Her Story

Zamordowano mężczyznę. Kto i dlaczego to zrobił? Odpowiedź znajduje się na pochodzących z 1994 roku taśmach wideo z przesłuchań tajemniczej kobiety. Problem polega na tym, że oryginalne taśmy uległy zniszczeniu. Część z nich zdigitalizowano, ale pluskwa milenijna (Y2K, pamięta to jeszcze ktoś?) coś pomieszała, skutkiem czego nagrania są poszatkowane i nieprawidłowo skatalogowane. Być może przeszukując policyjną bazę danych pod kątem słów kluczy zdołamy znaleźć mordercę i jego motyw?

“Krótka, nietypowa produkcja indie zrywająca z tradycyjnym gameplayem i kładąca nacisk na warstwę fabularną”. Mniej więcej w ten sposób charakteryzowano grę “Her Story” w prasie i już sam taki opis wywoływał skrajne reakcje. Profesjonalne recenzje były entuzjastyczne, zarówno prasa jak i portale przyznawały grze Sama Barlowa bardzo wysokie noty. Odbiór “Her Story” przez graczy był znacznie bardziej wstrzemięźliwy. Gra doczekała się też grupy zagorzałych przeciwników… A ja stałem w rozkroku.

Jako gracz wychowany na “Mad Dogu” cieszę się, że pojawiają się jeszcze produkcje FMV 😉

Z jednej strony nigdy nie rozumiałem skąd wzięło się przekonanie, że angażująca fabuła może być opowiedziana tylko kosztem uproszczenia mechaniki. Słyszę tę mantrę (szczególnie od zachodnich recenzentów) od dobrych kilku lat, ale doprawdy nie potrafię zrozumieć jej źródła. Z mojego doświadczenia wynika, że to właśnie gry wymagające od nas wysiłku i trzymające nas w ciągłym napięciu, opowiadały historie najbardziej zajmujące. To “System Shock”, “Deus Ex” czy “Crusader Kings 2” wciągały mnie w swą fabułę o wiele bardziej od produkcji “casualowych”.

Z drugiej strony istnieje bardzo negatywna tendencja do skreślania przez hardcore’owych graczy każdej gry deklarującej, iż nie stawia graczom ogromnego wyzwania, ale próbuje opowiedzieć historię innymi metodami. Nie uważam, aby tego rodzaju produkcje były zapowiedzią jakiegoś zmierzchu gier wideo. Nie sądzę też, aby wszystkie takie gry dało się traktować jedną miarą. Nawet produkcji nazywanych ironicznie “symulatorami chodzenia” nie można włożyć do jednego worka. “Dear Esther” było dla mnie zawsze raczej nudnym i źle napisanym opowiadaniem pseudointeraktywnym, ale nie powiedziałbym tego samego o “Gone Home”, ani tym bardziej o perełce jaką było “The Vanishing of Ethan Carter”.

Dlatego podszedłem do “Her Story” ostrożnie, ale bez uprzedzeń. Ba, może nawet z odrobiną ciepłych uczuć w stosunku do twórcy, który “wskrzesza” FMV w grach komputerowych. I muszę przyznać, że pod pewnymi względami gra bardzo mile mnie zaskoczyła. Niestety pod kilkoma innymi potwierdziła moje obawy.

Nasz pulpit w grze. To tutaj będziemy dokonywać kwerend i oglądać klipy wideo.

Mechanizm gry jest bardzo prosty. Od początku gry mamy dostęp do specjalnej policyjnej bazy danych. Wklepując w nią kluczowe słowa lub frazy dostajemy podgląd bardzo krótkich (trwających od kilkunastu sekund do niewiele ponad minuty) klipów wideo z cyklu przesłuchań. Oglądając klipy dowiadujemy się rzeczy, które naprowadzą nas na kolejne zapytania do bazy danych. Niektóre frazy okażą się zbyt ogólne by wyświetlić wszystkie pasujące do nich klipy, więc dopiero obejrzenie większej ilości materiałów pozwoli nam zawęzić poszukiwania. Klipów wideo jest grubo ponad setka (choć przyznam, że nie liczyłem). Czeka nas więc sporo oglądania. W pewnym momencie zaczniemy zauważać, że niektóre informacje przeczą sobie nawzajem. Trafimy też na ślad pewnej tajemnicy, którą cały czas mieliśmy przed oczami.

W teorii to prosta, ale bardzo czytelna mechanika. W praktyce mam wrażenie, że ją popsułem. Zafascynowany poważną zagadką kryminalną uzbroiłem się w kartkę i ołówek, podkręciłem wyimaginowanego wąsa, i zacząłem robić notatki z wszystkich ważniejszych imion, miejsc i terminów, które pojawiały się w klipach. Bardzo szybko przekonałem się, że nie taki był zamysł twórcy gry. Po dziesięciu minutach odkryłem pierwszą istotną tajemnicę, która – jak sądzę – miała być ujawniona nieco później. Po dwudziestu minutach miałem już zanotowane niemal wszystkie ważne zapytania, które przeprowadziły mnie przez następną godzinę gry.

Warto zwracać uwagę nie tylko na nazwy własne, ale również różnice w zeznaniach składanych podczas różnych przesłuchań.

Jak się okazało elementarna systematyczność potrafi zabić całą radość z zabawy. Tym bardziej, że istotne terminy naprawdę powtarzają się często, więc siłą rzeczy oglądamy klipy naprowadzające nas na jakiś detal po 3-4 razy. Nie chcę tu czegoś zaspoilować, zademonstruję więc jak to działa na zmyślonym przykładzie. Gdyby kluczem do rozwiązania jakiegoś elementu zagadki był kotlet schabowy, to nazwa tego delikatesu pojawiłaby się kilkukrotnie. Czasem w kontekście morderstwa, ale również w innych klipach, w których bohaterka (?) opowiada o wspomnieniach z dzieciństwa, albo mówi na co ma akurat w tej chwili ochotę.

Dlatego właśnie osoby obdarzone dobrą pamięcią (albo ołówkiem i kartką papieru) będą znużone powtarzalnością odsłuchiwanych klipów. Przeglądanie bazy danych stanie się żmudną pracą. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby błąd gracza mógł wywołać negatywne konsekwencje. Tak właśnie działają symulatory albo gry w rodzaju “Papers, please”. Wykonujemy w nich z pozoru żmudne czynności, ale każdy błąd może nas bardzo drogo kosztować, więc pozostajemy w stanie ogromnego napięcia. W “Her Story” stawka jest praktycznie zerowa. Przegapiliśmy fragment klipu? Możemy go odsłuchać po raz drugi. Zapomnieliśmy co przesłuchiwana postać powiedziała pół godziny temu? Możemy wrócić do archiwum naszych kwerend i odświeżyć swą pamięć. Nasza interakcja z grą jest niewielka, a szansa na to, że coś popsujemy – żadna. Jedyną przeszkodą w powolnym parciu naprzód może być utrata przytomności.

Wcielająca się w główną rolę Viva Seifert nie jest zawodową aktorką. To gimnastyczka i keyboardzistka. Tym większe należą się jej brawa, bo poradziła sobie świetnie.

Nie znaczy to, że cała gra była jakimś ogromnym zawodem. Opowiedziana przez nią historia jest dość ciekawa (choć miłośnicy kryminałów nie będą zaskoczeni), aktorka wcielająca się w główną rolę przyciąga uwagę i nie razi sztucznością. Czterokrotnie w trakcie gry byłem pod wrażeniem sprytnych pomysłów jej autora (jeden wiązał się z mini-grą, jaką znajdziemy w koszu – koresponduje ona z całą fabułą “Her Story”). Tyle tylko, że lwia część spędzonych z grą trzech godzin poświęcona była na ponowne odkrywanie tego, co już dawno wiedziałem.

Mam wrażenie, że Sam Barlow wpadł na naprawdę ciekawy pomysł, który nie jest wszakże w stanie samodzielnie “pociągnąć” całej rozgrywki. Żałuję, że twórca nie poszedł dalej, i nie zaoferował nam prawdziwej gry detektywistycznej, połączonej z mechanizmem przesłuchań albo zbierania dowodów rzeczowych. To oczywiście byłoby sprzeczne z fundamentalnymi założeniami Barlowa, jakimi były prostota i prymat narracji nad mechaniką. Niestety w tym konkretnym wypadku założenia te oznaczały zmarnowanie ogromnego potencjału.

Mimo wszystko warto z grą się zapoznać. Ale sugerowałbym poczekać z zakupem na wyprzedaż.

Kilka komentarzy do "Her Story"

    • 12 stycznia 2018 at 19:21
      Permalink

      Co więcej, jestem oburzony tym, iż przynajmniej drobne zaniepokojenie nie udziela się innym recenzentom..

      Reply
    • DaeL
      12 stycznia 2018 at 19:55
      Permalink

      Toż to prawdziwy esej. Przeczytałem i jestem pod wrażeniem tego jak daleko Chmielarz zaszedł w poszukiwaniach inspiracji i symboliki “Her Story”. Ale sam główny problem wydaje mi się dość jasny i nie wiem, czy warto poświęcać mu aż tak wiele uwagi.

      Spoiler! Pokaż

      Ale tak jak wspomniałem – moim zdaniem autor nie miał w głowie jednego rozwiązania tej zagadki. Przeciwnie, celowo stworzył problem, który każdy rozwiąże po swojemu. I żadne z rozwiązań nie jest wyłącznie poprawnym.
      A co się tyczy mojej oceny – tak jak pisałem, uważam, że pomysł na fabułę zasługuje na pochwałę. Natomiast gorzej jest z prezentacją, która – mimo krótkiej formy gry – potrafiła mnie znużyć.

      Reply
  • 13 stycznia 2018 at 11:10
    Permalink

    Niby nie trzeba się rozpisywać, ale mnie tam bawiło czytanie o tych wszystkich tropach, odwołaniach, na które sam nigdy bym nie wpadł. Chmielarz rzeczywiście mocno się zapalił, ale to chyba ze względu na Cartera. Teraz piekli się o Destiny 2 i proszę bardzo: Witchfire 🙂

    Reply
    • DaeL
      14 stycznia 2018 at 23:42
      Permalink

      Zmartwię się, gdy popełni długi tekst o “Depression Quest” 😉
      A swoją drogą to “The Vanishing…” jest moim ulubionym symulatorem chodzenia. Ja w gruncie rzeczy nie mam nic przeciwko powolnym, refleksyjnym grom nastawionym na “enviromental storytelling”. Pod warunkiem, że nie wstydzą się, że są grami. Dlatego uwielbiam “TVoEC” i uważam, że “Gone Home” było niesłusznie mieszane z błotem. Ale już takiego “Dear Esther” to szczerze nienawidzę.
      A na “Witchfire” czekam z wypiekami na twarzy. “Painkillera” lubię tak bardzo, że go kupowałem cztery razy 🙂

      Reply
  • 14 stycznia 2018 at 18:30
    Permalink

    To sa takie gry, ze gdy je widze to sobie mysle “eee, po co w ogole w to grac”

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków