FSGK.PL

since 1998
Teraz jest 26 maja 2018, o 00:39

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2276 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 42, 43, 44, 45, 46
Autor Wiadomość
PostNapisane: 9 maja 2018, o 10:21 
Avatar użytkownika
Waniaaa!
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:07
Posty: 2717
A mi się Infinity War bardzo podobało. Według mnie warto iść do kina.

Spoiler:
Bardzo dobrze zrobili, że było krwawo. Nie było aż tak mocno jak w komiksach, ale i tak byłem jednak pod wrażeniem, że zabijają bohaterów w kinie. Zakończenie też dobrze zrobione.
A reszta to standard Marvelowskiego kina - kilka dobrych dowcipów, kilka dobrych walk, fajne sceny i dobra praca kamery. Dobry film po prostu.

_________________
IRON MAIDEN are KINGS

"Jedynym właściwym stanem serca jest radość" Terry Pratchett R.I.P.

"errare humanum est" - i nie zapominajcie o tym.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 9 maja 2018, o 14:05 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4638
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Spoiler:
Zabijają? :>

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 12 maja 2018, o 21:29 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Online

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14296
Pasażer (The Commuter) -      Liam Neeson występem w filmie “Uprowadzona” stworzył niechcący własny gatunek kinowy. Cechą wyróżniającą filmów z tego gatunku jest to, iż Neeson zawsze wciela się w tę samą postać. Jego bohater jest dobry, poczciwy, momentami zabawny. Jest emerytowanym policjantem, szpiegiem lub żołnierzem (czasem, dla urozmaicenia formuły, na emeryturę ma dopiero przejść). Przez przypadek albo wskutek spisku złych ludzi znajduje się w sytuacji, w której musi jeszcze raz sięgnąć po swoje niemal zapomniane zawodowe umiejętności. Czyli pobić piąchą lub wystrzelać całą armię wrogów. No i kogoś uratować, względnie oczyścić się z zarzutów…

     “The Commuter” to typowy przedstawiciel tego “neesonowego” gatunku. Były policjant, obecnie agent ubezpieczeniowy Michael MacCauley (Neeson), traci pracę. Wraca do domu pociągiem, a jako że jest jego regularnym pasażerem, to całkiem nieźle zna część podróżujących. Niespodziewanie dostaje zadanie od pięknej kobiety (Vera Farmiga). Zadanie, którego realizacja będzie wymagała skorzystania z jego wyjątkowych umiejętności. Michael MacCauley musi odnaleźć wśród pasażerów “osobę, która tu nie pasuje”. Misję trzeba wykonać w określonym czasie, nagrodą jest gruba gotówka. W jego sytuacji to wyjątkowo atrakcyjna propozycja. Problem polega na tym, że propozycja jest jedną z tych “nie do odrzucenia”. Nieokreśleni źli ludzie grożą śmiercią naszemu bohaterowi, jego rodzinie i wszystkim pasażerom. Michael może ich ocalić tylko jeśli odpowiednio szybko odnajdzie poszukiwaną osobę.

     Mamy więc całkiem ciekawą tajemnicę, ograniczoną do kilku wagonów przestrzeń, uciekający czas i… do pewnego momentu ta formuła nawet działa. Początek mimo ogranego schematu jest interesujący. Nie do końca wiadomo kogo MacCauley ma znaleźć i o co w tej całej intrydze chodzi. W miarę jak pociąg mija kolejne stacje, a minuty nieubłaganie mijają, napięcie rośnie, a główny bohater wykonuje coraz więcej nerwowych ruchów.

     Niestety, gdzieś w drugim akcie zaczyna się festiwal scen żenujących. Neeson, zamiast oddać sceny walk dublerom, próbuje niczym Tom Cruise pokazać, że jeszcze może. Tyle że nie może. To znaczy może… próbować. Wygląda to tak jakby emeryt rozpaczliwie próbował uprawiać sporty ekstremalne nie doprowadzając przy tym do dyslokacji kręgów. Komizm przemieszany z żenadą. Operator kamery robi co może, żeby nadać scenom walki dynamiczny sznyt, ale efekt jest marny.

     Mimo tego – dość kluczowego dla kina akcji – problemu, produkcja byłaby jeszcze względnie do obejrzenia/uratowania… gdyby nie finał. Bohater w pewnym sensie rozwiązuje zagadkę, film osiąga punkt kulminacyjny… a potem okazuje się, że to jeszcze nie koniec. Czeka nas trzydzieści minut naprawdę przesadzonych fajerwerków, z fatalnym CGI i kompletnie spapranym rozwiązaniem intrygi. Było to męczące i niepotrzebne przedłużanie agonii filmu.

     “The Commuter” miał potencjał i kilka interesujących pomysłów, ale ich nie wykorzystał, serwując nam za to typową sieczkę kina akcji niskich lotów. Polecam tylko najbardziej hardkorowym fanom Liama Neesona. Reszta niech sobie lepiej odpali raz jeszcze “Uprowadzoną”. 4/10

http://zabimokiem.pl/kino-neesonowe/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 maja 2018, o 20:13 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Online

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14296
Nigdy cię tu nie było (You Were Never Really Here) - Złe rzeczy po prostu się dzieją. Tak zbudowany jest świat. Im częściej masz z nimi styczność, tym mocniej mogą na ciebie oddziaływać. Kiedy jednak zaczynasz od traumy wyniesionej z domu (ojciec sadysta), poprawiasz traumą w wojsku (piekło wojny) i wszystko wieńczy trauma z pracy (agent FBI) to po prostu nie możesz być normalny.

     Dlatego też Joe (Jaquin Phoenix) normalny nie jest. Koszmarnymi wspomnieniami mógłby obdzielić kilka życiorysów. Mimo to próbuje żyć i robić swoje. Mieszka z matką, do której ma bardzo czuły, opiekuńczy stosunek. Kiedy przebywają razem w powietrzu unosi się miłość, ciepło i zrozumienie. Zupełnie inaczej wygląda “praca” głównego bohatera. Jest on bowiem bandziorem na wynajem. Trzeba komuś połamać nogi, bo zalega z pieniędzmi? Ktoś się naraził lokalnemu bossowi mafii? Ktoś musi zniknąć bez dowodów zbrodni i bez śladów prowadzących do zleceniodawcy? Joe jest specjalistą od brudnej roboty. Kiedy jednak wysoko postawiony polityk wynajmuje go do odnalezienia córki wszystko zaczyna się sypać, a sympatyczny “łamignat” trafia w sam środek zawieruchy.

     Napisałem sympatyczny? Musiałem akurat myśleć o Joe w wersji domowej, kiedy jest z matką. Cała reszta fabuły to w zasadzie pretekst, żeby pokazać jak bardzo główny bohater jest zniszczony. Z jednej strony fizycznie – mimo, że to nadal kawał chłopa to całe jego ciało pokrywają rany, blizny i inne uboczne efekty jego “pracy”. Tutaj wielki plus za wizję reżyserki (Lynne Ramsay): nie zrobiła z gościa napakowanego mięśniaka. To raczej tłustawy, nalany facet, który lata sześciopaku na brzuchu ma dawno za sobą. Z drugiej strony – dużo więcej nieodwracalnych szkód dokonało się w głowie Joego. Nie chcę wchodzić w detale, które najlepiej obejrzeć na ekranie, ale cały film to tak naprawdę swoiste studium efektów wielokrotnego stresu pourazowego. Majaki, omamy, nietypowe gesty, dziwaczne nawyki. Abstrakcyjne zachowania, paranoja, ale też bezwzględność, brutalność i kompletny brak empatii dla ofiar w “pracy”. Co więcej, kolejne akcje dokładają traum, a te napędzają Joego do kolejnych aktów przemocy. Błędne koło i tylko zdrowego rozsądku jest tu coraz mniej.

     Ramsay nie obchodzą sceny akcji, nie interesuje jej konstruowanie skomplikowanej intrygi. Obchodzą ją Joe i jego codzienność, jego lęki i nawyki. Nie interesuje jej też dobre samopoczucie widza. Wręcz przeciwnie. Film jest nakręcony w taki sposób, żeby sprawiać oglądającym niemal fizyczny dyskomfort. Przemoc jest tu pokazana dość powierzchownie, a różne triki operatorskie wręcz ukrywają ją przed widzem. Ale widzimy jej efekty. Włącza się nasza wyobraźnia i aż ciarki przechodzą na myśl co się stało między jednym ujęciem a drugim. Do tego dochodzi niesamowity montaż dźwięku. Uszy wciąż atakowane są hałasami, zgrzytami, głośną muzyką, sapnięciami, sykiem pary. Widz ani przez chwilę nie może odetchnąć. Z tego powodu od pierwszej do ostatniej sceny odnosi się wrażenie, że w każdym momencie coś może pójść nie tak. Za każdym kadrem czai się wybuch niekontrolowanego szału głównego bohatera albo brutalnych działań jego przeciwników. Najgorsze jest oczekiwanie. A cały ten film to właśnie takie nieznośne oczekiwanie.

     Nie byłoby to wszystko możliwe gdyby nie utalentowany i hipnotyzujący Jaquin Phoenix. Jego kreacja zniszczonego i przeoranego ciężkimi doświadczeniami bohatera ociera się o geniusz. Phoenix nie wyglądający tu ani młodo, ani rześko, ani nawet jak typowy żołnierz mafii. Coś jest jednak w jego posturze, w jego postawie, w jego spojrzeniu… coś takiego, że na sam widok kolana wpadają w delikatny rezonans, nadnercza strzelają adrenaliną, a wzrok panicznie szuka dookoła dróg ucieczki. Joe wygląda po prostu jak człowiek, którego nie powstrzyma nic. Podobno kiedy po jednym z pokazów w Hollywood pojawił się w ramach niespodzianki (i promocji) na scenie, zachwyceni dotąd widzowie zamiast unieść się w aplauzie, zaczęli nerwowo kręcić się w fotelach. Dla samej roli Phoenixa warto skusić się na seans.

     “Nigdy cię tu nie było” to film trudny i nieprzyjemny w odbiorze. Wchodzący jak drzazga pod paznokieć i niedający o sobie zapomnieć długo po seansie. Jest trochę jak “Drive” z 2011 roku, tylko tu nie ma ani trochę efekciarstwa, blichtru i blasku neonów. Tu jest ból (tak fizyczny jak i psychiczny), trauma, brud, śmierć i droga do zatracenia. Nie ma tu też żadnej nadziei. Nawet zakończenia są niejako dwa, pozostawione widzom do własnej interpretacji. Mimo kilku miejsc, w których Lynne Ramsay mogła w swej dramatycznie bolesnej wizji aż przeszarżować, polecam Wam ten seans gorąco. Warto. 8/10

http://zabimokiem.pl/czlowiek-z-traum/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 maja 2018, o 20:26 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 3902
fatalny film imho. bezjajeczny i bezpłciowy jak Lobster. Miał być "Taxi Driver 2018" a wyszedł "Taxi Driver Hipster".

Ale znam ludzi, którzy lubią ten film i wciąż ich szanuje, mimo wszystko :)

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 maja 2018, o 20:35 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Online

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14296
Pquelim napisał(a):
bezjajeczny i bezpłciowy jak Lobster


Chyba Ty :/ :| :roll:

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 maja 2018, o 21:20 
Avatar użytkownika
still better than traitor
Offline

Dołączył(a): 18 lipca 2016, o 19:10
Posty: 215
zaznaczyłam do obejrzenia, ale aż jestem ciekawa opinii innych użyszkodników (Crowley widziałeś?), jak tu taki spór gigantów Sith vs Pq. jak żyć...

_________________
bezkutisba rtwakuzacha


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 maja 2018, o 21:35 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 5825
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
Nie widziałem ale Phoenixa ostatnio kupuję w ciemno. Mega aktor. Mam na liście do obejrzenia. Razem z 243473258437856 innych filmów. ;)

_________________
"Powolna degradacja całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci."


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 maja 2018, o 21:44 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 3902
i Kubrickiem!

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 19 maja 2018, o 11:56 
Avatar użytkownika
Grzechu z Polityki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:45
Posty: 2594
Jako ktoś, komu Deadpool 1 się podobał, ale nie grało tak do końca + wątek romantyczny był nudny, powiem, że Deadpool 2 to sztos :D

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 19 maja 2018, o 15:09 
Avatar użytkownika
Social Media Ninja
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 10:15
Posty: 3754
Lokalizacja: Poznań, Poland
Lai napisał(a):
zaznaczyłam do obejrzenia, ale aż jestem ciekawa opinii innych użyszkodników (Crowley widziałeś?), jak tu taki spór gigantów Sith vs Pq. jak żyć...
Zasada jest taka że jak pq czesto wspomina o filmie to warto obejrzeć. Jak mówi że jest tylko "spoko" to będzie "meh". Jak mówi że "genialny" to będzie gdzieś między "spoko" a "super". Jak mówi że "mierny" to będzie "meh" a jak mówi że "dno" to będzie między "spoko" a "super". Ta matryca póki co zawsze się sprawdzała :) zasadniczo sprowadza się to do tego że jeżeli wspomniał o tytule więcej niż dwa-trzy razy niezależnie jak ocenił to jest warty obejrzenia :)

Sent from my OnePlus 5t using Tapatalk


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 21 maja 2018, o 08:27 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 3902
:lol2:

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 21 maja 2018, o 10:45 
Avatar użytkownika
Loara
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:57
Posty: 1677
Lokalizacja: Słoik City
Deadpool gorszy od jedynki moim zdaniem. Jest jak jedynka i to niestety wada, bo nie ma tej świeżości. Jedynie sceny po napisach dały taki ubaw jak pierwsza część, bo tam poszli dużo dalej. To smutne w sumie, że na ostatnich minutach już po koncu bawiłem się lepiej niż na całym filmie razem wziętym. Za dużo pokazali w trailerze imo :/

_________________
Stawiajcie przed sobą większe cele. Ciężej chybić.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 24 maja 2018, o 11:23 
Avatar użytkownika
Bambus Junior
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:10
Posty: 1763
A moim zdaniem trailery akurat były spoko przedstawione. Tak pokazali więcej bo wiedzieliśmy, że będzie Cable itp. ale np. wątek drużyny pokazany w trailerach a potem w filmie to fajne zagranie. To co się dzieje pod koniec też nie było wspominane w żadnym z trailerów. Ani też dlaczego w zasadzie dzieciak jest ważny.

_________________
What Darwin was too polite to say, my friends, is that we came to rule the earth not because we were the smartest, or even the meanest, but because we have always been the craziest, most murderous motherfuckers in the jungle.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 24 maja 2018, o 16:52 
Avatar użytkownika
Loara
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:57
Posty: 1677
Lokalizacja: Słoik City
Inaczej, dla mnie film trzymała relacja Deadpool-Cable i to były najśmieszniejsze kawałki. A większość najlepszych dowcipów wspólnych poszła w trailerze.

_________________
Stawiajcie przed sobą większe cele. Ciężej chybić.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 24 maja 2018, o 21:58 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Online

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14296
Deadpool 2 -  “Deadpool” był kompletnym zaskoczeniem. Komiksowy hit drwiący wyśmiewający reguły i klisze gatunku. Jakby tego było mało – na ekranie nie zabrakło krwi, flaków i odciętych kończyn. Za pierwszym razem się udało, ale to mógł być też zwyczajnie efekt zaskoczenia i szoku. Dużo trudniej, szczególnie komediom, dorobić się sequelu, który chociażby dorównuje pierwszej części.

     “Deadpoolowi 2” się udało, chyba na każdym możliwym poziomie. Znów króluje humor w ilościach wręcz trudnych do opisania. Spektrum żartów jest bardzo szerokie. Od ordynarnych dowcipów o częściach intymnych, defekacji czy “teabaggingu” przez łamanie tzw. czwartej ściany, po tradycyjną już bekę z całego komiksowo-filmowego świata superbohaterów. Wade Wilson nie oszczędza nikogo. Praktycznie cały seans albo się śmiałem, albo parskałem, albo przynajmniej miałem kąciki ust wyżej niż w tradycyjnym stanie spoczynkowym. Wiadomo – jeśli ktoś spodziewa się tu intelektualnych zabaw z wczesnego Allena może się rozczarować, ale to nie będzie wina filmu.

     Zmiana reżysera okazała się korzystnym zabiegiem. Niby dostajemy to samo, ale niekoniecznie tak samo. David Leitch, (współ-reżyser “Johna Wicka”, reżyser “Atomic Blonde”) postawił na… pogłębienie postaci Wade’a Wilsona i na bardziej rozbudowaną fabułę. Nie chcę nawet streszczać tu historii, bo ta od początku zaskakuje i kilka razy skręca w rejony, o które nie podejrzewałbym Deadpoola. W kilku miejscach robi się naprawdę poważnie, a przy jednej czy dwóch scenach można się nawet… wzruszyć? Dla mnie – szok. Pierwsza część była jazdą bez trzymanki, pretekstową fabułą z toną żartów. Dwójka natomiast nie idzie na taką łatwiznę i próbuje przemycić morał poważniejszy niż mogłoby się wydawać. Emocjonalnie film zaangażował mnie bardziej chyba nawet niż ostatnia pozycja z “Avengers” w tytule. Może przez prezentowanie wydarzeń na mniejszą skalę, a może dlatego, że zamiast ratowania świata mamy tu opowieść o… rodzinie? A także o tym jak każdy człowiek inaczej radzi sobie z bólem, traumą i poczuciem straty. Tego się po śmieszkującym Wilsonie nie spodziewałem.

     Leitch skorzystał także ze swojego doświadczenia jako kaskader. Dynamiczne sceny akcji są na porządku dziennym. Sekwencje są zróżnicowane i widowiskowe. Ani nie nudzą, ani nie zostawiają niedosytu. Pojedynki Deadpoola z Cable’em – czarnym charakterem ze zwiastunów – to wisienka na torcie. Widać też, że po sukcesie poprzednika, część numer dwa miała większy budżet na efekty specjalne. Jest tu rozmach i odpowiednie wykorzystanie zainwestowanych w CGI pieniędzy. Fanów gore ucieszy też wiadomość, że jeszcze mocniej wykorzystano fakt produkowania filmu tylko dla dorosłych. Krwi, obciętych kończyn i paskudnych cięć nie zabraknie na pewno.

     Ryana Reynoldsa chwalić nie muszę. Nadal cieszy się rolą i czuć, że to jego “passion project”. W rolę Wade’a wkłada maksimum wysiłku i niepodzielnie rządzi…łby na ekranie gdyby nie Josh Brolin. Dopiero co nawiedzał kina (zdaje się, że nadal nawiedza) jako Thanos, a już wraca na ekrany jako Cable. Żołnierz z przyszłości, niestrudzony mściciel i główny przeciwnik Deadpoola. Brolin ma chyba najlepszy okres w karierze i także w tej produkcji nie odcina kuponów, nie sięga po łatwą kasę. Robi swoje wyśmienicie. Ostatni, ale nie mniej ważni: znany z “Dzikich łowów” (polecam!) Julian Dennison jako Russel i Zazie Beetz jako Domino również pokazali się z najlepszej strony. Jedyne nad czym ubolewam: zbyt skąpy udział Domino w historii. Mam nadzieję, że w kolejnych odsłonach dostanie więcej czasu na ekranie. Mistrzowsko wypadają przeróżne epizody znanych aktorów, w tym chyba najkrótsze i najbardziej zaskakujące “cameo” w historii. Nie zdradzę jednak żadnych szczegółów, warto przekonać się na własne oczy. I nie mrugać za dużo, bo można przegapić.

     Chwalę i chwalę i końca nie widać. Nie jest jednak aż tak kolorowo. Przede wszystkim część żartów za pięć lat będzie niezrozumiała, a część już dziś trąci myszką. Ktoś jeszcze pamięta modę na dubstep? Jaki mamy rok obecnie? Kilka dowcipów nawiązuje do pierwszego Deadpoola. Taki recycling zawsze biorę za oznakę lenistwa scenarzystów (Rhett Reese, Paul Wernick). Fajnie jest kpić z samych siebie, ale kiedy kiedy żart z odrastającą ręką zamienia się w długą i pod koniec męczącą scenę, to jest to zmarnowanie potencjału. Sami twórcy ustami Wilsona kilka razy pomstują na lenistwo scenarzystów, ale nie można wiecznie wykręcać się sianem w ten sposób.

     Trzeba wspomnieć jeszcze o jednym. Aby czerpać pełną przyjemność z seansu należy być dobrze obeznanym z kinem superbohaterskim. Filmy z serii X-Men, MCU, uniwersum DC – jeśli ktoś nie zna zbyt dobrze albo wcale, sporo dowcipów będzie niezrozumiałych. Brakowało mi też kilku momentów na złapanie oddechu. Mniejszy chaos w scenariuszu mógłby jeszcze lepiej podkreślić morał, który “Deadpool 2” przemyca w swojej historii. Czasami akcja gna tak szybko, jest tak gęsto poprzetykana gagami, że można zapomnieć o co tutaj tak naprawdę toczy się gra.

     Trudno w dzisiejszym świecie sprzedać widowni nowego bohatera, ale jeszcze trudniej sprzedać go po raz drugi. Szczególnie w najtrudniejszym możliwym gatunku – komedii. Nie chcę tu powiedzieć, że druga odsłona “Deadpoola” jest jakimś epokowym dziełem. Nic z tych rzeczy, ale jeśli komuś podobał się pierwszy film, drugi raczej nie zawiedzie. Osobiście oczekiwałem powtórki z rozrywki i to właśnie dostałem, ale z kilkoma gratisami, które w moim odczuciu stawiają sequel odrobinę wyżej niż część pierwszą. 9/10

http://zabimokiem.pl/martwy-basen-dwa/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 12:35 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 3902
Han Solo: Gwiezdne wojny - historie (Solo: A Star Wars Story)

Dzisiejszy odcinek sponsoruję literka "A".
Jak ambiwalencja. To chyba idealne i wystarczająco długie określenie, jakie mi towarzyszy po seansie przedpremierowym, uzupełnionym o przespaną noc i refleksję przy porannej kawie.
Z jednej strony chciałbym o nowym filmie z uniwersum Star Wars powiedzieć bardzo dużo. Z drugiej - nie chce mi się o nim gadać. Nawet po wyjściu z kina, kiedy towarzyszyły mi jeszcze emocje związane z idiotycznym twistem fabularnym, co do którego musiałem się upewnić przypominając sobie chronologię serii - kiedy już wszystko ustaliłem, to po prostu nie miałem ochoty tego komentować.

Czyli ambiwalencja właśnie.

Nowe Star Warsy to disneyowski zamach na koncepcję filmowego uniwersum, którą od kilkunastu lat z sukcesem wciela w życie Marvel. Przypomina mi to obecną w dużych miastach Polski modę na otwieranie pączkarni. W Poznaniu, przy ulicy Półwiejskiej jeszcze półtorej roku temu nie było żadnej. Dzisiaj są już trzy, a czwarta zapowiada rychłe otwarcie. Ile z nich ostatecznie utrzyma się na rynku? Czy na przestrzeni 300 metrów deptaka istnieje realne, rynkowe zapotrzebowanie na cztery pączkarnie, z których trzy znajdują się w bliskim sąsiedztwie? Możliwe, choć niezbyt prawdopodobne.
Podobnie jest, myślę, z budowanie uniwersów filmowych. Popyt kreuje podaż, a makretingowcy i handlowcy z DC i Disneya zdają się hołdować tej zasadzie bezrefleksyjnie. Skoro Marvel sprzedał swoje filmy za tryliony dolarów, to przecież my też możemy, dla nas też znajdzie się miejsce przy bijącym źródle mamony.
Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby doświadczenie życiowe (oparte na tak prostych obserwacjach, jak chociażby rozwój "karier" celebrytów, czy youtuberów) nie podpowiadało mi, że co za dużo, to niezdrowo.

I gdyby nie to, że w całym tym mekrantylnym popędzie zarówno DC jak Disney zdają się - w przeciwieństwie do Marvela właśnie - zapominać o jakości dzieła i kreatywności twórczej.

Marvel wciąż się broni - ma całą paletę zróżnicowanych charakterów i kilkunastoletnie już doświadczenie w prowadzeniu tak ogromnego projektu. Dodajmy, że doświadczenie zbieranie również poprzez cięgi, które przez te kilkanaście lat budowy MCU zebrało studio przy okazji mniej udanych produkcji, jak pierwsza część przygód Hulka, czy Thora.

W przypadku Disneya i filmów należących do neostarwars tak spektakularnych porażek jeszcze nie było i "Solo" raczej niewiele w temacie zmieni. Nie jest to film beznadziejny, fatalny, ani nawet kiepski.

Jest niezły.

Co to oznacza dla widzów? Ano tyle, że wydanych pieniędzy na bilet do kina raczej większość odbiorców żałować nie będzie. W moim przypadku seans zakończył się westchnieniem ulgi, które mógłbym dosyć wiernie przemienić w zdanie: "Jak dobrze, że tego nie skopali".

Ale dzisiejsza kawa poranna uświadomiła mi coś, co podskórnie przebijało się do mojej świadomości jeszcze w trakcie premiery "Ostatniego Jedi". Zdałem sobie sprawę, że moja reakcja na całe neostarwars to w gruncie rzeczy wynik emocjonalnego szantażu. Szantażu polegającego na tym, że z wrodzoną spolegliwością i szacunkiem pozytywnie oceniam dzieła, które nie kopią kinematograficznej legendy. Zupełnie, jakbym traktował "przyzwoitość" każdej z tych produkcji jako sukces jej twórców. Widząc wyniki box office, rozlewające się w internecie zażarte dyskusje fanów i przeciwników, czytając absurdalnie wychwalające rzemieślniczy warsztat recenzje, daję się ponieść masowemu opium. Jakiejś trudno definiowalnej iluzji stanowiącej reemisję magii lat 70., kiedy Gwiezdne Wojny wyznaczały nowy kierunek kina gatunkowego, porażały skalą i jakością efektów, a przede wszystkim: zabierały ówczesnych widzów w światy nieznane i niedostępne wcześniej dla nikogo.

Dzisiaj to już tak nie działa. Albo - przynajmniej moim zdaniem - nie powinno. Space opery nie są może na porządku dziennym, ale jest ich wystarczająco dużo, bym mógł ocenić które z nich podobają mi się bardzo, a które wcale. I nie potrzebuje do tego historycznej świadomości o potędze marki, ani wykorzystywanego przez Disneya sentymentalizmu, który przejawia się w reorganizacji zgranych przez dziesięciolecia motywów i zaprezentowaniu ich w innej, nowej(?) kolejności.

Innymi słowy - dzisiejsza poranna kawa uświadomiła mi, że nie muszę się korzyć przed Star Wars tylko dlatego, że to Star Wars. Nie muszę (i nie chcę) chować biletów do klasera, żeby móc później opowiadać wnukom, że uczestniczyłem w czymś wielkim, oglądając prapremiery nowego cyklu.
Bo prawda jest bolesna i niestety niepodważalna - w niczym wielkim już nie uczestniczę. To nie są lata 70., to nie jest ucieczka w kosmiczną przestrzeń od marazmu codzienności.

To zwykły, ogromny marketingowy projekt, którego celem jest rzucenie wyzwania innemu, zwykłemu, ogromnemu marketingowemu projektowi. Neostarwars nie rewolucjonizują kinematografii, niczego nowego nie definiują. Nie wprowadzą rewolucji i chyba czas najwyższy, abyśmy wszyscy sobie zdali z tego sprawę. Bo - wybaczcie, jeżeli się mylę - ale czytając opinie widzów, krytyków i przedstawicieli branży wciąż mam wrażenie, że opinia publiczna nie potrafi się otrząsnąć z szoku, że teraz mamy dwie gwiezdnowojenne premiery w roku, że przecież skoro jest - to musi być ważne, najważniejsze.

Otóż nie. Nie jest.

"Solo" jest filmem przeciętnym. Nie fascynuje swoją historią, chyba że uznamy za fascynujące regularne puszczanie oka do fanów i epatowanie nawiązaniami do poprzednich części. Ja nie uznaję. Od space opery oczekuję przede wszystkim przygody: porwania mnie z fotela i podróży w światy nieznane, historie zaskakujące i bohaterów niezwykłych. W "Solo" niezwykłością była dla mnie tylko zupełna neutralność, z jaką ten film obejrzałem i z jaką on sam obchodzi się z własnym scenariuszem. Powiedzieć, że w "Solo" brakuje napięcia, to jak powiedzieć, że "Botoks" delikatnie rozmijał się z prawdą. Wydarzenia przedstawione w "Solo" nie przejmują nawet samych bohaterów opowieści. Ktoś traci ukochaną, kogoś innego ukochana zdradza - i nic. Przewracamy następną kartkę scenariusza. Ten bezceremonialny brak jakichkolwiek emocji to właściwie jedyne, co pozostało mi w głowie na kilkanaście godzin po napisach końcowych. Trudno się w związku z nim przejąć jakakolwiek zaprezentowaną na ekranie akcją, woltą fabularną, czy śmiercią bohaterów - skoro oni sami reagują na wszystko niemal wzruszeniem ramion, dlaczego ja mam ulegać fanowskim emocjom? Nie uległem.

Cała reszta filmu to nierówności, prawdopodobnie spowodowane zawirowaniami przy produkcji. Scenariusz jest najsłabszy - zarówno w warstwie samej opowieści, jak i w przypadku dialogów. A może nawet przede wszystkim, w przypadku dialogów. Pochodzące z "Nowej Trylogii" Anakin i jego słynne "monologi o piasku" znajdują tutaj godnych następców. Żaden tekst nie jest zabawny, nawet sam Han Solo nie jest zabawny. Wielokrotnie występuję za to ekspozycja okoliczności, cech charakteru, czy innych istotnych informacji, których twórcy nie potrafili umiejętnie wpleść w wydarzenia, decydując się na przedstawienie ich ustami aktorów. Zabieg ten nie należy do moich ulubionych, chociaż w przypadku tego gatunku zwykle jestem w stanie przymknąć nań oko. W "Solo" jest jednak tego - jak na mój gust - za dużo. A biorąc pod uwagę brak interesujących wydarzeń i nieśmieszność dialogów - zdecydowanie za dużo.

Wielkie obawy miałem wobec odtwórcy głównej roli, Aldena Elhenreicha. Jak się okazało - nieuzasadnione. Elhenreich dokładnie przestudiował charakterystyczny uśmieszek zawadiaki stosowany przez Harrisona Forda i epatuje nim w niemal każdej scenie. Jest wiarygodny i poprawny. Warsztatowo postaci nie pogrzebał, chociaż scenarzyści byli całkiem blisko. Opowieść przedstawiona w filmie nie wywołała we mnie żadnej głębszej refleksji. Historia Hana Solo wydała mi się... odarta z Hana Solo. Niepoprawny idealizm i romantyzm nigdy nie pasowały mi do tej postaci. Zdaję sobie sprawę jednak, że to dopiero początek całej serii, a dekonstrukcja zaprezentowanych w "Solo" cech osobowości dopiero ma nastąpić, ale... tutaj znów do głosu dochodzi poranna kawa.

Czy jest moim obowiązkiem jako odbiorcy wykazywanie się zrozumieniem dla potrzeb twórców? Czy może jednak powinno być odwrotnie?

Miłym zaskoczeniem były natomiast prawie wszystkie postaci drugoplanowe. Paul Bettany i Woody Harrelson to aktorzy gwarantujący odpowiedni poziom, więc tutaj akurat wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami. Zaskakująco dobrze wypadła natomiast para z Sokoła Millenium - czyli Lando oraz jedna z najlepiej chyba napisanych postaci droida w serii, czyli wyzwolona wolnomyślicielka L3. Donald Glover bardzo udanie odtworzył postać stworzoną przez Billy'ego Dee Williamsa, dzięki czemu Lando pozostał po prostu sobą. L3 natomiast dostała zdecydowanie zbyt mało czasu ekranowego, ponieważ jej ideologiczne poglądy mogły być świetnym polem do zbudowania porywających i zabawnych dialogów. Potencjału tego niestety nie wykorzystano.

"Solo" ma jeszcze jedną główną bohaterkę, o której wolałbym nie wspominać. Emilia Clarke jako Qi'ra wciąż przypomina kolejną wariację na temat Daenerys z Gry o Tron. Nie mam pojęcia, czy ta aktorka jest utalentowana, czy posiada wykształcenie zawodowe. Z jej kreacji bije jednak tak daleko idąca powtarzalność i brak rozwoju jakiegokolwiek elementu warsztatu, że mam co do tego ogromne wątpliwości. W "Solo" zagrała po prostu kiepsko - jej impresje ograniczają się do przewracania oczami, nieprzytomnego spojrzenia i monochromatycznego wręcz wyrazu twarzy. Zamiast budować wokół swojej postaci aurę tajemnicy(na co wskazuje scenariusz i wydarzenia z końcówki), Emilia Clarke kopiuje swój warsztat z "Gry o Tron" i - w efekcie - głównie irytuje widza.

Pomimo ogólnej ambiwalencji, znalazła się w "Solo" rzecz, obok której nie da się przejść obojętnie. Mianowicie chodzi tutaj o zakończenie filmu. Nie spodobała mi się zaprezentowana w nim wolta, a raczej dwie wolty. Pierwsza, kiedy budowany od początku antagonista staje się sprzymierzeńcem oraz druga - zasadniczo taka sama, tylko zmierzająca w drugą stronę. Oba zabiegi wyglądały mi na efekt potężnych cięć materiału źródłowego, zmianach na stołku reżyserskim i modyfikacji ogólnych koncepcji filmu - o których można było regularnie czytać w internecie już od zeszłego lata. Oba nie wyglądają na przemyślane, a już na pewno nie są w konwencjonalny sposób wyegzekwowane, nawet z zastrzeżeniem, że mówimy o luźnym gatunku wakacyjnego blockbustera. Są naiwne i naigrawają się z inteligencji odbiorców - doprawdy trudno będzie mi przyjąć, że komuś powrót jednego ze starych znajomych nie wyda się prostackim i prymitywnym prztyczkiem w fanowskie oko. Zastosowano tutaj cliffhanger, który w gruncie rzeczy jest jego zaprzeczeniem - bo ten z definicji powinien być pomysłowy i kreatywny. Cliffhanger zastosowany w "Solo" jest z kolei, mówiąc kolokwialnie, idiotyczny.

Ponownie zwracam uwagę na podejście do całego dzieła - zdaję sobie sprawę, że w kontekście nadchodzących kolejnych części, ten rozpoczęty w "Solo" wątek może doczekać się pasjonującego i oryginalnego rozwinięcia. Tylko, że po pierwsze: nie chcę bawić się w zapoczątkowane przez JJ Abramsa w serialu "LOST" dywagacje wykraczające poza twórczość autora, już się w tej piaskownicy bawić nie zamierzam. Chcę oceniać to, co dostałem na talerzu, a nie to, co znajdzie się w menu przyszłego tygodnia.
Po drugie: patrząc na poziom prezentowany przez całą neostarwarsową franczyzę, to w kwestii oryginalnego rozwiązania owego wątku... przypuszczam, że wątpię.

I to tyle moich refleksji na temat najnowszych Gwiezdnych Wojen, ich miejsca w popkulturze, a także samego "Solo" jako filmu należącego do serii. Ambiwalencja ma to do siebie, że z czasem przeradza się w niechęć i tak będzie prawdopodobnie w moim przypadku.
Nie uważam, żeby Disney oferował obecnym fanom serii uczciwą transakcję wiązaną. Skłaniam się raczej ku stwierdzeniu, że studio prowadzone przez panią Kennedy jawnie wykorzystuje posiadany przez siebie monopol na wartą biliony markę i wciąż obecny w pokoleniach konsumpcyjnych sentyment do niej. Kapitalistycznie rzuca wyzwanie Marvelowi, pod względem artystycznym - lewituje w próżni. Szkoda? Pewnie tak.
Na szczęście każdy z nas ma możliwość skorzystania z innego monopolu - tego, w ramach którego podejmujemy racjonalne decyzje konsumpcyjne. I korzystając z niego, można po prostu mieć całe to zamieszanie w głębokim poważaniu. Polecam.
4/10

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 13:27 
Avatar użytkownika
menda+
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 15:19
Posty: 3863
Lokalizacja: Tír na nÓg
Pquelim napisał(a):
Marvel wciąż się broni - ma całą paletę zróżnicowanych charakterów i kilkunastoletnie już doświadczenie w prowadzeniu tak ogromnego projektu. Dodajmy, że doświadczenie zbieranie również poprzez cięgi, które wylewano na studio po nieudanych próbach z "Green Lantern", czy "Fantastyczną Czwórką".


Ale że to Warner Bros. i Fox zrobiły te filmy, to Ty wiedz.

_________________
Obrazek
How do you prove that you exist...? Maybe we don't exist...
"Ty jesteś menda taka pozytywna" - colgatte
#sgk 4 life.
Old FŚGK number is 12526


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 13:47 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 3902
thx!

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 14:17 
Avatar użytkownika
menda+
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 15:19
Posty: 3863
Lokalizacja: Tír na nÓg
Kurna, pq. To żadne kolaboracje nie były :D Green Lantern to DC! A Fox kupił prawa do Fantastycznej Czwórki i X Menów od Marvela i też robili filmy na własną rękę. Pierwsza kolaboracja to było oddanie sterów nad Spidermanem do MCU przez Sony.

_________________
Obrazek
How do you prove that you exist...? Maybe we don't exist...
"Ty jesteś menda taka pozytywna" - colgatte
#sgk 4 life.
Old FŚGK number is 12526


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 17:11 
Avatar użytkownika
Loara
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:57
Posty: 1677
Lokalizacja: Słoik City
Dokładniej to prawa do dwóch solowych filmów

_________________
Stawiajcie przed sobą większe cele. Ciężej chybić.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 18:43 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 3902
dobra, zmieniłem tytuły filmów :D dzięki za uwagę

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 21:18 
Avatar użytkownika
menda+
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 15:19
Posty: 3863
Lokalizacja: Tír na nÓg
Pierwszy Hulk został zrobiony przez Universal i z tego co pamiętam nie jest częścią MCU ;)

_________________
Obrazek
How do you prove that you exist...? Maybe we don't exist...
"Ty jesteś menda taka pozytywna" - colgatte
#sgk 4 life.
Old FŚGK number is 12526


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 21:28 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 3902
Jesli chodzi Ci o Hulka z 2003 roku to z tym filmem jest zdecydowanie dłuższa historia - pierwsze pomysły na ekranizacje komiksu powstały jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. A i w produkcji uczestniczył Marvel (Enterprises), chociaż prawa do dystrybucji faktycznie wpożyczył Universal.

A w obecnym kształcie zdania w tekście chodzi mi o "Incredible Hulk", czyli drugi film z DCU - zebrał dość przeciętne recenzje.

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 21:31 
Avatar użytkownika
menda+
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 15:19
Posty: 3863
Lokalizacja: Tír na nÓg
A, ok, ok. Tylko on niby jest kontynuacją tamtego Hulka i zaczyna się na uchodźstwie, stąd nieporozumienie. :)

_________________
Obrazek
How do you prove that you exist...? Maybe we don't exist...
"Ty jesteś menda taka pozytywna" - colgatte
#sgk 4 life.
Old FŚGK number is 12526


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 25 maja 2018, o 22:11 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Online

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14296
Zgadzam się z Pq co do oceny. 4 na 10. Szkoda pieniędzy.

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2276 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 42, 43, 44, 45, 46

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL