FilmoBiografia Kubricka – Dr Strangelove (1964)

FilmoBiografia Kubricka to cykl artykułów niżej podpisanego, w całości poświęcony jednemu z najwybitniejszych najwybitniejszemu reżyserowi wszystkich czasów, Stanley’owi Kubrickowi. Tematem przewodnim serii jest życie i twórczość nowojorskiego artysty, w głównej mierze jego 11. filmów pełnometrażowych, z których każdy zostanie poddany osobnej analizie. Celem cyklu jest nie tylko przedstawienie widzowi opinii na temat filmów należących już dzisiaj do klasyki kina, ale też przybliżenie postaci Kubricka, poszczególnych etapów jego kariery, a także ciekawostek z życia zawodowego i osobistego. W pracy nad tekstami autor posiłkuje się różnorakimi źródłami internetowymi, a także wiedzą zaczerpniętą z publikacji książkowych dotyczących reżysera i historii kina.

Piąty odcinek FBK dotyczyć będzie pierwszego filmu należącego do trylogii science-fiction nakręconej przez Stanleya Kubricka. Podział ten jest nieco umowny i wprowadzony głównie przez krytyków specjalizujących się w dziełach Mistrza, jednak należy podkreślić, że te trzy produkcje stanowią kamienie milowe zarówno w karierze reżysera, jak i w historii całej kinematografii. Zaczynamy od lekkiego spojrzenia na najcięższy w swoim czasie temat – czyli satyrycznej wizji nuklearnej apokalipsy. Zapraszam.

#5: Dr Strangelove or: How I Learned to Stop Worrying and Love the Bomb
– Dr Strangelove, lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1964)

 

Pierwsze, co rzuca się w oczy niezaznajomionym, przyglądającym się tej pozycji, to jej zdecydowanie zbyt długi, niemal barokowy tytuł. Stanowi on autotematyczne zwierzenie reżysera, osobisty komentarz na temat jego własnych przeżyć związanych z tematyką filmu. A ta, w momencie jego powstawania była problemem ważkim, niezwykle istotnym i zajmującym niemal każdego  mieszkańca Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza Nowego Jorku.
Jest rok 1962. Bomba atomowa znajduje się w posiadaniu czterech państw na świecie – są to USA, ZSRR, Wielka Brytania oraz Francja. Na Kubie wybucha konflikt pomiędzy dwoma światowymi mocarstwami, prowadzącymi zimną wojnę. Groźba użycia broni masowej zagłady jest bliższa światu, niż kiedykolwiek wcześniej i później, oczywiście poza dwoma bombardowaniami przeprowadzonymi przez Stany Zjednoczone jeszcze w czasie II Wojny Światowej. Kryzys kubański powoduje trzecią falę amerykańskiej krucjaty ideologicznej przeciwko wszelkim objawom komunizmu wewnątrz kraju, chociaż formalnie Red Scare miała skończyć się wraz z rozwiązaniem Komisji McCarthy’ego w 1956 roku. Temperatura napięcia międzynarodowego przenosi się pod strzechy domów, trafia do kawiarni, na boiska sportowe i – co całkowicie naturalne – również do sal kinowych.

Dyskomfort twórczy, lub terapia

Mieszkający w Nowym Jorku Stanley Kubrick nie potrafi pogodzić się z absurdalnością samej koncepcji stworzenia i użycia bomby atomowej. Narzędzie, niosące tak ogromne zniszczenie, pozostające w rękach militarnych dowódców, których od zawsze darzył ograniczonym zaufaniem, przeraża go i pociąga jednocześnie. Trzeba jeszcze dodać, że wśród wszelkiego rodzaju domowych, telewizyjnych, czy prasowych dyskusji na temat ewentualnego użycia przez Sowietów broni jądrowej, miasto reżysera jest wymieniane w gronie najbardziej prawdopodobnych celów ataku nuklearnego. Kubrick nie może usiedzieć w miejscu. Czyta ponad 40 książek o atomie, wśród nich słynne “Red Alert” Petera George’a, którego osobiście przekonuje do napisania scenariusza filmowego. W ten sposób reżyser walczy z traumą, terapeutycznie rzuca się w wir pracy twórczej.

Nie mogłem się powstrzymać przed umieszczeniem jeszcze jednego, znakomitego plakatu do tego filmu.

W wyniku tej osobliwej “terapii” powstaje dzieło wiekopomne, które na zawsze zmieni sposób postrzegania zarówno osoby Kubricka, jak i samej wizji konfliktu nuklearnego. Kubrick podejmując próbę oswojenia własnych lęków, staje się również dydaktykiem. Wraz z nim, świat kinematografii uczy się radzić sobie ze śmiertelnie niebezpiecznym absurdem. Po raz pierwszy Stanley K. ukazuje światu swoje wizjonerstwo i geniusz, krocząc przy okazji niemal całkowicie po omacku.

Film początkowo miał być inspirowanym książkowym oryginałem, mrocznym i ponurym dreszczowcem społeczno-politycznym. W trakcie pracy nad poszczególnymi scenami, wiele z nich wydaje się reżyserowi tak przerażające, tak absurdalnie potworne, że aż komiczne. I to właśnie satyra staje się głównym celem twórczym Kubricka, który przekonuje George’a do zmiany koncepcji filmu na czarną komedię. Pomysł wygląda na obrazoburczy, zakrawa na nieodpowiedzialne, młodzieńcze “robienie sobie jaj” ze śmiertelnie poważnego problemu (zarzuci mu to po premierze między innymi Robert Bruestein, uznany krytyk teatralny i filmowy). Kubrick jednak pozostaje nieugięty, nawet w obliczu faktu, że razem z George’em niezbyt dobrze czują się w gatunku. Zatrudnia więc do pomocy wziętego pisarza, Terry’ego Southern’a, aby pomógł wypolerować scenariusz. Southern jest jeszcze przed najlepszym okresem w swojej karierze, ale po “Dr Strangelove” napisze jeszcze między innymi scenariusze do Jamesa Bonda (“Casino Royale”), czy przełomowego obyczaju “Easy Rider”, a także “Barbarelli”, która sama w sobie jest tematem na oddzielną opowieść.

Półnaga piękność na podtrzymanie zainteresowania Czytelnika. Do tego George C. Scott, ale o nim będzie za chwilę. Czytajcie dalej!

Kończąc wątek scenarzystów filmu dodam jeszcze, że udział Southerna nie spodobał się autorowi książki, który oskarżał Kubricka o niedocenianie w mediach jego własnego wkładu. Tak skończyła się trwająca kilka miesięcy twórcza komitywa Kubricka z George’em, który ostatecznie film skrytykował za – cóż by innego – niespójność z materiałem źródłowym. Cóż, reżyserowi nigdy takowy cel nie przyświecał, co zresztą zdążyłem już kilkukrotnie w cyklu podkreślić. “Dr Strangelove” opowiada o zagrożeniu wojną nuklearną w zupełnie inny sposób niż “Red alert”, jest w swojej wizji absolutnym wyjątkiem.

W oparach absurdu

Akcja filmu rozgrywa się 13 września 1963 roku. Jeżeli nie wierzycie mi na słowo, to sprawdźcie w kalendarzach – był to piątek trzynastego. Jack D. Ripper (dosłownie: Kuba Rozpruwacz, w tej roli rewelacyjny Sterling Hayden, którego znamy już z “The Killing”) jest generałem amerykańskiej armii i wielkim fanem Szalonych Teorii DaeLa, teorii spiskowych. Aktualnie upodobał sobie koncepcję zakładającą komunistyczny spisek, polegający na eksterminacji narodu amerykańskiego za pomocą… fluoryzacji wody. Nawet nie będę próbował tego streścić, scenę w której bohater wykłada swoje racje przerażonemu majorowi trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy. Koniecznie. W ramach odwetu za niechybną i wyimaginowaną śmierć rodaków, generał Ripper postanawia zerwać wszelkie kontakty ze swoim dowództwem, poderwać będącą na jego rozkazy eskadrę bombowców z głowicami nuklearnymi i rozpocząć Trzecią Wojnę Światową, bombardując cele w ZSRR.

Hayden (z prawej) podczas jednej z najbardziej absurdalnych rozmów, jakie możecie obejrzeć w dziełach Kubricka. Jak mawiają współcześni – ten dialog, to czyste złoto!

Wydaje mi się, że takie streszczenie fabuły powinno Wam wystarczyć, to zawiązanie akcji stanowi ledwie punkt wyjściowy dla dalszych wydarzeń. Warto podkreślić, że akcja filmu dzieję się zasadniczo w trzech miejscach. Oprócz bazy wojskowej, w której stacjonuje szalony generał, obserwujemy jeszcze wydarzenia w Sztabie Generalnym USA, gdzie cała decydencka wierchuszka zebrana została w Pokoju Wojennym – ogromnym pomieszczeniu z mapą całego świata, na którym amerykańska admiralicja debatuje nad losami globu. Jest to pomieszczenie całkowicie wymyślone przez Stanleya Kubricka, a które stało się ikoniczne dla amerykańskiej, popkulturowej wizji postrzegania swoich rządzących. I nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady, bo gdy Ronald Reagan został wybrany czterdziestym Prezydentem Stanów Zjednoczonych w 1981 roku od razu poprosił, żeby mu Pokój Wojenny pokazać.

War Room – ponure miejsce pełne ponurych osobowości. Lokalizacja, która przeszła do historii nie tylko kina, ale i polityki w USA.

Trzecią perspektywą jest wnętrze bombowca B-52, którego załoga otrzymuje absurdalny rozkaz od swoich przełożonych, a po jego wielokrotnym potwierdzeniu decyduje się za wszelką cenę wypełnić powierzoną misję. Bombowiec B-52 był w tamtym czasie pilnie strzeżoną tajemnicą wojskową, Kubrick dysponował tylko jednym zdjęciem samolotu. Mimo to, wraz ze scenografem Kenem Adamem udało im się odtworzyć wnętrze samolotu, zwanego Superfortecą, tak wiernie, że oboje byli przesłuchiwani przez CIA pod kątem działalności szpiegowskiej na rzecz komunistycznego wroga.

Filmu nie można było nakręcić w Stanach Zjednoczonych – nie przy panującej atmosferze społeczno-politycznej i nie przy dwumilionowym budżecie, który Kubrick zorganizował wraz z Columbia Pictures. Zdjęcia realizowano przez piętnaście tygodni w Wielkiej Brytanii, której klimat reżyser pokochał do tego stopnia, że po premierze postanowił osiąść tam z rodziną na stałe. Okres zdjęciowy zajął niecałe cztery miesiące, montaż – nad którym Kubrick pracował osobiście –  dwa razy dłużej. Wiele materiału źródłowego pozostało niewykorzystane, wśród nich zupełnie zwariowana, finałowa scena, w której Pokój Wojenny miał stać się areną bitwy na… torty (oglądający film niechże zwrócą uwagę na przygotowane pod tą okazje stoły zastawione słodkościami, widoczne w kadrach z “war roomu”). Kubrick uznał jednak, że był to pomysł zbyt groteskowy nawet jak na satyryczno-absurdalną formułę filmu, mnie pozostaje jedynie przyznać mu rację.

Teatr (nie)jednego aktora

W realizacji przedsięwzięcia wydatnie pomogły zatrudnione gwiazdy. Kubrick ponownie sięgnął po znane twarze, co okazało się strzałem w dziesiatkę. Peter Sellers, którego gaża wyniosła ponoć połowę budżetu filmu, zagrał w nim aż trzech bohaterów – tytułowego Doktora Strangelove – przytwierdzonego do wózka inwalidzkiego, cierpiącego na syndrom obcej ręki (która chce: albo udusić właściciela, albo wykonywać faszystowskie pozdrowienia) niemieckiego naukowca-nazistę o ponadprzeciętnej inteligencji i ignorancji dla życia ludzkiego; majora Lionela Mandrake – próbującego zapobiec realizacji szalonego planu żołnierza RAF-u oraz prezydenta USA, Merkina Muffleya – będącego oazą spokoju pośród szalonych naukowców i wojskowych. Wszystkie kreacje odegrane są co najmniej rewelacyjnie, dość powiedzieć, że sam za pierwszym razem miałem ogromne trudności z identyfikacją aktora, który w każdej roli nie tylko wygląda zupełnie inaczej, ale również posługuje się odmiennymi akcentami i dialektami. Sellers znajdował się w tak znakomitej dyspozycji, że reżyser – słynący już wtedy z apodyktycznej natury i skrupulatności w realizowaniu jego wizji każdej ze scen, pozwolił aktorowi na improwizowanie kwestii. Takiego “zaszczytu” nie dostąpił później żaden współpracujący z Mistrzem aktor, nawet Jack Nicholson. Kubrick decyzję o obsadzeniu Sellersa w trzech rolach uzasadniał faktem, że wygodniej jest wydać pieniądze na trzy świetnie zagrane przez niego postaci, niż szukać trzech świetnych aktorów dla każdej z powierzonych mu ról.

Oprócz Sellersa, wielką gwiazdą kina obsadzoną w produkcji jest George C. Scott – aktor tyleż wybitny, co “trudny w obsłudze” – słynący z krnąbrności w stosunku do jakichkolwiek poleceń otrzymywanych na planie. Wieść gminna niesie, że Kubrick okiełznał ciężki charakter Scotta za pomocą szachów – przed każdym dniem zdjęciowym miał proponować aktorowi partyjkę dla ustalenia hierarchii w pracy. Ponoć zawsze wygrywał, a Scott, pełen podziwu dla potęgi umysłowej szefa, na planie nie stwarzał żadnych problemów. Wcielił się w generała Buck’a Turgidnsona, jigonistycznego zwolennika wojny totalnej, silnie optującego za kontynuacją szalonego planu Rippera. Rola drugoplanowa, a jednak niezwykle istotna – wypowiedziane przez Scotta słowa o poświęceniu milionów istnień w nuklearnym kataklizmie zobrazowały światowej widowni surrealizm ludzkich zachowań w obliczu wojny. Olivier Stone miał określić tę wizję tak dalekiej obojętności decydentów wojskowych na los własnych obywateli, jako niezwykle inspirującą do głębokiej refleksji. Oczywiście nie był to pierwszy raz, kiedy Kubrick przełamywał owo społeczne tabu, wystarczy, że przypomnimy sobie “Ścieżki Chwały”, jednak jego wydźwięk warty jest odnotowania.

Podobnie jak świetna kreacja Slima Pickensa, który w roli dowódcy bombowca B-52, majora T.J. Konga wypada niezwykle przekonująco i poważnie. I znów, jest to w dużej mierze zasługa reżysera, który przez cały okres zdjęciowi nie zdradził Pickensowi, że gra w komedii, wymagając od niego pełnej powagi przed kamerą. Podobnie postąpił z George’em Scottem, a obaj panowie mieli po premierze pretensje do Kubricka, że zdobył się na czelność oszustwa wobec podwładnych artystów. Cel uświęcał jednak zastosowane środki, ponieważ najważniejszy wątek filmu – absurd i niedorzeczność wizji globalnego zniszczenia – został dzięki temu w całości przeniesiony na ekran.

Sam Plickens we wnętrzu bombowca B-52, które było pilnie strzeżoną tajemnicą wojskową. Playboy strzeżony raczej nie był.
Globalne panaceum

Film śmieszy, przerażając jednocześnie. Zestawia los ludzkości z problemem braku drobniaków na wykonanie jednego telefonu i prywatnej własności automatu z Coca-Colą. Ideologiczną wojnę i pompatyczność doniosłych haseł obdziera z farsy, ukazując skryty głęboko pod nią prymitywizm kilku obłąkanych jednostek, którym idiotyczny system wojskowy powierzył władzę. Dr Strangelove to film niezwykle mądry i całkiem idiotyczny zarazem. Stanowi popis aktorskich umiejętności znakomitych wykonawców, uzbrojonych przez dopieszczony, teatralny niemal scenariusz. W swojej kategorii jest osiągnięciem najwyższej jakości – jako komedia zapewnia doskonałą rozrywkę, ale również wywołuje poważną refleksję – czy to dzięki znakomicie rozpisanym dialogom, czy w finałowej, kulminacyjnej scenie, w której reżyser wspina się na szczyt absurdu rzucając go widzowi prosto w twarz.
Podobne musiały być uczucia targające jego twórcą, podczas całego tego szalonego okresu zimnej wojny nuklearnej. Znakomitością i największa tajemnicą Kubricka jest kunszt, z jakim potrafił on swoje lęki przelać na ekran w postać uniwersalnej historii, trafiającej do głów i serc milionów widzów na całym świecie.

Zastanawiam się, czy to ujęcie nie jest przypadkiem lekkim spoilerem. Na wszelki wypadek nie przyglądajcie się mu zbyt długo.

Piąty film Kubricka to idealny przykład na to, jak kino potrafiło kiedyś uczyć i bawić zarazem. Jak pomagało w oswajaniu demonów rzeczywistości, nadając im bardziej namacalny wymiar. Czapki z głów należą się za sam pomysł na produkcję takiej ogólnoświatowej terapii przed lękiem nuklearnym. Aby oddać szacunek za poziom realizacji tego projektu – nie starczyłoby już ukłonów. Znamienne jest, że nieco wyprzedził on swoje czasy, przynajmniej jeżeli chodzi o podejście do tematu – chociaż inni mogą twierdzić, że walnie przyczynił się do ustanowienia powszechnego konsensusu, co do problemów nuklearnych świata. Jednak w swoim czasie, w 1964 roku – kiedy pierwsze postanowienia o proliferacji (ograniczeniu zasobów) broni masowego rażenia dopiero były podpisywane przez głównych graczy na arenie międzynarodowej, “Dr Strangelove” spotkał się ze sceptycyzmem krytyków, zwłaszcza w prasie nowojorskiej. Bohema z miasta Wielkiego Jabłka zawsze pałała dystansem w stosunku do dzieł Kubricka, sam reżyser niejednokrotnie w wywiadach zżymał się, że wszędzie otrzymuje pozytywne recenzje, poza własnym rodzinnym miastem. Warto będzie o tym wspomnieć przy okazji kolejnego epokowego dzieła, które czeka nas już w następnym odcinku FBK.
Na szczęście, widzowie zareagowali zainteresowaniem i przenieśli podnoszone przez Kubricka kwestie do własnych domów, na spotkania towarzyskie wśród znajomych oraz do miejsc pracy. Film wywołał kontrowersje, chociaż największą z nich była chyba próba ideologicznego przypięcia łatki rzekomym, komunistycznym intencjom artysty. Stanley odżegnywał się od tych oskarżeń, ale z perspektywy czasu jego słowa nie wymagają zacytowania – dzieło broni się bowiem samo i wypowiada bardzo wyraźnie.

Strangelove jest ostatnim czarno-białym dziełem Kubricka, ale niech to nie zniechęci żadnego z Czytelników. Jest też pierwszym, w którym reżyser porzucając racjonalność i naturalizm narracji filmowej, powędrował w nuty surrealistyczne, zahaczając o fantasmagorię. I zrobił to w niepowtarzalnym stylu. 95 minut prawdziwego Mistrzostwa, uprawianego przez najlepszego z fachowców. Koniecznie!

 


Box Office Note

Budżet: 1,8 mln $
Przychód (USA): 9.25 mln $
Różnica: 513%
Zysk netto: 5,65 mln $

Poprzedni odcinek: FBK $4 – Spartakus
Następny odcinek: FBK #6 – 2001: Odyseja kosmiczna
 Pozostałe odcinki FilmoBiografii Stanleya Kubricka.

Kilka komentarzy do "FilmoBiografia Kubricka – Dr Strangelove (1964)"

  • 27 września 2017 at 12:18
    Permalink

    “zyta ponad 40 książek o atomie, wśród nich słynne “Red Alert” Petera George’a, którego osobiście przekonuję do napisania scenariusza filmowego.”
    ty przekonujesz? o.O osobiście? 😀

    Reply
    • 27 września 2017 at 19:49
      Permalink

      nie jestem pewny, czy pijesz do tej cholernej autokorekty, której zbyt mocno ufam, czy nie potrafisz odczytac całej gramatycznej składni zdania.

      w każdym razie samogłoskę poprawiłem, dzięki za czujność 😉

      Reply
  • 27 września 2017 at 13:48
    Permalink

    Lubię tą serię 🙂 już do obejrzenia Odysei mnie zainspirowałeś ale czuje że Strangelove bedzie nastepny 🙂
    niestety kurna nie ma na Netflixie :/

    Reply
    • 11 października 2017 at 01:25
      Permalink

      o Odysei nie zdążyłem jeszcze napisać ani słowa… 😛

      jak najszybciej nadrób wszystkie poprzednie pełne metraże Stanleya – gwarantuje, że nie zawiedziesz się na żadnym z opisanych!

      Reply
  • 27 września 2017 at 16:09
    Permalink

    Dlaczego nie 10? Arcydzieło kompletne! Artykuł jak zwykle świetny, masa ciekawych informacji i smaczków.

    Reply
    • 27 września 2017 at 19:53
      Permalink

      Mimo świetności, w filmie wciąż widać nieopierzenie Kubricka co do gatunku i niepewność w kwestii ostatecznej interpretacji filmu. Jest też filmem sci-fi – chociażby dlatego, że po raz pierwszy w historii zatrudniono doń ekipę odpowiedzialną tylko dla efekty specjalne – a większość efektów wygląda dziś komicznie.
      Pewnie dlatego, nie mogę z czystym sumieniem ubrać go w maksymalną notę.
      A efekty Kubrick dopracował w następnym filmie. Do tego stopnia, że nawet dzisiejsi nie są w stanie mu dorównać 😉

      Reply
      • 28 września 2017 at 15:34
        Permalink

        Słabe efekty argumentem przeciwko filmowi, który s-f jest tylko po części, i w którym jakość efektów nie ma żadnego znaczenia? Aha.

        Reply
        • 28 września 2017 at 21:47
          Permalink

          A czemu przeciwko? Przeciez to tylko argument za tym, ze ocena jest bardzo wysoka, lecz nie maksymalna.
          Uwazam, ze przez te sceny film wygladal troche komicznie, w takim nieco negatywnym sensie. Arcydzielo jest niewatpliwe, ale wyraznie nadgryzione przez zab czasu. Calkowicie zgadzam sie z ocena.

          Film-petarda. Rozwala trafnymi komentarzami i rozbrajajacym absurdem. Znacie cos podobnego? Bo chetnie bym przezyl to jeszcze raz…

          Reply
        • 29 września 2017 at 10:16
          Permalink

          Film nie jest dopracowany w 100%, co jest całkowicie zrozumiałe z dzisiejszego punktu widzenia.
          Ale nie zmienia to faktu, że do “ideału” trochę mu jednak brakuje, jak napisał tolkien – trąci myszką wizualnie. To nie wpływa negatywnie na jego odbiór, ale nie uprawniło mnie do oceny maksymalnej.
          I jeszcze jedna rzecz – Kubrick ma na koncie takie Dzieła, które na “dychę” zasługują imho bezapelacyjnie. Więc w ramach ocen dla FBK potrzebuje je trochę rozdzielić, choćby ten podział wydawał się sztuczny.

          Reply
          • 29 września 2017 at 13:44
            Permalink

            wprowadźcie oceny połówkowe i problem z głowy

            Reply
            • 29 września 2017 at 15:24
              Permalink

              a to jest nawet niegłupi pomysł.
              tylko Naczelny kiedyś redakcję przed tym przestrzegał, chyba chodziło o jakieś techniczne problemy.

              Reply
              • 29 września 2017 at 18:43
                Permalink

                Bez przesady. Z 10 punktów da się coś wybrać i bez połówek. A nawet jeśli wprowadzicie oceny nawet i do trzeciego miejsca po przecinku to i tak będą wahania między 9,719, a 9,720 🙂

                Ja oceniam wg kategorii. Bo nawet głupia sensacja zasługuje na 10, jeśli w kategorii głupich sensacji maksymalnie spełnia oczekiwania. W kategorii s-f Odyseja jest na 10, tak samo jak Strangelove w kategorii groteski / satyry.

                Reply
                • 29 września 2017 at 18:57
                  Permalink

                  Odyseja filmem sci-fi?
                  To dosc ryzykowne stwierdzenie 😛

                • 2 października 2017 at 12:58
                  Permalink

                  tolkien – a dlaczego? Odyseja, pod względem zastosowanej formy i przede wszystkim miejsc akcji, to jak najbardziej film S-F.

                  Ostatnio nawet trochę się przekonuje do szczątkowych ocen, bo są jednak subtelniejsze – ale niekoniecznie w ocenianiu filmów. Np wiele portali statystycznych oceniających grę piłkarzy w meczach stosuje liczby dziesiętne, wtedy jestem w stanie zrozumieć dlaczego jeden zawodnik dostał np 7,2 a inny 7,9 – są to delikatne różnice, ale wskazujące (bez opisowego komentarza) na pewne różnice w grze: skuteczność, dokładność, zaangazowanie, etc.

                  Natomiast w przypadku filmów to wyglądałoby żałośnie. Dr Strangelove na 8,4, Spartakus 8,1; a Lolita bardziej 7,9 – to już trochę kabaret 😉

  • DaeL
    28 września 2017 at 02:11
    Permalink

    Świetny film, świetny tekst, ale brakło mi tu jednej rzeczy. Wyjaśnienia pewnych politycznych aspektów filmu. To, że Dr Strangelove jest satyrą na antykomunistycznych jastrzębi, czujemy wszyscy. Jest to zresztą satyra tak cholernie błyskotliwa, że nawet z perspektywy czasu, będąc przekonanym, że w całym sporze rację mieli właśnie antykomunistyczni prezydenci tamtych czasów (Truman, Eisenhower, Kennedy), nie mogę nie uznać trafności pewnych szpil, jakie wbijał Kubrick.
    Ale jest to też satyra pewnej bardzo konkretnej osoby. Dr Strangelove to przecież nikt inny jak Werner Von Braun, jeden z założycieli NASA, pierwszy dyrektor Centrum Lotów Kosmicznych, projektant rakiety Saturn V… A wcześniej główny projektant niemieckich rakiet V-2, członek NSDAP, major SS, który miał – rzekomo – wydawać rozkazy egzekucji więźniów więźniów pracujących (niewolniczo) przy projekcie V2.
    Po dziś dzień nie potrafię zrozumieć jakim cudem NASA współpracowała potem z Kubrickiem przy Odysei Kosmicznej.

    Reply
    • 28 września 2017 at 12:17
      Permalink

      Moze nikt sie nie zorientowal 🙂

      to byla jakas bardzo wazna persona w czasie powstawania filmu? Dzisiaj juz malo kto pamieta. Ale dzieki za info!

      Tekst zachecil mnie do seansu, dam znac jak nadrobie.

      Reply
        • 29 września 2017 at 10:20
          Permalink

          DaeL ma rację, to była bardzo fajnie wbita szpila dla całego amerykańskiego projektu podboju kosmosu, który z założenia wydawał się całkiem sensowny, szczególnie w kontekście rywalizacji z ZSRR.
          Przy czym realizowany był przy czynnym udziale takiej persony jak Von Braun, co stanowiło kolosalny absurd.
          Prawda jest taka, że nie chciałem w tekst wkładać politycznych wątków – w obawie, że zająłby 2x więcej miejsca, stąd miedzy innymi pominięcie postaci dyrektora NASA. Bo o wycieczkach ideologicznych Kubricka naprawdę można spokojnie rozprawę doktorską napisać (i pewnie gdzieś, kiedyś, ktoś już to zrobi/ł).

          Reply
  • 28 września 2017 at 14:31
    Permalink

    A ja nie chcę oglądać Kubricka… Wolałbym taką serie o Scorsese, bo fajnie się to czyta, ale filmy dla mnie za stare…

    Reply
    • 28 września 2017 at 14:58
      Permalink

      Kubrick > Scorsese.
      Jak chcesz taka serie o Scorsese, to napisz ja sam. Podeslij autorom, moze dostaniesz miejsce na stronie 😀

      Reply
    • 29 września 2017 at 11:24
      Permalink

      Nie ma szans na FBS mojego autorstwa, to na sto procent mogę obiecać.

      Scorsese ma na koncie jakieś 40 pełnych metraży. Nawet wybierając jego najważniejsze produkcje, taki cykl musiałby mieć więcej niż planowane 11-12 Kubricka. I nie sądzę, żeby był sens o wszystkich pisać, bo jest to bardziej komercyjny reżyser, niż wizjoner.

      Martina Scorsese należy szanować, ale osobiście uważam, że są autorzy bardziej zasłużeni dla kina, którym można poświęcić więcej miejsca i czasu. No a z tym ostatnim jest najtrudniej – jeden odcinek FBK to naprawdę mnóstwo skrupulatnej, dokładnej pracy. Jakkolwiek przyjemnej, tak niekoniecznie piorytetowej pod względem materialnym 🙂

      Reply
  • Pingback: Podsumowanie miesiąca: Wrzesień 2017 – FSGK.PL

  • Pingback: FilmoBiografia Kubricka – 2001: Odyseja Kosmiczna (1968) – FSGK.PL

  • Pingback: FilmoBiografia Kubricka – Spartakus (1960) – FSGK.PL

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków