Przegrałem życie #6: Metal Gear 2: Solid Snake

Ostatnie chwile z pierwszym Metal Gear były na tyle podniecające, że długo nie musiałem się prosić. Rozgrzany emulator MSX2 z przyjemnością przyjął do wiadomości, że jeszcze z nim nieco pofigluję. W 2008 roku walka z głównymi bossami i sama ucieczka z Outer Heaven  zrobiła na mnie większe wrażenie niż fabuła w GTA San Andreas. Co takiego musiało się zadziać w tej historii, że odstawiłem przygody CJ’a, a ruszyłem na ratunek doktorowi Kio Marv’owi?

 

Metal Gear pomimo braku ciekawszej historii w trakcie rozgrywki, posiadał jeden bardzo ważny zwrot akcji. Po statycznej, ale pełnej napięcia walce z Metal Gear TX-55, przychodzi się nam zmierzyć z głównym dowódcą Outer Heaven. Okazuje się nim… nasz przełożony z FOXHOUND – Big Boss. Gdy Solidowi udaje się ubić szefa, ucieka z fortecy, a NATO rozpieprza ją w drobny mak. Solid Snake uratował swojego przyjaciela Gray Fox’a, twórcę Metal Gear’a – dr. Madnara i jego córkę. Jeśli chodzi o ruch oporu, to więcej informacji nie uzyskujemy. A nasz bohater? Odszedł ze swojej jednostki, przez kilka miesięcy pracował w CIA, następnie jako najemnik zbierał na emeryturę, by zasiąść w jakimś zagwizdowie, w Kanadzie. W wolnym czasie mając koszmary na temat Outer Heaven i Big Boss’a, i cierpiąc na zespół stresu pourazowego.

 

Oddzielę na chwilę fabułę jedynki od “dwójki” opisem pierwszego wrażenia. Takiej ewolucji, jak gry na MSX2, mogłyby pozazdrościć inne platformy. Już nie mówię o samej grafice, ale zarówno dźwięk, czy sam gameplay to mistrzostwo świata. Po przejściu Metal Gear 1, nie spodziewałbym się takiej jakości, na tej samej maszynie. Ja, to ja – ale, gdy panicz MajinFox zezwolił swojej dziewoi wyjść z kuchni, widać było różnicę w odbiorze audio i wideo. Przy pierwszej części zauważyłem, że więcej było aluzji o 40-calowym telewizorze, PS3 i 27-letniej grze. Przy Metal Gear 2: Solid Snake, liczba bezużytecznych informacji z jej strony była równa zeru – co jasno potwierdza, że mamy tutaj dobrej jakości produkt na tę samą platformę.
Wizualnie zmieniono nawet rozmowy z przełożonym.
Wizualnie zmieniono nawet rozmowy z przełożonym.

Nowa przygoda zaczyna się w 1999 roku, jeśli nie pamiętacie, co się wtedy działo, przypomnę Wam. Cztery lata po Outer Heaven świat musiał zmierzyć się z kryzysem paliwowym – rezerwy zostały tak mocno nadszarpane, że potrzeba było wyszukania innych, odnawialnych metod lub przykręcenia kurka. Na szczęście Czechy mają swoje tęgie umysły i bioinżynier doktor Kio Marv przez przypadek wynajduje bakterię/mikrob/algę, która ma możliwość wytworzenia paliwa. OILIX, bo tak to coś nazwano, prezentowano w kilku krajach, ale dopiero w USA żołnierze Zanzibar Land nabrali śmiałości, by wykraść czeskiego doktorka. NATO podniosło larum, ponieważ organizacja, która kryła się za nazwą Zanzibar oprócz możliwości posiadania wyjścia z kryzysu paliwowego, ma na swoim koncie dużą ilość głowic nuklearnych (według tej części są jedynymi posiadaczami pocisków, pokój na świecie tak ewoluował, że nikomu nie było już to potrzebne – w następnych częściach zarówno o tym “pokoju”, jak i o OILIX już nie usłyszymy).

Scena z samymi znakami zapytania.
Scena z samymi znakami zapytania.

FOXHOUND 24 grudnia 1999 roku wysyła ponownie zwerbowanego Solid Snake’a, by zinfiltrował kraj Zanzibar, i uratował Marv’a. Operacja Intrude F014 przebiegłaby znacznie szybciej gdyby nie okazało się, że część dowództwa jest Snake’owi znana. Między innymi pierwszy boss – Black Ninja – to nie kto inny, a sam Kyle Schneider z Metal Gear 1, który należał do ruchu oporu. Takich smaczków jest znacznie więcej, a fabuła nabiera pikanterii z etapu na etap.

Sprzedałem cię Kyle...
Sprzedałem cię Kyle…

Grafika nie wygląda, jakby ją wydarto psu z żołądka. Tym razem poruszamy się po kolorowych pomieszczeniach. Nie są to jakieś wyżyny, ale porównując do pierwszej części postęp jest ogromny. Dźwięki ujdą, ale to, co trzeba podkreślić, to muzyka. Od samego początku trzymają nas za gardło kapitalnie napisane kawałki. Nie są tak surowo stworzone, jak u poprzednika, tutaj nawet zdarza mi się nucić te melodyjki, a “Zanzibar Breeze” mam ustawiony w komórce, jako główny dzwonek. Poniżej tradycyjnie link do ścieżki dźwiękowej.

Zanzibar - ze swoim hymnem, godłem, panoszącymi się żołnierzami i bachorami. Na zdjęciu obszar działań.
Zanzibar – ze swoim hymnem, godłem, panoszącymi się żołnierzami i bachorami. Na zdjęciu obszar działań.

Zmienił się też gameplay. Dodano możliwość czołgania się, dzięki czemu jest szansa schować się pod ciężarówką lub wykorzystać dziurę w siatce do przejścia do innej strefy. Udostępniony nam radar, pozwala nie wpakować się prosto na przeciwnika, przechodząc między jednym, a drugim ekranem. Mamy teraz podgląd tras ruchu wrogich żołnierzy, nawet nie będąc w tej samej strefie, a przez to obszary, chociaż niewielkie, dają nam iluzję znacznie większych niż w jedynce

Nowa misja, nowe umiejętności.
Nowa misja, nowe umiejętności.

Wrogowie też uzyskali nową umiejętność, ich widok rozszerzył się o kilkadziesiąt stopni, z tego też powodu stopień trudności jest znacznie wyższy, a i gra przyjemniejsza. Co do bossów, udziwnień większych brak – walczymy z ninją, sprinterem, czy wietnamskim żołnierzem z kamuflażem, który czyni go niewidocznym. Pojawia się też Hind i Metal Gear D, oba tym razem niezaparkowane. Żadna z walk jednak nie pozostawia uczucia “epickości”, ale rzeczywiście są znacznie oryginalniejsze, niż poprzednio.

Spokojnie, tym razem wystartuje!
Spokojnie, tym razem wystartuje!

Po raz kolejny mamy możliwość też utrzymywać kontakt z bazą. Pomagać nam będą: Roy Campbell (nowy przełożony), Kasler (z wiedzą o najemnikach) i Master Miller (przetrwanie). Do tego znajdzie się jeszcze kilku ludzi, którzy będą nam mącić lub pomagać w określonej sytuacji. Najważniejszym jest, że tym razem to te częstotliwości podbiją wątek fabularny. Nie krążymy bez celu po całej fortecy zastanawiając się, czy dobrze robimy. Teraz rzeczywiście można uzyskać nieco informacji, a także pchać akcję do przodu. Pomijając drogę radiową też można poczuć się, że uczestniczymy w czymś więcej, niż zwykłej platformówce, czy rozmowa z bossami, czy też napotkanymi NPC (w tym dzieci) dają nam pewien obraz, który pomaga zorientować się w obecnej sytuacji. Nie jesteśmy pozostawieni wyłącznie sobie, jak to było w Metal Gear.

Tyle plusów wymieniam, ale nie przesłoniły minusów. Największą bolączką jest system kart, który nieco został poprawiony, ale nadal dokuczliwy. Mamy dziewięć kart, ale przy odpowiednim zeskanowaniu twierdzy możemy je wymienić na trzy, przez co znacznie ograniczamy sobie szafowanie. System gwiazdek przepadł wraz z pierwszą częścią, więc już to jest samym plusem, ale pojawiły się dzieci, których często jest gęsto w wąskich pomieszczeniach. Przy każdym “dotknięciu” otwierają się nam monologi, które po jakimś czasie próbujemy “przyśpieszyć” – zabicie dziecka na szczęście zabiera nam tylko trochę życia. Sprawiedliwie.

I jeszcze z tymi bachorami...
I jeszcze z tymi bachorami…

Dodano niestety kilka strasznie infantylnych sytuacji. Jedną z nich jest…, wyhodowanie z jajka sowy, która w odpowiednim miejscu zaczyna huczeć. Zdezorientowany strażnik wyłącza pole siłowe, dzięki czemu możemy niezauważenie przejść dalej. Mamy też akcję z gołębiem, czy z zanzibarskim chomikiem, które odstają mocno od reszty akcji. Mam wrażenie, że nikt się nie spodziewał, że seria może zyskać tak ogromny sukces, bo wtedy nikt, by się nie podjął tworzenia tych epizodów. Zresztą musiały mieć jakieś zastosowanie w tej grze różne racje żywnościowe, czy postać Johana Jacobsen’a – specjalisty ds. fauny i flory w Zanzibar Land. Całe szczęście jeszcze nie jest tak żenujące, jak maska Raidena w MGS3

"Dwóch taterników w kompletnym stroju alpinisty wybrało się do lasu. I tam była taka mała huta. Ona była w jaskini i w tej jaskini była taka, hmm, taka sopla, z góry. I tam taka, ciekło tam tak po niej. I oni wchodzą do tego lasu i spotykają taką rozwódkę, która się ich pyta: - Panowie, jak na Górną Perć? A oni mówią: - Nie wiem, babciu... I potem poszli dalej i spotkali takiego puchacza, który mówi..." - tak musiała wyglądać praca japońskich głów wprowadzając sowę, która ośmiesza żołnierza.
“Dwóch taterników w kompletnym stroju alpinisty wybrało się do lasu. I tam była taka mała huta. Ona była w jaskini i w tej jaskini była taka, hmm, taka sopla, z góry. I tam taka, ciekło tam tak po niej. I oni wchodzą do tego lasu i spotykają taką rozwódkę, która się ich pyta: – Panowie, jak na Górną Perć? A oni mówią: – Nie wiem, babciu… I potem poszli dalej i spotkali takiego puchacza, który mówi…” – tak musiała wyglądać praca japońskich głów wprowadzając sowę, która ośmiesza żołnierza.

Wersja na PS3 różni się od wersji MSX2: bandaną, opcją boss survival i easy mode (który nazwałbym very easy). Do tego zmieniono imiona i nazwiska niektórych bossów i pomagających nam postaci, a co dziwniejsze, także twarze podczas rozmów radiowych. W wersji MSX2 wszystkie postacie były rysowane na konkretnych aktorach (np. Holly White posiadała twarz Christiny Applegate, a Big Boss – Seana Connery’ego), teraz dostosowano je bardziej do następnych części.

Kwas na podłodze można zneutralizować racją żywnościową, w której znajduje się czekolada. Jakbym słyszał Rozenek...
Kwas na podłodze można zneutralizować racją żywnościową, w której znajduje się czekolada. Jakbym słyszał Rozenek…

Metal Gear 2: Solid Snake to kapitalny tytuł. Nawet minusy, które tutaj wymieniłem, nie zmienią tego, że gra się w to bardzo dobrze. Nie zestarzała się, nie wstyd grać, jak na 24-latka MG2 trzyma się wyśmienicie i nie ma tej irytacji, jaka trzymała wcześniej. Muzyka tylko dopinguje, by nie opuszczać pada i mknąć dalej w Zanzibar. Czuć tę bryzę. Nie ma tutaj wspomnianej epickiej sceny, ale całość trzyma najwyższy poziom, co uważam za znacznie lepszą cechę. Tytuł, który stawiam wyżej od niektórych nowszych części. Ale przede mną najważniejszy epizod i już kończąc ten akapit czuję ciarki, że znowu zasiądę przed legendą. Do zobaczenia w następnej części.

OCENA: 8/10

Plusy: 

  • kapitalna muzyka;
  • przyjemna dla oka grafika;
  • gameplay poprawiony (czołganie, pole widzenia przeciwników, radar, system kart);
  • wciągająca fabuła;
  • Zanzibar nie usypia, jak Outer Heaven.

Minusy:

  • choć poprawiony, system kart nadal męczący;
  • wykluwanie sowy, Johan Jacobsen i inne elementy wniesione na chama, które infantylizują grę.

Recenzja pochodzi z bloga:

http://przegralem-zycie.blogspot.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków