FSGK.PL

since 1998
Teraz jest 18 sierpnia 2018, o 06:18

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2309 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 40, 41, 42, 43, 44, 45, 46, 47  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: 13 stycznia 2018, o 18:20 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1262
Crowley napisał(a):
koniecznie muszę zobaczyć Truposza i właśnie zastanawiam się nad wampirami.

Oba koniecznie. Truposz obok Kawy i wątku biskupa z Nocy na ziemi to moje ulubione filmy Jarmusha.
A jak nadrobisz wampiry i spodoba ci się humor, to zasysaj Orzeł kontra rekin i Flight of the Conchords.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 13 stycznia 2018, o 21:47 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4829
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
SithFrog napisał(a):
Łapa napisał(a):
A który Nosferatu bardziej ci się podobał ten klasyczny czy ten z Kinskim? :D


Oba są ok, ale jednak ten z 1922 to prekursor i kamień milowy ówczesnego kina.


Kurde, na dodatek jak oglądać go pożno i po ciemku to nadal jest jakiś taki... straszny :D

A Jarmuscha bardzo lubię "Poza prawem" z Tomem Waitsem - polecam! Z oczywistych względów powinien przypaść Crowleyowi do gustu :)

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 14 stycznia 2018, o 14:22 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Kingsman: Złoty krąg (Kingsman: The Golden Circle) - Mieszane uczucia i tęsknota za pierwszą częścią – to wszystko co zostało mi w głowie po obejrzeniu “Golden Circle”. Matthew Vaughn po raz drugi próbuje nas zaczarować swoją autorską wersją Jamesa Bonda, ale odniosłem wrażenie, że tym razem nie do końca miał na to pomysł. Jest mniej więcej tak samo jak w poprzedniej odsłonie, tylko trochę słabiej, nudniej, odrobinę mniej zaskakująco.

Widzimy to przede wszystkim w powtórzeniach motywów z jedynki. Film nie próbuje nawet udawać, że próbuje zrobić coś nowego. Eggsy znów musi zmierzyć się z klasycznym czarnym charakterem (Poppy, w tej roli świetna Juliane Moore), znów po drodze pomoże mu Merlin i Harry, znów obejrzymy bójkę w barze. Dodatkowo pojawią się amerykańscy koledzy z zaprzyjaźnionej agencji: Statesman. Jeśli ktoś liczył, że chociaż ta nowa agencja tchnie w film nowe życie, to srogo się rozczaruje. Pole do popisu było, ale go nie wykorzystano.

Nie wiem jak – mając takie nazwiska w obsadzie jak Tatuum czy Bridges – można było zepchnąć amerykańskich agentów nawet nie na drugi, ale na trzeci plan. Naprawdę szkoda zmarnowanego potencjału. Przecież obaj mają w swoim dossier świetne role komediowe! A w “Złotym Kręgu” byli statystami. Colin Firth jako Harry jest ponownie najmocniejszym punktem programu, ale jego powrót trochę mnie uwierał. Ta śmierć była – mimo groteskowej otoczki – jedną z najlepszych i najodważniejszych scen w “Kingsman: Secret Service”. Przez przywrócenie go do żywych reżyser obniża rangę tamtego momentu, ale i generalny poziom emocji, bo skoro każdy może zmartwychwstać, to w zasadzie nie ma się co martwić o naszych bohaterów. Warto jeszcze wspomnieć, że Taron Egerton jako Eggsy trzyma poziom. Ta rola jest zdecydowanie stworzona dla niego.

Juliane Moore na planie bawi się świetnie, ale jej bohaterka przypomina czarny charakter z “Thor: Ragnarok”. Praktycznie przez 90% czasu nie ma co robić poza powtarzaniem w kółko swojego złowieszczego planu na zdobycie władzy nad światem. Stąd skojarzenie z Helą – potencjał i charyzma spore, ale zmarnowane na postać która okazuje się być głównie maszynką do tłumaczenia fabuły. W dodatku siedzi gdzieś na końcu świata i nie wchodzi w żadne interakcje z bohaterami. Najciekawsze co wiąże się z tą postacią to wątek pewnego znanego piosenkarza, którego Poppy trzyma w niewoli w charakterze dostawcy rozrywki. Artysta pojawia się kilkukrotnie i te fragmenty to chyba najzabawniejsze momenty w filmie.

Vaughn dziwnie rozłożył akcenty i przez to tempo filmu jest bardzo nierówne. Na dzień dobry dostajemy długą i bardzo dynamiczną sekwencję pościgu, a potem wszystko siada i przez długi czas niemal nic się dzieje. Watek poboczny z uwodzeniem pięknej blondynki prawie mnie uśpił. Poza tym wspomniana, początkowa scena akcji jest tak długa, intensywna i efektowna, że na kolejny porównywalny moment czekamy za długo. I chyba w ogóle się nie doczekujemy, bo na dobrą sprawę nic więcej w filmie jej nie przebija skalą czy wrażeniami. Trochę tak jakby reżyser wystrzelał się z najlepszych pomysłów w pierwszym kwadransie i potem tylko próbował ledwo-ledwo równać do tego poziomu.

Na osobny akapit zasłużyła ekipa od zdjęć. Są takie chwile, kiedy zdjęcia naprawdę urzekają. Kilka kadrów może oprawić w ramkę i powiesić sobie na ścianie. Ba! Nawet dialogi nakręcono z pomysłem i oryginalnie. A jednocześnie niektóre sceny akcji dziwnie kuleją. Ktoś bardzo chciał, żeby wyglądały jak kręcone jednym ujęciem, ale nie dość, że widać gdzie są cięcia, to jeszcze momentami CGI jest w nich (delikatnie mówiąc) średniej jakości.

Podsumowując: nie chcę powiedzieć, że “Kingsman: Golden Circle” to film zły. Zapewnia sporą dawkę rozrywki i jeśli ktoś się nudzi, to można sobie miło obejrzeć. Tyle że jest o klasę albo i dwie słabszy od poprzedniej części. Jeśli ktoś nie widział w kinie – nie ma czego żałować. 6/10

http://zabimokiem.pl/to-samo-tylko-bard ... aotycznie/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 14 stycznia 2018, o 20:43 
Avatar użytkownika
Loara
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:57
Posty: 1723
Lokalizacja: Słoik City
Obejrzałem po raz drugi TLJ. Tym razem po dwóch longach. No i jak się wyłączy oczekiwania i doda alkohol to film jest nawet znośny. Prawie jak Doktor Strange :P

_________________
Stawiajcie przed sobą większe cele. Ciężej chybić.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 stycznia 2018, o 14:07 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4829
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
A ja ostatnio trafiłem przypadkiem w TV na Nową nadzieję, na dodaną scenę z Solo i Jabbą i stwierdzam, że wygląda ona po latach masakrycznie ch...o, konkretnie ten moment gdy Solo obchodzi Jabbę z tyłu :D

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 stycznia 2018, o 14:09 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Te dodatkowe sceny dziś wyglądają najgorzej w całym filmie. To typowy późny Lucas. Jak prequele. W starych SW czasem wyłazi jakiś paździerz, w epizodach 1-3 rzadko kiedy są sceny gdzie oczy nie bolą. Całe to CGI, którego jest tam 85% całości, wygląda dziś tragicznie.

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 stycznia 2018, o 16:15 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 5976
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
W Imperium też są kretyńskie animacje na Bespin, które dziś wyglądają jak intro do gry sprzed 20 lat. W przeciwieństwie do reszty efektów, które robią robotę do dziś.

_________________
"Powolna degradacja całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci."


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 stycznia 2018, o 19:29 
Avatar użytkownika
menda+
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 15:19
Posty: 3956
Lokalizacja: Tír na nÓg
A ja sobie ciągle to tłumaczę, że te kulawe efekty to podwaliny kolejnych lepszych i lepszych proporcji. I dzięki temu tacy np. Guardians of the Galaxy wyglądają całkiem fajnie (a za 20 lat też będą paździerzą)

_________________
Obrazek
You give up a few things, chasing a dream.
"Ty jesteś menda taka pozytywna" - colgatte
#sgk 4 life.
Old FŚGK number is 12526


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 stycznia 2018, o 20:41 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Zolt napisał(a):
A ja sobie ciągle to tłumaczę, że te kulawe efekty to podwaliny kolejnych lepszych i lepszych proporcji. I dzięki temu tacy np. Guardians of the Galaxy wyglądają całkiem fajnie (a za 20 lat też będą paździerzą)


No właśnie nie wydaje mi się, bo zdrowy balans Gunn i spółka zachowali. Nie kręcili wyłącznie na blue screenie, były stroje, dekoracje, scenografie. Prequele wyglądały dziwnie i sterylnie już w momencie premiery.

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 stycznia 2018, o 21:27 
Avatar użytkownika
menda+
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 15:19
Posty: 3956
Lokalizacja: Tír na nÓg
Moim zdaniem te kilkanaście lat później można mądrzyć się ile to efektów i jakie powinny być fizyczne, bo została odrobiona praca domowa.

_________________
Obrazek
You give up a few things, chasing a dream.
"Ty jesteś menda taka pozytywna" - colgatte
#sgk 4 life.
Old FŚGK number is 12526


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 stycznia 2018, o 09:00 
Mr. Kroper
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 18:56
Posty: 3820
SithFrog napisał(a):
Zolt napisał(a):
A ja sobie ciągle to tłumaczę, że te kulawe efekty to podwaliny kolejnych lepszych i lepszych proporcji. I dzięki temu tacy np. Guardians of the Galaxy wyglądają całkiem fajnie (a za 20 lat też będą paździerzą)


No właśnie nie wydaje mi się, bo zdrowy balans Gunn i spółka zachowali. Nie kręcili wyłącznie na blue screenie, były stroje, dekoracje, scenografie. Prequele wyglądały dziwnie i sterylnie już w momencie premiery.
Yup. Mysle ze to podobnie troche jak z Wladca Pierscieni - poza drobnymi fragmentami caly czas oglada sie bardzo dobrze i nie kuje w oczy jakos bardzo, a mlodsza "zemsta sithow" nawet jak wylaczymy myslenie i obrzydzenie wyglada naprawde przecietnie zeby nie powiedziec slabo....


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 stycznia 2018, o 10:42 
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4039
Akurat w weekend tefałen załatwił mi dwa super wieczory.
Najpierw w sobote na Fabule (chyba) rzucili Drużynę Pierścienia - no i powiem, że efekty lekko już trącą myszką. Zwłaszcza rendery dają się rozpoznać, ale właśnie - rozpoznać, a nie że wyglądają jak praca zaliczeniowa studenta na grafice 3d. Poza tym ten film jest tak przebogaty w treści, że oglądało się go znakomicie nawet pomimo reklam, które wydłużyły czas seansu o jakieś 40%.
A potem, w niedziele na glównym kanale rzucili Imperium Kontratakuje. Bez dwóch zdań najzajebistsze Gwiezdne Wojny ever. Boże, jak sobie porównałem rozwój postaci, set-up całego świata i historii Jedi tam zaprezentowane do tych popłuczyn z najnowszej serii, to naprawdę można się rozejść. Przecież tam Luke jest takim świetnym protagonistą - od samego początku mu kibicujesz, mentorski trolling w wykonaniu Yody to mistrzostwo, a do tego dochodzą jeszcze świetnie napisane dowcipno-pikantne relacje Hana z Leią i porywająca postać Vadera... to se ne vrati, ale tam była czysta magia.

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 stycznia 2018, o 11:22 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 5976
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
I wszystko w temacie. Też oglądałem i miałem identyczne odczucia.

_________________
"Powolna degradacja całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci."


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 stycznia 2018, o 12:43 
Mr. Kroper
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 18:56
Posty: 3820
Pq - jasne ze traca myszka. Ale ogrom "nie CGI" calkowicie to niweluje... ppza ogniem w Morii... on tragicznie wyglada juz od wydania DVD ;)


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 stycznia 2018, o 15:26 
Avatar użytkownika
Grzechu z Polityki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:45
Posty: 2655
Co tam LOTR. Terminator 2 do tej pory wygląda super. Sztuka polega na tym, żeby CGI było tam gdzie jest niezbędne (LOTR), albo wnosi wartość dodana (Terminator 2). Inaczej powstają takie powtórki jak Hobbit, który na dzień dobry wypalał oczy

Wysłane z mojego Moto G (5) Plus przy użyciu Tapatalka

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 stycznia 2018, o 18:26 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Dokładnie to miałem dać za przykład. T2 dalej wygląda zajebiście.

Poza tym wszystko wymienione w tych postach (łącznie chyba z prequelami) wygląda lepiej niż Steppenwolf w Justice League. I shit you not.

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 17 stycznia 2018, o 15:37 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
American Aassassin - American Aassassin zaczyna się nieźle, choć w sposób typowy dla filmów akcji. Nasz bohater, Mitch Rapp, traci ukochaną w ataku terrorystycznym, a sam zostaje w nim ranny. To wydarzenie zmienia jego życie. Od teraz poświęci się jednemu celowi – rozpracowaniu i likwidacji (najwyraźniej wszystkich) komórek terrorystycznych. I na tym etapie film jest jeszcze całkiem ciekawy. Scena na plaży, która zawiązuje akcję, nakręcona jest wręcz pomysłowo. Są emocje! Niemal z miejsca współczujemy (i kibicujemy) głównemu bohaterowi. Niestety to miłe złego początki.

W jednej z akcji przeszkodzi Mitchowi armia USA. Ale wkrótce chłopak zostanie przez nią zwerbowany i wysłany na szkolenie do Stana Hurleya (Michael Keaton), pod którego czujnym okiem ma udoskonalić swoje metody tropienia i zabijania. Rzeczony Hurley robi w branży od dawna i okazuje się, że jeden z jego pupili – Ghost (Taylor Kitsch) – uznawany dotąd za zaginionego, działa aktywnie w terenie i pomaga wrogom wolnego świata w zdobyciu bomby atomowej.

Dużo? A to dopiero niecała połowa filmu. “American Assassin” cierpi na nadmiar bohaterów, nadmiar wątków i bałagan w scenariuszu. Czyli ma wszystko to, co potrafi kompletnie popsuć kino akcji. Zemsta Mitcha na terrorystach, zemsta Ghosta na Hurleyu, walka z terroryzmem, tło polityczne, relacja mistrz-uczeń… Jest tego po prostu za dużo. Trafia się nawet polski wątek i znów można boki zrywać kiedy Amerykanie próbują rozmawiać po naszemu.

Prawda jest taka, że najlepsze filmy akcji są wręcz urzekająco proste. Mamy w nich bohatera o jasnej motywacji, który staje naprzeciw potężnych wrogów, tudzież innych przeszkadzających mu okoliczności. Tymczasem w “American Assassin” nic nie jest proste, a efektowne pościgi, strzelaniny i bijatyki toną w morzu kiepskich dialogów i nudnej ekspozycji. Efekciarski finał kompletnie nie budzi emocji, bo na tym etapie po prostu przysypiałem z nudów. Kilka ciekawszych momentów i naprawdę niezłe kreacje Keatona czy O’Briena może i ratują ten film przed byciem kompletną porażką, ale to nadal za mało, żeby komukolwiek to dziełko polecić. Taylor Kitsch też się stara, ale scenariusz jest jaki jest i gość po prostu nie dostał sensownego materiału.

W ostateczności film można obejrzeć albo do kotleta, albo podczas prasowania, albo przy wykonywaniu jakiejkolwiek innej czynności, która pochłania przynajmniej połowę uwagi widza. Należy pilnować, aby przypadkiem nie skupić na filmie zbyt dużo uwagi, bo wówczas może zadziałać jak pigułka nasenna. 4/10

http://zabimokiem.pl/kino-akcji-dobre-na-bezsennosc/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 17 stycznia 2018, o 17:00 
Avatar użytkownika
Bambus Junior
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:10
Posty: 1828
W pełni zgadzam się z tym, że najlepsze filmy akcji to te, które mają prosto zawiązaną fabułę i konkretny cel. Dlatego John Wick był tak fajny. Staroszkolny akcyjniak gdzie mamy bohatera z, w pewnym sensie, uzasadnioną wendettą i cały film skupia się na tym jak ją dokonuje.

_________________
What Darwin was too polite to say, my friends, is that we came to rule the earth not because we were the smartest, or even the meanest, but because we have always been the craziest, most murderous motherfuckers in the jungle.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 18 stycznia 2018, o 17:30 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4829
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Cytuj:
z, w pewnym sensie, uzasadnioną


Żaden właściciel psa nie użyłby takiego sformułowania ;)

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 18 stycznia 2018, o 20:52 
Avatar użytkownika
Konsolowiec
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 20:40
Posty: 811
Call me by your name

Jaki ciepły i ładny film! Lata 80, wioska na północy włoch, lato - bajka! Od razu się robi cieplej.
Bardzo dobrze zagrany i zrealizowany, aczkolwiek nie będe owijał w bawełnę - gejowski wątek romantyczny to nie jest coś co oglądam z przyjemnością, na szczęście może poza jednym wyjątkiem obyło się bez skipów, muszę przyznać że było widać chemię między aktorami.
Świetna muzyka - obejrzałem w weekend a do dziś za mną chodzi "love my way" od psychedelic furs.
Ten młody nominowany do globa może nieźle namieszać, świetnie zagrał.

Ogólnie tak - jeżeli nie odrzucaja cię homoseksualny wątek i masturbacja owocami to polecam.

8/10


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 18 stycznia 2018, o 22:50 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 5976
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
Brawl in Cell Block 99

Film ma już polski tytuł ale nie podaję, żeby się dodało do dwóch pozostałych recenzji. Dawno już nie pisałem w tym temacie ale czuję się w obowiązku polecić najlepszy film 2017 roku, jaki do tej pory widziałem. Gdyby za kręcenie Skazanych na Shawshank wzięli się do spółki Tarantino, Michael Mann i jakiś azjatycki reżyser od realistycznego, brudnego kina kopanego, to pewnie wyszłoby coś w stylu Bloku 99.
Generalnie odsyłam do recenzji Pquelima, z którą zgadzam się w 100% a nie potrafię tak ładnie pisać. Mamy prostą historię gościa, który trafia do więzienia i... robi tam rozróbę. Ma swoją motywację, dzięki spokojnej ekspozycji na początku filmu doskonale wiemy, dlaczego zachowuje się tak a nie inaczej. Siłą tego filmu jest prostota. Prosta historia, prosto przedstawione postacie, proste środki, za pomocą których fabuła idzie do przodu, proste zdjęcia. Proste ale nie prostackie, dokładnie takie, jak być powinny.
Osobne słowa uznania należą się odtwórcy głównej roli. Vince Vaughn kojarzy mi się ze słabymi komediami romantycznymi i świetną rolą u Gibsona, do której zupełnie nie pasował aparycją. Za Blok 99 gość powinien dostać co najmniej nominację do Oscara, a reżyser drugą za poprowadzenie tej postaci. Czapki z głów.
Obejrzyjcie ten film. Jest krwisty, brutalny, paradoksalnie całkiem spokojny ale po wolnym początku do samego końca trzyma widza za gardło.
Muszę w końcu nadrobić Bone Tomahawk.

9/10

_________________
"Powolna degradacja całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci."


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 19 stycznia 2018, o 05:49 
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4039
Crowley napisał(a):
Generalnie odsyłam do recenzji Pquelima, z którą zgadzam się w 100% a nie potrafię tak ładnie pisać.


generalnie to dziękuje za uznanie, ale nie mogę się zgodzić. Akurat Voo wielokrotnie udowadniał, że pisać potrafi znakomicie.

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 19 stycznia 2018, o 07:32 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 5976
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
Gdyby Voo też napisał recenzję tego filmu i dał 9, to odesłałbym do jego tekstu. ;)

_________________
"Powolna degradacja całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci."


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 19 stycznia 2018, o 19:14 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1262
Sword of the Stranger
Film z 2007 roku. Mały chłopiec i jego pies próbują dostać się do klasztoru. Pomaga im w tym tajemniczy nieznajomy. Klasyczny setting dla Kurosawy czy starych westernów. Świetne anime, piękna muzyka, polecam.
8/10


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 21 stycznia 2018, o 15:15 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4829
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Ostatnia rodzina

Nie interesowałem się nigdy Beksińskimi. Niby na półce od lat stoi jakiś album z malarstwem seniora ale tak naprawdę to nie zaglądałem do niego chyba od czasu liceum (czyli od dawna :P ). Dla mnie zawsze to był to ten malarz od ponurych fantasmagorii, które podobały mi się jak byłem na etapie czytania fantastyki. Trójki w czasach Beksińskiego juniora nie słuchałem. Do filmu o nich podszedłem bez żadnych oczekiwań. Z drugiej strony także bez uprzedzeń, choć przecież słyszałem o wszystkich kontrowersjach jakie mu towarzyszyły. Po seansie mam pewien zgryz. Obaj bohaterowie to kompletnie obojętne mi osoby. Ich twórczość przewija się gdzieś na drugim planie i film sprawia wrażenie, że w ogóle nie opowiada o ludziach sztuki. Zdzisław w filmie maluje jakby inżynier coś projektował albo Pilipiuk pisał kolejny tom "Pana Samochodzika". Obrazy powstają, Tomasz zabiera je i wiesza w mieszkaniu jak nastolatek plakaty. Ot, wszystko. Jeśli twórcom chodziło o uświadomienie widzowi, że nawet wielki malarz może mieć problemy z jelitami a powstawaniu arcydzieł towarzyszy raczej klimat żmudnej, wyrobniczej roboty niż jakichś rozterek egzystencjalnych to na pewno się udało.
Skoro to nie jest film o sztuce to co zostaje? Dziwni ludzie. Przepraszam, pewnie zabrzmię okropnie płytko ale po seansie czułem się autentycznie zmęczony dobijającym realizmem tej produkcji. Nie wiem czy Beksińscy byli tacy jak ich pokazano czy też zostali tutaj przerysowani. Ogrodnik ponoć przesadził ze swoją interpretacją Tomasza ale czy ci, którzy tak piszą i mówią bywali u Beksińskich w domu? Siedzieli z nimi przy stole, uczestniczyli w rodzinnych sytuacjach? Od pewnego momentu nie mogłem wyrzucić z głowy takiego przemyślenia, że żona Beksińskiego musiała być chyba świętą żeby w stoickim spokoju to wszystko znosić. Takie banalne spostrzeżenie chyba nie najlepiej świadczy o mojej wrażliwości ale nic nie poradzę.
Na końcu muszę jednak oddać, że jest to po prostu cholernie sprawnie zrealizowany film. Charakteryzacja, scenografia, efekty specjalne (tak, tak - jest ich tutaj całkiem sporo, nawet jeśli na pierwszy rzut oka ich nie widać) i znakomite aktorstwo. Wszystko na poziomie, który powoduje, że zapomina się, że to nie dokument i tym mocniej odczuwa się irytację wywołaną przez bohaterów. Dziwna sytuacja, obiektywnie jest to bardzo dobry film, który jednak niezbyt mi się spodobał. 7/10

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 21 stycznia 2018, o 19:51 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 5976
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
Voo napisał(a):
Zdzisław w filmie maluje jakby inżynier coś projektował

Bo tak było. Beksiński ma nawet na koncie projekt futurystycznego autobusu, który miał być produkowany w Sanoku.
Voo napisał(a):
Ogrodnik ponoć przesadził ze swoją interpretacją Tomasza ale czy ci, którzy tak piszą i mówią bywali u Beksińskich w domu?

Z tego co kojarzę, to tak. Nie pamiętam teraz konkretnych nazwisk ale właśnie krytycznie wypowiadali się bliscy znajomi, łącznie z partnerkami Tomka.

Filmu nie widziałem, ale z lektury książki Grzebałkowskiej odniosłem wrażenie, że normalni to oni nie byli. :D

Edit: www.focus.pl/artykul/autobusy-ze-snu-te ... w-beksiski

_________________
"Powolna degradacja całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci."


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 23 stycznia 2018, o 13:36 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
The Foreigner - Najnowsza produkcja Martina Campbella, twórcy jednego z najlepszych Bondów w historii (“Casino Royale”), to całkiem solidne kino akcji. Brzmi jak komplement, i w jakimś sensie nim jest, a jednak na filmie trochę się zawiodłem. “The Foreigner” to film z rozdwojeniem jaźni, do końca nie potrafi zdecydować się na ton i gatunek.

Jackie Chan wciela się w Quan Ngoc Minha – starszego faceta po przejściach. Życie nie ma jednak dla niego litości i ostatnia osoba z najbliższej rodziny, córka Fan, umiera na jego rękach po zamachu bombowym. Akcja ma miejsce we współczesnym Londynie, a terror sieje mała, zbuntowana komórka IRA. Quan nie ma już dla kogo żyć, sensem jego istnienia staje się zemsta, nawet jeśli wymierza ją na ślepo, nie sprawdzając kto jest winny, a kto nie. Za cel obiera sobie irlandzkiego polityka.
Liam Hennessy (w tej roli Pierce Brosnan) to zastępca bliżej nieokreślonego ministra (w każdym razie wysoko postawiona persona), były członek IRA i Sinn Féin, dziś stojący na straży rozejmu między irlandzką armią republikańską i koroną. Dla znających historię krwawej wojny na wyspach, Hennessy to po prostu Gerry Adams. Zresztą charakteryzacja nie pozostawia wątpliwości, Brosnan po prostu wygląda jak wspomniany polityk. Liam w obliczu niespodziewanego gotowy jest zrobić wszystko, żeby utrzymać status quo i powstrzymać eskalację konfliktu. Jednocześnie musi zmierzyć się z gniewem Minha, człowieka, który nie ma już nic do stracenia…

Specjalnie opisałem osobno historię każdego z bohaterów, bo idealnie oddaje to sposób prezentacji fabuły. Podczas seansu miałem wrażenie, że oglądam dwa różne filmy, które ktoś zlepił na ślinę i słowo honoru w jeden. Co ważne, obydwa wątki są w miarę ciekawe, tylko że bardzo rzadko (i niekoniecznie z sensem) się przeplatają. Z jednej strony mamy bardzo ciekawą intrygę polityczną wewnątrz IRA, szukanie winnych i zdrajców, kwestionowanie lojalności, no i spisek. Ale mamy też drugi wątek, będący typową opowieścią o pragnieniu zemsty dla ukojenia bólu po stracie ukochanej osoby. Problem jest – jak pisałem – z zazębianiem się tych historii. Za każdym razem kiedy przestajemy śledzić Hennessy’ego, a zaczynamy Minha, przejście jest rażące, a widz musi sobie przypominać jaką nasz bohater ma motywację. Minh narobi trochę szumu, kogoś tam postraszy i za chwilę znów pstryk! Wracamy do szpiegowskiego thrillera. Pstryk! Jackie Chan coś wysadza. Pstryk! Ktoś próbuje sprytnie rozegrać partię szpiegowskich szachów. Pstryk! Jakie Chan fika koziołki, odgrywa Johna Rambo w lesie i kopie “z karata”. Pstryk… i tak dalej. Szkoda, bo obydwie historie mają spory potencjał i mogłyby powstać z tego dwa świetne filmy. A tak mamy jeden – jakkolwiek nadal niezły – to cierpiący na ewidentne rozdwojenie jaźni.

Miło było zobaczyć Chana i Brosnana w dobrej formie. Obaj świetnie odnajdują się w swoich kreacjach. W zasadzie mógłbym przyczepić się tylko do dwóch rzeczy. Jackie w każdy film musi wcisnąć swoje kung-fu fikołki. Podziwiam jego sprawność i umiejętności, ale w tym otoczeniu fabularnym pasowało to (paradoksalnie) jak pięść do nosa. Pierce z drugiej strony stworzył naprawdę ciekawą postać, niestety boleśnie doświadczamy faktu, że aktor jest Irlandczykiem i poszedł ze swoją rolą w tryb “full Irish”. Dlaczego? Gerry Adams, na którym wzorowana jest postać Liama Hennessy’ego, mówi z bardzo ciężkim irlandzkim akcentem. Naśladując go Brosnan momentami wypada przerysowanie i groteskowo. Były chwile, kiedy w pełnej napięcia scenie aktor krzyczał, a ja parskałem słysząc jak nienaturalnie to wychodzi.

Warto wspomnieć jeszcze o tym, że historia opowiedziana w “Obcokrajowcu” nie jest czarno-biała. Nie ma w filmie wyraźnego, jednoznacznego bohatera. Quan, kiedy wyprowadza swoje ciosy na oślep, sprawia, że zastanawiamy się, czy kieruje nim zemsta czy po prostu ślepa, mordercza furia? Z Hennessy’ego wychodzi przeszłość, hipokryzja i inne detale z życia osobistego, które czynią go w najlepszym razie bohaterem mocno niejednoznacznym.

“The Foreigner” to dziwny miszmasz, który jednak obejrzałem bez uczucia dyskomfortu. Nie uważam 110 minut spędzonych na seansie za czas stracony. Wolałbym jednak aby Campbell zrobił film bardziej spójny wewnętrznie. Może poprzez podjęcie decyzji który wątek ma w filmie dominować… A może po prostu robiąc dwa różne filmy? Oba wątki zyskałyby na tym po jednym oczku, ale pomieszane razem nadal zasługują na całkiem mocną szóstkę. 6/10

http://zabimokiem.pl/miszmasz/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Ostatnio edytowano 25 stycznia 2018, o 09:20 przez SithFrog, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 24 stycznia 2018, o 15:14 
Avatar użytkownika
Bambus Junior
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:10
Posty: 1828
Cytuj:
Minh narobi trochę szumu, kogoś tam po postraszy i za chwilę

Możesz machnąć popraweczkę jeśli masz to samo na blogu :).

_________________
What Darwin was too polite to say, my friends, is that we came to rule the earth not because we were the smartest, or even the meanest, but because we have always been the craziest, most murderous motherfuckers in the jungle.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 24 stycznia 2018, o 15:47 
rooooooooooki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 4039
ohoho, widzę kolega na główną to nie wchodzi... :spy:

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 24 stycznia 2018, o 17:04 
Avatar użytkownika
Bambus Junior
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:10
Posty: 1828
Ale bloga swojego dalej chyba Żabski prowadzi, więc tego :P.
Na głównej też jest ten błąd :D.

_________________
What Darwin was too polite to say, my friends, is that we came to rule the earth not because we were the smartest, or even the meanest, but because we have always been the craziest, most murderous motherfuckers in the jungle.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 24 stycznia 2018, o 18:54 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Poprawione, dzięki za czujność Pico!

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 5 lutego 2018, o 20:15 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Barry Seal: Król przemytu (American Made) - Gdyby ktoś chciał darmową lekcję angielskiego, to służę! “American” to po naszemu “Barry Seal”, a słowo “made” znaczy ni mniej, ni więcej tylko “król przemytu”! Nie ma za co! Wyzłośliwiam się, ale po prostu nie potrafię zignorować kreatywności i fantazji polskich tłumaczy oraz (chyba nawet bardziej tu winnych) dystrybutorów. Z łatwego i wpadającego w ucho “American made” zrobiono po polsku jakiegoś potworka. Widać tłumaczenie “Po amerykańsku” albo “Jak to się robi w Ameryce” nie zaspokajało ambicji dystrybutora, mówiąc zbyt mało o fabule filmu. A pomysł, by w ogóle tytułu nie tłumaczyć nawet nikomu przez myśl nie przeszedł. Wprawdzie swego czasu “Air America” poradziło sobie bez tłumaczenia tytułu, ale spece od “Barry’ego Seala” pewnie wymyśliliby coś w rodzaju “Przemytnicy powietrzni w Wietnamie”.

Barry Seal (Tom Cruise) to pilot samolotów rejsowych linii TWA. Najlepszy w swoim roczniku, pobił rekord na najmłodszego pilota za sterami Boeingów 707 i 747. W jego życiu brakuje jednak czegoś ekstra, zastrzyku adrenaliny, emocji. Póki co jest dom, sen, praca, sen, dom i tak w kółko. Sytuacja ulega diametralnej zmianie wraz z pojawieniem się ekranie agenta CIA, Monty’ego Schafera (Domhnall Gleeson). Proponuje ów agent, aby nasz bohater zamienił Jumbo Jeta na mały, turbośmigłowy samolot i na usługach rządu zaczął dostarczać broń bojownikom w Nikaragui. Przełom lat 70-tych i 80-tych przynosi jednak więcej pokus i okazji, więc ostatecznie Seal lata dla wszystkich. Od władz USA, przez różne bojówki w Ameryce Środkowej, po słynny kartel z Medellín. Dorobił się na tym fortuny, przyjaciół i śmiertelnych wrogów.

Reżyser, Doug Liman, wyciągnął z Cruise’a co najlepsze. Pewny siebie cwaniak, ego większe niż Airbus A380, uzależnienie od adrenaliny i ratowanie się z każdej opresji firmowym uśmiechem numer pięć. Tym bardziej nie mogę zrozumieć jak twórcy zeszłorocznej “Mumii” tak bardzo mogli zmarnować potencjał aktora. Nie inaczej jest z rewelacyjnym Domhnallem Gleesonem. W “American made” wypadł rewelacyjnie, nie pierwszy raz udowadnia, że mierzy w absolutny top jeśli chodzi o swoja profesję, a w takim “The Last Jedi” zrobiono z niego żenującą postać z kreskówki. Sarah Wright dostała partię bliźniaczo podobną do tej Margot Robbie z “Wilka z”, ale wypadła przeciętnie. Do zapomnienia. Ze znanych twarzy pojawia się jeszcze Jesse Plemons aka ‘Meth Damon’ (czyli Todd z “Breaking Bad”), ale też nie wnosi do produkcji niczego szczególnego.

Film w skrócie można określić jako mieszankę wspomnianego wcześniej “Air America” z “Wilkiem z Wall Street”. Smaczku dodaje montaż stylizowany na nagrania VHS. Do tego dochodzą lekko wyblakłe kolory i kamera, która chwilami trzęsie się jakby ktoś kręcił ‘z ręki’. Tworzy to wrażenie, że oglądamy nie tyle film fabularny, co raczej paradokument. A jednak “Barry Seal: Król przemytu” to przede wszystkim efekciarskie kino akcji, do tego – co mnie zaskoczyło – ze sporą ilością humoru. Znałem tę historię piąte przez dziesiąte, ale nie spodziewałem się tak lekkiego, momentami wręcz beztroskiego przedstawienia. Czasem dzieją się rzeczy naprawdę mroczne, ale nie ma ich kiedy przetrawić. Liman szybko przeskakuje do tego, na czym mu zależy: akcji, uśmiechu Cruise’a i żartów. Dysonans uderza jeszcze mocniej, jeśli widz postanowi sprawdzić “jak to naprawdę było”. Powiedzieć, że opowieść podkoloryzowano na potrzeby ekranizacji to nic nie powiedzieć. Prawdziwe intencje Seala i jego życiowa droga różnią się od tych, które oglądamy na ekranie tak bardzo, jak bardzo różni są z wyglądu prawdziwy Barry i Tom Cruise.

Nie zmienia to jednak faktu, że “American made” ogląda się dobrze, a tempo filmu momentami zapiera dech w piersiach. Ponadto miło było zobaczyć, że mimo wtopy “Mumii” Cruise nadal jest w formie. To dobrze rokuje, w końcu niedługo na ekrany wchodzi kolejna część “Mission: Impossible”. 6/10

http://zabimokiem.pl/air-america-spotyk ... ll-street/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 6 lutego 2018, o 10:39 
Avatar użytkownika
Bambus Junior
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:10
Posty: 1828
Muszę poczytać więcej o faktycznej historii bo mnie zainteresowałeś. Ale tak, film ma pewien dysonans, szczególnie kiedy wiemy jak historia się kończy a nawet to zakończenie jest przedstawione zadziwiająco lekko. Ale film oglądało mi się bardzo fajnie i generalnie widać, że do takich ról Tomek Rejs jest stworzony.

_________________
What Darwin was too polite to say, my friends, is that we came to rule the earth not because we were the smartest, or even the meanest, but because we have always been the craziest, most murderous motherfuckers in the jungle.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 6 lutego 2018, o 11:03 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Piccolo napisał(a):
Muszę poczytać więcej o faktycznej historii bo mnie zainteresowałeś. Ale tak, film ma pewien dysonans, szczególnie kiedy wiemy jak historia się kończy a nawet to zakończenie jest przedstawione zadziwiająco lekko. Ale film oglądało mi się bardzo fajnie i generalnie widać, że do takich ról Tomek Rejs jest stworzony.


SPOJLERY DALEJ!

No właśnie. Komedia, śmieszkowanie, uch jaki on był cwaniak, a tu nagle jebs! I bomba w aucie szwagra. Jebs, zabili go. To były takie momenty jakby mi ktoś nagle piąchę w brzuch sprzedał. Kompletnie niepasujące do reszty.

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 6 lutego 2018, o 16:12 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri (Three Billboards Outside Ebbing, Missouri) - Martin McDonagh nakręcił do tej pory dwa filmy, które bardzo lubię i przy okazji polecam: “Siedmiu Psychopatów” i “In Bruges” (w przypadku tego drugiego klauzula sumienia nie pozwala mi używać porażająco głupiego polskiego tytułu). Trzecia pełnometrażowa produkcja angielskiego reżysera – “Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – to nie tylko potwierdzenie wszystkich jego talentów (napisał scenariusz), ale i murowany kandydat do wielu Oscarów oraz jedna z najlepszych pozycji kinowych ostatniej dekady.

Córka Mildred Hayes (Frances McDormand) została zgwałcona i zamordowana. Mijają miesiące, a śledztwo tkwi w martwym punkcie. Zdesperowana matka wynajmuje trzy billboardy za miastem i pyta na nich szefa miejscowej policji – Billa Willoughby’ego(Woody Harrelson) – kiedy wreszcie policja kogoś zaaresztuje? Jako, że Ebbing to małe miasteczko i wszyscy się znają, reakcja lokalnej społeczności jest natychmiastowa i… zróżnicowana. Jedno jest pewne: będzie się działo!

I dzieje się, oj, jak bardzo się dzieje! Widz zostaje zabrany na emocjonalny rollercoaster. “Trzy billboardy…” to czarna komedia, kryminał, dramat psychologiczny i western w jednym. Reżyser idealnie balansuje między gatunkami i ani razu nie przeszarżował. Uśmiałem się podczas seansu naprawdę zdrowo, ale kiedy robi się poważnie, kiedy humor przełamywany jest elementami dramatycznymi – wtedy gardło ściska jakaś niewidzialna ręka, a łzy same cisną się do oczu. Wyobraźcie sobie dramat kalibru “Manchester by the Sea” opowiedziany przez braci Cohen z domieszką Quentina Tarantino. Tak bym określił ton filmu. Brzmi cokolwiek dziwnie, ale działa i to na każdej płaszczyźnie.

Głównie za sprawą aktorów. Jeśli chodzi o ten aspekt to nie mamy już do czynienia z Himalajami branży. To już jest poziom nawet nie orbitalny, ale kosmiczny. Jeśli Frances McDormand nie dostanie Oscara, będę w ciężkim szoku. Jej rola to mistrzostwo świata. Mildred Hayes to prosta babka ze środkowego zachodu, a McDormand zrobiła z tego kreację życia. Miotanie się między agresją i żalem, między poczuciem straty, a poczuciem niesprawiedliwości, między bezsilnością, a nienawiścią do otoczenia, które żyje dalej jakby nic się nie stało. Podobnie Sam Rockwell jako Jason Dixon czyli lokalny zastępca szeryfa, a prywatnie przygłup, rasista, homofob, brutal i maminsynek w jednym. Kolejny kandydat do statuetki. Ani przez chwilę nie widziałem w nim Rockwella-aktora, to był po prostu policjant z fikcyjnego Ebbing. Słowa uznania należą się też Woody’emu Harrlesonowi za stworzenie niejednoznacznej postaci szeryfa Billa Willoughby’ego, aczkolwiek wcześniej wspomniana dwójka kradnie dla siebie całe show.

Samotność, gorycz, żałoba, walka o sprawiedliwość, ale też wyprowadzanie ciosów na oślep. Wina i odkupienie, bezradność, bezsilność, ból, ale też bezwzględność. Czego tu nie ma? Co najważniejsze – reżyser nie traktuje widza jak półgłówka. To wszystko, o czym piszę, te wszystkie emocje bohaterów, ich rozterki i uczucia widać na ekranie. Widać, ale nie mówią nam o nich. Nie ma tu ani grama ekspozycji, która tłumaczy z ekranu co powinniśmy myśleć i czuć w trakcie oglądania. Ocena każdego bohatera pozostawiana jest każdemu indywidualnie. Tym bardziej, że ani Mildred nie jest krystalicznie czysta i doskonała, ani szeryf nie jest leniem i nierobem ani nawet Dixon nie jest aż takim idiotą, jak można na początku zakładać. Postacie są złożone, niejednoznaczne i naprawdę skomplikowane. Trudne do oceny. Jak w życiu.

Scenariusz to następna kategoria, w której przyznałbym Oscara. Dialogi są ostre jak brzytwa i błyskotliwe ale nie wypadają nienaturalnie. Nie czuć jakby były napisane tylko z myślą o ciętych ripostach. Jest też w filmie kilka momentów, w których zostajemy zaskoczeni. Oglądam sporo i czasem jak widzę jakąś scenę, myślę sobie “aha, to ja już wiem gdzie to zmierza” i… McDonagh proponuje zupełnie inne rozwiązanie niż można by się spodziewać. Nigdy nie jest to jednak zaskakiwanie dla samego zaskakiwania. Zawsze to, co się dzieje ma sens i da się wyjaśnić motywacją poszczególnych bohaterów.

Od strony rzemiosła filmowego również nie ma się do czego przyczepić. Klimat małego miasteczka na amerykańskim środkowym zachodzie wylewa się z ekranu. Postacie tkwią głęboko w dziwacznym klinczu zależności towarzysko-społecznych i przez to każde nieszablonowe zachowanie jest odrzucane z definicji, bez głębszego zastanowienia. Muzyka doskonale obrazuje leniwe tempo życia w takim miejscu, ale kiedy trzeba potrafi zaskoczyć sugerując, że oglądamy współczesny western w typie “Hell or high water”.

Jeśli miałbym się do czegokolwiek odnieść negatywnie, cokolwiek wymienić jako wadę, to musiałbym naprawdę włączyć tryb maksymalnego czepiania się detali. Może żona szeryfa (Abbie Cornish) wypadła odrobinę zbyt cukierkowo? Może syn Mildred (Lucas Hedges) zagrał niemal to samo co w “Manchester by the Sea”? Tylko, że ta pierwsza nie jest istotnym elementem filmu, a ten drugi zwyczajnie tu pasował. Nie mogę więc tego krytykować, skoro wszystko działa jak trzeba i pasuje do reszty.

Jedyna rzecz, która budzi we mnie złość to brak nominacji McDonagha w kategorii reżyserii. Wiem, że członkowie akademii rozumują trochę na zasadzie “skoro ma już za najlepszy film i scenariusz oryginalny to wystarczy”, ale to jest niemożliwe, żeby za taką produkcję nie dostał nominacji główny dyrygent całego projektu. Skandal.

“Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to arcydzieło i film kompletny. Bez zbędnych scen, dialogów i wątków. Pełen niejednoznaczności, niuansów i smaczków. Zabierający widza w podróż pełną emocji, pasji i uniesień, śmiechu i łez. Podróż, w którą po prostu trzeba się wybrać do kina. Pozycja obowiązkowa, dla wszystkich. 10/10

http://zabimokiem.pl/perfekcja/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 11 lutego 2018, o 20:26 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4829
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Jakoś tak przypadkiem, dzień po dniu Gyllenhaal...

Do utraty sił (Southpaw)

Biorąc pod uwagę kto skusił się na występ w roli głównej oczekiwałem, że nie będzie to kolejny banalny dramat sportowy o bokserze, który w ostatnich sekundach ostatniej rundy walki o mistrzostwo świata wygrywa z pyszałkowatym przeciwnikiem, którego promotor jest fałszywym draniem, pomimo tego, że nikt nie daje mu szans a on przecież musi wygrać, żeby uratować rodzinę. Niestety okazało się, że to kolejny banalny dramat sportowy o bokserze, który wygrywa w ostatnich sekundach ostatniej rundy walki o mistrzostwo świata z pyszałkowatym przeciwnikiem, którego promotor jest fałszywym draniem, pomimo tego, że nikt nie dawał mu szans a on przecież musiał wygrać, żeby uratować rodzinę.
Jake przypakował i świetnie udaje boksera, do tego odstawia te swoje płacze i masowanie się po głowie w chwilach załamania. Forest Whitaker gra Foresta Whitakera, jest też dziecko jak w klasycznym "The Champ". Trochę inaczej niż zwykle poprowadzono fabułę ale przecież upadek mistrza był już w Rocky ileś tam. Jedyna różnica, że 30 lat temu nie rozumiałem, jak bogaty mistrz świata może wszystko stracić a teraz już wiem, że wielu z bokserów to obici po ryju debile trwoniący majątki na koks, złote zegarki i kolejne żony.
Jednak wiecie co? Jak już człowiek zrozumie, że ogląda to samo co zwykle w filmach o bokserach to wtedy zaczyna doceniać, że to bardzo sprawna filmowa robota a całość jest jednak gatunkowo odrobinę cięższa niż zwykle. Mam takie swędzące przeczucie, że to wszystko miało iść bardziej w stronę dramatu, stąd Jake w obsadzie ale potem ktoś się zaniepokoił o zyski i wyszło jak wyszło. Nie jest źle, naprawdę fajny film ale nie ma co przesadzać z oczekiwaniami. Bardziej to "Creed" niż "Million Dollar Baby". Po prostu - do obejrzenia. 7/10


Zwierzęta nocy (Nocturnal Animals)

Film robi wrażenie klimatem i zmusza do pewnego zastanowienia ale tak z ręką na sercu - kto by nie chciał obejrzeć filmu opartego w całości na wątku przedstawionym w powieści czytanej przez bohaterkę? Bez tych sterylnych wnętrz i dziwacznych ludzi w głównej historii? W agregacie znalazłem recenzję Lobo, z którą tak bardzo zgadzam się w tym przypadku, że pozwolę sobie ją zacytować: "Film jest zbyt prosty albo zbyt przekombinowany. Zależy jak na to spojrzeć. Jeżeli intencją twórców było stworzenie takich alegorii, takich nawiązań żeby można film interpretować na wiele sposób i w ogóle dyskutować o nim godzinami... to film jest zbyt prosty. Natomiast jeśli to miały być opowiedziane dwie przeplatające się historię z prostym morałem... to w takim razie film jest przekombinowany i sprawia wrażenie mądrzejszego, niż jest w rzeczywistości. Sprytny jestem, co? Teraz nie muszę pisać własnej recenzji. Mimo wszystko dam wyższą notę niż Lobo, bo zawsze doceniam oryginalność a tutaj mamy nieczęstą przecież we współczesnym kinie opowieść szkatułkową. No i jak zawsze niezawodnych Gyllenhaala, Adams oraz bardzo wyraziste postacie na drugim planie. 8/10

_________________
Obrazek
Arbeit macht frei!
Urodzić się [100%] Wykształcić się [100%] Znaleźć pracę [100%] Znaleźć kobietę [100%] Założyć rodzinę [100%] Wziąć kredyt [100%] Spłodzić dziecko [100%] Wychować dziecko [50%] Spłacić kredyt [20%] Iść na emeryturę [0%] Umrzeć [0%]


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 13 lutego 2018, o 14:18 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Cudowny chłopak (Wonder) - August Pullman (Jacob Tremblay) to chłopiec z wadą genetyczną. Przeszedł w życiu wiele, jego twarz mimo licznych operacji nadal mocno wyróżnia się w tłumie. Teraz, po latach nauki w domu, czeka go najtrudniejszy egzamin do tej pory - zaczyna naukę w szkole. Czy da radę wytrzymać presję? Jak zareagują rówieśnicy? Jak sobie poradzą rodzice? Na te wszystkie pytania odpowie nam seans z filmem "Cudowny chłopak".

Podobały mi się role rodziców Auggiego. Julia Roberts i Owen Wilson mimo niezbyt lotnego scenariusza wyciskają ze swoich postaci maksimum. Próbują je pogłębić i zniuansować. Jacob Tremblay wypadł w tytułowej roli bardzo naturalnie, mimo, że cały czas ukryty jest za maską. Czasem jest to maska w dosłownym znaczeniu, a czasem masywna charakteryzacja deformacji twarzy. Niestety pozostała część obsady wypada średnio (jak siostra Auggiego) lub dramatycznie źle (pozostałe dzieci). Znalezienie dobrych dziecięcych aktorów nigdy nie było łatwe, ale w czasach kiedy mamy dla porównania takie kreacje jak Dafne Keen w Loganie czy ekipa ze Stranger Things, poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. Mali bohaterowie "Cudownego chłopaka" nawet do niej nie doskakują. W kilku scenach miałem wrażenie, że oglądam jakiś niskobudżetowy serial produkowany dla Disney Channel.

Scenarzyści... mieli bardzo szlachetne zamiary. Film ma ambicje pokazać jak trudno jest być innym, jak trudno wpasować się w otoczenie i zmierzyć z rzeczywistością w sytuacji, kiedy pod jakimś względem (tu: wyglądu zewnętrznego) nie pasujemy do normy. Niestety wyszło tak słodko i nierealistycznie, że... Aż ciężko mi znaleźć porównanie. Wyobraźcie sobie tort bezowy z karmelem, posypką czekoladową, kremem i kostkami cukru (mniam - przyp. DaeL). Słodycz bohaterów jest równie mdląca. Wszyscy mają w sobie dobro, wszyscy zmieniają się na lepsze pod wpływem chwili, każdy w mig rozumie, kiedy źle się zachował, natychmiast przeprasza i staje się aniołem z dnia na dzień. Dla równowagi czarny charakter jest tak bardzo zły, że już bardziej się nie da. A rodziców ma jeszcze gorszych! Może to działa na widzów poniżej dwunastego roku życia i to do nich jest kierowany ten tytuł? Jeśli tak to działa i taki był zamysł twórców, to do ostatecznej oceny można dorzucić ze dwa-trzy oczka. Dla kogoś starszego te uproszczenia, te przemiany ta czarno-biała rzeczywistość będą nie do zniesienia. Może przemawia przeze mnie cynizm, ale prawdziwe życie po prostu tak nie wygląda. Nie jest nawet trochę podobne do tego z filmu.

Z kolei sam pomysł na konstrukcję fabuły jest całkiem ciekawy. Niby jest to film o Auguście, ale film podzielono na rozdziały i tylko pierwszy ma podtytuł "Auggie". Reszta w założeniu miała opowiadać o innych postaciach, między innymi o siostrze głównego bohatera, o jej życiu w cieniu brata i jego choroby. Problem w tym, że o ile pomysł na takie opowiedzenie historii jest interesujący, o tyle realizacja leży. Poszczególne segmenty prowadzą narrację z perspektywy innego bohatera ledwie przez trzy minuty, po czym jak gdyby nigdy nic, wracamy do standardowego dramatu obyczajowego o chłopcu ze zdeformowana twarzą. A w 2/3 seansu w ogóle ktoś chyba zapomniał o tej konstrukcji i już do końca pchamy fabułę do przodu w tradycyjny, liniowy sposób.

Jakby tego było mało, scenariusz zawiązuje kilka pobocznych wątków (relacje córki z matką, przerwana kariera tej drugiej), a potem kończy je mało subtelnym deus ex machina, co jeszcze bardziej podkopuje wiarygodność tak bohaterów jak i wydarzeń. O dialogach najeżonych banałami a'la Paolo Coelho nawet nie wspominam. Powtórzę: może jestem starym cynikiem niewrażliwym na piękno i inne takie, ale jak słyszę kwestie w rodzaju “Sometimes I think my head is so big because it is so full of dreams” albo “It’s not enough to be friendly. You have to be a friend.” to przewracam oczami tak mocno, że widzę wnętrze własnej czaszki.

Film ma na szczęście pewną zaletę. Jest nią humor. Kilka razy szczerze się uśmiałem, szczególnie w momentach gdy swoje trzy grosze dorzucał Owen Wilson. Dawno już nie widziałem go w tak zabawnej roli. Po prostu gra, a nie robi z siebie głupka. Film ocieka też nawiązaniami do "Gwiezdnych Wojen", które Auggie uwielbia - to dla mnie zawsze rzecz warta wspomnienia.

"Cudowny chłopak" zaczyna się obiecująco, ale ostatecznie zawodzi i to mocno. Miała to być opowieść o akceptacji i zmaganiu się z codziennością, a wyszła naiwna bajka. Przesłodzona, banalna i przewidywalna. Dla mnie był to raczej ciężki do wytrzymania seans, ale może jako lekcja poglądowa dla dzieci poniżej 10-12 roku życia film zdaje egzamin... 5/10

http://zabimokiem.pl/lekcja-empatii-tyl ... mlodszych/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 13 lutego 2018, o 21:55 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1262
Paradoks Cloverfield (The Cloverfield Paradox)
Świetny pomysł, beznadziejna, groteskowa egzekucja, czasami rodem z Rodziny Adamsów czy scen z trzeciego Obcego (pozdro dla kumatych). Poza tym po raz kolejny mamy durnych naukowców działających pod wpływem impulsu. Żeby chociaż w filmie uzasadnili, dlaczego z racjonalnych ludzi, wyłonionych do lot w gwiazdy w restrykcyjnym programie treningowym, który nie wysyła w kosmos ludzi niestabilnych psychicznie, nagle zmieniają się w kłębki nerwów. W takim "Solaris" było uzasadnienie. Do tego kiepskie dowcipy z opóźnionym timingiem. Przedziwne motywacje bohaterów, które zamiast budować napięcie, współczucie, wywołują podniesienie brwi ze zdziwienia. Zupełnie jak z hejtowanym tutaj Ostatnim Jedi, w wielu sytuacjach wystarczyło, że bohaterzy zachowają się po ludzki i po prostu ze sobą porozmawiają i dojdą do porozumienia. Serio, to już zakrawa na jakiś archetyp bohatera typu admirał Holdo. Ścieżkę dźwiękową chętnie bym przesłuchał, ale w filmie jest wykorzystana w strasznie oklepany sposób na wstrzymanie oddechu i przewidywalne wyskoki zza kamery. I śmieszna sprawa: załoga jest międzynarodowa i odpowiednio zróżnicowana jak na Arce Noego, wszyscy mówią po angielsku i mandaryńsku, oprócz chińskiej astronautki, której nie chciało się uczyć angielskiego, za to cała reszta musiała specjalnie dla niej wkuwać mandaryński. Raczej nie polecam, ale na pewno zaraz ktoś przyjdzie i powie, że nowe Cloverfield było super, zupełnie jak Bright i nie ma się czego czepiać.
2/10


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 lutego 2018, o 08:34 
Avatar użytkownika
Grzechu z Polityki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:45
Posty: 2655
Disaster Artist jest super :D

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 lutego 2018, o 11:01 
Avatar użytkownika
Waniaaa!
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:07
Posty: 2827
W końcu obejrzałem i mogłem przeczytać recenzję Żaby! :D

Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri (Three Billboards Outside Ebbing, Missouri)
Powiem tak - recenzji filmów pisać nie umiem, ale SithFrog umie i bardzo ładnie naskrobał. Odsyłam do jego tekstu. Film był dla mnie idealną produkcją. Jak nie będzie mnóstwa, mnóstwa, mnóstwa Oscarów to straszny skandal się stanie.
10/10

_________________
IRON MAIDEN are KINGS

"Jedynym właściwym stanem serca jest radość" Terry Pratchett R.I.P.

"errare humanum est" - i nie zapominajcie o tym.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 lutego 2018, o 13:53 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 5976
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
Może nie dostać, bo rasista okazał się nie być do końca zły a to źle o nim świadczy. I o scenarzyście też źle świadczy.

_________________
"Powolna degradacja całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci."


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 lutego 2018, o 18:09 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1262
Wszyscy chwalą, to wrzucę swoje 3 gr:
Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri (Three Billboards Outside Ebbing, Missouri)
Szczerzę lubię McDonaugha za "Najpierw strzelaj, potem zwiedziaj" oraz "Sześciostrzałowca". Tutaj prześmiewczy styl jednak gryzł mi się z ciężkim dramatem. Miałem dość przyglądania się mniejszym, głupszym, słabszym zza klawiatury sarkastycznego scenarzysty. Kilka ludzkich, poetyckich momentów wcale mojego nastawienia nie zmieniło. Niemniej rozumiem, dlaczego film się podoba, bo to kino dosadne z doskonale wycyzelowanymi liniami dialogowymi, które mnie jednak potrafiły razić sztucznością (do głowy przychodzi mi chociażby "pan płatki kukurydziane"). To jakby Tarantino kręcił dramat, w którym na końcu jednak wszyscy nie giną w krwawej rozróbie.
8/10

I jeszcze, Gregor:
Disaster Artist (The Disaster Artist)
Doskonałe tłumaczenie tytułu na polski, nie ma co. Rozumiem, dlaczego Gregorowi mógł się ten film podobać. Gregor pewnie nie czytał biografii, a "The Room" zna z urywków lub nawet widział cały. Wcale mu się nie dziwię, jedno i drugie to wyzwanie dla cierpliwości. Ja czytałem, bo chciałem się przekonać, czy ekipa od sprośnych komedii lub dziwnych, artystycznych filmów, nie zmieni książki w buddy movie o dwóch marzycielach. Niestety, zmieniła. Jako projekt-hołd dla "dzieła" Tomasza Wieczorkiewicza z Poznania film trzyma się nieźle, ale jako adaptacja zupełnie poległa. Na ekranie Tomek to dobry facet, dziwak, ale nieszkodliwy. W książce to wariat, despota i szarlatan, którego Greg Sestero nienawidzi, którym gardzi i jest splątany w dziwnym, toksycznym związku z podtekstem seksualnym. Film mógł dużo zyskać, gdyby zamiast odgrywać kolejne sceny zza kulis powstawania "The Room", próbował ukazać jakąś ciekawszą relację między Gregiem, a Tomkiem. James Franco wypadł świetnie jako aktor, ale jako reżyser potwierdził, że lepiej mu grać u innych. Karny kutas za odepchnięcie Wisseau podczas Złotych Globów.
7/10


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 lutego 2018, o 18:30 
Avatar użytkownika
Wielki Pan Bonzo
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 14:38
Posty: 3950
Mam podobne przemyślenia co Ptaszor w temacie trzech billboardów. Wolałbym, żeby reżyser zdecydował się czy chce dramat czy czarna komedię. W niektórych filmach to się sprawdza, tutaj moim zdaniem nie.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 lutego 2018, o 18:58 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 5976
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
Ja odniosłem wrażenie, że bez tych błyskotliwych i pełnych czarnego humoru dialogów film byłby strasznie ciężki i ponury a przez to trudny do zniesienia. Mi się podobało w zasadzie bez uwag.

_________________
"Powolna degradacja całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci."


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 lutego 2018, o 21:27 
Avatar użytkownika
Grzechu z Polityki
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:45
Posty: 2655
Ptaszor, ja poszedłem do kina na komedię i jako taka to bardzo fajny film. Nie znam w ogóle treści książki zgodnie z twoimi podejrzeniami :P

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 lutego 2018, o 23:37 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Crowley napisał(a):
Ja odniosłem wrażenie, że bez tych błyskotliwych i pełnych czarnego humoru dialogów film byłby strasznie ciężki i ponury a przez to trudny do zniesienia. Mi się podobało w zasadzie bez uwag.


Dokładnie. To jest czarna komedia i jest książkowym przedstawicielem gatunku. Bez przerysowanych momentów i kąśliwych dialogów wyszedłby Manchester by the Sea 2.

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 15 lutego 2018, o 23:45 
Avatar użytkownika
Pan Bob Budowniczy Kierownik
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 20:00
Posty: 5976
Lokalizacja: Gdańsk / Wyszków
Bardzo dobry przykład z tym Manchesterem. Tamten film był smutny jak Sosnowiec w listopadzie i naprawdę ciężko było przez niego przebrnąć.

_________________
"Powolna degradacja całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci."


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 lutego 2018, o 10:48 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1262
Manchester: wręcz przeciwnie: prace jako ciecia były fajnie zmontowane, relacja z bratankiem/siostrzeńcem była zabawna, ciągłe problemy komunikacyjne w rozmowie z ludźmi też. To że główny bohater miał ciągle smutną twarz, nie znaczyło, że film był smutny. Humor był bardziej wyważony, bo i tego wymagała historia. Mnie się to świetnie oglądało, a że waliło po głowie - tym lepiej.

A "Trzy billboardy" to w moim odczuciu nie jest taka klasyczna czarna komedia, chyba że za przejaw takiej uznać ten czarny ślad wiadomo czego pozostawiony na trawie - tutaj przyznaję, uśmiałem się. To jest dramat, tyle że z ambitnym scenarzystą, którego wcześniejsze filmy były czarnymi komediami - "In Bruges", "Siedmiu psychopatów". W klasycznej czarnej komedii jest wiyncyj gore, zazwyczaj ktoś ginie w groteskowy sposób, jak np. w "Serial Mom", a ty się z tego śmiejesz. Zresztą nie ma sensu dyskutować o gatunkach, bo mnie chodziło o podejście scenarzysty, który staje obok i wyśmiewa wioskowych głupków czy zwyczajniej: ludzi. Kiedyś takie filmy robiły na mnie wrażenie, ale gdzieś tak po obejrzeniu "Siedmiu psychopatów", a ostatnio twórczości Papryka Vegi, przestało mnie bawić ciągłe wyśmiewanie i ujmowanie wszystkiego w nawias ironii.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 lutego 2018, o 11:00 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 14540
Ptaszor napisał(a):
mnie chodziło o podejście scenarzysty, który staje obok i wyśmiewa wioskowych głupków czy zwyczajniej: ludzi. Kiedyś takie filmy robiły na mnie wrażenie, ale gdzieś tak po obejrzeniu "Siedmiu psychopatów", a ostatnio twórczości Papryka Vegi, przestało mnie bawić ciągłe wyśmiewanie i ujmowanie wszystkiego w nawias ironii.


To ciekawe, bo po pierwsze kompletnie nie zgadzam się z tym, że on kogoś wyśmiewał. On raczej pokazywał jaka durna i przewrotna może być rzeczywistość normalnych ludzi i ani przez chwilę nie odczułem, żeby on się nabijał z bohaterów, wieśniaków itp. Wręcz przeciwnie, on ich uwielbia i portretuje z dużą dozą miłości. Bo każdy, niezależnie od wad, ma w sobie i zło i dobro.

Na pewno się jednak nie zgodzimy bo (mniej ważne) to rzecz subiektywna, ale przede wszystkim dlatego, że (ważniejsze) napisałeś w jednym zdaniu "Papryk Vege" i "ujmowanie wszystkiego w nawias ironii". Kloaczny humor i robienie filmu złożonego ze skeczów napisanych na podstawie kawałów opowiadanych między dresiarzami to nie jest "ujmowanie wszystkiego w nawias ironii". No kur... :D

Plus uwaga o Manchesterze: dla mnie ani relacje z bratankiem ani problemy komunikacyjne nie były w tym filmie zabawne i mam wrażenie, że nie miały być. WTF is wrong with you? ;)

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 16 lutego 2018, o 11:10 
Avatar użytkownika
niebieski
Offline

Dołączył(a): 4 września 2014, o 17:06
Posty: 1262
To był wyjątkowo gruby nawias.


Góra
 Zobacz profil  
      
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2309 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 40, 41, 42, 43, 44, 45, 46, 47  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL