascy i nijacy, zwłaszcza wiecznie mruczący coś pod nosem Cable ("Który postanowił ,że jednak zostanie"), Domino (kto?) i postać T.J. Millera, rzucająca nieśmiesznymi porównaniami. Wątek gejowskiej miłości z Colossusem to jakaś żenada, zwłaszcza gdy w tle lecą kolejne hity z "Radia Złote Przeboje" - zupełnie to nietrafiony zabieg, na siłę spuszczanie się nad samym sobą. Flaków było dużo, ale ani to efektowne, ani jakoś się nie wyróżniało na tle, powiedzmy, Koszmaru z Ulicy Wiązów czy Asha vs Dead Evil i innych, ironicznych slasherów. Słabo jadą po bandzie i zaczynają się powtarzać (motyw z odrastaniem kończyn był śmieszny za pierwszym razem). Budżet większy, ale jakoś tego nie widać. Jedynka miała chociażby świetną rozpierduchę na autostradzie. tutaj najlepsza wizualnie była scena parodiująca otwarcie w stylu filmów o agencie 007 - co jednak nigdy nie znajduje żadnego ujścia. Jest, bo jest. Bo można, bo to jest Deadpool i wszystko jest meta. Celine Dion jest meta, Brad Pitt jest meta. I wcale nie musi być wyjaśnione, ani spointowane. To jest najgorszy z możliwych sequeli nastawiony na kasę. Jedynka była efektem 10 lat mozołu i widać w niej serce, widać chęć pojechania po produktach superbohaterskich, tutaj Deadpool sam zmienia się w produkt, autoparodię.
4/10


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 21 sierpnia 2018, o 15:11 
Avatar użytkownika
Bambus Junior
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:10
Posty: 1852
Ptaszor napisał(a):
Deadpool 2
4/10

We cannot be friends anymore.

_________________
What Darwin was too polite to say, my friends, is that we came to rule the earth not because we were the smartest, or even the meanest, but because we have always been the craziest, most murderous motherfuckers in the jungle.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 22 sierpnia 2018, o 10:33 
Avatar użytkownika
Waniaaa!
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:07
Posty: 2883
Piccolo napisał(a):
Ptaszor napisał(a):
Deadpool 2
4/10

We cannot be friends anymore.


Yup. Hańba!

_________________
IRON MAIDEN are KINGS

"Jedynym właściwym stanem serca jest radość" Terry Pratchett R.I.P.

"errare humanum est" - i nie zapominajcie o tym.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 22 sierpnia 2018, o 17:27 
Avatar użytkownika
Grzechu z Polityki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:45
Posty: 2681
Counterman napisał(a):
Piccolo napisał(a):
Ptaszor napisał(a):
Deadpool 2
4/10

We cannot be friends anymore.


Yup. Hańba!


Jest jeszcze szansa, że Ptaszor pisząc takie głupoty był pijany! :P

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 22 sierpnia 2018, o 18:24 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1281
Gregor napisał(a):
Counterman napisał(a):
Piccolo napisał(a):
Ptaszor napisał(a):
Deadpool 2
4/10

We cannot be friends anymore.


Yup. Hańba!


Jest jeszcze szansa, że Ptaszor pisząc takie głupoty był pijany! :P

Wtedy jeszcze nie. Bhsarałem ostatnioo lekcjcce internentowej etykiety, więc mam komeentaz dla wszyskich hejtująćyhc
Spoiler:
(_)_):::::::::::::::::D~~~~~~~~~~


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 22 sierpnia 2018, o 18:34 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 6067
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
Tak daleko jak Ptaszor bym nie poszedł w krytyce drugiego Deadpoola, ale przyznaję, że film jest sporo słabszy od części pierwszej. Niby wszystkiego jest więcej, ładniej i w ogóle, ale ja się wynudziłem, a fabuła jest od początku tak przewidywalna, że czekanie na wszystkie oczekiwane zwroty akcji, czy wręcz konkretne sceny, było nieznośne. Pośmiałem się, to wiadomo, nie usnąłem, mimo to bardzo się cieszę, że nie byłem w kinie. Wtedy zobaczyłbym TRAGICZNE cgi jeszcze dokładniej. Ode mnie naciągane 6/10.

_________________
Jest na tym padole wiele dobrych wynalazków: jedne z nich są pożyteczne, inne znów miłe: za nie też i ziemię miłować należy. Zaś niejedno jest tak dobrze wynalezione, że jest jako pierś kobieca: i pożyteczne, i miłe zarazem.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 24 sierpnia 2018, o 20:16 
Avatar użytkownika
Współpraca GL
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 423
Lokalizacja: Wawa i okolice
Crowley napisał(a):
Tak daleko jak Ptaszor bym nie poszedł w krytyce drugiego Deadpoola, ale przyznaję, że film jest sporo słabszy od części pierwszej. Niby wszystkiego jest więcej, ładniej i w ogóle, ale ja się wynudziłem, a fabuła jest od początku tak przewidywalna, że czekanie na wszystkie oczekiwane zwroty akcji, czy wręcz konkretne sceny, było nieznośne. Pośmiałem się, to wiadomo, nie usnąłem, mimo to bardzo się cieszę, że nie byłem w kinie. Wtedy zobaczyłbym TRAGICZNE cgi jeszcze dokładniej. Ode mnie naciągane 6/10.

Oglądałam wczoraj i zgadzam się z powyższym. Wszystko w tym filmie jest... takie se. Wtórne, przewidywalne, za długie. Było kilka momentów, ale to za mało na 2-godzinny film.

_________________
"Żal, że sie coś zrobiło, przemija z czasem. Żal, że się czegoś nie zrobiło, nie przemija nigdy."
Na Pograniczu | SQL Exercises


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 26 sierpnia 2018, o 12:37 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1281
Dziedzictwo. Hereditary (Hereditary)
Przypomina mi się Brawl in Cell Block 99. Doskonała zmiana tonów, stylistyk, a do tego ciągłe napięcie, piękne zdjęcia i wybitne aktorstwo. Czytałem, że w kinie ludzie się śmieją na tym filmie i właściwie jestem w stanie to zrozumieć, bo to rodzaj mechanizmu obronnego przeciw niepokojącym i makabrycznym obrazom wylewającym się z ekranu. Można film oczywiście traktować jako dramat rodzinny, poruszający temat radzenia sobie ze stratą, ale ja wolę porównywać to do najlepszych z klasyki horroru. Zapisywanie tytułu w agregacie fsgk też będzie ciekawe z uwagi na podwójne hereditary, ale myślę, że dobrze zapisałem.
9/10


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 26 sierpnia 2018, o 13:39 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4060
mnie się nie podobał. wynudził a końcówką wręcz rozśmieszył. Niby jest sprawne niedopowiedziane i podskórnie uszyte - cała ta intryga - ale w ostatecznym rozrachunku oglądałem horror, który mnie strasznie nudził i ani razu nie wystraszył.

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 27 sierpnia 2018, o 11:32 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1281
Pquelim napisał(a):
(...)wynudził, a końcówką wręcz rozśmieszył.

Z tym pierwszym się nie zgodzę, a z drugim - chyba tylko jeśli miałbym lepszy humor podczas oglądania, siedział w otoczeniu rozchichotanych dzieciaków, albo lubił horrory. A ja nie lubię. Nienawidzę. I pewnie dlatego oglądam. Czasami przez palce, czasami odwracam wzrok, ale oglądam. Lepszego katharsis nie znam. Może gdybym próbował leczyć moją arachnofobię metodą szokową, ale na to raczej się nie zanosi :) To jest zdanie bardzo lajtowego oglądacza gatunku grozy. Widziałem poprzedni film od tego samego studia, VVitch, i też mi się bardzo podobał. Widać, że forsują w tych filmach trochę inny rodzaj straszenia niż proste wyskoki zza kadru. Polecam.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 27 sierpnia 2018, o 18:39 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4060
VVitch miało ten sam problem - wszystko pięknie ładnie przemyślane, ale pan Ari Aster próbuje zrobić melodramatyczny horror, który w końcu (to też o Hereditary) okazuje się tylko inaczej opowiedzianym okultyzmem. Dla mnie to nietrafiony eklektyzm, ten smak mi w ogóle nie podchodzi. Ciągle się zastanawiam, czy to na serio, czy twórcy robią sobie ze mnie jaja.

Jak chcesz dobry, choć słabo straszny horror to obejrzyj Ghost Stories. Tam jest większość gatunkowych rzeczy na miejscu.
Ostatnio w tv leciała Obecność. To też jest przemyślany film grozy. Napięcie dawkowane stopniowo, od początku wiadomo że oklepana klisza, ale egzekucja na najwyższym poziomie. A wątki melodramatyczne też tam były, tylko ładnie uzupełniały tło głównej akcji, w Hereditary jest to przemieszane w niestrawnych - powtarzam, że dla mnie - proporcjach.

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 29 sierpnia 2018, o 12:12 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4060
zaległości z głównej:

Tomb Raider
Lara Croft jest powszechnie uważana za najpopularniejszą w historii bohaterkę gier komputerowych, jedną z najsłynniejszych kobiecych postaci w popkulturze, a także, co dla wielu może być – a nie powinno – zaskoczeniem, za symbol seksu. Osiągnięcia tej postaci, wpisywanej sześciokrotnie do Księgi Rekordów Guinessa wykraczają poza świat wirtualny. W końcu Lara pojawiała się również w innych mediach.

Dość powiedzieć, że dzięki pannie Croft udało się dokonać pierwszej w historii, “całkiem” udanej ekranizacji gry komputerowej. Wszyscy pamiętamy ociekające wyuzdaniem usta Angeliny Jolie, która dwukrotnie wcielała się w rolę popularnej archeolog.

Ale to było dawno temu. Od pewnego czasu historia Lary Croft jest pisana na nowo. Dzięki sukcesom rebootu serii, udało się tchnąć w nieco opatrzoną już graczom bohaterkę nowe życie. Zaprezentowana w 2013 roku przez Square Enix gra “Tomb Raider” gruntownie odstawała klimatem od poprzednich części serii. Większy nacisk postawiono na elementy zręcznościowe (kosztem zagadek), cała historia okazała się również mroczniejsza, a sama Lara zdecydowanie mniej zaradna i bezwzględna. Sukces komercyjny tej produkcji był ogromny, czemu zresztą trudno się dziwić – była to po prostu piekielnie dobra action-adventure’ówka. Kwestią czasu były oczywiście kolejne sequele, a także ekranizacja nowego wcielenia Lary.

Tym sposobem dochodzimy do produkcji tegorocznej, której reżyserem jest skandynawski specjalista Roar Uthaug (“Fala”, “Ucieczka”, “Hotel zła” – wszystkie te filmy zasługują na uwagę). W roli Lary Croft obsadzono Alicię Vikander – utalentowaną młodą aktorkę, która ma już na koncie Oscara za “Dziewczynę z portretu”, chociaż mnie osobiście jeszcze bardziej podobała się w “Ex Machinie”. Pani Vikander ma niezaprzeczalne atuty warsztatowe, jednak jej wybór od początku wywoływał kontrowersje. Głównie związane z jej – odstającym od tego znanego z gier wideo – wyglądem. Fabuła filmu czerpie ze scenariusza wspomnianej gry z 2013 roku oraz (w jeszcze większym stopniu) z “oryginalnych” pomysłów, na które wpadli Geneva Robertson-Dvoret oraz Alastair Siddons. Prawda jest jednak taka, że równie dobrze za autorów scenariusza mogliby w tym przypadku uchodzić specjaliści od marketingu i wykresów finansowych. Do tego jeszcze dojdziemy.

Film rozpoczyna sekwencja mająca na celu przybliżenie głównej bohaterki. Dowiadujemy się, że Lara Croft w wolnych chwilach uprawia amatorski kickboxing (z mizernym skutkiem), natomiast zawodowo jest… kurierem rowerowym, uczestniczącym w nielegalnych pościgach na ulicach Londynu. Brzmi jak pomysł na współczesną bohaterkę “young-adult-hipster-movie”? Zgadza się.

Brzmi jak historia Lary Croft? Ani trochę.

I właściwie tak jest przez cały recenzowany film. Oglądając go, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest realizacją wyciągniętą gdzieś z zakurzonej szuflady, opartą na podstawie sztampowego scenariusza w klimacie współczesnego młodego Indiany Jonesa. Lara – zgodnie z obowiązującym kanonem – nie potrafi pogodzić się z utratą bliskich, więc robi wszystko, aby się od swojego nazwiska i dziedzictwa odciąć. Ostatecznie jednak, zupełnie “niespodziewanie” zachodzą okoliczności, za których sprawą zbuntowana nastolatka wyrusza na swoją pierwszą przygodę, by rozwiązać tajemnicę zniknięcia ojca. I chociaż zachodzą tutaj pewne zbieżności z fabułą samych gier komputerowych, to są one w gruncie rzeczy szczątkowe i nieistotne. Wygląda to jak film stworzony w drodze analizy słupków popularności poszczególnych tropów i motywów współczesnego kina młodzieżowo-przygodowego.

W efekcie otrzymaliśmy film, którego temperatura nie zagotowałaby nawet eteru♥. Teoretycznie cały czas mamy akcje – Lara jedzie, biegnie, skacze, lata, ucieka, zakrada się, wreszcie strzela, jest ostrzeliwana, rozwiązuje tajemnicę, odnajduje towarzyszy, wyrusza na ratunek, etc… W praktyce – wszystko to już widzieliśmy dziesiątki razy. Film wykonano po prostu bezpiecznie, idąc po linii najmniejszego oporu unikano kontrowersji i mocnych scen, celowo zdecydowano się na granie oklepanymi motywami i wykorzystanymi po stokroć pomysłami. Gra z 2013 była daleko bardziej odważna.

Rezultat tych ostrożności jest taki, że gdyby nie postać Lary Croft, produkcja Uthauga nie wzbudzałby we mnie absolutnie żadnej reakcji, a recenzję mógłbym po prostu wykropkować do tych standardowych 5 tysięcy znaków. Jednak Lara w filmie jest i jej należy się kilka słów refleksji.

Przede wszystkim… “jestem na nie”.

To nie jest Lara Croft. I nie chodzi mi tylko o seksualne atrybuty, którymi zdobywała serca i umysły przez pierwszych piętnaście lat międzynarodowej kariery. Już we wspomnianym reboocie serii komputerowej Lara została zgrabnie “urealniona” – zarówno fizycznie, jak i psychologicznie. Przestała być biuściastą superbohaterką. Jej siła wynikała z determinacji i rozpaczy, a nie buńczucznej pewności siebie i wybujałego ego. Ale problem pozostaje. Alicia Vikander zagrała poprawnie, bez zarzutu oddając większość rozpisanych w scenariuszu emocji i wywiązała się ze swojej roli pod względem warsztatowym. Tyle tylko, że nie wygląda jak Lara Croft w żadnej z dotychczasowych inkarnacji. Lara zawsze była tajemnicza, zabójcza i seksowna (kiedyś w sposób aż przerysowany, ostatnio nieco bardziej realistyczny)…

A tymczasem odgrywana przez Vikander Lara Croft, to taka dziewczyna z sąsiedztwa, przypadkowa bohaterka wplątana w międzynarodową intrygę, kasjerka z Wall-Martu, która nagłym zrządzeniem losu ratuje Wszechświat. Słowem – przypomina wszystkie absolutnie niewyróżniające się postaci utrzymane w literackim motywie “everymana”. Ale nie przypomina Lary Croft, fascynującej postaci rozpisanej w dziesiątkach gier, komiksów i książek, będącej przedmiotem naukowych analiz i obyczajowych kłótni. Jeżeli Larę Croft sprowadzamy do poziomu Józefa K. z “Procesu” Kafki, to tak naprawdę nie opowiadamy już o Larze Croft. Prawdę mówiąc, to niczego nie opowiadamy: w tym temacie wszystko zostało już powiedziane tyle razy, że możemy się jedynie jałowo powtarzać.

Na marginesie wypada dodać, że sama historia przedstawiona w filmie traktuje bohaterkę jak ofiarę niebezpieczeństw i prześladowań, sprytnie umykającą swoim oprawcom. Do ukonstytuowanego przez dekady wizerunku Lary, w którym pełna odwagi i determinacji pani archeolog odkrywa i zdobywa zapomniane światy jest tutaj bardzo daleko. O ile jeszcze potrafię zrozumieć powodowaną względami komercyjnymi konieczność zerwania z seksualnością i kobiecością głównej bohaterki (inna sprawa, że w tym przypadku przesadzono w drugą stronę), o tyle nie potrafię dojść, dlaczego zdecydowano się na zerwanie z całą resztą wypracowanego przez lata katalogu wartości, których Lara była symbolem.

Oglądając najnowszego “Tomb Raidera” miałem bardzo silne skojarzenia z recenzowanym niedawno “Han Solo – Gwiezdne Wojny: Historie“. Film wykonany sprawnie, z porządną obsadą: oprócz Vikander zobaczymy na ekranie m.in. Dominica Westa, czy Dereka Jacobiego. Efekty specjalnie nie rażą, chociaż budżet (prawie 100mln $) głównie wykorzystano na CGI i jest to wyraźnie zauważalne. Muzyka w porządku, udźwiękowienie bardzo zgrabne, ogląda się i słucha nowego “Tomb Raidera” zupełnie przyjemnie, a jednak… całości zdecydowanie brakuje charakteru. Jakiegokolwiek. Podobnie jak Solo, panna Croft została w tym przypadku bezpardonowo wysterylizowana. Jej historia nie ma w sobie ani grama kobiecego uroku, w jej trakcie Lara nie rozwiązuje ani jednej wymagającej łamigłówki, a kadry sugerujące wejście bohaterki na znane i lubiane przez fanów tory pojawiają się dopiero w ostatnich sekundach. To zdecydowanie za mało. Ten film nie pozostawia po sobie niczego – ani refleksji, ani przyjemności, ani też… niewygody, czy rozczarowania.

Można obejrzeć, chociaż zdecydowanie nie trzeba. Polecać – nie warto.
4/10


Człowiek Demolka

Los Angeles, 1996. Pogrążone w chaosie miasto toczy przemoc i zepsucie. Ulice metropolii przypominają płonące wysypiska śmieci (Polska 2018?), społeczeństwo żyje w strachu przed gangami i zbrodniarzami, nikt już nie kontroluje sytuacji.

No… chyba, że John Spartan. Znany pod pseudonimem “człowieka demolki”, bezkompromisowy gliniarz to prawdziwy łowca przestępców. Jest bezwzględny, nieprzekupny, zdeterminowany i – przede wszystkim – diabelnie skuteczny. W ciągu jednego roku zapuszkował 1000 wyjętych spod prawa rzezimieszków, co uczyniło go legendą branży.

Poznajemy go, kiedy akurat zeskakuje z policyjnego śmigłowca wgłąb slumsów. Otwierająca scena jest pierwszym popisem sprawności będącego w imponującej formie Stallone’a, później film zaserwuje nam ich jeszcze kilka. Spartan udaje się na poszukiwania bandziora, jakiego świat nie widział. Facet nazywa się Simon Phoenix (jakże dźwięczne są imiona i nazwiska naszych bohaterów!) i zachowuje się, jakby – ku własnej radości – kompletnie postradał zmysły. Porwał autobus z trzydziestką pasażerów, zabarykadował się w budynku pełnym beczek z benzyną i skrzynek z C4. Tak naprawdę jednak Phoenixowi chodzi właśnie o Johna Spartana. Konfrontacja ich namiętności doprowadzi do wyburzenia (autentycznego, o żadnym CGI nie może być mowy) budynku i… zamrożenia obu w kriogenicznym więzieniu.

San Angeles, 2032 rok. Metropolia powstała z połączenia kilku ośrodków na Zachodnim Wybrzeżu USA rozkwita w najlepsze. W mieście udało się całkowicie wyeliminować tzw. element społeczny, a wraz z nim przemoc, chaos i ogólne rozbestwienie obywateli. Każdy mieszkaniec posiada wszczepiony chip, który – niczym Oko Wielkiego Brata – rozlicza dostępne kredyty (odpowiednik forsy), umożliwia natychmiastową lokalizację delikwenta i zawiera wszystkie możliwe informacje na jego temat. Obywatele jadają wyłącznie w Taco Bell (w europejskiej wersji filmu zastąpionej przez Pizza Hut), które zostało jedyną funkcjonującą restauracją po wielkim trzęsieniu ziemi z 2010 roku. Ludność San Angeles to ludność szczęśliwa – nie znająca przemocy, nie stosująca wulgaryzmów (stanowią one wykroczenie przeciw statutowi o dopuszczalnym słownictwie), wykastrowana ze wszelkiej maści niebezpiecznych indywiduów.

Do czasu. Podczas standardowego przesłuchania w sprawie zwolnienia warunkowego, Simon Phoenix wymyka się strażnikom: popełnia trzy morderstwa (pierwszy taki przypadek w SA od 2010 roku) i ucieka z więzienia. Służby porządkowe próbują zareagować, lecz natychmiast ponoszą klęskę. Jeden ze śmieszniejszych cytatów z filmu brzmi: “Jesteśmy policjantami, nie szkolono nas do radzenia sobie z taką ilością przemocy!” To świetna ilustracja poziomu ironii i sarkazmu, z jaką “Człowiek Demolka” rozprawia się z wszelkimi idyllicznymi wizjami społeczeństwa przyszłości.

Policja jest bezradna, wobec tego młoda pani porucznik Lenina Huxley (Sandra Bullock) proponuje powrót do starych metod. Czyli do Johna Spartana, który jest ostatnim znanym człowiekiem, który poradził sobie z demolującym miasto bandziorem. Rywalizacja obu twardzieli doczeka się kolejnego aktu.

I będzie to iście niszczycielskie widowisko.

“Człowiek Demolka” jest wielkim osiągnięciem kina akcji lat 90.- tych. Produkcja pochłonęła ponad 75 milionów dolarów, a że na ekranie nie uświadczymy zaawansowanych sztuczek technologicznych i efektów komputerowych – gros tych środków został wykorzystany do budowy prawdziwych scenografii imitujących wielką metropolię przyszłości. W filmie wykorzystano m.in. prototypowy projekt samochodu autorstwa General Motors – Ultralite. To czteroosobowe auto, którego spalanie nie przekraczało 3 litrów (na 100 km) przy osiąganej prędkości 66 km/h. Projekt nigdy nie wszedł do masowej produkcji, chociaż na potrzeby omawianego filmu GM dostarczył 18 egzemplarzy na plan zdjęciowy.

Seans jest pełen efektownych wybuchów: mamy okazję obserwować wspomniane już autentyczne wyburzanie wielokondygnacyjnego budynku mieszkalnego, który został przeznaczony do rozbiórki. Dzięki solidnym nakładom finansowym na scenografię twórcy stworzyli bardzo wiarygodną wizję cukierkowatej i sterylnej przyszłości, w której obywatel podlega ciągłej kontroli.

Reżyserem filmu został bardzo ciekawy człowiek – ówczesny debiutant w tej roli, Marco Brambilla. Urodzony w Mediolanie, całą karierę zawodową spędził w Nowym Jorku. Nie kojarzycie nazwiska? Być może dlatego, ze Brambilla jest… artystą wizualnym. Film “Człowiek Demolka” był jego przepustką na światowe salony, potem skupił się na opracowywaniu instalacji i kolaży wizualnych. Jego prace były prezentowane na festiwalach w Wenecji i Sundance. W 2010 roku wyprodukował muzyczne wideo pt. “Power” dla Kayne Westa. “Człowiek Demolka” jest jednym z dwóch jego pełnych metraży – w 1997 roku zrobił jeszcze “Nadbagaż” z Benicio Del Toro i Alicią Silverstone.

Artystyczna nuta przebrzmiewa gdzieniegdzie w omawianym filmie, jednak nie da się ukryć, że “Człowiek Demolka” to w przeważającej większości spektakularny popis kina sensacyjnego oraz pary antagonistów znakomicie sportretowanych przez Wesleya Snpiesa i Sylwestra Stallone’a.

Pierwszy z nich kradnie dla siebie absolutnie każdą scenę, w jakiej występuje – po aktorze widać, że swoją rolą bawi się jak na solidnie zakrapianym przyjęciu w Hollywood. Simon Phoenix to pozbawiony skrupułów i choćby szczątek moralności, bezwzględny psychopata o dużym poczuciu humoru. Przeniesiony do idyllicznej przyszłości, w której ludziom nie wolno nawet przeklinać – zachowuje się jak dziecko rozpakowujące gwiazdkowe prezenty. Nie dość, że w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby mu podskoczyć, to jeszcze odkrywa, ze został w jakiś sposób “zaprogramowany” do sabotowania systemów informatycznych kontrolujących miasto – zna wszystkie kody i hasła, biegle obsługuje terminale i konsolety, do tego jeszcze – posiadł biegłe umiejętności w kilku sztukach walki. Rychło okazuje się, że ucieczka Phoenixa nie była żadnym przypadkiem, a on sam ma odegrać kluczową rolę w totalitarnych rządach pewnego wysoko postawionego urzędnika, który w istocie trzyma w garści całe miasto.

Jego przeciwnik, John Spartan, to kolejne uosobienie brutalności i bezwzględności – służące jednak dobrej sprawie. Spartan doskonale zdaję sobie sprawę, że z “terrorystami się nie negocjuje”, a niektóre ekstremalne sytuacje wymagają podjęcia ekstremalnych działań. Wędrówka odmrożonego gliniarza po wypolerowanym do granic sztuczności, ugrzecznionym i pozbawionym realizmu świecie, jest w zasadzie sekwencją następujących po sobie dowcipów sytuacyjnych i scenek rodem z kabaretu. Nie potrafi skorzystać z nowoczesnej toalety (słynne “trzy muszelki”, które pełnią rolę MacGuffina♣ – ich zastosowanie nigdy nie zostało sprecyzowane), ani poprowadzić futurystycznego auta. Innym razem wyraża ubolewanie nad sukcesami politycznymi Arnolda Schwarzeneggera, którego ambicje prezydenckie znane były w Kalifornii już w 1993 roku. Spartan zawodzi również, kiedy przychodzi do zbliżenia z ponętną funkcjonariuszką Sandrą Bullock, a wypluwane przez automat mandaty za przeklinanie traktuje jako darmowy papier toaletowy. Innymi słowy: stary oldschool’owiec nie może się odnaleźć w nowoczesnym świecie przyszłości, który przyszło mu ratować. John Spartan to jedna z lepszych kreacji w karierze Stallone’a, a miejmy świadomość że jest to prawdopodobnie najlepszy aktor sensacyjny wszystkich czasów.

“Człowiek Demolka” ocieka testosteronem wylewającym się z ekranu podczas pojedynków głównych bohaterów. Ten pojedynek bacznie obserwuje spragniona adrenaliny i znudzona rutyną codziennego patrolowania ulic, funkcjonariuszka Huxley. Portretowana przez Sandrę Bullock porucznik Lenina jest wielką miłośniczką “starych, dobrych czasów”. W jej gabinecie wiszą plakaty z “Rambo”, “Zabójczą Bronią” i innymi hitami kinowymi z czasów premiery filmu. Kiedy Phoenix przerywa pozornie spokojną egzystencję mieszkańców San Angeles swoimi “aktami przemocy”, pani Huxley jako jedyna jest zdolna do operacyjnego myślenia i poprowadzenia śledztwa przeciwko kryminaliście. John Spartan wywołuje w niej uczucia podszyte seksualnym afektem i ten element scenariusza zdecydowanie należy do Sandry Bullock. Dwadzieścia lat temu, ta naturalna i pozbawiona wulgarności rola, działała na wyobraźnię młodego chłopca znacznie mocniej, niż wyuzdanie i negliż. I tak pozostaje do dzisiaj.

Cała obsada “Człowieka Demolki” jest ogromnym plusem filmu. W zasadzie nie ma tutaj słabych kreacji – wszystkim zaangażowanym w projekt należą się brawa.

“Człowiek Demolka” nie został dobrze przyjęty przez krytykę. Zarzucano mu niespójność wizji i gatunkowy eklektyzm – z jednej strony kino wybitnie sensacyjne, ocierające się niemal o pochwałę przemocy, a z drugiej gorzka refleksja nad kierunkiem, w jakim społeczeństwo spycha technologia i unikanie konfliktów. Brambilla z właściwym dla postmoderny kolażem zestawił tutaj wartości sprzeczne, w opinii krytyków – zbyt mocno kontrastujące ze sobą podczas seansu.

Ale do mnie te głosy nigdy nie przemawiały. Jako kino sensacyjne “Człowiek demolka” broni się pod każdym względem – ma świetnie napisany, dowcipny scenariusz, kapitalne kreacje aktorskie, dobre tempo, efektowne sceny i satysfakcjonujące zakończenie. Jako kinowy pastisz jest tak naprawdę jeszcze lepszy – nie atakuje widza wielkimi filozoficznymi tyradami, tylko bombarduje dowcipem i parodią. Gdyby zignorować efekciarstwo i demolkę, ten film byłby lekką komedią o świecie karykaturalnym, lecz niepozbawionym podobieństw do rzeczywistości. Z jednej strony “Człowiek Demolka” to naturalna kontynuacja kina spod znaku “Rambo”, z drugiej – luźna komediowa adaptacja “Nowego Wspaniałego Świata” Aldousa Huxleya. Nawiązań do innych utworów jest znacznie więcej, żeby wspomnieć choćby o “say hello to my little friend” wyjętym wprost z kultowego “Człowieka z blizną” Briana De Palmy.
Dla mnie jest to mikstura idealna. Niepozbawiona inteligencji, a zarazem skutecznie zwalniająca od myślenia. Nie będę ukrywał, że to kolejny z moich prywatnych “one more time’ów”, do których wracam z niesłabnącą przyjemnością za każdym możliwym razem. Classic rocks!
10/10


Życzenie śmierci 2018

Seria “Życzenie śmierci” od zawsze kojarzyła mi się z kiczowatym obrazem amerykańskiej patologii, dodatkowo podrasowanym za pomocą wąsa Charlesa Bronsona, który w mało emocjonujący – a jeszcze mniej realistyczny – sposób rozprawiał się z wszelkiej maści elementem aspołecznym. Filmy inspirowane opublikowaną w 1972 roku książką Briana Garfielda bez wątpienia stanowiły twardy orzech do zgryzienia dla wszelkiej maści rodowitych koneserów kina akcji. Z jednej strony – bezpretensjonalna umowność i odrealniona eskalacja prezentowanych w nich wydarzeń sprawiały, że każda kolejna część przesuwała granice filmowej głupoty, z drugiej – były to jednak absolutnie wiekopomne osiągnięcia kina klasy Z, którego miłośnikiem może nie jestem, ale z pewnością od czasu do czasu – bywam.

W tym roku seria, która dotychczas zamykała się na pięciu częściach firmowanych charakterystyczną facjatą kultowego aktora (i przy okazji – odznaczonego Purpurowym Sercem weterana II Wojny Światowej), została odkurzona, przepisana na nowo i całkowicie przeformułowana. Nie zmieniły się jedynie inicjały głównego bohatera – nadal jest nim Paul Kersey, portretowany przez Bruce’a Willisa. Bez zmian pozostała również główna oś fabularna i koło zamachowe całej historii – oto wywodzący się z wysokiej klasy społecznej (poprzednio – wzięty architekt, teraz – renomowany doktor) protagonista traci swoją rodzinę w wyniku napadu rabunkowego. Widząc nieudolność działań policyjnych śledczych oraz wzrastającą w społeczeństwie spiralę nienawiści i przemocy, postanawia samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość.

Za najnowszą odsłonę (a właściwie to pełnoprawny remake) “Życzenia śmierci” odpowiada Eli Roth. Namaszczony swego czasu przez samego Quentina Tarantino reżyser m.in. “Hostelu”, czy całkiem przyzwoitego “Knock, Knock” z Keanu Reevesem, dotychczas specjalizował się w filmach co najmniej dziwacznych, dość odważnie żonglujących pomiędzy skrajnymi gatunkami czy scenami silnie załamującymi stosowaną narrację. Innymi słowy – Roth w mniej (często) lub bardziej (rzadko) udany sposób zawsze starał się zaskakiwać swojego widza. Z tego powodu, zasiadając do seansu omawianego filmu spodziewałem się podobnego schematu: jakiś slapstickowy pseudohorror z elementami gore, ewentualnie poprzetykany niepasującymi nigdzie, sekwencjami komediowymi.

Nic bardziej mylnego.

W “Życzeniu śmierci” reżyser postawił na inny rodzaj niespodzianki. Jest nią… poważny, mroczny i dramatyczny ton filmu. Serio. “Życzenie śmierci” w 2018 roku zamieniło się z podręcznikowego kina ósmej kategorii w całkiem przyzwoity dramat społeczny z elementami klasycznego filmu o zemście. Wydaje się, że wszystko to, co chciał – a nie potrafił – osiągnąć Michael Winner w 1974 roku, opowiadając historię zdesperowanego architekta o twarzy Charlesa Bronsona, udanie poprawił Elia Roth piećdziesiąt lat później, wykorzystując autentycznie przepełnioną cierpieniem twarz Bruce’a Willisa. Może i ciężko jest jednoznacznie określić, czy aby na pewno zmęczenie i rezygnacja prezentowane na ekranie przez legendę kina akcji wynikają ze scenariusza filmu – ale efekt jest naprawdę zadowalający.

Paul Kersey wygląda tu na autentycznie zmasakrowanego życiem gościa, któremu psychika nie pozwala przejść obojętnie nad osobistą tragedią. Obserwujemy go, jak stara się znaleźć ulgę w prywatnych sesjach terapeutycznych i samotnych, nocnych podróżach po Chicago. Jednocześnie, jest też postacią o wysokim poziomie samoświadomości – bardzo szybko orientuje się, że aby ulżyć swoim wewnętrznym demonom, będzie musiał zrobić coś więcej. Przygotowuje się do tego, nabywa nowych umiejętności, uczy się – najpierw korzystania z dobrodziejstw nowoczesnych technologii, później – sprawnego operowania bronią palną.

Jest coś fascynującego w tej wędrówce na skraj człowieczeństwa i moralności, zwłaszcza jeśli okoliczności są więcej niż sprzyjające: wzbierająca fala przemocy w mieście pomaga w zachowaniu anonimowości, a później – paradoksalnie, właśnie dzięki nowym mediom, Internetowi i smartfonom – cała historia o “Mścicielu” stającym się przedmiotem narodowej debaty w USA nie traci na wiarygodności. Wręcz przeciwnie – zdaje się, że w dzisiejszym zglobalizowanym świecie podobna “popularność” mogłaby spotkać każdego z nas, jeśli tylko weszlibyśmy w buty Paula Kersey’a. Tak oto niewiarygodna pięćdziesiąt lat temu historia zepchnięta na margines kinematografii, stała się dzisiaj zupełnie prawdopodobna. Ten fakt dodaje filmowi kolorytu, a dzięki przemyślanej i stonowanej formie opowieści – całość ogląda się naprawdę przyjemnie i absolutnie bez poczucia zażenowania.

Film nie trwa długo, nie męczy głupotami w scenariuszu, nie przesadza z eskalacją brutalności czy przemocy. Nawet drugi plan aktorski potrafi się wyróżnić: na pochwałę zasługuje postać narwanego brata protagonisty, Franka Kerseya (Vincent D’Onorfio), który momentami wprowadza zamęt na ekranie, lecz – jak się ostatecznie okazuje – posiada serce po właściwej stronie. Podobnie jest z Detektywem Kevinem Rainesem (Dean Norris), bardzo doświadczonym śledczym, który zna się na swojej robocie i potrafi dostosować swoje cele do zmieniających się okoliczności.

Muzyka i aspekty wizualne zwyczajnie nie przeszkadzają, a operator kamery Roger Stoffries w kilku miejscach pokusił się o bardzo klimatyczne ujęcia, nadające filmowi właściwego, mrocznego i nieco noirowskiego upierzenia. Nie jest to w żadnej mierze praca godna peanów i obsypania deszczem nagród, ale z pewnością zasługuje na dobre słowo.

Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić w kontekście omawianego tytułu to jego wtórność. Nie ulega wątpliwości, że już historię opowiedzianą ponad pół wieku temu trudno byłoby nazwać innowacyjną i nowatorską, a co dopiero współcześnie? Jeśli na co dzień konsumujecie kino sensacyjne, randka z “Życzeniem śmierci” może wydać się zupełnie niepotrzebna. Jeśli jednak zaglądacie do tego gatunku nieco rzadziej, a podobne kino traktujecie jako odskocznie od codzienności – warto się z filmem Eliego Rotha zapoznać. Nie jest to w żadnej mierze dzieło epokowe, ale również zupełnie niezasługujące na kamienie, którym poczęstowała je intelektualna krytyka z wszystkich stron świata.

To proste kino, z prostą historią i prostymi emocjami dla widza. Nieskomplikowane menu, które jednak pozytywnie mnie zaskoczyło – spodziewałem się bezgluteno-laktozowej papki, a dostałem porządny kotlet w panierce. Moim zdaniem – całkiem smaczny!
6/10


Geniusz

Wyreżyserowany przez brytyjskiego dramaturga Michaela Gradage’a biograficzny film opowiada – jak to w prawdziwym życiu bywa – o wielu sprawach jednocześnie. Trudna, twarda i męska przyjaźń ściera się w nim z jeszcze trudniejszą i toksyczną miłością. Dopełnieniem wątków obyczajowych w tej historii jest wyzwanie wręcz heroiczne: okiełznanie umysłu artysty (geniusza?), czyli redakcja stworzonego przezeń dzieła, redukcja szeroko rozumianego procesu twórczego. “Geniusz” jest też znakomicie napisanym i tak samo obsadzonym dramatem biograficznym, łączącym cztery niezwykle ważne postaci dla światowej literatury XX wieku.

Pierwszą z nich jest tytułowy artysta, Thomas Wolfe (Jude Law). Pochodzący z Kalifornii pisarz, którego powieści zostały odrzucone przez wszystkie możliwe wydawnictwa. Aktualnie zbiera odmowy w Nowym Jorku, gdzie jego rękopis trafia na biurko Maxwella Perkinsa (Colin Firth) – redaktora w renomowanym wydawnictwie Scribnera. Perkins ma na swoim koncie odkrycie i opublikowanie dzieł Ernesta Hemingwaya i Francisa Scotta Fitzgeralda. Obaj giganci światowej literatury pojawiają się zresztą na ekranie – pierwszego portretuje Dominic West, drugiemu twarzy użyczył Guy Pearce.

Redaktor Perkins, pochłonięty pasjonującą (choć mocno egzaltowaną) literaturą spod ręki Wolfe’a, decyduje się wypłacić autorowi zaliczkę i wydać książkę. Następnie, panowie wspólnie pracują nad niemal każdym zawartym w niej zdaniem, bowiem Thomas Wolfe – pomimo niewątpliwego talentu i erudycji – nie zna umiaru i z równie wielką estymą opisuje proces zakochania, jak i prosty fakt obserwacji pociągu wjeżdżającego na nowojorski peron. Perkins ma więc mnóstwo roboty, a najważniejszym zadaniem wydaje się nawiązanie specyficznej więzi z niesfornym i emocjonalnym autorem – takiej, w której on sam będzie w stanie ocenić, co naprawdę ma do przekazania i które akapity (a nawet całe rozdziały) należy z tej nieuczesanej twórczości wykastrować.

Pomiędzy panami rodzi się przyjaźń. Burzliwa, należy dodać – obaj mają bowiem zupełnie odmienne charaktery i cele w życiu. Wolfe jest w gruncie rzeczy bawidamkiem, zakompleksionym egocentrykiem, którego życie stanowi pasmo niezwykle intensywnych, ale też rozpaczliwych i ulotnych namiętności. Perkins z kolei, prowadzi ustatkowany, stereotypowo brytyjski żywot, w którym każda nieoczekiwana sensacja stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa i ciężko wypracowanej równowagi.

Wolfe żyje w związku z podobną sobie, narwaną i zrozpaczoną mężatką, która stara się miłością do pisarza zagłuszyć wyrzuty sumienia z powodu krzywdy, jaką wyrządziła swojemu mężowi i dzieciom. Postać Aline Bernstein to klasyczna, dramatyczna drugoplanowa rola kobieca, którą świetnie obsadziła Nicole Kidman. Trochę femme fatale, ocierająca się momentami o znane i oklepane rozwiązania fabularne, jednak do końca owiana woalem tajemnicy. Max Perkins z kolei, ma żonę Lousie (Laura Linney) i gromadkę córek, które uwielbiają swojego ojca. Louise jest wyrozumiałą, dojrzałą i inteligentną kobietą, która szybko dostrzega zgubny kierunek, w którym zaczyna podążać nowa znajomość jej męża.

Drugi plan filmu uzupełniają wspomnieni pisarze – Fitzgerald i Hemingway. Obaj pojawiają się na ekranie sporadycznie, jednak każda ich obecność niesie ze sobą ciężar – zarówno talentu zamkniętego w ich umysłach, jak i wewnętrznych demonów, które skrywają się za źrenicami. Hemingway właśnie wyrusza w podróż do Hiszpanii, która odciśnie piętno na jego twórczości. Fitzgerald zmaga się z problemami finansowymi oraz niemocą twórczą, dodatkowo potęgowaną przez psychiczną chorobę małżonki, Zeldy.

Obaj stanowią jednak kontrapunkt do osoby tytułowego “geniusza”, Thomasa Wolfe’a, którego pierwsza powieść okazuje się wielkim sukcesem. Pracę nad kolejną rozpoczyna – wraz z redaktorem Perkinsem – od miliona (!) stron manuskryptu, który panowie poprawiają przez dwa lata. W międzyczasie, Wolfe zatraca się w swoim sukcesie, ślepo wierząc w bałwochwalcze recenzje wynoszące jego talent ponad wszystkich. Perkins również nurkuje zbyt głęboko – w uznaniu i przyjaźni do autora zdaje się nie dostrzegać nieuchronnych konsekwencji, które staną się i jego udziałem w przyszłości. Ten “związek” ma bowiem toksyczne podstawy, które z biegiem czasu wypływają na wierzch, dekonstruując iluzoryczną symbiozę pomiędzy dwoma bohaterami.

Wielką siłą filmu Grandage’a jest jego wiarygodność. I nie chodzi mi tutaj o zgodność z faktami i historycznymi aspektami produkcji. Jest takie przysłowie, chyba włoskie – choć ręki za to nie dam sobie uciąć – które mówi: “Nawet jeżeli to kłamstwo, to przynajmniej pięknie powiedziane.” Podobnie jest z “Geniuszem”. Chociaż film odbiega nieco od autentycznej chronologii zdarzeń i celowo pewne rzeczy zostały w nim pominięte, to – odwołując się do myśli zawartych w pierwszych akapitach niniejszego tekstu – przyznaję, że zrobił na mnie wyśmienite wrażenie. Właśnie ze względu na wiarygodność postaci, naturalność ich relacji i kapitalną grę aktorską, która nadała tej historii znacznie szerszego niż biograficzny, kontekstu.

Znakomita obsada zagwarantowała wysoki poziom warsztatu, jednak film – jak na dramat psychologiczny przystało – opowiada o bardzo skomplikowanych osobowościach i równie krętych relacjach między nimi. Żeby takie przedsięwzięcie można nazwać udanym, potrzeba znacznie więcej, niż tylko utalentowanych odtwórców. Na pochwałę zasługuje scenariusz. Suspensy mnożą się zupełnie jak w kinie akcji – mnie film wciągnął po 10 minutach seansu.

Muzyka nadaje właściwy ton, meandrując pomiędzy klasycznym brzmieniem skrzypiec, a regularnym uderzaniem w werble, które podkreślają tempo co ważniejszych sekwencji. Trafia się również pocztówka z narodzin światowego jazzu – przejmująca scena, w której przyjaciele wybierają się do baru dla czarnoskórych, gdzie zepchnięci na margines społeczeństwa wirtuozi występują dla nikogo, pozostając anonimowi na zawsze. Przez dłuższy czas bohaterom towarzyszy również cisza, co zbliża omawiany utwór do gatunku dramatycznego i teatralnego. Nie powinno to zresztą dziwić, Michael Grandage jest zasadniczo scenarzystą i reżyserem teatralnym, mającym na koncie premiery po obu stronach oceanu, a w CV między innymi głośną sztukę “Frost/Nixon”, którą w 2008 roku Ron Howard zamienił w znakomity polityczny dramat.

Teatralna jest również oprawa audiowizualna filmu, gdzie dźwięki związane z edycją tekstu (stukot maszyny do pisania, świst przewracanych kartek, zgrzytające na papierze pióro) wybijają się na pierwszy plan, a obraz miejscami przypomina malarstwo nokturnowe. Gra światłocieniem potęguje zarówno przygnębiającą atmosferę Nowego Jorku w okresie Wielkiej Depresji, jak i wskazuje na tajemnicę związane z bohaterami. Dla przykładu, porywczy i niestabilny Wolfe jest najczęściej niedoświetlony, Perkins z kolei ogrywany jest żółtymi, ciepłymi barwami – chociaż i ten symbolizm zmienia się w dalszej części filmu.

Historia toczy się w sprawnym tempie, chociaż w tym przypadku muszę wziąć poprawkę na subiektywne odczucia związane z treścią filmu. Mnie osobiście wszystkie sekwencje edytorskie, cytaty z malowniczo utkanych, niemal poetyckich dzieł Wolfe’a, rozterki związane z przelewaniem własnych myśli na papier – dostarczyły bardzo wielu pozytywnych wrażeń i emocji. Spoglądając na recenzję zagranicznych krytyków dowiedziałem się jednak, że były one najsłabszym elementem produkcji, dlatego z pełną świadomością popadam w tym miejscu w świadome asekuranctwo: dla kogoś niezainteresowanego twórczością (jakąkolwiek), ani niezwiązanego emocjonalnie z procesem powstawania dzieła (jakiegokolwiek) ten film może wydać się okropnie przegadany i nudny jak flaki z olejem. To prawdopodobnie kwestia sposobu narracji, który w moim przypadku poruszył wrażliwość i emocje, a – jak czytam na Zgniłych Pomidorach – innym wydał się pretensjonalny i snobistyczny.

De gustibus non est disputandum, chociaż i tak zachęcam do podzielenia się swoimi uwagami w komentarzach. Film nie trwa nawet dwóch godzin, ryzyko jest więc minimalne. A jeśli kiedykolwiek myśleliście chociaż przez chwilę o takich sprawach jak napisanie własnego opowiadania, czy książki, lub interesują Was skomplikowane meandry przyjaźni i miłości w nieco psychologicznym, lecz wciąż bardzo ludzkim wydaniu – powyższy tytuł będzie dla Was pożyteczną lekturą.

To powiedziawszy, zdając sobie sprawę z egzaltowanego – wzorem Thomasa Wolfe’a stylu – polecam.
8/10


The Endless

Produkcja jest opisywana jako nurtująca, utrzymana w klimacie Przedwiecznych i zaskakująca zwrotami akcji opowieść grozy, która zyskała powszechne uznanie niemal wszystkich recenzujących krytyków. Grzechem byłoby nie sprawdzić, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi i ile jest prawdy w dość powszechnym zachwycie nad najnowsza produkcją reżyseroaktora, Justina Bensona.

Nazwisko Bensona mogło się już komuś o uszy obić, bowiem jego “Spring” z 2014 roku – równie dziwaczny, co budżetowy romansohorror, zrobił jako-taką karierę wśród miłośników kina grozy. W najnowszej produkcji, w której przydzielił sobie jedną z głównych ról, twórca przenosi widza w rzeczywistość tyleż sugestywną, co niekoherentną, tak samo pasjonującą, co boleśnie niedopieszczoną. Niestety! – trzeba przyznać, bo jest w “The Endless” kilka rzeczy, które potrafią zapaść w pamięci.

Historia opowiada o dwóch braciach: Justinie (Benson) i Aaronie (Aaron Moorhead – ciekawa zbieżność z tymi imionami), którzy zasłynęli z opuszczenia samobójczej sekty. Czas i miejsce akcji nie są nigdy wyłożone na stół, więc zostawmy te didaskalia – starczy powiedzieć, że opowieść dzieje się gdzieś w Stanach Zjednoczonych, w okresie zbliżonym do współczesności. Justin i Aaron po wyrwaniu się z “pralni mózgów”, w której spędzili większość życia, mają kolosalne problemy z przystosowaniem się do reguł panujących w prawdziwym świecie. Brakuje im kasy na czynsz, dorabiają wykonując najpodlejsze prace i nie mają wielkiej nadziei na poprawę swojej egzystencji.Relację pomiędzy braćmi są napięte, zwłaszcza młodszy Aaron ma do Justina ogromne pretensje o opuszczenie sekty. W małej, rodzinnej społeczności niezdarny brat czuł się bezpiecznie i przytulnie. Po kilku kłótniach oraz otrzymaniu dziwnie brzmiącej “kasety pożegnalnej” od jednej z członkiń niebezpiecznej społeczności, obaj bracia postanawiają odwiedzić starych znajomych. Justin zarzeka się, że tylko na jedną dobę, po Aaronie od razu widać, że będzie coś na miejscu kombinował.

Zawiązanie akcji “The Endless” przeprowadza bezboleśnie, chociaż z wyczuwalnym brakiem dramatyzmu. Widzimy snujących się po domu braci, obserwujemy ich “życiową niepełnosprawność”, ale ciężko odczuwać w tym momencie jakiekolwiek większe emocje związane z ich sytuacją. Zbyt mało o nich wiemy i – jako widzowie – niecierpliwie oczekujemy na coś konkretnego, jakiś mocniejszy akcent pozwalający popchnąć fabułę do przodu.

I faktycznie – po dotarciu na miejsce, w którym umościła się opuszczona przed laty sekta, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Nie chcąc zdradzać szczegółów fabularnych, napiszę tylko, że – wzorem lovecraftowskiego sposobu narracji – prawda o tym miejscu i jego mieszkańcach deformuje się niczym w krzywym zwierciadle. Na ekranie obejrzymy kilka bardzo intrygujących postaci, wśród których na wzmiankę z pewnością zasługuje przywódca społeczności Hal (Tate Ellington). Wzorem standardów gatunkowych sprawia wrażenie dobrze zakamuflowanego psychopaty, jednak po kilku poważniejszych scenach dialogowych z jego udziałem okazuje się, że cala sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana.

Na dużą pochwałę zasługuje również postać wściekłego Carla (James Jordan), którego wejście jest najmocniejszym i najbardziej chyba przerażającym momentem filmu. Każda scena z jego udziałem zapada w pamięci widza. Jeśli chodzi o odtwórców głównych ról, jest nieco gorzej – muszę przejechać się po enigmatycznym i po prostu drewnianym reżyserze, którego warsztat aktorski pozostawia wiele do życzenia. Sytuację poprawia Aaron Moorhead – wygląda bardzo pospolicie i kojarzy się z nieokreślonym “aktorem, którego już gdzieś widziałem”. Ale dzięki swojej aparycji i porządnej grze aktorskiej dobrze wpisuje się w postać zagubionego, zlęknionego życiowego przegrywa, który pragnie tylko wrócić na łono bezpiecznego matecznika.

Grę aktorską należy zatem ocenić na plus, podobnie jak scenariusz, jednak w tym przypadku im dalej w las, tym więcej polan… Czyli dziur, które chyba w założeniu miały zostać wypełnione przez lovercraftowskie “nieznane”. W praktyce dziury te odsłaniają nieco nieuczesany pomysł na “The Endless”. Istotnie, cała historia w pewnym momencie skręca ze ścieżki dołującego dramatu społecznego na drogę wytyczoną przez “Zew Cthulhu” i inne opowieści spod znaku Wielkich Przedwiecznych.

Na pierwszy plan wskakują nieokiełznane wszechpotężne siły, których pochodzenie i motywacje pozostają nierozwiązaną zagadką. Ludzie borykają się z przerażającymi torturami duszy, w których miłował się sam Lovecraft – i za to własnie odwzorowanie specyficznego klimatu należą się reżyserowi wyrazy uznania. Film jest też bardzo sugestywnie nakręcony – stylistycznie przypomina znakomity pierwszy sezon “True Detective”, innym razem przenosi widza w oniryczną, westernową wizję współczesnej Ameryki, podobną nieco do “Hell of High Water” Davida Mackenzie z 2016 roku.

Niestety, specyficzny klimat i udanie zaprojektowane kadry nie są w stanie przykryć wspomnianych mankamentów samej historii, która w kilku miejscach nie trzyma się własnej, i tak już zawoalowanej logiki ekranowej. Wszystko to oczywiście ma służyć sprowadzeniu widza na manowce, bowiem już od początku widać, że będzie to historia nastawiona na zadawanie pytań, a nie podawanie odpowiedzi. Nie miałbym z tym problemu, gdyby twórcy – wzorem Lovecrafta właśnie – utrzymali w tym wszystkim pewną dyscyplinę i nie ujawniali np. zawartości kilku usilnie eksponowanych na ekranie pomieszczeń, ani też nie wizualizowali tak dobitnie Sił, którymi zdecydowali się wcześniej zaintrygować odbiorców.

W tej historii znacznie lepiej sprawdza się atmosfera niepewności, tym bardziej że sam scenariusz w końcowych scenach dosyć spodziewanie skręca w stronę dramatycznego, lecz jednocześnie banalnego melodramatu. To drugi, znaczący minus “The Endless”. Film kończy się zupełnie niepotrzebnym – w moim przekonaniu – zamknięciem, dołorzuconym po naprawdę niezłej scenie finałowej, która nie potrzebowała dodatkowych akordów.

Reasumując, Justin Benson zaintrygował mnie i zniechęcił do “The Endless” za jednym zamachem. Film posiada kilka bardzo mocnych stron: przede wszystkim w odważny sposób próbuje połączyć inspirowane Lovecraftem fantasmagorie z problemami współczesnego świata. Ta karkołomna idea ostatecznie kończy się fiaskiem, głównie ze względu na brak wyczucia w kwestii budowania (i rozładowywania) napięcia oraz dziurawy scenariusz, który niepotrzebnie niektóre tajemnice rozwiązuje, a inne pozostawia w sferze domysłów. Kłamstwem byłoby jednak powiedzieć, że “The Endless” nie pozostawia po sobie żadnego wrażenia – mnie zapadł w pamięci na tyle, że własnie wysmarowałem na jego temat ponad tysiąc słów. Mawiają, że jeżeli spadać, to z wysokiego konia – w przypadku Bensona porażka była według mnie nieunikniona, ale po pierwsze było naprawdę blisko; a po drugie, mam przeczucie, że reżyser dość szybko się podniesie.
Film zasługuję na zupełnie nieoddające jego siły 5/10, ale że jestem miłośnikiem prozy Lovecrafta, podnoszę tą bezsensowną ocenę oczko w górę. Dla fanów Samotnika z Providence – pozycja moim zdaniem obowiązkowa.
6/10

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 18 września 2018, o 08:29 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14653
Mission: Impossible – Fallout - James Bond po wybitnym “Casino Royale” dostał zadyszki i rozmienił się na drobne. Jason Bourne próbował powrócić w chwale, ale zamiast wielkiego “bum” wielbiciele szpiegowskiego kina akcji usłyszeli najwyżej niemrawe “pyk”. Na polu bitwy ostał się jeno Ethan Hunt, który tanio skóry sprzedać nie zamierza.

     Po raz szósty bohater grany przez Toma Cruise’a, razem ze swoimi ziomkami z Impossible Mission Force stawi czoło globalnej zagładzie. Tym razem – zgodnie z “Fallout” w tytule – trzeba będzie posprzątać bałagan powstały po akcji z poprzedniej odsłony serii (“Rouge Nation”). Niebezpieczny terrorysta Solomon Lane (Sean Harris) został ujęty przez Hunta, ale grupa ekstremistów związanych z Lanem nadal próbuje doprowadzić do zburzenia światowego porządku. W pościg za Apostołami (bo tak się nazwali) ruszy nie tylko dzielny Ethan z Benijm (Simon Pegg) i Lutherem (Ving Rhames). W intrygę wmiesza się powracająca Ilsa Faust (Rebecca Ferguson), a ze strony rządu USA bohaterów z IMF pilnować będzie August Walker (Henry Cavill).

     Szósta misja niemożliwa to uczta dla fanów kina akcji. Uczta przez wielkie “U”. Ogromne “U”! Zdjęcia potrafią złapać za żuchwę i cisnąć nią z impetem o podłogę. Szerokie kadry pokazujące lokacje, w których Hunt wykonuje swoje popisy (od Berlina przez Paryż po środkową Azję) swoją urodą biją na głowę zdjęcia z o wiele ambitniejszych produkcji. Nawet to jednak blednie w zderzeniu ze scenami kaskaderskimi.

     “MI: Fallout” zawiera w sobie genialne sekwencje filmowe. Takie, które zapewne będą używane jako wyznacznik jakości na zajęciach dla przyszłych reżyserów i operatorów. Mamy tu jeden z najlepszych pościgów na piechotę, doskonały pościg motocyklowy, trzymający w napięciu pojedynek śmigłowców i jeszcze kilka innych scen, których nie będę tu opisywał dokładnie, bo po prostu trzeba je zobaczyć na wielkim ekranie. Jak to u perfekcjonisty Cruise’a na planie – CGI nie jest mile widziane, dlatego wszystko wygląda realistycznie i… obłędnie. Oczywiście realizm nie jest stuprocentowy, bo wiadomo, że główni bohaterowie są (tradycyjnie dla serii) niezniszczalni. Dla mnie wisienką na torcie jest znana ze zwiastunów bójka w pewnej toalecie. Czapki z głów. To jest najlepsza scena walki wręcz jaką widziałem w ostatnich latach.

     Duża w tym zasługa Cruise’a, ale też zatrudnienie Superma… eee… Henry’ego Cavila okazało się strzałem w dziesiątkę. Walker to brutalny agent CIA, który uważa, że każdy problem można rozwiązać waląc kogoś pięścią w łeb. Stanowi dobrą przeciwwagę dla Hunta lubiącego (przynajmniej podczas planowania) chirurgiczną precyzję. Między chłopakami pojawia się rywalizacja, ale jednocześnie żaden z nich nie pozostaje w cieniu drugiego. To sztuka nie dać się zepchnąć na drugi plan przez Cruise’a w filmie będącym jego wizytówką i (najwyraźniej) oczkiem w głowie. Najśmieszniejsze jest to, że udział Cavila w “Fallout” kosztował majątek na CGI… inną wytwórnię (WB/DC). Słynna sprawa cyfrowo usuwanych wąsów Henry’ego przeszła już do historii Hollywood.

     Sam Tom, że tak powtórzę już tradycyjnie, jak przy każdej kolejnej premierze “Mission Impossible”, nadal jest w formie, nadal popisuje się niesamowitą kondycją i nadal sprawia wrażenie, że to mu zwyczajnie sprawia frajdę. Widz to czuje i bawi się razem z najjaśniejszą gwiazdą serii. To zresztą kolejny talent Cruise’a. Przez lata dobierał sobie sprawdzonych i świetnych partnerów (i świetne partnerki) na ekranie. Simon Pegg i Ving Rhames tradycyjnie stanowią świetne uzupełnienie zespołu IMF i dokładają humor tam, gdzie trzeba trochę poluzować napięcie. Rebecca Ferguson wypadła fantastycznie już w “Rouge Nation”, tutaj tylko potwierdza, że pasuje do serii idealnie. Ba, zaryzykowałbym stwierdzenie, że od strony warsztatowej jest w “Fallout” zwyczajnie najlepsza.

     Fabuła jest jaka jest i tyle. Wiadomo, że tego typu filmy akcji używają opowiadanej historii jako pretekstu do pokazywania kolejnych walk i pościgów. W najnowszym “Mission Impossible” jest podobnie. Na plus zaliczam całkiem sporą ilość nawiązań do poprzednich odsłon. Jeśli ktoś widział i pamięta – na pewno doceni, bo jest tego sporo. Na minus – rozłożenie akcentów i ilość “poziomów” intrygi. Wiem, że znakiem rozpoznawczym serii są maski-twarze używane do wyprowadzania oponentów w pole, ale mam wrażenie, że “Fallout” ma w swoim rękawie o jeden-dwa momenty kulminacyjne za dużo. Kiedy dochodzimy do ostatniego aktu, akcja – mimo, że efektowna – jest już trochę nużąca.

     “Mission Impossible” przypomina mi to trochę kolejne części “Szybkich i wściekłych”. Z częścią numer cztery i pięć tchnięto w skostniałą wizję trochę życia. “Fallout” bierze franczyzę na warsztat i wszystko robi trochę mocniej, bardziej, jednocześnie nie popadając w absurd ani we wtórność. Ode mnie film dostaje siedem punktów, bo końcówka zrobiła swoje, ale fani serii i generalnie kina akcji mogą spokojnie dopisać przynajmniej jedno oczko. 7/10

http://zabimokiem.pl/tom-wciaz-to-ma/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 18 września 2018, o 08:51 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14653
Ładunek (Cargo) - W 2013 roku Yolanda Ramke i Ben Howling stworzyli krótkometrażowy film “Cargo” (do obejrzenia na yt, zachęcam). Historia wędrówki ojca z małą córeczką na plecach przez Australię ogarniętą apokalipsą zombie okazała się być świetnym pomysłem, który został doskonale zrealizowany. Te siedem minut trochę wzrusza, trochę trzyma w napięciu i trochę zaskakuje. Film zrobił na tyle dużo szumu, że znaleźli się producenci chcący realizować pełny metraż na motywach “Cargo”. Ramke i Howling dostali więc spory budżet, sprzęt, plenery, Martina Freemana w roli głównej i… udowodnili, że to, co może zadziałać jako krótka forma, nie zawsze sprawdza się jako ponad 90-minutowa fabuła.

     W “Ładunku” w roli głównej wystąpił znany mi.in z roli w trylogii “Hobbit”, Martin Freeman. Większa kasa oznacza gwiazdę światowego kina w roli głównej i w tym wypadku to strzał w kolano twórców. Może to moje subiektywne odczucie, ale oglądanie Martina w tej poważnej, pełnej bólu i wymagającej roli wydaje mi się… groteskowe. Tak bardzo wbił mi się w pamięć jako sprytny, opryskliwy i śmieszny Bilbo, że po prostu ciężko mi było brać na serio jego wysiłek w pełnometrażowym “Cargo”. Tym bardziej, że jak na jego umiejętności (sprawdził się jako Watson w “Sherlocku”) zagrał tu raczej bez wielkiego zaangażowania.

     Freeman rzuca się w oczy tym bardziej, że reszta obsady nie dość, że jest mało znana, to jeszcze wypada przy swoim znanym koledze o niebo lepiej. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Simone Landers w roli młodej aborygenki Thoomi, którą Andy (Freeman) spotyka na swojej drodze. “Ładunek” naprawdę zyskałby sporo na wyborze nieopatrzonej twarzy do głównej roli. Ale wiadomo, był budżet, to musiała być gwiazda.

     Ramke i Howling nie mieli też pomysłu na długą, sensowną historię. Dostajemy więc nudnawą wędrówkę z kilkoma momentami pozornego zaskoczenia. Pozornego, bo wszystkie zwroty akcji są… hm… standardowe? Łatwe do przewidzenia? Nie ma ani jednej sceny, ani jednego momentu, w którym dzieje się coś niespodziewanego. Przez cały seans można spokojnie postawić wszystkie pieniądze świata na najbardziej prawdopodobny rozwój wydarzeń – w każdym przypadku wygrana gwarantowana.

     Nawet takie filmowe ABC jak spójność świata przedstawionego zostało potraktowane po macoszemu. Ugryzienie zombiaka zmienia człowieka w żarłoczne monstrum w przeciągu 48 godzin. To powinno dodawać smaczek w postaci ciągłego napięcia, poczucia uciekającego czasu, presji. Nic z tych rzeczy. Mam wrażenie, że dla jednych te dwie doby trwają 12 godzin, a dla innych, w przybliżeniu, jakiś tydzień. Albo weźmy hałas. Raz trzeba być super cicho, bo przyjdą żywe trupy w wielkiej sile, innym razem można się wydzierać do woli i (martwy, ale żywy) pies z kulawą nogą się nie zainteresuje. Żeby chociaż zdjęcia wynagrodziły poświęcony czas. Przecież Australia ze swoim krajobrazem jest naprawdę wdzięcznym tematem. A jeśli nie widoki to może nietypowa praca kamery? Niestety. Standard, brak pomysłów i oryginalności, sztampa.

     Narzekam i narzekam, ale są i pozytywy. Już pisałem o świetnej młodej aktorce w roli Thoomi. O solidnym aktorskim drugim planie też. Dodam do tego, że część pomysłów na zombie przypadło mi do gustu. Na przykład powtarzany kilka razy sposób w jaki regenerowały się żywe trupy. Brawa za minimalną innowacyjność w ogranym na wszelkie sposoby temacie.

     Tyle pochwał. Rozumiem, że autorzy chcieli zrobić coś na modłę doskonałej “Drogi” z 2009 roku, tylko z zombie, ale obawiam się, że nie wyszło. Ramke i Howling planowali zagrać na bardzo delikatnym i emocjonalnym temacie rodzica chroniącego za wszelką cenę swoje dziecko w obliczu zagłady. Z pozoru to samograj, ale kiedy zagrożenie wydaje się bardzo niewielkie albo wybiórcze, kiedy całość jest boleśnie przewidywalna, zaangażowanie emocjonalne jest najwyżej średnie. U mnie było minimalne. Wyszła, powiedzmy, “Droga” w wersji “light”. Odarta z wszystkiego co czyni produkcję z 2009 filmem kompletnym.

     “Ładunek” z 2017 roku jest niestety filmem przeciętnym do bólu. Pełnym nielogiczności, sztucznego przeciągania historii, braku konsekwencji. A co najgorsze, jest horrorem (thrillerem?), który nie straszy i nie buduje żadnego napięcia. Ani przez chwilę, w ani jednej scenie. To w zasadzie grzech śmiertelny w tym gatunku. Plus jest taki, że seans jest na wyciągnięcie ręki dla mających wykupiony abonament na Netflixie, bo tam właśnie obraz jest dostępny. W ostateczności można obejrzeć z nudów, albo jeśli macie znajomych, którzy nie lubią horrorów (pozdrowienia dla pana R. ;). Wy się do reszty nie wynudzicie, bo w kupie raźniej, a co wrażliwsi towarzysze/towarzyszki mogą obejrzeć bez ryzyka zawałowego. Jeśli natomiast nie macie Netflixa (albo znajomych), polecam krótki metraż z 2013 na youtube. Oszczędzicie sobie sporo czasu. 5/10

http://zabimokiem.pl/wybitnie-niestraszne-zombie/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 24 września 2018, o 22:32 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14653
The Predator - Shane Black to jeden z moich ulubionych filmowców. Wyreżyserował trzy naprawdę dobre filmy: "The Nice Guys", "Iron Mana 3" (kwestia jego przyjęcia to sprawa osobna - widać ludzie chcieli więcej standardowego Marvela) i "Kiss Kiss Bang Bang" (który skądinąd reanimował karierę Roberta Downeya Jr.). Ale sprawdził się nie tylko jako reżyser. Był też twórcą scenariuszy do takich sztosów jak: "Bohater ostatniej akcji", "Ostatni skaut" (pozycja obowiązkowa!) i "Zabójcza broń" (!).

     Mało tego! Nie dość, że (podobno) pomagał przy poprawianiu scenariusza do "Predatora" z 1987 roku, to jeszcze zagrał tam Hawkinsa, wesołka z oddziału legendarnego Dutcha. Świat kosmicznego łowcy tropiącego ludzi nie jest więc dla Blacka nowy... nie ma to jednak żadnego znaczenia. Koniec z przydługim wstępem, kawa na ławę: "The Predator" to, póki co, największe kinowe rozczarowanie bieżącego roku. Mam w sobie tyle złości i żalu do Shane'a, że nawet nasmarowanie ultra-krytycznej recenzji niewiele pomoże.

     Jak spojrzy się na portfolio reżysera, od razu rzuca się w oczy specjalizacja: komedie sensacyjne, czasem przesycone absurdami, zawsze pełne czarnego humoru. Ale przecież biorąc na warsztat kontynuację "Predatora" - jak by nie patrzeć, jednak horroru - profesjonalista taki jak Black nie zrobiłby z filmu komedii. Prawda? Nieprawda! To jest KOMEDIA. Niech was nie zmylą opisy na IMDB (Action, Adventure, Horror) czy filmwebie (Akcja, Sci-Fi). "The Predator" to komedia, na dodatek słaba, a z poprzednimi odsłonami serii ma wspólny tytuł i to, że jacyś tam znajomo wyglądający kosmici biegają po Ziemi siejąc zniszczenie.

     Komedia. Uwierzycie? W dodatku boleśnie nieśmieszna. Większość interakcji między aktorami to przerzucanie się dowcipami (bardzo wyrafinowanymi - obrzezanie bezdomnych, twoja stara i takie tam), one-linerami i sucharami, które nie śmieszyłyby nawet Karola Strasburgera. Gdyby ktoś mi powiedział, że "ghost writerem" scenariusza był Patryk Vega - uwierzyłbym z miejsca. Ba, sam kosmiczny łowca w większości scen funkcjonuje jako (nie)zamierzony "comic relief". Nawet jak już się pojawia walka i krwawa jatka to widownia raczej się nerwowo uśmiecha, nie do końca kumając, czy po godzinie śmiechów i chichów nadal oglądamy komedię czy to ma być nagle na serio, bo flaki i jucha...

     Nie wiem w ogóle czy w trakcie zdjęć gotowy był cały scenariusz. Bo pierwsze 10-15 minut zapowiada coś całkiem sensownego, po czym akcja rusza do przodu i nagle wszystko przestaje działać. Nie ma fabuły opartej o związki przyczynowo-skutkowe. Jest zestaw scen, skleconych bez pomysłu, odzierających Predatora z wszystkiego, co czyniło film Johna McTiernana wielkim. Zero napięcia, klimatu i strachu przed nieznanym. Jest na przykład w bazie wojskowej parking. Stoi na nim kilka efekciarskich motocykli w stylu Harleya-Davidsona. Tak zwanych chopperów. Co tam robią? Ano stoją po to, żeby można było "żartobliwie" nawiązać do słynnego "get to da choppa" z produkcji A.D. 1987...

     Akcję obserwujemy towarzysząc snajperowi Quinnowi McKennie (Boyd Holbrook). Po tym jak statek kosmiczny się rozbija, żołnierz zabiera część fantów Predatora i... wysyła je sobie pocztą do domu. Tam jego autystyczne (dokładniej: z zespołem Aspergera) dziecko - Rory (Jacob Tremblay) - z ciekawości uruchamia jakieś urządzenie, które ściąga uwagę kosmicznego łowcy. Tata musi ruszyć na ratunek, towarzyszyć mu będzie spotkana w więziennym autobusie, przypadkowa zbieranina chorych psychicznie weteranów. Miała to być galeria osobliwości, ale tak naprawdę każdy jest śmieszkiem. A szczytem poczucia humoru jest darcie łacha z kolesia z syndromem Tourette'a. Boki zrywać. Do ekipy dołącza klnąca jak szewc Casey Bracket (Olivia Munn). Pani naukowiec z uniwersytetu wezwana do zbadania agresywnego obcego. Co tam jeszcze w menu? Może 3,5 metrowy Predator polujący na innych Predatorów z pomocą (znanych z Predators) predatoro-ogarów? Czarny charakter, kapitan z wojskowej korporacji, który jest tak bardzo groteskowy, że zamiast przerażać - śmieszy? Pomieszanie z poplątaniem, nic się nie klei, a wątków jest mnóstwo. Bohaterowie co rusz zmieniają strony konfliktu i motywacje bez żadnego uzasadnienia, a o powodach zachowania pewnego Predatora dowiadujemy się z ust agenta rządowego. Ten z kolei ma te informacje chyba ze scenariusza. No bo skąd?

     Tak jak pisałem wcześniej - nie ma tu ani grama napięcia, ani grama atmosfery znanej z poprzednich odsłon. Żadnego poczucia zagrożenia. Festiwal sucharów. W filmie McTiernana Shane Black grał Hawkinsa. Takiego wesołka, który stroił sobie żarciki dopóki nie zaczęło być gorąco. W "The Predator" wszystkie postaci są Hawkinsem, tylko mniej zabawnym i bardziej żenującym. A żarciki stroją sobie przez cały seans. Jeśli miałbym napisać jak bardzo ten projekt się nie udał, musiałbym przywołać "Ghostbusters" z 2016 roku. To mniej więcej ten sam poziom niezrozumienia pierwowzoru i postawienia wszystkiego na głowie. Rozumiem, że w temacie pokazano już sporo, że sequele nie wypaliły i że trzeba eksperymentować... ale na pewno nie w ten sposób. Na przykład taki James Cameron eksperymentując z drugą częścią "Obcego", zrobił z kosmicznego horroru-slashera, kosmiczny horror akcji. Ale do cholery nie komedię!

     Aktorzy robią co mogą, ale cóż z tego, skoro żarty po prostu nie siadają? Zaśmiałem się kilka razy, ale sam nie wiem czy przypadkiem nie z zażenowania. Aha, i brawa za casting. Olivia Munn jako uznana naukowiec od genetyki i biologii wypada tak wiarygodnie jak swego czasu Dennise Richards w roli fizyka atomowego w niesławnym "Świat to za mało". Finał jest pozbawiony (jak wszystko inne) sensu i napięcia, ale prawdziwym hitem jest ostatnia scena, zapowiadająca najwyraźniej ciąg dalszy. Oby jednak ten nie nastąpił nigdy. Nie w takiej formie.

     Jestem srogo zawiedziony. Rozżalony i zły na Blacka. Nie dość, że stworzył najgorszy film w swojej karierze, to jeszcze zniszczył doszczętnie markę, którą sam pomagał tworzyć. Nawet koszmarna seria AvP nie zrobiła tyle złego Predatorowi. Ba! Pierwsze AvP jest moim zdaniem o dwie klasy lepsze od tego czegoś. Z całego serca odradzam wycieczkę do kina. Chyba, że ktoś do tej pory nie lubił produkcji z kosmicznymi myśliwymi, za to kocha kino klasy Z. Bo jedyny sposób na dobrą zabawę przy "The Predator" (jaki sobie mogę wyobrazić) to spotkanie ze znajomymi, alkohol (dużo!) i seans w poniedziałkowym paśmie na TV Puls. Gdzieś między "Rekinado 7", a "Mecha-Dżdżownica kontra Giga-Kleszcz". 2/10

http://zabimokiem.pl/co-tu-sie-od-ten-tegowalo/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 9 października 2018, o 08:01 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4060
Venom

No cóż, film niestety jest cienki - może nie jak barszcz, ale rosół w polskim szpitalu już na pewno.

Już za samą (nieudaną) próbę zrobienia z Venoma Deadpoola duży minus do oceny. Bohater nie ma nic wspólnego z tym komiksowym (albo ja komiksy źle pamiętam), uniwersum bez spider-mana okazuje się zlepkiem tego co marvel przetwarza od dekady. Czasami jest śmiesznie, ale nigdy strasznie - a to był imo znak filmowy tego villiana. A już jego "metamorfoza" to kolejny zamach na widzowską inteligencje, nie jedyny zresztą - film sprawia wrażenie pociętego i dokręcanego co najmniej kilka razy. Nawet efekty CGI rażą niekoherencją - kilka scen pod trailery i plakat wygląda dobrze, reszta biednie.
Tom Hardy niby jest świetnym aktorem, podobnie jak Michelle Williams świetną aktorką, ale oboje zupełnie nie "grają" ze sobą, nie widać żadnej chemii. Jest mamrotanie pod nosem Hardy'ego, któremu reżyser kazał się trochę pogibać żeby było wiadomo, że koleś ma problemy z symbiotem. Aktorsko wykonane poprawnie, ale konwencja niektórych scen przypominała mi Kabaretowy Klub Dwójki. No, przynajmniej ja tego nie kupiłem.

Dla mnie solidna ambiwalencja, czyli
5/10

Chociaż, moja ocene moze zawyzac fakt, ze kilka dni temu ogladalem nowego Ant-Mana, gdzie rozmiary tragedii była znacznie bardziej spektakularne.

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 9 października 2018, o 19:31 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14653
Zgadzam się niemal całkowicie (poza oceną Hardy'ego) i jednocześnie kompletnie nie podzielam Twojego zdania. Tak, da się, szczegóły jutro na głównej :)

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 10 października 2018, o 08:28 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4060
specjalnie napisałem tę recenzję przed Twoją, żeby sprowokować Cie do intelektualnego wysiłku :D

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 10 października 2018, o 12:28 
Avatar użytkownika
Loara
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:57
Posty: 1756
Lokalizacja: Słoik City
Napisałem na główniej, ale tutaj skopiuje: Mam bardzo podobnie jak Żaba. Wady filmu mógłbym wymieniać bardzo długo, ale również po seansie stwierdziłem, że się przede wszystkim bardzo dobrze bawiłem. Nie znam komiksów z Venomem, wiedziałem tylko, że to kosmita i wróg Spidermana. I w ogóle mi to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie - miałem mniej oczekiwań. Jak się dowiedziałem już po seansie postać Eddiego była totalnie różna od komiksowej i laczyla go z Venomem glownie niechęć do Spidermana. Co z tego jednak, skoro w tej wersji Hardy wyciągnął z niej maksimum i w nią uwierzyłem.

Decyzja by Venom od samego początku nie był villianem, a antybohaterem była słuszna. Pozwoliło to bezproblemowa symbiozę jego postaci z Eddym. Bez napinki, walk wewnętrznych z własnymi demonami postaci granej przez Hardego, który nawet jak się stoczył to nadal miał mocny kręgosłup moralny.

Mam wrażenie, że pomimo ingerencji studia film pozostał bezpretensjonalny i i celowo trochę mało ambitny. Nie wiem jak dobry mógłby być, jeżeli pozostałby jedynie buddy movie. Ale pewnie lepiej. Horror mógł też by spoko, ale nie wiem czy by tak chwycił. Mnie horrorowy wstęp znudził ;)

Na szczęście recenzje nie przełożyły się na razie na boxoffice. Mam nadzieję na kolejną część. Niekoniecznie aby tworzyć uniwersum, ale aby rozwinąć relacje głównych bohaterów. By pokazać bardziej jak Venom uczy się od Brocka i vice versa. Tego jedynie naprawdę mi zabrakło aby powiedzieć że już ten film jest świetny (8/10), a nie "jedynie" bardzo dobry (7-/10).

Wysłane z mojego HUAWEI SCL-L01 przy użyciu Tapatalka

_________________
Stawiajcie przed sobą większe cele. Ciężej chybić.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 13 października 2018, o 10:10 
Avatar użytkownika
Loara
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:57
Posty: 1756
Lokalizacja: Słoik City
Źle się dzieje w El Royal to niestety słaba podróbka Tarantino. Wynudzilem się straszliwie. Nie polecam.

Wysłane z mojego SM-J600FN przy użyciu Tapatalka

_________________
Stawiajcie przed sobą większe cele. Ciężej chybić.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 13 października 2018, o 16:15 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4935
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
A mi się podobało :) Polecam. Tylko mogłoby być z 20 minut krótsze ale tak poza tym ok. Konstrukcja filmu - ok, Tarantino ale klimat już nie.

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 13 października 2018, o 19:12 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4935
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Tulipanowa gorączka (Tulip Fever)

Popularny zabieg w literaturze i kinie to znaleźć jakiś intrygujący albo szczególnie dramatyczny moment w historii i nałożyć na to ckliwą historyjkę miłosną. Tonący transatlantyk, wojna, powódź albo co tam chcecie. Tutaj jest absurdalne wręcz szaleństwo na punkcie tulipanowych cebulek w XVII-wiecznych Niderlandach. Muszę przyznać, że to całkiem oryginalny pomysł. Niestety przedstawiona na tym tle historyjka miłosna już taka nie jest. Mamy tu klasykę - bogatego kupca i jego piękną młodą żonę, zakochanego malarza, wierną służącą itd. Jest pewna intryga ale sprawiająca wrażenie nieco przekombinowanej i przez to niewiarygodnej. Alicia Vikander najwyrażniej przechodzi podobny etap w karierze co kiedyś Keira Knightley, tzn. jest obsadzana w kostiumowych rolach, w których ma ładnie wyglądać w pięknych sukniach. Dane DeHaan jest równie nijaki co w "Walerianie" i pozostaje dla mnie zagadką kina. Serio - gość nie jest ani nadzwyczaj zdolny ani przystojny ani choćby charakterystyczny. Największą zaletą filmu jest dla mnie realistycznie przedstawiony (jak sobie to wyobrażam) Amsterdam sprzed wieków i ogólnie cała techniczna strona filmu. Stroje, zwyczaje, architektura, całe żyjące miasto, piękne oświetlenie kadrów. To jednak za mało na to, żeby film wywołał emocje. Obejrzałem, nie umarłem, żonie się całkiem podobało, ja parę razy ziewnąłem. Może być ale nie musi. 6/10

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 14 października 2018, o 14:04 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4935
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Źle się dzieje w El Royale (Bad Times at the El Royale)

Poszedłem na ten film przypadkiem. Wybierałem się na "Kler" ale w ostatniej chwili stwierdziłem, że w piękną, słoneczną sobotę nie mam nastroju na ciężkie smarzowskie klimaty. O "Źle się dzieje..." nie wiedziałem absolutnie nic, poza nazwiskami aktorów przeczytanymi na plakacie. Nie oglądałem (na szczęście) żadnego trailera, nic nie czytałem na temat filmu, nie miałem pojęcia kto go nakręcił. Może to jest powód dlaczego film mi się spodobał - nie wiedziałem czego się spodziewać a dostałem naprawdę niezły filmowy produkt. Z tego co się zorientowałem (także na tym forum ale w zasadzie wszędzie indziej też) to pojawiają się porównania do filmów Tarantino i to zarówno jako zarzut jak i jako pochwała. Moim zdaniem porównania słuszne są tylko częściowo. Konstrukcja filmu jest faktycznie nieco tarantinowska ale fabuła to dość poważny w tonie thriller a nie zabawa konwencjami przerywana mruganiem do widza. Historia jest ciekawa, zdarzają się momenty zaskoczeń, aktorzy zagrali bardzo solidnie i każdy z nich stworzył wyrazistą postać. Jedynym dość istotnym minusem wydaje mi się długość filmu - trwa on absurdalne w takim gatunku 2 godziny i 20 minut! W efekcie przynajmniej kilka scen jest za długich i zwyczajnie przegadanych przez co tempo filmu momentami wyraźnie siada. Mimo wszystko trudno teraz zobaczyć coś ciekawszego w kinie, bo dystrybutorzy najwyraźniej spanikowali przed "Klerem". Nie jest to film, o którym będziecie pamiętali za rok ale moim zdaniem warto go obejrzeć. Jest bardzo taki, hmm "stylowy" (nic lepszego nie przychodzi mi do głowy). W każdym razie - polecam. 8/10

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 października 2018, o 17:25 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14653
Venom - Sony chciało od dawna mieć, wzorem Marvela, swój “cinematic universe”. Z “Amazing Spider-Man” nie wyszło, a o remake’u “Ghostbusters” żal nawet wspominać. Jakiś ważniak w japońskim koncernie przejrzał więc do czego jeszcze mają prawa i padło na Venoma. Produkcja ruszyła i po jakimś czasie zaczęły mnożyć się pytania i… problemy. Jak tu zrobić film o klasycznym wrogu Spider-Mana – symbioncie – ale bez samego Spider-Mana, którego wypożyczono Marvelowi? Jaki właściwie będzie ton filmu, skoro pierwszy zwiastun wskazuje na horror ze śladową ilością CGI, a drugi na komedię, totalną rozpierduchę i morze komputerowych efektów? Dlaczego wreszcie największa gwiazda filmu – Tom Hardy – zapytany o najlepsze sceny w filmie odpowiada z rozbrajającą szczerością: “jakieś 40 minut różnych ujęć, które ostatecznie nie znalazły się w filmie”?

Miałem w trakcie seansu deja vu. Ja to już gdzieś widziałem… No tak. “Fantastyczna czwórka” z 2015 roku. Całkiem niezła pierwsza połowa filmu autorstwa Josha Tranka, zapowiadająca coś nowego/ciekawego/innego i druga część, reżyserowana przez studio, będąca kolorową tandetą wołającą o pomstę do nieba. Te same problemy przebijają się przez Venoma. Film sprawia wrażenie jakby robiło go dziesięć osób, z których każda miała inną koncepcję. Mamy tu zlepek tylu gatunków, że w zasadzie ciężko wszystkie wymienić. Thriller, kryminał, horror, komedia, romans, dramat, a w finale typowy film na podstawie komiksu z lat 90-tych ubiegłego wieku. Wszystko wymieszane bez ładu i składu, przez co widz nie ma pojęcia co tak naprawdę ogląda.

Na każdym kroku czuć ile razy i jak diametralnie zmieniano koncepcję. Początek to podręcznikowy wstęp do horroru w typie “Coś”, a potem, po jakichś 20 minutach to już hulaj dusza, piekła nie ma. Znamienne, że końcówka filmu, wzorowana na blockbusterach, wypada najgorzej. Czasami widzimy jak film “psuje się” w ramach pojedynczych scen. Tak jest na przykład podczas sekwencji pościgu za głównym bohaterem, dziennikarzem Eddie Brockiem, która zaczyna się nieźle, ale im więcej się dzieje, im dłużej to trwa, tym staje się coraz bardziej nudna.

Razi też brak przywiązania do detali. Michelle Williams grająca tu Anne, dziewczynę Eddiego, ma tak paskudną perukę, że nie da się patrzeć na nią bez zażenowania. Napisałbym, że to najgorsza peruka w historii kina, ale w tym filmie znajdziecie jeszcze gorszą… Nie napiszę gdzie i na kim, bo nie chcę zdradzić niespodzianki po napisach, ale ten fryz zapamiętacie na długo.

Skoro już wspomniałem o Williams, to muszę dodać, że niewykorzystanie potencjału jednej z najlepszych aktorek młodego pokolenia to zbrodnia. Winię po części studio, które ewidentnie mieszało w tym garnku, ale też samego reżysera, Rubena Fleischera. Reszta aktorów niby wypada w miarę sensownie, ale też ma niewiele do zagrania. Poza tym każdy gra w trochę innym filmie z uwagi na zmiany koncepcji w trakcie kręcenia. Wyjątkiem jest Tom Hardy…

…bo muszę się wam przyznać, że mi się “Venom” podobał. Zanim zostanę obrzucony kamieniami, a tłum z pochodnią i kosą na sztorc stanie u mych drzwi: zrozumiem każdego, kto rzuci oceną od 5 w dół. To ten specyficzny rodzaj filmu, który albo się kupi z całym dobrodziejstwem inwentarza albo wcale. A dla mnie Hardy uratował produkcję. Bez względu na to czy musi grać w scenach, które mają przerażać czy bawić – zawsze daje z siebie 100% i jest doskonały w swojej kreacji. Jego “związek” z symbiontem to majstersztyk. To pełnoprawna komedia w typie “Zabójczej broni”, tyle że Hardy gra jednocześnie Riggsa i Murtaugha, Holmesa i Watsona, Filpa i Flapa, oraz Crocketta i Tabbsa. Chwilami rozmowy dwóch wrogów/nieudaczników/kumpli, połączonych w jednym ciełe, oferują nam szaloną jazdę po bandzie przypominającą trochę “Deadpoola”. Ich “związek” ma sens i całkiem niezłe uzasadnienie. Dodatkowo obaj przechodzą coś w rodzaju metamorfozy w trakcie zmagań z Carltonem Drakiem (Riz Ahmed) – jednowymiarowym czarnym charakterem w typie podstępnego geniusza i przedsiębiorcy a’la Elon Musk. Dodać trzeba, że para naszych bohaterów nie próbuje być zabawna na siłę i do przesady, humor jest oryginalny i niewymuszony. Ja to kupiłem i chwilami bawiłem się wyśmienicie, i to mimo, że tak wiele aspektów filmu zwyczajnie nie zagrało.

Jeśli komuś humor i kreacja Toma Hardy’ego nie spodoba się już na starcie, to seans będzie męczarnią, bo prawie cała reszta filmu jeśli nie razi, to przynajmniej kuleje. Ale ja zawsze przedłożę nawet nieudany eksperyment z oryginalną koncepcją, nad wszystkie bezpieczne i nudne do (pardon my French) porzygu “Ant-many i Osy”. Venom w filmie Sony nie jest Venomem, którego się spodziewacie, nie jest ani trochę Venomem z komiksów, ale jest Venomem, któremu warto dać szansę. Zachęcam mimo krytycznych recenzji do obejrzenia, jest spora szansa na dobrą zabawę. Tylko ostrzegam. To nie jest ani film spójny, ani wierna adaptacja komiksu. Jest eksperymentem, który się nie powiódł, eksplodował, ale niechcący dał życie nowemu bytowi. Takiego Brocka z takim symbiontem chcę w sequelu, tylko niech reżyser skupi się na jednej, konkretnej wizji, Sony niech trzyma się z daleka, a scenarzyści niech jadą po bandzie i wykorzystają potencjał oferowany przez resztę obsady. Wtedy jest szansa na coś naprawdę interesującego. 7/10

http://zabimokiem.pl/tom-hardy-na-ratunek/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 października 2018, o 22:22 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14653
Gladiator - Kiedy lata temu wyszedłem z kina po seansie “Gladiatora” Ridleya Scotta, byłem szczerze zawiedziony. Film był reklamowany jako spektakularne widowisko historyczne, a ja (dzięki doskonałemu nauczycielowi, panu Romualdowi Wojciechowskiemu – pozdrawiam!) byłem fanem (jeśli nie fanatykiem) czytania o starożytnym Rzymie, wojnach punickich itp. Stąd właśnie rozczarowanie. Scenarzyści wzięli bowiem historycznego cesarza Marka Aureliusza oraz jego syna Kommodusa i dorobili do autentycznych postaci dość standardową, niezbyt oryginalna opowieść o zemście w iście amerykańskim stylu. Maximus (Russel Crowe) to głównodowodzący armii cesarskiej i ulubieniec cesarza. Kiedy władca umiera, generał popada w niełaskę następcy tronu, co zaprowadzi bohatera (razem z widzami) na targ niewolników, treningi walk na miecze, aż po arenę imponującego Koloseum. Proste? Proste, ale jak zrealizowane! Dopiero po drugim obejrzeniu, bez nietrafionych i niepotrzebnych oczekiwań, zakochałem się w filmie Scotta i mimo drobnych wad oraz kilku niepotrzebnych elementów – uczucie trwa do dziś, a mam na koncie dwucyfrową liczbę seansów.

Będąc wciąż pod wpływem wycieczki do Wiecznego Miasta, postanowiłem po raz kolejny zrobić sobie wieczorny seans z arcydziełem (tak, tak) z 2001 roku. Nie żałuję. Przede wszystkim film nadal poraża swoją audiowizualną stroną. Komputerowych efektów specjalnych nie zobaczymy tu zbyt wielu, w zasadzie ograniczają się do tła, wszystko inne oparto o rekwizyty i fizyczne scenografie. Dzięki temu lokacje nie sprawiają wrażenia tak sterylnych jak na przykład w powstałych w podobnym okresie prequelach “Gwiezdnych Wojen”, które dziś rażą sztucznością. Nieprzypadkowo Oscar za efekty specjalne trafił do twórców “Gladiatora” mimo niezłej konkurencji w postaci “Człowieka widmo” czy “Gniewu oceanu”. Na ekranie można zobaczyć wielki i obezwładniająco piękny Rzym, stolicę ówczesnego świata, ale także piękne krajobrazy pustynne czy niegościnne północne terytoria imperium (podczas ostatniej wielkiej bitwy Marka Aureliusza). Kolejny zasłużony Oscar przypadł ekipie od kostiumów. Od pełnych przepychu strojów Kommodusa przez doskonałe kreacje jego siostry Lucilli czy autentycznie wyglądające szaty senatorów, aż po kultowy hełm Maximusa, który kojarzy chyba każdy. We wszystkie elementy garderoby włożono mnóstwo pracy, a efekt końcowy jest więcej niż świetny.

Podobnie jest ze ścieżką dźwiękową. Czy jest ktoś, kto nie kojarzy doskonałego “Now we are free” skomponowanego przez Hansa Zimmera i zaśpiewanego przez Lisę Gerrard? Można ten kawałek ubóstwiać, można nie lubić (można?), ale nie wierzę, że można obok niego przejść obojętnie. Szczególnie jeśli widziało się sceny z filmu, w których został wykorzystany. Pozostałe utwory z soundtracku są tak dobre, że do dziś słucha się ich z przyjemnością. Co więcej – przy okazji dowiedziałem się, że niesłusznie oskarżałem Zimmera o niezbyt twórcze rozwinięcie muzyki Klausa Badelta znanej z “Piratów z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły”. Wychodzi na to, że było odwrotnie, bo każdy kto zna na pamięć kawałki ilustrujące przygody Jacka Sparrowa (doskonałe “He’s a pirate!”) usłyszy w “Gladiatorze” znane motywy i “bazę” dla tego, co później skomponował Badelt. Z drugiej strony Klaus był chyba przez dłuższy czas współpracownikiem Zimmera (był m.in jednym z producentów ścieżki do “Gladiatora”) więc ciężko jednoznacznie określić, kto tak naprawdę napisał dany fragment muzyki.

Nie chcę powtarzać banałów i rzucać oczywistościami, ale czy naprawdę powinienem się szczególnie rozpisywać o doskonałych kreacjach jeśli w dwóch głównych rolach mamy Jaqiuna Phoenixa i Russela Crowe’a? Jeśli na drugim planie wspiera ich rewelacyjna Connie Nielsen? O ile Crowe jako tytułowy gladiator Maximus zarobił (słusznie) Oscara, o tyle nieprzyznanie nominowanemu za drugi plan Phoenixowi statuetki do dziś uważam za skandal. Jego Kommodus to jeden z najlepszych czarnych charakterów w historii kina. Mocno zarysowany i bardzo charakterystyczny, ale bez popadania w przesadę i śmieszność. Do dziś budzi we mnie autentyczne: strach i obrzydzenie. Przy dwóch takich nazwiskach i takich genialnie odtworzonych postaciach wspomniana Nielsen (jako siostra Kommodusa, Lucilla) nie odstaje ani trochę. Ba! Świetnie sobie radzi i momentami przyćmiewa bardziej znanych kolegów z planu. Na pochwały zasłużyli też Oliver Reed jako handlarz niewolników i trener gladiatorów Proximo, Djimon Hounsou jako Juba, jeden z gladiatorów oraz Richard Harris za doskonałą kreację starego i schorowanego Marka Aureliusza.

Mógłbym jeszcze długo i szczegółowo pisać o tym jak bardzo i dlaczego “Gladiator” jest filmem niemal doskonałym. Niemal, bo nie ustrzegł się wad. Nie ma ich wiele, ale warto wspomnieć choćby po to, żeby usprawiedliwić końcową ocenę bliska perfekcji, ale jednak bez kompletu punktów. Po pierwsze: finał, a w zasadzie scena po ostatecznym pojedynku. Typowa dla późnego Scotta, wtedy była zaskoczeniem. Poziom patosu nieznośny i niepasujący do reszty filmu gdzie wielkie i poważne tematy owszem, poruszono, ale bez groteskowej przesady. Druga rzecz to użycie slow-motion w kilku scenach, które obyłyby się bez tego. Niespecjalnie dobrze paruje się takie efekciarstwo z epoką starożytną. Wiem i pisałem, że “Gladiator” kinem historycznym nie jest, ale nie jest też filmem w rodzaju “300”.

Ostatnia poważna wada jest… pośrednia? Nie dotyczy bowiem oryginalnej produkcji. Od 2001 roku na DVD i Blu-ray wyszło kilka wersji “Gladiatora”, niemal każda rozszerzona o sceny wycięte z kinowego oryginału. Niestety każda z tych sekwencji pokazuje, że skasowanie jej z taśmy na poziomie montażu było dobrą decyzją. Fragmenty niczego nowego nie wnoszą, sprawiają za to, że film dłuży się niemiłosiernie. Dodatkowo masa ekspozycji w tych scenach odziera produkcję z magii i ani nie pozostawia widzowi pola do interpretacji, ani nie pozwala pewnych rzeczy domyślić się samemu. Jakieś zakulisowe gierki senatorów, nic nie wnoszące narady i ckliwie dialogi o powrocie do domu. Doskonały przykład na to ile znaczy postprodukcja i odpowiednie okrojenie filmu z 15-20 minut zbędnego materiału. Gdybym miał oceniać wersję rozszerzoną, dałbym spokojnie o jedno-dwa oczka mniej.

To nie zmienia jednak faktu, że kinowy, oryginalny “Gladiator” z 2000 roku jest filmem prawie idealnym. Do najwyższej noty zabrakło niewiele i jeśli ktokolwiek jakimś cudem jeszcze nie widział, albo widział raz i dawno – szczerze polecam seans. Oscarowe dzieło Scotta wytrzymuje próbę czasu i wciąż prezentuje się tak samo dobrze. Pozycja obowiązkowa. 9/10

http://zabimokiem.pl/zemsta-w-sandalach/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2335 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 43, 44, 45, 46, 47

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL