Soból albański #3: Matkobosko

W poprzednich odcinkach: Rajmund Marficki – właściciel agencji detektywistyczno-ochroniarsko-pogrzebowej – podejmuje się odnaleźć mordercę lokalnej legendy piłki nożnej. W trakcie śledztwa w domu denata, Rajmund natrafia na zaskakujący ślad – brakujące trofeum. Nasz detektyw próbuje się skontaktować z wdową po piłkarzu, ale ona wyrusza na spotkanie z tajemniczym mężczyzną. Wiedziony zawodową ciekawością, a także niemałym zauroczeniem, detektyw Rajmund Marficki postanawia ją śledzić.

Niezgodzice, miasto podstępów i brudnych intryg. Moje miasto. Kolejne błyskawice rozdzierały nocne niebo, rozjaśniając na chwilę mroki tajemnic. Dla mnie letnia burza była przede wszystkim sposobnością do śledzenia samochodu, którym odjechała Anna Batożek.

Ale tak jak miasto tonęło w strugach ulewy, tak mój mózg zalewała nawałnica natrętnych myśli. Czy słusznie podjąłem się wyjaśnienia tego morderstwa? Czy nie jestem pionkiem w o wiele bardziej skomplikowanej grze? Czy kupno kabrioletu z zepsutym dachem nie było błędem?

Rozważania przerwał czerwony błysk świateł hamowania. Byliśmy na miejscu.

Najważniejsze w takim momencie to nie zwracać na siebie uwagi. Zaparkowałem auto po przeciwnej stronie ulicy, rozłożyłem parasol i czekałem zatopiony głęboko w samochodowym fotelu. Anna Batożek, wraz ze swym towarzyszem, weszła do pobliskiej kamienicy. Na podstawie świateł na klatce schodowej bez trudu oszacowałem, że weszli na drugie piętro. Szybkie oględziny samego budynku dodatkowo upewniły mnie, że nie mogli wejść wyżej. Kamienica więcej pięter nie miała.

Nie pozostało mi zatem nic innego jak wdrapać się na drugie piętro. W bardziej cywilizowanym kraju mógłbym po prostu doskoczyć do pierwszego lepszego balkonu, ściągając tym samym drabinkę przeciwpożarową, po której spokojnie wszedłbym na górę. Niestety Niezgodzice to nie Nowy Jork, nie dysponujemy taką technologią. A szkoda, otwierałaby ona wiele możliwości – pomyślałem spoglądając na pozostawiony na jednym z balkonów rower.

Niezgodzice by night and w deszczu.
Niezgodzice by night and w deszczu.

Zrezygnowany chciałem już skorzystać z domofonu, kiedy nagle oślepiający błysk i potężny grzmot podsunęły mi inny pomysł.

W połowie drogi na górę okazało się, iż mocowanie piorunochronu do muru kamienicy pozostawia trochę do życzenia. Śruby były przerdzewiałe, zaczepy rozklekotane, a i sama ściana wyraźnie poddana erozji. Wspinałem się zatem bardzo ostrożnie, w miarę możliwości szukając oparcia na parapetach. Postanowiłem dodać sobie otuchy piosenką.

– A mury runą, runą, runą… – zanuciłem cichutko.

W końcu, lekko postękując, dotarłem na wysokość okna przez które powinienem był dostrzec co dzieje się w środku mieszkania. To co zobaczyłem przeszło jednak moje najśmielsze oczekiwania.

– Matkobosko… – jęknąłem nie wierząc własnym oczom.

Klamra spajająca piorunochron ze ścianą brzdęknęła dźwięcznie.

– Matkobosko… – powtórzyłem spadając w otchłań.

Szczęśliwym trafem mój upadek z drugiego piętra został wyhamowany przez cztery anteny satelitarne.

Wylądowałem na chodniku, z twarzą w kałuży. To jednak nie był koniec udręki. W moją stronę szybkim krokiem zmierzało trzech mężczyzn. Raczej nie mieli pokojowych zamiarów, choć przyznam nieskromnie, że nie wzbudzili we mnie strachu.

Mój umysł pracował już na najwyższych obrotach. Przerabiałem w myślach dziesiątki scenariuszy, każde potencjalne rozwiązanie tego konfliktu. Pewny byłem tylko jednego. Pod żadnym pozorem nie wolno mi było oddać przeciwnikom inicjatywy. Wziąłem głęboki oddech i pozwoliłem, by plan walki sam mnie odnalazł.

Pierwszego przeciwnika wyeliminuję błyskawicznym kopniakiem w rzepkę kolanową. W bezwolnej reakcji na uderzenie mężczyzna pochyli głowę, akurat w wystarczającym stopniu, abym mógł uderzyć go łokciem w nasadę nosa. Natychmiastowy odskok zapewni mi dystans od napastników. Gdy będzie ich tylko dwóch, zacznie się prawdziwy taniec. Cała tajemnica walki z większą ilością przeciwników sprowadza się do tego, by uniemożliwić im jednoczesny atak. Zatańczę więc z nimi jak Muhammad Ali z Georgem Foremanem. Jak Sugar Ray Leonard z Thomasem Hearnsem. Jak Andrzej Gołota z sopockimi taksówkarzami.

Drugi napastnik w końcu straci cierpliwość. Spróbuje mnie przytrzymać chwytając za poły prochowca. Mięśniaki do wynajęcia zawsze popełniają ten sam błąd. Szybka dźwignia na staw łokciowy wyzwoli mnie z tego uścisku a zarazem odsłoni jego podbródek. Cios otwartą dłonią powalający przeciwnika będzie już tylko formalnością.

W tym momencie pozostawał już tylko problem trzeciego mężczyzny. Niestety napastnicy nie poczekali aż go rozwiążę. Nie poczekali nawet aż podniosę się z tego cholernego chodnika.

***

Obudziłem się w ciemnej, zatęchłej piwnicy. Gdzieś zza ściany słychać było brzęczenie starego bojlera, a z sufitu powoli, rytmicznie kapała woda. Przez dobrą chwilę oswajałem się z niewiarygodną myślą – ktoś odprowadził mnie do mojej sypialni. Zaraz po tej myśli pojawiło się deja vu. Szybko chwyciłem się za plecy na wysokości nerek. Na szczęście nowych blizn w tym miejscu nie było.

Home sweet home.
Home sweet home.

Powoli zwlokłem się z łóżka i sięgnąłem po leżący na krześle prochowiec.

– Nie powinien pan jeszcze wstawać – odezwał się z kąta pokoju męski głos.

Matt Kobosko. Filantrop, przedsiębiorca polonijny, magnat rynku flamingów ogrodowych, najbardziej bezwzględny biznesmen na wschód od Potomaku.

– Wiem wszystko – stwierdziłem lekko zachrypłym głosem. Nie użyłem tego blefu od czasu pamiętnej lekcji geografii w pierwszej klasie liceum. Wywołany do tablicy zablefowałem. Niestety nauczycielka, stara hazardzistka, powiedziała sprawdzam.

– Wiem o trofeum – powtórzyłem.

Kobosko poprawił ześlizgujący się z czoła tupecik, ale nie odpowiedział ani słowem. Zamiast tego otworzył drzwi, wpuszczając Ją do środka. Lekką, zwiewną, zmysłową. Jej oczy były tak piękne, że z trudem odrywałem od nich wzrok, by spojrzeć w dekolt.

– Boże, jak mi wstyd, że muszę znów prosić pana o pomoc. Ale… jestem w sytuacji bez wyjścia. – powiedziała pochlipując.

– Oczywiście – odparłem kładąc uspokajająco swoją dłoń na jej ramieniu – Zawsze może pani na mnie liczyć.

– Ale… Skąd wiedział pan, że zniknęło trofeum? – Anna Batożek zbiła mnie lekko z tropu zarówno pytaniem, jak i próbą wyswobodzenia się z uścisku

– To elementarne. – odparłem przenosząc jej dłoń na mój policzek i delikatnie smyrając jej palcami mój trzydniowy zarost – Szafka z trofeami była jedynym świeżo odkurzonym meblem w państwa sypialni. Co więcej… – zapauzowałem by podkreślić wagę kolejnego argumentu – wyraźnie brakowało w nim jednego z trofeów. Jego miejsce zajęła pani fotografia. I tabliczka z napisem “puchar przechodni”.

– Ach… – Anna lekko się speszyła – To nie miało nic wspólnego ze zgubą. Mój mąż miał… szczególny rodzaj poczucia humoru.

– Panie Marficki – wtrącił się milczący dotąd Matt Kobosko – U nas w Ameryce, jest takie powiedzenie, “Don’t wrap in cotton”, także ja też panu to powiem prosto. My mamy dla pana zlecenie. Jest zguba, i trzeba ją odzyskać.

– Soból albański – potwierdziła wdowa.

– Soból?

– Tak. Wypchany soból. – wyjaśniła – To taki mały ssak, wielkości około 60 cm. Podobny do łasicy. Bardzo rzadkie zwierze. Tradycyjnie wręczane ludziom, którzy włożyli wiele pracy w rozwój albańskiego sportu. On ma dla mnie…

– Ogromną wartość emocjonalną. – dokończył biznesmen.

– Rozumiem. – przytaknąłem – Sądzą państwo, że morderca Armanda Batożka jest w posiadaniu tego sobola?

– Nie. – zaprzeczył Kobosko – Morderca już się go pozbył.

– Proszę to traktować jak dwie odrębne sprawy. – dopowiedziała Anna.

– Ale w takim razie jak mam znaleźć tego całego sobola?

– Nie powiedziałem: “znaleźć”. – rzekł z naciskiem Matt Kobosko – Powiedziałem: “odzyskać”. Znamy dokładną lokalizację sobola.

– I dlatego, po wydarzeniach wczorajszego dnia, uznaliśmy, że będzie pan w stanie nam pomóc. – powiedziała Anna Batożek trzepocząc rzęsami

– Soból znajduje się na terytorium konsulatu USA w Krakowie.

Obydwoje zamilkli na chwilę, oczekując mojej reakcji. Ale ja nie potrzebowałem wiele czasu do namysłu.

– Podejmę się tego zadania – oznajmiłem

– Jest pan prawdziwym bohaterem – zapiszczała wdowa – Włamanie się do konsulatu będzie przecież takie niebezpieczne.

– Droga pani – odwróciłem się w jej stronę mrużąc lekko brwi – nie zamierzam się tam włamywać. Po prostu wejdę do środka.

– I pozwolą panu?

– Oczywiście. Po 11 września wszyscy jesteśmy Amerykanami.