FSGK.PL

since 1998
Teraz jest 17 października 2017, o 20:32

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2017 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 37, 38, 39, 40, 41
Autor Wiadomość
PostNapisane: 29 sierpnia 2017, o 08:44 
Avatar użytkownika
Grzechu z Polityki
Online

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:45
Posty: 2376
Piękna i Bestia

Czyli skok Disneya na kasę numer 2. Aktorska wersja klasycznej już animacji ma mniej ambicji artystycznej nawet niż filmy Baya. Ten chociaż stara się pokazać jak najfajniejsze wybuchy. Dzieło największych mistrzów excela i targetowania na demografię ma za zadanie po prostu być nowe, żeby dało się nagonić dzieci do kina. Tylko współczynnik przy "ilość piosenek" miał złą formułę i wyszedł 4 razy za duży, bo z pół filmu to śpiewanie.

Główna bohaterka Bella jest jakaś inna. Skąd to wiemy? Wszyscy jej to mówią, chociaż zachowuje się najzwyczajniej na świecie. Znaczy się nauczyła się czytać i dlatego ją mizogoniści gnębią. Niezwykły przekaz w 2017. Przecież to wielki problem społeczny, że śmieją się ludzie z kobiet, które potrafią czytać. No, ale to może jakiś przekaz podprogowy na Bliski Wschód, albo Teksas :diabel:
W każdym razie Bella żyje we Francji w tak jakby XVIII wieku. Nie do końca wiadomo czy to wioska czy miasteczko. W jednej scenie mówią, że tak, a w innej, że inaczej. W każdym razie jak na owe czasy żyją tam sami krezusi patrząc na standard życia i Paryż się nie umywa. Nie do końca wiadomo gdzie się znajduje ten zakątek dobrobytu, ale chyba gdzieś w baaardzo południowej Francji. Poznać po tym, że dokładnie 30% mieszkańców jest murzynami, którzy mają zadziwiającą właściwość. Otóż w każdej zbiorowej scenie występuje ich dokładnie 30%. Azjaci i Żydzi nie zostali uznani za important demography. Nasza główna bohaterka z kolei jak na Francuzkę przystało nie potrafi ukryć angielskiego akcentu. Fak ju, nacjonaliści!
Wow, znając poglądy założyciela studia Disneya, niewiele już obecni włodarze mogli zrobić, żeby bardziej napluć na jego grób :diabel: :diabel: :diabel: :diabel:

/heheszki

W całym filmie na plus wybija się jedynie duet Luke'a Evansa z jego pomagierem. Zagrali naprawdę fajne Disneyowskie postacie, które wystarczyłoby pokolorować i wsadzić do jakiejś animacji. Cała reszta filmu jest idealnie nijakim tworem.

Do obejrzenia w nudny wieczór.

5/10

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 29 sierpnia 2017, o 10:41 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Online

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 3503
pojechales gregor, przeciez to zwykla bajka. moralizuje dzieciaki ;)

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 29 sierpnia 2017, o 11:02 
Avatar użytkownika
Grzechu z Polityki
Online

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:45
Posty: 2376
Przecież się nabijam :P Poza tym, że bez sensu kręcić w 99% film identyczny jak animowana wersja, ale wiadomo, że kasa prawie bez wysiłku ;)

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 12 września 2017, o 17:28 
Avatar użytkownika
zielony
Offline

Dołączył(a): 1 września 2017, o 00:22
Posty: 88
Pokot
Opis z filmweb-a:
W Sudetach dochodzi do serii morderstw, których ofiarami są myśliwi. Wobec bezradności policji śledztwo rozpoczyna emerytowana inżynierka.

Film oparty o książkę Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych".
W założeniu obraz miał być z gatunku kina moralnego niepokoju. Rezultat przypomina bardziej bajkę dla ekoterrorystów.
Wszystkie postaci są płaskie jak naleśnik, całkowicie jednowymiarowe. Nie ma cienia wątpliwości kto jest tym złym a kto tym dobrym. Nie jestem myśliwym ani nie pochwalam w żaden sposób tego co myśliwi robią, ale ten film, mimo tego był w stanie pokazać mi obraz myśliwych w oczywisty sposób oczerniający i krzywdzący. Nawet przez chwilę nie byłem w stanie uwierzyć w świat przedstawiony. Konflikt moralny i prawa zwierząt istotnym i pełnym niuansów zagadnieniem. Tutaj tego typu dywagacje zostały potraktowane walcem drogowym ideologii.

Brak głębi i idącego za nią psychologicznego realizmu bohaterów poraża. Jedyny wyjątek stanowi chyba trochę irytująca postać głównej bohaterki. W jej przypadku nierealistyczne zachowanie można zwalić na izolację i delikatne odklejenie się od rzeczywistości. Pozostałe postacie nie mają takiej wymówki. W świecie zdażają się takie przypadki, ale świat "Pokotu" zawiera tylko takich jednowymiarowych przedstawicieli stereotypów.

Jedynym pozytywnym elementem filmu były zdjęcia. Ładne kadry to jednak trochę za mało żeby uratować film.
3/10


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 12 września 2017, o 23:23 
Avatar użytkownika
Loara
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:57
Posty: 1379
Lokalizacja: Słoik City
Pogrub ocenę, to trafi do agregatu.

_________________
Stawiajcie przed sobą większe cele. Ciężej chybić.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 18 września 2017, o 13:38 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 13138
Baywatch. Słoneczny patrol (Baywatch) - Kiedy byłem młody (naprawdę młody), dokonała się w Polsce przemiana ustrojowa. Pojawiła się w telewizji "Dynastia" (taki serial, opera mydlana made in USA). To była pierwsza jaskółka zwiastująca falę, która potem zalała ekrany w naszych domach. Wraz z nią pojawił się "Słoneczny Patrol" i powiało zachodem. Piękne kobiety i dzielni mężczyźni prężyli się na plażach Kalifornii i biegali w zwolnionym tempie w rytm muzyki, okazjonalnie ratując komuś życie czy rozwiązując kryminalna zagadkę. Mam dziś świadomość jaka to tandeta, ale wtedy to było jak cząstka nowego, lepszego świata.

W 2017 roku ktoś wziął tytuł, sentyment ludzi starej daty, Zaca Efrona z Dwaynem Johnsonem i nakręcił takiego kupsztala, że głowa mała. Nie widziałem w tym roku wszystkiego, co grali w kinach, ale trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś byłby w stanie przebić Baywatch.

To nie będzie długi tekst, bo nie ma sensu marnować życia na pisanie, a Waszego na czytanie. Wystarczy, że poświęciłem równe dwie godziny na ten paździerz. Mogłem w tym czasie dłubać w nosie, drapać się za uchem albo patrzeć jak schnie farba. Każda z tych czynności byłaby lepsza niż oglądanie "Słonecznego Patrolu" anno domini 2017.

Wyobraźcie sobie komedię na podstawie lekkiego i głupawego serialu, która udaje, że wie czym jest i puszcza oko do widza. Jednocześnie nie ma ani trochę zrozumienia dla tego czym był oryginał. Serio, nie jestem pewien czy autorzy scenariusza widzieli choć jeden odcinek produkcji z lat 90tych. Zamiast tego dostajemy luźno powiązany zestaw skeczów tak słabych, że kojarzyły mi się z późnym Adamem Sandlerem. Dwa razy w ciągu dwóch godzin lekko prychnąłem i to by było na tyle jeśli chodzi o humor.

Postaci są płaskie i stereotypowe, bez żadnej głębi, bez planu na wykorzystanie ich udziału w historii. Ot, przystojny cwaniak, gruby informatyk, głupia, cycata blondynka itp. itd. Nawet Dwayne Johnson wypada tu blado i bez charyzmy. Jakby grał w dennej reklamie pasty do zębów. A już efekty specjalne... o rany! Trzymajcie się foteli! Ogień w jednej że scen jest w 100% zrobiony komputerowo i wygląda tak źle albo gorzej niż SMOK W WIEDŹMINIE z 2001 roku. Tak, dobrze widzicie. Napisałem to.

Pełnometrażowy remake "Słonecznego Patrolu" to film bardzo zły pod każdym możliwym względem i jako taki powinien zostać wycofany ze sprzedaży i wszelkich kanałów dystrybucji cyfrowej. Omijać. Nie tykać. Tam gdzie się da - aktywnie zwalczać. 2/10

http://zabimokiem.pl/dwie-godziny-zycia ... w-w-piach/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 18 września 2017, o 14:03 
Avatar użytkownika
Bambus Junior
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 19:10
Posty: 1588
Barry Seal: Król Przemytu (American Made)
Ok nie kłócę się o tytuł, sam nie wiem jak można przełożyć "American Made" na język polski :P.
Będzie krótko. Jeśli szukacie lekkiego filmu, który nie zostawi was z zadumą nad życiem, nie zabierze snu w nocy, ale pozwoli śmiechnąć kilka razy i przyjemnie spędzić 2 godziny, gorąco polecam.
Jeśli oglądaliście Narcos, postać Barrego Seala pojawia się tam na jeden odcinek. Ten film rozwija właśnie jego historię.
Tomek Rejs jest w swoim żywiole. Wiecznie wyluzowany, wygadany cwaniaczek, który po prostu płynie ze strumieniem. CIA chce, żeby robił zdjęcia nad tajnymi obozami szkoleniowymi, spoko. Teraz Pablo Escobar chce, żeby w tym samym czasie przewoził dragi? Żaden problem. Znowu CIA chce, żeby przewoził broń i ludzi? Do póki hajs się zgadza...
Nie jest to na pewno film, który będę wspominał za kilka lat czy oglądał wielokrotnie, ale nie wyszedłem z kina zawiedziony. Szczególnie polecam dla ludzi lubiących Toma Cruisa :).
7/10

_________________
What Darwin was too polite to say, my friends, is that we came to rule the earth not because we were the smartest, or even the meanest, but because we have always been the craziest, most murderous motherfuckers in the jungle.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 18 września 2017, o 20:13 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 13138
Ukryte działania (Hidden Figures) - W tym miejscu byłby tradycyjny akapit ze wstępem, w którym ciskam gromy w polskiego tłumacza tytuły. Przetłumaczyć hidden figures jako ukryte działania? No bez sensu! Niby. Bo nie będę się wyzłośliwiał. Szczerze mówiąc - sam nie mam pomysłu jak lepiej przełożyć to na nasze. Wiadomo, u nich hidden figures to bohaterowie/bohaterki drugiego planu, osoby stojące w cieniu, ale to nie brzmi jak chwytliwy tytuł. Sam bym zostawił oryginalną wersję, ale i ukryte działania dają radę.

Fabuła przedstawia wydarzenia, które naprawdę miały miejsce na początku lat 60tych XX wieku w USA. Trwa wyścig zbrojeń, zimna wojna i walka o podbój kosmosu. Kiedy ZSRR wysyła na orbitę Gagarina, amerykanie dwoją się i troją, żeby dotrzymać kroku. W tym wszystkim uczestniczą Katherine G. Johnson, Dorothy Vaughan i Mary Jackson. Pierwsza jest matematycznym geniuszem, druga ma zadatki na programistkę i szefa zespołu, a trzecia smykałkę do inżynierii. Niestety wszystkie trzy mają dwie podstawowe "wady": są kobietami, są czarnoskóre. Ich głównym wrogiem nie są niestety problemy obliczeniowe i wyzwania programistyczne. Główny problem stanowią tu rasizm, segregacja, dyskryminacja i seksizm. Mało kto dziś zdaje sobie sprawę, ale jeszcze 50-60 lat temu czarnoskórzy mieli osobne ubikacje, szkoły, miejsca w autobusie itp. W USA, krainie szczęścia, tolerancji i demokracji...

"Hidden figures" to film ładny, kolorowy i zrobiony solidnie. Przypomina trochę inny dramat na ten sam temat, "Służące". Nie ma tu fajerwerków, zwrotów akcji czy napięcia. Wiadomo jak się historia potoczy, ale nie o to chodzi. Chodzi o pokazanie odwagi i hartu ducha trzech niesamowitych kobiet, które walczyły o swoje. O pionierki, które mimo braku wsparcia nawet własnych społeczności (tak tak, może i czarnoskórzy mężczyźni walczyli z segregacją, ale kobieta inżynier to nawet dla nich było za wiele) nie bały się głośno domagać równego traktowania. Jestem pewien, że na potrzeby ekranizacji podkoloryzowano niektóre wydarzenia, ale to nie ma znaczenia. Chodzi o ideę, a nie zgodność z faktami co do joty. O oddanie hołdu niezłomności bohaterek, o pokazanie ich istotnego udziału w podboju kosmosu. Alana Sheparda, Johna Glenna czy Neila Armstronga znają wszyscy. Fajnie, że ktoś sięgnął po opowieść o tych, którzy za tym stali, siedząc setki godzin nad obliczeniami, które pomogły wystrzelić śmiałków na (sub)orbitę i sprowadzić ich z powrotem bezpiecznie na ziemię.

Wszystkie trzy aktorki wypadły bardzo dobrze. Taraji P. Henson, Octavia Spencer i Janelle Monáe stworzyły postaci wyraziste i ciekawe. Akademia nominowała nawet Spencer, ale jeśli miałbym wybierać najlepszą kreację, wyróżniłbym Henson. Kevin Costner jako fikcyjny szef "Space Task Group" robi robotę. Jest władczy, apodyktyczny, ale nie obchodzi go segregacja, liczą się wyniki i powodzenie jego misji. Na minus zaliczam pojawienie się Kirsten Dunst i Jima Parsonsa. Pierwsza ma małą rolę i wolałbym tu jakąś nieznaną twarz, a Parsons to Sheldon i gra tu tylko ciut poważniejszą wersję śmieszka z The Bing Bang Theory, co naprawdę rozpraszało mnie podczas seansu.

Denerwowało mnie też podejście reżysera - Theodore'a Melfiego -  do pokazania problemów, z jakimi mierzyły się bohaterki. Momentami film zatraca swoją subtelność narracji i wali nas po głowie wielkim kijem z napisem "rasizm". Jest tu kilka scen wrzuconych trochę na siłę. Zamieszki w telewizji, protesty na ulicy, pani bibliotekarka sugerująca przejście do sekcji dla kolorowych, miejsca z tyłu autobusu, nawet kobieta z obrzydzeniem patrząca na Afroamerykanina pijącego z ulicznego kranu dla kolorowych. Sytuacje, które spotykały Kath, Dorothy i Mary w pracy były wystarczającymi przykładami pokazywanych problemów, a Melfi dokładał kolejne z życia prywatnego. Aż chciałem na głos powiedzieć "tak, rozumiem, było źle, był rasizm, była dyskryminacja, idźmy dalej z historią".

To nie są jednak wady, które mocno rzutują na ocenę końcową. "Hidden Figures" to zdecydowanie pozycja warta poświęcenia dwóch godzin. Chociażby po to, żeby dowiedzieć się jak wyglądało zaplecze tak skomplikowanej operacji jak wysłanie człowieka w kosmos. Żeby zobaczyć ile kobiet miało w tym swój znaczący udział i jak wiele siły musiały w sobie mieć, żeby dopiąć swego w czasach, które nie są przecież jakąś prehistorią. 7/10

http://zabimokiem.pl/o-segregacji-i-dys ... -przemoca/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 22 września 2017, o 18:18 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 13138
Life - Nie lubię takich filmów jak "Life", ale też lubię takie filmy jak "Life". Nieźle, co? Podręcznikowa definicja mieszanych uczuć. Trochę "Alien", trochę "Coś" Carpentera, trochę "Grawitacja". Z każdego pożyczono interesujący element, ale zabrakło czegoś, co sprawiłoby, że "Life" będzie czymś więcej niż tylko niezłą mieszanką zrecyclingowanych motywów, czymś więcej niż zmarnowanym potencjałem, niedotrzymaną obietnicą na coś ekstra.

Pomysł jest stary jak świat. Mamy grupę naukowców na międzynarodowej stacji kosmicznej. Trafia im się próbka gleby z Marsa. Jest w niej komórka podobna do tej u ziemskich organizmów. Badania idą za daleko i okazuje się, że astronauci hodują sobie śmiertelnego wroga. Banał! A jednak mamy tu całkiem niezły gwiazdozbiór. Ryan Reynolds, Jake Gyllenhaal, Rebecca Ferguson czy Hiroyuki Sanada robią wszystko, żeby widz ich polubił i wiedział dlaczego warto im kibicować. Postaci są ledwie naszkicowane, ale mniej więcej wiadomo komu na czym zależy. Przynajmniej facetom, bo dwie kobiety na stacji kosmicznej najwyraźniej nie zasłużyły na głębszą motywację. Szkoda.

W każdym razie, kiedy obca istota zaczyna polowanie pojawiły się emocje, momentami nawet napięcie i strach, czyli uczucia, które były mi obce kiedy oglądałem tegorocznego Obcego z podtytułem Covenant. Autorzy pokusili się o kilka naprawdę twórczych scen, w których nasi bohaterowie stają oko w oko ze śmiertelnym zagrożeniem. Jest na co popatrzeć.

Niestety im dalej w las tym bardziej sztampowo i bez zaskoczeń. Amerykanie powiedzieliby "painted by the numbers". Czyli idziemy od awarii, przez złe decyzje i konflikty między załogantami, aż po naukowców zachowujących się jak dwulatkowie. Jak czegoś nie dotkną, nie "pomiziają" to nie mogą żyć. Nawet jeśli to obca forma życia, o której nie wiedzą nic. Nikt nie wyciągnął wniosków z miziania zębatej, uszatej waginy w "Prometeuszu"?

Mało co jest w stanie widza zaskoczyć. Jakby zabrakło trochę odwagi... albo pomysłów. Tyczy się to też głównego antagonisty. Na początku obudzony do tytułowego życia organizm z Marsa wygląda ciekawie, ale potem zamienia się w niezbyt imponujące nie-wiadomo-co. Połączenie ośmiornicy, kałamarnicy i protosa z kultowej strategii Blizzarda. Nie jest też zbyt przemyślany. Raz wmawia się nam, że to bardzo inteligentny stwór. Używa narzędzi i jest przebiegły (czemu więc naukowcy nie próbują się z nim porozumieć ?). Kiedy indziej jest po prostu kolejnym wcieleniem Aliena. Bezmyślną, ale diabelnie skuteczną maszyną do zabijania. Brak tu spójnej wizji.

Na króciutki, ale osobny akapit zasłużyli sobie ludzie odpowiedzialni za montaż dźwięku. Ta warstwa filmu zrobiona jest po prostu po mistrzowsku. Nie przesadzam. Jeden czy dwa zgony (to żaden spoiler, śmierć w horrorze to jak gag/dowcip w komedii) są przerażające, ale też hipnotyzujące właśnie przez sposób w jaki do tych scen domontowano dźwięk. Klasa światowa pod tym względem. Dałbym co najmniej nominację do Oscara.

Narzekam, ale to film zdecydowanie lepszy niż "Alien: Covenant". Coś tam mnie zaciekawiło, coś tam mnie wystraszyło, zdążyłem poznać załogę na tyle, żeby mi zależało. Szkoda po prostu szansy na nową, ciekawą wersję starego, sprawdzonego pomysłu. Nic tak nie przeraża jak coś nieznanego i niezrozumiałego. Szkoda lenistwa albo braku kreatywności scenarzystów... Podziwiam ich jedynie za pomysł na zakończenie. Całkiem odważne choć w kontekście poprzedzających je scen - nie ma nawet odrobiny sensu. Tym niemniej, jeśli lubisz takie klimaty, a "Alien: Covenant" cię rozczarował, warto zobaczyć "Life". 6/10

http://zabimokiem.pl/nie-lubie-life/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Ostatnio edytowano 23 września 2017, o 20:41 przez SithFrog, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 22 września 2017, o 19:18 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 13138
Agent i pół (Central Intelligence) - Za każdym razem obiecuję sobie, że nie będę już komentował polskiej szkoły tłumaczeń tytułów filmów, ale po prostu czasem się nie da powstrzymać. Widzę takiego Agenta i pół na ekranie i zaczynam mieć dziwny tik na powiece. Czoło się marszczy, mózg gotuje, a z uszu zaczyna sączyć się krew. Chyba trzeba zrobić jakąś wielką akcję "po każdym takim twórczym tłumaczeniu na świecie ginie jedna panda". Nie widzę innego sposobu, ale dość o tym.

Lubię Dwayne'a Johnsona. Gość przyszedł z wrestlingu i zamieszał w kinie akcji. Ma dystans do siebie i charyzmy tyle, że mógłby ja eksportować. Okazuje się jednak, że i The Rock d...pupa gdy w scenariuszu kupa. Tym razem wciela się w agenta CIA Boba Stone'a, który ma ważne zadanie do wykonania i jednocześnie musi się zmierzyć z demonami przeszłości. Dokładniej z traumą zafundowaną mu przez kilku buraków w liceum. Pomaga mu w tym zupełnie niechcący najpopularniejszy i najzdolniejszy uczeń z tego samego rocznika, grany przez Kevina Harta księgowy, Calvin Joyner.

Nie będę owijał w bawełnę. Przez cały seans siedziałem raczej znudzony niż rozbawiony. Powinni byli przetłumaczyć tytuł jako "Żart i pół", bo tyle tu jest śmiechu mniej więcej. Kilka razy lekko drgnął mi kącik ust i to by było na tyle. The Rock dwoi się i troi, ale to wszystko na nic. Komedia miała się opierać na kontraście między głównymi bohaterami, ale postać Harta jest zwyczajnie irytująca, a nie zabawna. Coś tu mocno nie wyszło. Nie wiem jaki był zamysł autorów, wiem natomiast, że przy okazji próbują sprzedać widzowi kilka banalnych prawd o życiu. Wiecie, prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, zastanówmy się nad swoim życiem, określamy co jest najważniejsze, nie poddawajmy się i inne takie mądrości. Podane i opakowane Tak subtelnie, że dwa razy sprawdzałem czy scenariusza nie napisał czasem Paolo Coelho. Żenada.

Na domiar złego dopiero co widziałem, może nie wybitnego, ale bardzo przyzwoitego "Bodyguarda Zawodowca" i przy "Central Intelligence" to jest film godzien przynajmniej nominacji do Oscara. Szkoda czasu na oglądanie, jest milion lepszych rzeczy tym gatunku, od "21/22 Jump Street", przez "Nice Guys" i "2 guns", po klasyki w stylu "Zabójczej Broni". Odświeżenie każdego z nich jest sensowniejsze niż poświęcenie czasu tej produkcji. Nie jest to co prawda tak zły film jak ostatnio recenzowany przeze mnie "Baywatch", ale to naprawdę ciężko uznać za zaletę. 4/10

http://zabimokiem.pl/zart-i-pol/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 23 września 2017, o 21:02 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 13138
Kubo i dwie struny (Kubo and the Two Strings) - "Kubo i dwie struny" jest jak kropla prawdziwej sztuki w oceanie popkulturowej papki. Obejrzałem wczoraj animację, o której słyszałem dotychczas może trzy zdania, a zakochałem się od pierwszej sceny i siedziałem na brzegu fotela aż do wzruszającego finału. To po prostu trzeba obejrzeć.

Tytułowy bohater to mały chłopiec, który ma tylko jedno oko. O drugim, jak się dowiadujemy, zabrał mu dziadek. Cokolwiek to może znaczyć. Kubo stracił tatę, a mama jest pod jego troskliwą opieką, bo też nie jest z nią najlepiej. Chłopiec zarabia opowiadając historie, powoływane do życia w formie origami, przy akompaniamencie magicznego instrumentu - shamisena. Kiedy wspomniany dziadek zgłasza się po drugie oko, Kubo musi uciekać. Musi też odnaleźć artefakty, które mają mu pomóc raz na zawsze zażegnać niebezpieczeństwo ze strony dalszej rodziny. Towarzyszyć mu będzie surowa i troskliwa małpka, niemy samuraj z origami oraz zakręcony, przerośnięty żuk.

Takich baśni potrzebujemy więcej! Takie rzeczy chcę pokazywać moim dzieciom! W filmie nie ma ani trochę lokowania produktów, żartów dla dorosłych, nie ma slapstickowego humoru i małych, żółtych tic taców gadających w dziwnym języku. Nie ma puszczania oka do widza, odniesień do popkultury i odgrywania scen ze znanych filmów. Jest za to prosta, niezbyt długa historia, opowiedziana z niesamowitym wdziękiem, z wielką wyobraźnią. Wszystko co zobaczymy po drodze ma znaczenie, nie ma tu niepotrzebnych dialogów i zbędnych scen. Interakcje między kompanami wypadają naturalnie i tam gdzie jest humor - jest naprawdę zabawnie, ale nie w sposób wymuszony. To nie są zaplanowane wcześniej żarty wrzucone losowo w kilka miejsc.

Co więcej - twórcy nie bali się pójść po bandzie. Sceny gdzie Kubo jest w niebezpieczeństwie są naprawdę straszne. Mimo, że to animacja, mogą przerazić, ale o to przecież chodzi. O wywoływanie emocji. Jako widz naprawdę martwiłem się o głównego bohatera i wcale nie miałem przekonania, że wszyscy będą "żyli długo i szczęśliwie". Przy każdej potyczce z siłami zła wiadomo jaka jest stawka. To jest przecież coraz rzadziej spotykany zabieg, a szkoda.

Mógłbym się przyczepić do przydługiego wstępu, ale to byłoby już szukanie dziury w całym. Animacja jest specyficzna, ale idealnie pasuje do klimatu baśniowego świata w stylu japońskim. Morał wynikający z historii jest podany bardzo subtelnie, nikt nie wciska go nam na siłę. Nie ma tu tandetnego patosu. Muzyka świetnie ilustruje położenie w jakim znajdują się bohaterowie. No naprawdę, szukam wad i ich zwyczajnie nie widzę. A już głosy żuka (Matthew McConaughey) i małpy (Charlize Theron) to mistrzostwo świata!

Zachwyciłem się. Kubo zabrał mnie w podróż, o której już dawno zapomniałem, że marzyłem. To piękna, cudowna i wzruszająca opowieść, którą polecam naprawdę każdemu. A jeśli macie już swoje własne dzieci - takimi pozycjami należy je częstować. Zapomnijcie o "Minionkach", piątym "Shreku" czy siódmej Epoce Lodowcowej". Ja na pewno tak zrobię, sam zresztą chętnie wrócę jeszcze nie raz do tego świata. 9/10

http://zabimokiem.pl/animacja-ktora-mus ... -dzieciom/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 6 października 2017, o 20:51 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4029
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Obejrzałem ruskich Avendżiersow. Na TVPuls zdybałem.

Recenzji nie będzie bo bez flaszki tego nie...


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 7 października 2017, o 01:20 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 13138
Transformers: Ostatni Rycerz (Transformers: The Last Knight) - Nigdy nie zakładałem, że będę coś pisał, a już na pewno, że regularnie i że jeszcze ktoś poza mną to będzie czytał. Zawdzięczam to z jednej strony książkom i nieistniejącemu magazynowi Świat Gier Komputerowych (świetne recenzje, doskonałe felietony), z drugiej własnemu charakterowi. Czuję potrzebę przelania swoich emocji po seansie gdziekolwiek, a jak nie ma z kim pogadać o filmie to zostaje papier/klawiatura. Są jednak takie produkcje, po których obejrzeniu zwyczajnie nie chce mi się pisać nic. W wypadku Transformers: Ostatni Rycerz to nawet pasuje, bo twórcom wyraźnie nie chciało się robić kolejnego sequela, ale wiedzieli, że trzeba, bo poprzednia produkcja przebiła bilion zielonych na świecie, a po taką kasę nie można się nie schylić.

Znów pojawia się Mark Wahlberg jako Cade Yeager. Na ziemi jest ban na Transformersy. Na Kubie postać Johna Turturro gada przez telefon. W Anglii, na zamku postać Anthony'ego Hopkinsa skrywa tajemnicę i wie jak zapobiec apokalipsie. W Stanach dziewczynka imieniem Izabella ma przyjaciela Transformera i umie go naprawić. W Oxfordzie wykłada piękna, potrójna magister czy tam doktor Vivian Wembley (szkoda, że nie Stamford Bridge) grana przez Laurę Haddock. Ma ona jakieś ważne geny czy coś. Optimus Prime leci na Cybertron gdzie spotyka swoją boginię, a ta zamienia go w prawdziwego dupka. Król Artur i jego rycerze walczą z najazdem Sasów, a pomaga im Merlin z wielkim metalowym smokiem sterowanym za pomocą lagi. Laga jest artefaktem, o który wszyscy chcą się na końcu pozabijać.

Mało? A to nie są jeszcze wszystkie wątki jakie dostajemy. Scenariusz nie trzyma się kupy. Postaci jest milion. Te, które wydają się ważne znikają na pół filmu, inne pojawiają się pozornie na chwilę, nic nie wnoszą, a potem co jakiś czas do nich wracamy. Skupienie utrzymałem przez pierwsze czterdzieści pięć minut. Potem zrozumiałem, że tego nie ogarnę, bo scenarzyści nawet nie próbowali stworzyć spójnej, koherentnej historii. Napaćkali po prostu kilkadziesiąt scen, które da się przeładować efektami specjalnymi i zrobić kolejny show CGI. Nic więcej. Chociaż - chyba pierwszy raz w tej serii - nawet ten element nie zawsze daje radę.

Dialogi to typowy Michael Bay. Albo patetyczne pierdu pierdu o wolności, poświęceniu i odwadze albo żenujące "one-linery", od których człowiek przewraca oczami bardziej niż po sucharach Strasburgera w Familiadzie. Naprawdę przy takim budżecie nie stać ich na kogoś, kto napisze przyzwoity, średnio udany scenariusz? Czy to naprawdę musi być chaos i zestaw niezwiązanych ze sobą scen i wątków, lepiony na ślinę? I te żarty, te sceny mające widza rozbawić... Przecież to nie jest zabawne nawet dla kilkuletnich dzieci. To samo z elementami, które są zaplanowane na wywołanie u widza emocji, może nawet wzruszenia. Nic nie działa, wszystko jest płaskie jak naleśnik i cały seans siedziałem odarty z jakichkolwiek ekscytacji. Miałem wrażenie, że w moim mózgu zapanowała cisza, bezruch i ciemność.

Jestem przeciwny wciskaniu na siłę zróżnicowanej obsady, żeby tylko odczepili się od produkcji wojujący "sołszal dżastys łoriors", ale Bay najwyraźniej się tym przejmuje i dał temu wyraz. Z typową dla siebie subtelnością. Czarnoskóry w tym filmie to pomocnik Yeagera, który na nic się nie przydaje, narzeka i w zasadzie jest bardziej służącym. Mała dziewczynka ma pochodzenie latynoskie. Czasem coś powie po hiszpańsku, a jej Transformer powtarza w kółko "chihuahua". Boki zrywać. Viviane Wembley to niezależna i wykształcona kobieta. Daje temu wyraz czyniąc nieprzyjemne docinki Cade'owi, poza tym ma trzy fakultety i... tyle. Poza tym jej rola w filmie jest czysto przedmiotowa. Jest ważna dla historii, bo ma takie, a nie inne DNA. Ma też ładnie wyeksponowany biust i urodę trochę w stylu Megan Fox. Ładnie się uśmiecha. Z każdej opresji raduje ją dzielny Yeager, aż do momentu, w którym para po prostu się w sobie zakocha. Dramat.

No i jeszcze ta nieszczęsna legenda arturiańska. Jeśli ktoś naprawdę uważa, że Guy Ritchie źle zrobił tworząc własną wersję i sprowadzając ją (w swoim oryginalnym stylu!) do londyńskiego rynsztoka to niech obejrzy Ostatniego rycerza. To co tu się odp... wyrabia to już jest jakiś wyższy poziom abstrakcji. Mam nadzieję, że w kolejnej części (która niechybnie powstanie) sięgną po jakieś motywy biblijne. Może Dawid nie walczył tak naprawdę z Goliatem tylko z Goliathem z rodu Decepticonów? Sceny w filmie dziejące się w czasach arturiańskich to aberracja, miałem wrażenie, że coś zażyłem i piguły weszły za ostro. Brak słów.

Jedyna zaleta tego "kupiszcza" to Anthony Hopkins. Nie dość, że jak zawsze nakrywa wszystkich czapką jeśli chodzi o grę aktorską, to jeszcze ewidentnie ma świadomość jak zły jest film, w którym gra. Wykorzystuje to w pełni i świetnie się bawi na planie co rusz wchodząc swoją postacią na wyższy poziom abstrakcji. Kiedy pojawiał się na ekranie - na chwilę zapominałem jak bardzo marnuję swoje życie poświęcając czas na seans. Za Sir Hopkinsa i tylko za niego dam ocenę o oczko wyżej niż poprzedniej odsłonie, bo tam nie było nawet ćwierć pozytywu. Może jeden dodatkowy: Ostatni Rycerz jest krótszy niż Wiek zagłady. Zawsze coś.

To w zasadzie tyle. Nie chciało mi się pisać, a wyszło całkiem sporo tekstu. Pewnie więcej niż powinienem był z siebie wydalić. Czuję, że włożyłem w to więcej wysiłku niż Bay i jego ekipa tworząc kolejny film bez żadnego sensu, zaplanowany tylko na łatwy zarobek. Oby takich mniej, chociaż nie mam wątpliwości, że dopóki kasa płynie, dopóty będziemy dostawać kolejne Transformersy. 2/10

http://zabimokiem.pl/kiedy-sie-nie-chce-a-trzeba/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 7 października 2017, o 18:00 
Avatar użytkownika
rooooooooooki
Online

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 23:09
Posty: 3503
Blade Runner 2049
Zacznę od dwóch rzeczy, które zrobiły na mnie wrażenie. Po pierwsze, nowy Blade Runner jest bardzo zgrabnie poskładany z poprzednią częścią. Po drugie, nie odcina kuponów, a oferuje bardzo uczciwy powrót do korzeni. Największy mój lęk - czyli rozstrzygnięcie z końcówki oryginału, że Deckard był replikantem i miał ograniczony czas życia - załatwia jeszcze w trakcie napisów początkowych. I bardzo dobrze, bo od razu robi się miejsce na nową opowieść, która sama w sobie wiele ma z "jedynki". Villeneuve eksploatuje ten sam wątek, co Scott - czyli problem granicy pomiędzy człowieczeństwem, a sztuczną inteligencją, jednak robi to z innej strony. Merytorycznie dopowiada co prawda niewiele, ale to nawet lepiej. Dzięki temu, nowy Blade Runner nie sięga po tanie, ideologiczne kocopoły, pozostając wciąż kameralną historią neo-noir, zachowując wierność poprzednikowi.
Trochę brakowało mi charyzmy Harrisona Forda i - przede wszystkim - Hauera, jak już tak porównywać.
Ale Gossling jest co najmniej przyzwoity, a sama fabuła bardzo umiejętnie czerpie z klasyka. Sam Deckard, kiedy już się pojawia - ma w sobie zdecydowanie więcej ze stetryczałego dziadka, niż charyzmatycznego łowcy. Nie wiem, czy taki był zamysł twórców, czy sam aktor już więcej nie potrafi, ale przyznaję - chwilami robiło mi się przykro.
Film jest taki, jaki miał być. Momentami nużący i senny, ale jednocześnie magnetyzujący i sugestywny. Klimat cyberpunka został wzorowo odzwierciedlony, wszyscy fani gatunku mogą otwierać szampany - wraz z Blade Runnerem wróciła atmosfera, którą wykreowano ponad 30 lat temu. Wielkie brawa należą się reżyserowi, bowiem do tematu podszedł bardzo poważnie i - na szczęście - nie próbował udziwniać, czy redefiniować tego, co było już doskonałe. Doskonałe dla fanów, bo ja sam się do tego wszystkiego musiałem kilkukrotnie przekonywać.
Przyczepić się można za to w kilku miejscach do scenariusza, który - chociaż nie powoduje żadnych facepalmów, to jednak daleko mu do błyskotliwości pierwszej części. Zasadniczo jest to dosyć prosta i sprawiająca wrażenie prologu do większej całości, historia zespalająca fundamenty pod ewentualne sequele. Obym się mylił, bo osiągnięty w jednej ze scen, sugerujący możliwość kontynuacji, patetyzm mocno zgrzyta z atmosferą reszty filmu i stanowi chyba jego najgorszy fragment. Znalazłoby się też kilka niedociągnięć i nielogiczności, ale nie popełniono tu żadnego z grzechów głównych. Historia jest napisana poprawnie i nie przeszkadza widzom czerpać przyjemności z wizualnej maestrii, serwowanej przez realizatorów.
Ogólnie zatem wypada potwierdzić to, o czym szeptano już dawno: nowy Blade Runner daję radę. Fanów powinien zachwycić wykreowaną atmosferą, zainteresowanych co najmniej usatysfakcjonuje. Warto jednak znać poprzednią część, właściwie wydaje mi się to konieczne. Bez wiedzy na temat historii świata i przeszłości bohaterów, film traci znaczną część swojej jakości.
7+/10

_________________
You believe in the angels or the saints or there's such a thing as a state of grace. And you believe it, but it's got nothing to do with reality. It just an idea. I mean you got your ideas and you got reality, and they're all... they're all fucked up.

nie ma mnie nigdzie, z Wami też | cybernetyczna dupa | lekarze zaszczepili mnie | nie kontaktuje się
cyberkomuna wali mnie | nie muszę dzielić się | pierdole fejsa | pierdole mocno go


since 22/4/2003


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 8 października 2017, o 22:49 
Avatar użytkownika
Król Sucharów
Offline

Dołączył(a): 5 maja 2014, o 09:00
Posty: 13138
Blade Runner 2049 - Ostrzegam, to może być naprawdę długi tekst. Obiecuję jedynie, że nie zdradzę żadnego ważnego szczegółu z nowej produkcji, bo zepsułoby to seans w dużym stopniu. W tym miejscu dodatkowe brawa dla działu promocji. Zwiastuny narobiły apetyty, ale - co dziś niezmiernie rzadkie - nie zdradziły żadnego istotnego detalu ani nie opowiedziały połowy filmu. Tak się to powinno robić.

Nie lubię mody na "rimejki". Zawdzięczam im co prawda genialny "Mad Max: Fury Road", ale na każdy taki sztos przypada kilka bezpłciowych, miałkich produkcji drugiej kategorii. "Pamięć absolutna" z 2012, "Robocop" z 2014, "Point break" z 2015 czy fatalne "Ghosbusters" z 2016. Kiedy usłyszałem, że będzie sequel Blade Runnera, mój wewnętrzny kinoman zapłakał. Potem okazało się, że reżyserem będzie Denis Villneuve - to już bardzo dobra wiadomość. Jeszcze później wyszło, że Ridley Scott będzie tylko producentem (yes yes yes!), ale też, że dla Villneuve'a to jest tzw. "pashion project" czyli coś bardzo osobistego. To nie zawsze wychodzi, bo przy tego typu podejściu reżyserzy potrafią popłynąć za daleko w swoich wizjach.

Nic takiego nie miało miejsca przy "Blade Runner 2049". Reżyser stworzył obraz prawie doskonały. Oddał hołd oryginałowi, ale jednocześnie stworzył film posiadający własną tożsamość, własny styl i własną, naprawdę wciągającą historię. Nie wiem czy ludzie, którzy nie znają albo nie przepadają za oryginałem będą tak samo zachwyceni, ale nawet im powinno się podobać.

Właśnie. Podobać. Wizualnie ta produkcja jest najładniejszym filmem jaki widziałem do tej pory. Nie przesadzam. Każdy kadr jest tak dopieszczony, tak szczegółowy, tak oświetlony, tak sfilmowany, że dowolną stop-klatkę można powiesić w domu na ścianie. Jeśli oczy mogą dostać orgazmu - to jest seans, na którym można sprawdzić teorię. Muszę to obejrzeć jeszcze kilka razy, bo za pierwszym niemożliwe jest docenienie szczegółowych lokacji, scenografii, niewyczuwalnego CGI. W porównaniu z filmem z 1982 jest tu bardziej kolorowo, często opuszczamy mroczne, ciasne Los Angeles i zwiedzamy okoliczne pustkowia czy wysypiska śmieci, ale to ani na chwilę nie wychodzi poza dystopiczny obraz świata, do którego przyzwyczaił nas Scott te trzydzieści pięć lat temu. Jeśli Roger Deakins za zdjęcia nie dostanie w tym roku Oscara to znaczy, że nie dostanie go nigdy.

O historii mogę napisać tyle: postać Ryana Goslinga jest łowcą androidów, przy okazji rutynowej roboty trafia na trop, za którym podąża, trafiając na dużo poważniejszą i bardziej niebezpieczną sprawę niż mógłby przypuszczać. Śledztwo, które widz prowadzi razem z tytułowym bohaterem postawi wiele pytań i po raz kolejny pozwoli się otrzeć o takie tematy jak: istota człowieczeństwa, dusza, samotność, potrzeba bliskości, miłość, poświęcenie czy wybieranie w życiu tego co właściwe. Tak jak poprzednio - akcja jest wolna, sceny bez akcji i dialogów ciągną się w nieskończoność. Pozwala to nacieszyć się wizualną stroną i daje czas na refleksje. Chociaż rozumiem jeśli kogoś takie tempo narracji zwyczajnie znudzi.

Dodatkowo Villneuve zastosował tu znów - nie wiem jak on to robi - taki miks dźwięku i obrazu, że (jak przy innych jego produkcjach) cały czas siedziałem na brzegu fotela. Nic się nie dzieje, ot, zwykłą rozmowa dwóch postaci. Albo w ogóle panorama miasta, Gosling gdzieś sobie idzie, a ja siedzę i mam nerwowo zaciśnięte pięści jakby czekając na coś strasznego. Podobnie było w "Arrival", podobnie miałem przy "Prisoners". Wiecie, takie uczucie niepokoju, dyskomfortu. Jak kamyk w bucie, jak niezbyt wygodny fotel, jak zadarta skórka przy paznokciu. Wywołać w kimś taki stan za pomocą filmu? Magia. To podnosi produkcję na wyższy poziom niż Blade Runner z 1982, którego uwielbiam, ale są tam sekwencje, na których ciężko nie przysnąć.

Villneuve ewidentnie podziwia i bardzo szanuje film Scotta. Jest tu wiele dialogów i scen nawiązujących do filmu sprzed 35 lat. Jednocześnie jest to zrobione bardzo subtelnie i bez walenia widza w łeb nostalgią. Są nawet ze dwa momenty odnoszące się do najsłynniejszego pytania związanego z tematem: czy Deckard jest replikantem? Nie powiem wam co na ten temat mówi 2049, ale ja się nie zawiodłem.

Aktorsko, z jednym zastrzeżeniem(o którym za chwilę), jest po prostu idealnie. Gosling, Ford, Leto, Ana de Armas, Robin Wright, Dave Bautista, Mackenzie Davis - co kreacja to lepsza. Zwłaszcza Ford, który w końcu wygląda jakby znów mu zależało. Już w "The Force Awakens" był w porządku, ale tam mam wrażenie, że zapomniał ile ma lat i próbował grać Hana Solo z dawnych lat. W Blade Runnerze jest genialny. Gosling nie był tak dobry od czasu Drive. Ten jego smutny wzrok bez wyrazu idealnie pasuje do roli. Ana de Armas partneruje mu rewelacyjnie, a scena kiedy de Armas, Gosling i Davis są na ekranie we trójkę - mistrzostwo świata.

Żeby nie odlecieć zupełnie - jak zawsze - musi być jakieś "ale". Po pierwsze Sylvia Hoeks. Gra specyficzną rolę, ale jak dla mnie przeszarżowała i odstawiła własną wersję Roberta Patricka/T-1000 z Terminatora 2. Nie podobało mi się to. Do tego mam dwa zastrzeżenia fabularne, o których przeczytacie pod recenzją - wyraźnie będzie oznaczone to jako spojler. Jedno to po prostu małą dziura w scenariuszu, ale druga sprawa to tak zużyta i tandetna klisza, że przez chwilę miałem wrażenie, że podmienili taśmy i oglądam jakiś słaby, hipotetyczny sequel Matrixa (tak, hipotetyczny, Matrix to dzieło kompletne i kontynuacje nie powstały, wypieram to ze świadomości).

Narzekając dalej: przedostatnia scena powinna być ostatnią. Jest jedno dodatkowe ujęcie, którego mogli nam twórcy oszczędzić. Generalnie to trochę wada całego filmu. W kilku momentach Villneuve jest zbyt dosłowny. Szczególnie monologi postaci Jareda Leto to czysta ekspozycja i szkoda, że nie zostawiono więcej niedopowiedzeń. Podobnie jest z retrospekcjami. Czasem coś się w filmie ważnego dzieje i widz odkrywa tajemnicę razem z bohaterami. Po czym reżyser serwuje nam powtórkę sceny w formie wspomnienia, nagrania albo wewnętrznego głosu. Jakby nie wierzył w inteligencję i spostrzegawczość swojej widowni. Dodałbym do minusów jeszcze muzykę. Zimmer od bardzo dawna jest wyrobnikiem. Rzemieślnikiem. Brzmi to wszystko nieźle, ale nie wybitnie. Żadnej melodii, żadnego motywu, który zostałby w głowie na dłużej.

Gdybym wyzbył się ludzkich odruchów i emocji - dałbym najnowszej produkcji Villeneuve'a dziewięć. Dawno jednak nie miałem tak, że po seansie siedziałem parę minut w totalnym odrętwieniu, nie wierząc, że właśnie obejrzałem to, co obejrzałem. A obejrzałem arcydzieło. Genialny sequel do świetnego filmu. Moim zdaniem lepszy niż produkcja Scotta. Niewiele, ale jednak. Nie wierzyłem, że to możliwe, ale stało się. Niecałe trzy godziny minęły mi bardzo szybko, utonąłem w tym filmie, utonąłem w perfekcyjnej oprawie audiowizualnej, utonąłem w gęstym klimacie. Dla mnie to jest w tej chwili film roku i nie widzę na horyzoncie niczego, co mogłoby ten werdykt zmienić. Denis Villeneuve to geniusz i jestem spokojny o jego kolejny projekt - Diunę. Jeśli nie "znolanizuje się" i nie popadnie w banał - będzie najlepszym reżyserem naszych czasów. Chapeau bas! 10/10

http://zabimokiem.pl/denis-villeneuve-to-geniusz/

_________________
Obrazek

"To nie baśń, to życie. Parszywe i złe. Więc do cholery i zarazy przeżyjmy je w miarę przyzwoicie. Ograniczmy ilość czynionych innym krzywd do niezbędnego minimum."

Old FŚGK number is 31 610.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 12 października 2017, o 09:24 
Heavy Metal Troll
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 18:47
Posty: 3976
Blade Runner 2049

Niestety - kiszka. Jakby ktoś wtykał mi na siłę starego Blade Runnera podlanego nowym sosem. Właśnie ta nachalność przeszkadzała mi najbardziej - warstwa wizualna jest w sumie ok i wiadomo, że czerpie z pierwowzoru, ale muzyka, dialogi (nawet z maszynerią do badań kości albo dronem! Co i rusz jakiś dialog ala stary Blade Runner), gra aktorska wzorowana tak mocno na to, co w oryginalnym łowcy wyszło przypadkiem... Oczywiście na plus Ryan Gosling, który chyba nawet nie musiał za bardzo grać.

To wszystko trwa nieomal 3 godziny w porównaniu do ~2 z oryginału. Ale przynajmniej można było sobie majla sprawdzić. Poza tym chyba kogoś powaliło z dźwiękiem na sali kinowej, bo trzeba było zatykać uszy, a dronująca muzyka jeszcze tylko ten efekt pogłębiała. Też tak mieliście?

Do tego odpowiedzi na pytania, które powinny pozostać bez odpowiedzi - tak jak w oryginale. Ja wiem, że Scott w wywiadach mówił różne rzeczy, ale nie interesuje mnie przekładanie tego na film. Tym bardziej, że wykańcza to najważniejszy element Dickowości, wyrażony chyba w jedynej Dickowskiej scenie w Blade Runnerze 2049 - Deckarda z K. na temat psa.

- Is it artificial?
- Ask him.

Ups, ale mega spojler.

I tak powinno być przez cały film.

5/10

_________________
Nikt nic nie czyta, a jeśli czyta, to nic nie rozumie, a jeśli nawet rozumie, to nic nie pamięta.


Góra
 Zobacz profil  
      
PostNapisane: 13 października 2017, o 22:28 
Avatar użytkownika
Stary Człowiek, A Może
Offline

Dołączył(a): 4 maja 2014, o 21:57
Posty: 4029
Lokalizacja: small village near Bydgoszczu
Blade Runner 2049

U mnie będzie krótko. Skończył się seans, podniosłem się z fotela, poszedłem robocim krokiem na parking, wsiadłem w samochód. Jechałem do domu 30 minut w absolutnej ciszy, nie włączając radia, jak w transie. Było ciemno, na ulicach już mały ruch. Miałem wrażenie, że lecę spinnerem przez posępne Los Angeles a w uszach wciąż dudniły mi dziwne dźwięki jakie wypełniały film. Przed oczami przeleciały mi te momenty z liceum, gdy z kumplami oglądaliśmy raz za razem film z 1982 roku. W głowie wciąż brzmiała melodia z końcowej sekwencji, jawny ukłon w stronę pierwowzoru. Może nie jest to idealny film, kilka drobiazgów mi przeszkadzało ale jako całość zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Zestaw trailerów naprawdę debilnych filmów jakie puszczono przed seansem uzmysłowił mi jak wyjątkową pozycją jest nowy Blade Runner i jak bardzo należy hołubić jego twórcę. Ponieważ jednak jakiś porządek w przyrodzie musi być i skoro ostatecznej wersji filmu Scotta dałem kiedyś dychę to tutaj uczciwa, moim zdaniem, będzie ocena 9/10

A jeszcze krócej to mi się naprawdę k..a podobało! :) Mam taki pozytywny nastrój jak po Łotrze, że ktoś się wziął za coś co lubię i zrobił to tak, jakbym sobie sam to wymyślił :)


Góra
 Zobacz profil  
      
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2017 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 37, 38, 39, 40, 41

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL