Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (Rogue One: A Star Wars Story)

Mam nadzieję, że nie macie jeszcze dość “Gwiezdnych Wojen”. Przy okazji premiery “Ostatniego Jedi” zrecenzowaliśmy również “Przebudzenie Mocy”. Dziś prezentujemy tekst na temat “Łotra 1”, a więc poprzedniej produkcji Disneya umiejscowionej w świecie “Gwiezdnych Wojen”. Miłego lektury (i pozdrowienia/podziękowania dla czytelniczki Louise, która zwróciła nam uwagę na brak tej recenzji)!

Każdy ma jakąś potrawę, która smakuje dzieciństwem, beztroską i najpiękniejszymi wspomnieniami. Dla mnie to jabłecznik. Moja babcia robiła fantastyczny jabłecznik. Kruche ciasto, rewelacyjne jabłka z cynamonem, wszystko w brązowej, owalnej blasze, palce lizać. Stara Trylogia “Gwiezdnych Wojen” jest dla mnie takim bacinym wypiekiem, tyle że kinowym. “Rogue One” (odmawiam stosowania nazwy “Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie”, która może i jest tłumaczeniem wierny, ale brzmi głupio, pokracznie i śmiesznie, prawie jak “krakowiaczek jeden”) to taki jabłecznik, który ktoś sprezentował mi po prawie 30 latach (trylogię pierwszy raz widziałem w 1987). Co prawda raz na kilka kęsów odnajduję w nim obrzydliwe ziarenka kminku i zdradzieckie, smakujące jak płyn Ludwik, liście kolendry, ale mimo wszystko ten cudowny, przywołujący wspomnienia aromat wzrusza i urzeka. Bo “Rogue One” to najlepsze “Gwiezdne Wojny”, jakie dostaliśmy od 1983 roku.

Kadr z filmu "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"
Jyn Erso w pełnej krasie

Już na początku filmu poznamy Galena Erso – naukowca, który pomógł Imperium zbudować pierwszą Gwiazdę Śmierci. Ale “Rogue One” opowiada historię jego córki i tego jak dzielnym Rebeliantom udało się zdobyć plany niszczycielskiej stacji kosmicznej. Wykorzystano je do późniejszego zniszczenia super-broni. Przygodę kończymy dokładnie w momencie, w którym zaczyna się “Nowa nadzieja”.

Po 33 latach wróciły “Gwiezdne Wojny”. Wróciła prosta, ale wciągająca historia. Wrócili starzy znajomi, stare, znane lokacje, a także klimat, który może i dało się odnaleźć w “Przebudzeniu Mocy”, ale który mocno ucierpiał przez brak oryginalności filmu Abramsa. A tymczasem “Rogue One” niczego nie kopiuje, a jedynie uzupełnia luki w znanej historii. I robi to fantastycznie. Gareth Edwards nie popełnił błędu “The Force Awakens” i postanowił opowiedzieć własną historię. Owszem, film będzie żerował na nostalgii, ale z pewną gracją. Zobaczymy znane statki, bazy (Yavin 4), twarze. Mimo, że finał byłem w stanie przewidzieć od mniej więcej 2/3 seansu – nie miało to znaczenia. Po prostu oglądałem… nie… po prostu przeżywałem przygodę razem z jej bohaterami. Piszę trochę chaotycznie, ale to wina filmu! Zamieszał mi w głowie w momencie, w którym nie spodziewałem się już niczego dobrego po Disneyu i “Star Wars”. Niczego poza odtwarzaniem w kółko ogranych motywów i liczeniem kasy.

Kadr z filmu "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"
Tak się nie robi nowych, ciekawych bohaterów

Powiedziawszy to, skupię się na negatywach, bo tych jest jednak zaskakująco dużo. Nie decydują o jakości całej produkcji (na szczęście), ale uwierają jak ten kminek czy inna kolendra. Części z nich można było uniknąć, a gdyby to zrobiono – aż się boję myśleć – “Rogue One” mógłby zasłużyć na coś więcej niż porównywanie do Starej Trylogii. Mógłby pokusić się nawet o wbicie klina między Imperium Kontratakuje, a pozostałe dwie odsłony.

Zacznijmy od Wielkiego Moffa Tarkin. Naprawdę rozumiem, że nie dało się zrobić filmu o Gwieździe Śmierci bez tej postaci. Wiem też jak kultowa jest rola Petera Cushinga w “Nowej Nadziei”. Uważam jednak, że pomimo całej roboty speców od efektów, efekt jest bardzo kiepski. Cyfrowo tworzone postaci nadają się – jak Leia Organa – na kilkusekundowe, statyczne ujęcie. Kiedy zaczynają mówić, kiedy w grę wchodzi mimika, kiedy w są w otoczeniu prawdziwych ludzi – cały czar pryska i mózg bezbłędnie wychwytuje oszustwo. Tarkin w tym filmie razi swoją sztucznością. Szkoda, bo wystarczyło wziąć Charlesa Dance’a czyli Tywina Lannistera z “Gry o Tron”, trochę go ucharakteryzować i wypadłoby to nieporównywalnie lepiej.

Kadr z filmu "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"
Tak się robi nowych, ciekawych bohaterów, Krennic pasowałby do dowolnego epizodu Starej Trylogii

Pozostałe powroty wypadły świetnie. Bail Organa, Mon Mothma, generał Dodonna – fantastycznie dobrano aktorów (oczywiście Jimmy Smits po prostu wrócił do roli Baila Organy) i dobrze wyważono ich udział w historii. Najlepiej, co niespodzianką nie jest, wypadł najbardziej rozpoznawalny czarny charakter w historii kina – Darth Vader. Nie ma go wiele, ale scena, w której walczy, czy może raczej masakruje rebeliantów jest nakręcona i zmontowana w sposób perfekcyjny. Brawo. Trochę gorzej wypadła “rezydencja” Vadera na Mustafar. Nie orientuję się jak to wygląda w obecnym kanonie “Gwiezdnych Wojen”, ale pałac pośrodku morza lawy wydał mi się zbyt przerysowany i groteskowy.

Kadr z filmu "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"
Jyn szanuje bliskowschodnią kulturę. Cassian to – jak rzadko w tym świecie – bardzo niejednoznaczna postać.

Ciekawie wypadły też nowe postaci. Zastrzeżenie mam właściwie takie, że jest ich… za dużo. Może należało poświęcić niewiele wnoszący drugi plan (gwiezdny Zatoichi, koleś z CKMem, pilot-dezerter) na rzecz kilku scen więcej i pogłębienia relacji Cassiana i Jyn. To bardzo interesujące postaci i odnoszę wrażenie, że film nie wykorzystał w pełni ich potencjału. Sama panna Erso jak na główną bohaterkę ma bardzo mało do zrobienia. Poza trzecim aktem służy głównie jako pretekst do skakania po galaktyce w poszukiwaniu innych postaci. Mimo to doceniam Felicity Jones, a jej bohaterka jest na pewno bardziej ludzka niż wszystko-mająca i wszystkowiedząca Rey. Wspomnę jeszcze o Galenie Erso, bo nie wypada go pominąć. Mads Mikkelsen jako genialny inżynier, który nie chce budować machiny masowej zagłady, kradnie dla siebie każdą scenę, w której się pojawia. Aktor został doskonale obsadzony w tej roli. Rozpoznawalna twarz nie przeszkodziła w stworzeniu wiarygodnej postaci. Na parę ciepłych słów zasłużył także Ben Mendelsohn jako Orson Krennic. Imperialny dyrektor i hm… producent wykonawczy Gwiazdy Śmierci z przerośniętym ego. Nie trafi może do galerii najbardziej charyzmatycznych czarnych charakterów, ale swoją rolę w filmie spełnia w zasadzie idealnie.

Kadr z filmu "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"
Na Scariff “Rogue One” to najbardziej wojenny z gwiezdnowojennych filmów

Znacznie gorzej wypadł Forrest Whitaker. Jego Saw Gerrera to skrajny fanatyk i terrorysta uważający, że Rebelia robi za mało i jest zbyt delikatna. Na dodatek przez wiele lat opiekował się Jyn… I tu pojawia się problem, bo nie uwierzyłem w ten wątek za grosz. Whitaker to zacny aktor, ale ze swoimi dziwnymi minami wypadł tak, jakby kogoś parodiował. Możliwe, że problem wynika z wycięcia znacznej części scen z jego udziałem. Przypuszczam, że mieliśmy być zszokowani zmianami w zachowaniu Gerrery w stosunku do scen z młodości Jyn. Tyle, że nigdy tych retrospekcji nie zobaczyliśmy. Więc wyszło trochę śmiesznie, a chyba nie o to reżyserowi chodziło.

Rozśmieszyć miał nas za to imperialny droid, który towarzyszy Cassianowi. To K-2SO, wzorowany ewidentnie na HK-47 z KOTORa (choć do pięt mu nie dorasta). Jego żarty czasem faktycznie śmieszą, ale bywają też tak bardzo nietrafione, że aż przymykałem oczy z zażenowania. Film ma przez nadmiar humoru problem z ustaleniem tonu, bo gryzie się to chwilami z ciężką, realistyczną atmosferą konfliktu.

Kadr z filmu "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"
“Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.” Piotr Fronczewski <3

Powodem do narzekań mogą być też te wszystkie przemowy. A to Cassian deklamuje powody dla których pójdzie za Jyn w bój, a to znów Jyn Erso strzela gadkę motywacyjną dla żołnierzy przed bitwą. Nie pasuje to za bardzo do postaci, bo obydwoje wyglądają raczej na speców od brudnej roboty, a nie patetycznych haseł. Poza tym poziom patosu i górnolotnych frazesów mógłby zawstydzić podobne scenarzystów “Transformersów” czy innych “Dni Niepodległości”. Można to było sobie odpuścić.

I jeszcze pewnie niejedną rzecz można byłoby wytknąć. A to imperialny gwiezdny niszczyciel w atmosferze. A to znów skok w hiperprzestrzeń z atmosfery planety. I cały tuzin temu podobnych drobiazgów. Wiem, że przeciętny widz tego nie widzi, albo ma to gdzieś, ale mnie to uwiera. Jak ten kminek czy kolendra…

Kadr z filmu "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"
Słynna już scena z Vaderem nie jest może zbyt sensowna, ale tak efektowna, że nic innego się nie liczy. Najlepsze 2 minuty Dartha na ekranie!

Tyle tylko, że całe to moje narzekanie nie zmienia faktu, że mamy do czynienia z filmem bardzo dobrym. “Rogue One” to najlepsze co mogło spotkać fanów “Gwiezdnych Wojen”. Przynajmniej tych, którzy (jak ja) przestali wierzyć po miałkim “The Force Awakens”, że ten świat ma jeszcze szanse nawiązać do swojej świetności. Kto wie, może dojdzie do tego, że na spin-offy będę czekał bardziej niż na “numerowane” części sagi?

P.S. Tak sobie jeszcze o pewnej konsekwencji nakręcenia tego filmu pomyślałem. Film uciszył narzekających, że “Gwiazda Śmierci miała taką głupią wadę i to jest bez sensu”. Teraz wiemy, że to sabotaż konstruktora. Z drugiej strony po finale “Rogue One” ciężko wziąć na serio wyjaśnienia Lei z “Nowej Nadziei”, kiedy księżniczka stwierdza, że Vader nie ma prawa ich zatrzymać, bo to misja dyplomatyczna. Przecież dopiero co uciekli z samego serca bitwy z Imperium. Takie tam, dywagacje…


Trzy grosze od DaeLa

Kontynuując tradycję nieproszonego dopisywania się do recenzji SithFroga, chciałem podzielić się kilkoma swoimi spostrzeżeniami na temat filmu.

Po pierwsze – “Rogue One” wygląda fenomenalnie. Twórcom udało się uchwycić charakterystyczny styl wizualny oryginalnej trylogii. Nawet imperialne niszczyciele, mimo że generowane w programie graficznym, mają w sobie cały urok miniaturowych modeli stworzonych 40 lat temu.

Po drugie – Film przechodził bardzo duże zmiany na stole edytorskim. I to widać. Początek filmu jest niewiarygodnie chaotyczny, nonsensowny i może widza nieźle skołować. Skaczemy z planety na planetę nim jeszcze zdążymy przyjrzeć się dobrze twarzom naszych protagonistów. W paru miejscach widać też kompletnie niepotrzebne dokrętki. Banthę z rzędem temu, kto mi wyjaśni co wniosło pokazanie na planecie Jedha tych samych gwiezdnych lumpów, którzy będą zaczepiać Luke’a w kantynie w Mos Eisley. Ktoś tu chciał zagrać na nostalgii fanów, a osiągnął tylko tyle, że “zmniejszył” galaktykę.

Po trzecie – Bez względu na to jak dobry jest ten film, nigdy nie zapomnę, że kanibalizuje on jedną z najciekawszych historii opowiedzianych w ramach Expanded Universe (czyli książek, komiksów i gier, których istnienie Disney “wymazał”). Zawsze będę pamiętać, że plany Gwiazdy Śmierci wykradła Jan Ors do spółki z Kylem Katarnem (z gry “Dark Forces”), a nie Jyn Erso i Cassian Andor.

Po czwarte – Niektórzy fani “Gwiezdnych Wojen” zarzucają “Rogue One”, że jest to bardziej film wojenny niż space opera. I mają rację. Ale nie czyniłbym z tego zarzutu. “Rogue One”, w ramach nowego gatunku filmowego oddaje przesłanie, duszę i esencję oryginalnej teorii. “Rogue One” jest dla Starej Trylogii tym samym czym “Siedmiu Wspaniałych” było dla “Siedmiu Samurajów”. Z kolei “Ostatni Jedi” jest dla Starej Trylogii tym, czym dla oryginalnych “Ghostbusters” był ich remake z 2016. Pomimo wszystkich swoich wad, możemy przynajmniej powiedzieć, że “Rogue One” został nakręcony przez ludzi z sercem i zrozumieniem dla “Gwiezdnych Wojen”.

Kilka komentarzy do "Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (Rogue One: A Star Wars Story)"

  • 2 stycznia 2018 at 12:22
    Permalink

    Będzie bardziej spoilerowa recenzja ostatniego filmu gwiezdnych wojen?

    Reply
    • DaeL
      2 stycznia 2018 at 12:42
      Permalink

      Będzie. I to chyba nawet jutro.

      Reply
  • 2 stycznia 2018 at 13:36
    Permalink

    Akurat mnie Łotr kupił. Tak jak nowych części nie trawię, tak ten film, mimo oczywistych kiksów, uwielbiam.

    Reply
    • 5 stycznia 2018 at 23:14
      Permalink

      Ale jaka jest roznica tak naprawde?

      Reply
  • 2 stycznia 2018 at 14:01
    Permalink

    “Banthę z rzędem” – zakrztusiłam się mandarynką XD

    Biedny Sith, szarlotka z kolendrą :<

    Reply
  • 2 stycznia 2018 at 15:30
    Permalink

    Jedyny z nowych SW [wliczajac prequele], które są warte obejrzenia.

    Reply
  • 2 stycznia 2018 at 15:37
    Permalink

    Rouge One był chyba najlogiczniejszym filmem ze wszystkich SW. I nie tylko dlatego że wypełnił kilka dziur fabularnych, ale również dlatego że odważyli się zakończyć historię bohaterów tak jak zakonczyli (zapomniałam jak się robi spojlery :<) Bardzo mi się podobał. No i był Leia czego kompletnie się nie spodziewałam 😀

    Reply
    • SithFrog
      2 stycznia 2018 at 18:02
      Permalink

      Tak, zakończenie było bardzo mocne. Niby przewidywałem w trakcie seansu, ze to idzie w tę stronę, ale do końca chyba nie wierzyłem, że się odważą. No i kurcze – to było piękne i nie było – jak w Ostatnim Jedi – jedynie zaskakiwaniem dla zaskakiwania. To było logiczne rozwiązanie w kontekście całej historii.

      Reply
  • 2 stycznia 2018 at 17:11
    Permalink

    Zasadniczo zgadzam się z autorem/mi recenzji, poza kwestią Wielkiego Admirała (sorry, ale jakoś utrwaliło mi się to premierowe tłumaczenie tytułu tej postaci) Tarkina. Nie uważam animacji tej postaci za błąd. Wręcz przeciwnie, myślę, że uniknięto dużego błędu, jakim byłoby obsadzenie w tej roli kogoś nowego. To nie jakaś Mon Mothma, której twarzy tak na dobrą sprawę nikt nie pamięta (może poza zagorzałymi fanami SW). Wilhuff Tarkin to postać kultowa i nie do zastąpienia przez innego aktora. Jak księżniczka Leia. Wolę mieć w tej roli może i nieco sztucznego Petera Cushinga, niż naturalnego Charlesa Dance’a. Klimat filmu, przynajmniej dla mnie, utraciłby dużo na wiarygodności.

    Reply
  • SithFrog
    2 stycznia 2018 at 18:04
    Permalink

    No to już kwestia otwarta i tak naprawdę rzecz gustu. Ja mogę kupić cyfrowego Tarkina, ale niech go pokażą w półcieniu, z boku, w szerokim kadrze. A nie samą twarz, albo w wąskim kadrze, z żywym aktorem u boku. Mój mózg po prostu od razu reagował wielkim “WTF”. Myślę, że można to było ogarnąć subtelniej używając sztuczek współczesnego kina i byłoby o niebo lepiej niż ostatecznie jest.

    Reply
    • 3 stycznia 2018 at 02:25
      Permalink

      Powiem koledze tak: kiedy pierwszy raz oglądałem Rogue One niewiele wiedziałem o tym filmie, nie znałem spoilerów ani kulisów produkcji, więc gdy zobaczyłem Petera Cushinga aż mi szczęka opadła z zaskoczenia. I z zadowolenia. Nie wiedziałem wówczas, że ten znakomity aktor już nie żyje. Trochę nie pasowało mi to czasowo (Peter nie był przecież młodzieniaszkiem już w czasie pierwszych Gwiezdnych Wojen), ale z drugiej strony, skoro wcale nie tak znowu dawno temu mieliśmy Christophera Lee w prequelach (obaj panowie swego czasu często występowali razem), to czemu nie? Dopiero syn mi wyjaśnił, że to animacja. Mi nie przyszło to do głowy, choć do dyletantów filmowych się nie zaliczam. Nie jest więc z tą animacją chyba tak najgorzej. Owszem, kiedy się zacznie analizować i rozbierać na czynniki pierwsze, to widać trochę sztuczności i niedoróbek. Podejrzewam jednak, że większość zwykłych widzów, która poszła na film bez jakiegoś specjalnego przygotowania i wiedzy, zareagowała podobnie do mnie. Była po prostu pozytywnie zaskoczona. Jako ciekawostkę powiem jeszcze, że gdy dowiedziałem się już o tych animacjach, to znacznie bardziej sztucznie wyglądała mi ta animowana Leia (i wygląda zresztą do dziś). W odróżnieniu od większości kolegów nie zachwyciła mnie też końcówka z Vaderem. Macha tam łapami jak jakiś wiatrak i odstawia ninję, a ja się pytam, gdzie są w tym czasie szturmowcy?! Przecież w scenie otwierającej Gwiezdne Wojny jest ich pełno i to oni prowadzą atak, a Vader trzyma się dostojnie z tyłu. Niezbyt to zgodne z duchem pierwszego filmu i w ogóle nie pasuje do tej postaci. Generalnie jednak świetny film. Nie drażnił mnie nawet ten Saw Gerrera. Może trochę “Zatoichi” – postać jakby z innej bajki.

      Reply
      • SithFrog
        3 stycznia 2018 at 17:52
        Permalink

        Scena z Vaderem była ok. Trochę bez sensu, bo mógł po prostu mocą przyciągnąć dysk, ale z drugiej strony to tak naprawdę jedyny moment kiedy widać, że on wymiata, a nie dowiadujemy się z dialogów, że jest potężny i zły. Dlatego mam mieszane uczucia, ale raczej na plus.

        Co do Tarkina – mnie to uwierało, ale ja wiedziałem, że Cushing nie żyje, może od razu byłem nastawiony, że raczej będzie w cieniu, a nie na pierwszym planie, z żywymi aktorami twarz w twarz. Poza tym jest w tym jeszcze aspekt moralny. Wiem, że to może brzmieć śmiesznie, ale to był żywy człowiek, miał talent, zostawił piękną spuściznę na taśmach filmowych. Nie róbmy sztucznych tworów komputerowych z jego twarzą, żeby tylko postacie się w filmie zgadzały. Rozumiem takie kilkusekundowe ujęcia z Leią, ale więcej to po prostu coś niefajnego.

        Reply
        • 8 stycznia 2018 at 21:25
          Permalink

          Z Leia? To Łotr byl krecony PO 2 czesci nowej trylogii?

          Reply
          • 8 stycznia 2018 at 21:26
            Permalink

            Aaa dobra, bo przeciez tam byla mloda Leia 😉

            Reply
            • SithFrog
              8 stycznia 2018 at 22:47
              Permalink

              Tak jest, ostatnia scena R1 przechodzi płynnie w pierwszą scenę Nowej Nadziei 😉

              Reply
      • 10 stycznia 2018 at 05:07
        Permalink

        Ale Vader wlasnie byl ninja od brudnej roboty

        Reply
  • 2 stycznia 2018 at 18:13
    Permalink

    Pozostaje mi tylko się z wami zgodzić. Łotr jest zdecydowanie najlepszą produkcją SW i w moim osobistym rankingu wyprzedza nawet Nową Nadzieję i Powrót Jedi. Przyznam się szczerze, że jak zobaczyłem Vadera w akcji na dużym ekranie miałem ciarki na całym ciele, a twarz wyciągnęła się bardziej niż u Iwony Węgrowskiej. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że te 2 min w lepszy sposób pokazały jego potęgę niż sceny walki w starej trylogii.

    Reply
    • SithFrog
      2 stycznia 2018 at 18:16
      Permalink

      “Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że te 2 min w lepszy sposób pokazały jego potęgę niż sceny walki w starej trylogii.”

      Ja bym powiedział, że takie stwierdzenie to żadne ryzyko, bo zgadzam się w pełni. Wcześniej były to głównie sceny Vader vs Luke/Obi, albo podduszanie rebeliantów/oficerów imperium. Tutaj mamy chodzącą legendę jako bezwzględną i skuteczną broń masowego rażenia. Po tej scenie można się Vadera bać bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

      Reply
      • 2 stycznia 2018 at 18:37
        Permalink

        No nie wiem… ja tam nadal najbardziej boje sie Vadera z “Zemsty Sithów” – że kiedyś go takiego powtórzą 😉

        Reply
        • SithFrog
          2 stycznia 2018 at 18:49
          Permalink

          Touche!

          Reply
  • 2 stycznia 2018 at 20:50
    Permalink

    Byłem w kinie na “Przebudzeniu mocy” i stwierdziłem, że moja przygoda z Star Wars się skończyła. A że człowiek jest ułomny, zaplanowaliśmy ze znajomymi część Sylwestra spędzić w kinie na “Ostatnim Jedi”. Wcześniej nadrobiłem zaległości oglądając “Łotr 1”. Scena, kiedy Cassian w zaułku pomaga swojemu towarzyszowi “uciec” przed szturmowcami, sprawiła, że film zacząłem oglądać z zainteresowaniem. I mimo kilku wpadek, po napisach końcowych na mojej twarzy nadal gościł uśmiech.

    Reply
    • SithFrog
      2 stycznia 2018 at 20:51
      Permalink

      Scena z Cassianem to chyba pierwszy moment w historii SW kiedy naprawdę widać, że Rebelia też ma swoje za uszami. Mocne to było.

      Reply
  • 2 stycznia 2018 at 23:38
    Permalink

    Dobry film. Denerwował mnie animowny Tarkin, kilka nielogiczności i dziwny Saw Gerera, ale nie psuło to dobrze opowiedzianej historii z sensownymi bohaterami i gwiezdnowojennym klimatem. Poza Tarkinem, bardzo ładny wizualnie – naprawdę podobały mi się planety, wybuchy, Leila i statki. Vader dostał czerwieńsze otwory w hełmie na oczy, czy mi się tylko wydawło.

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 17:45
      Permalink

      Otwory w hełmie chyba standardowe, ale mocniej odbijały światło lawy na Mustafar i potem światło miecza. Tak mi się wydaje.

      Reply
  • 3 stycznia 2018 at 10:13
    Permalink

    Dla mnie zdecydowane 8. Są wady, ale drobniutkie. Rouge One wspaniale oddaje klimat i ma coś, czego Star Wars nie miało od oryginalnej Trylogii – charyzmatyczne silne postacie. NAwet sztuczny Tarkin jest pierdyliard razy lepszy od Kylo Rena, Smarka/Smauga/Snouke’a i tej rudej parodii feldmarszałka Keitla.

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 17:45
      Permalink

      Huxa to trudno z czymkolwiek porównać. Jest mniej więcej tak potrzebny i tak zabawny jak Jar Jar.

      Reply
  • 3 stycznia 2018 at 10:58
    Permalink

    Czy tylko mnie zdziwiła ilość rebeliantów na tytułowym statku? Wsiada ich tam raptem kilkunastu, a wychodzi chyba cała setka

    Reply
    • SithFrog
      3 stycznia 2018 at 17:47
      Permalink

      Oni chyba się namawiają przed misją w stylu “jest nas 30, ale niech oni myślą, że jest stu”. Jak widać udało się chociaż też miałem takie wrażenie. Z drugiej strony mniej mi to przeszkadza niż Zatoichi walący ich kijem po hełmach powodując zgon/utratę przytomności. To po cholerę im ta zbroja? 🙂

      Reply
  • 5 stycznia 2018 at 23:13
    Permalink

    Nie ogarniam pochwał dla tej części, a krytyki dla tych dwóch ostatnich z głównego nurtu. Przecież te filmy są niemal identyczne…

    Reply
    • SithFrog
      5 stycznia 2018 at 23:37
      Permalink

      Każdy z tych filmów ma wady, ale R1 ma to czego nie mają dwa pozostałe. Nie wiem jak to nazwać ładnie. Klimat? Feeling? Dla mnie jest najbliżej starych SW, tych pierwszych. TFA jest nie dość, że powtórzeniem Nowej Nadziei to jeszcze jest dużo lżejsze niż wszystkie inne. Miałem wrażenie jakby klimat wzięli z filmów YA (young adult), np. z Mazerunnera czy Igrzysk Śmierci. A TLJ to w ogóle bałagan i trolowanie fanów.

      Zobacz w ten sposób, masz 2 postacie, jedna z głównego nurtu, druga z R1, każda jest nowa. Każda ma podobną funkcję w swojej organizacji. Kogo byś mógł wziąć i umieścić w Starej Trylogii bez żenady? Huxa czy Krennica?

      Reply
  • 8 stycznia 2018 at 05:30
    Permalink

    Jak dla mnie film ma najgorsze z możliwych zawiązanie akcji. Ze wszystkich możliwych sposobów przekonania niechętnego konstruktora do współpracy wybrali ten najgorszy. To już lepiej wyglądałoby wejście a’la polska policja – o 6.00 rano razem ze wszystkimi drzwiami i oknami. Miałaby ona przynajmniej jakąś sensowną dramaturgię aresztowania i byłaby logicznym wytłumaczeniem motywacji do wymuszonej współpracy z imperium, powodu umieszczenia tak fatalnej niedoróbki w rzeczonej stacji i całej tej akcji związanej z dostarczeniem hologramu głównej bohaterce. A tak – kicha.

    Reply
    • SithFrog
      8 stycznia 2018 at 22:44
      Permalink

      Czy ja wiem, nie było to najbardziej mądre rozwiązanie, ale swoją brutalnością i nieokrzesaniem pasowało mi do Imperium, które zwyczajowo wali w ryj, a potem pyta czy jest jakiś problem 😉

      Reply
  • 10 stycznia 2018 at 20:07
    Permalink

    Nie rozumiem, jak można czepiać się tego, że na chwilę migają nam złoczyńcy z Kantyny w “Nowej nadziei”. Przecież takie mrugnięcia okiem do fanów są ok. Nie widzę tu efektu “małej galaktyki”. Rozumiem, gdyby Jyn i Cassian zahaczyli o Tatooine i natchnęli się na Obi-Wana. Wtedy już można by coś tam kręcić głową. Poza tym takich nawiązań jest więcej, czy to do filmów czy serialu animowanego “Rebelianci” i uważam to za dobrą rzecz, bo zrobione jest to ze smakiem, bez wciskania na siłę.

    Reply
    • SithFrog
      10 stycznia 2018 at 23:56
      Permalink

      Trochę jednak wciskali. Przecież scena z droidami była tak wymuszona i niepotrzebna, że głowa boli 😉

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków