Mad Max: Na drodze gniewu


Mad Max: Na drodze gniewu

Mad Max: Fury Road

Średnia ocena: 8.67

Crowley2015-05-24 01:44:40




Widzę, że inni, którzy widzieli, boją się zacząć, więc ja spróbuję. Obawy co do czwartej części Mad Maxa były ogromne od samego początku. Czy tyle lat później można nakręcić coś zgodnego z duchem wcześniejszych części? Czy można zastąpić Gibsona? Czy efekty specjalne nie przesłonią całej reszty? Niby reżyser ten sam ale czy 75-letni Australijczyk, który ostatnio kręcił animacje dla dzieci da radę zrobić coś dla tych, którzy pamiętają poprzednie filmy? Trailery były dość obiecujące, chociaż obawiałem się, że poza wybuchami i toną komputerowych efektów nie będzie tam za wiele do oglądania. Hardy to dobry aktor ale czy nadaje się na Maxa? Trochę się bałem. Charlize w obsadzie napawała optymizmem ale z drugiej strony czy kobieta w roli głównej nie sprawi, że film straci pazur? W końcu Mad Max to wojna o paliwo i ryk V8 w dziwacznych, postapokaliptycznych autach. Gdzie tu miejsce dla dla tak ślicznej pani?
Kto czytał Luźny o filmach, ten już wie, że operacja udała się w 100% a pacjent przeżył i ma się dobrze. Miller zrobił film, który po uszy tkwi w latach 80tych z jego kultowym kinem rozrywkowym i magikami od efektów specjalnych z keczapu, gumy i starej kosiarki ogrodowej. Fabuła jej prosta jak drut: mamy złego gościa - Nieśmiertelnego Joego, który rządzi olbrzymią osadą wśród jakichś skał na postnuklearnej pustyni. W przypływie dobroci raczy powykręcanych mieszkańców wodą, trzyma sobie harem młodych dziewczyn, które rodzą mu dzieci, a pod ręką ma armię albinoskich czcicieli silnika V8, którym obiecał życie wieczne w Valhalli. Z tej krainy szczęśliwości niejaka Furiosa wyjeżdża opancerzoną ciężarówką wraz z niewielkim konwojem po benzynę do pobliskiej osady-rafinerii. Naprawdę jednak wywozi ze sobą własność Joego, który rusza za nią w pościg. W to wszystko przypadkiem wplątuje się Max, który zostaje schwytany na samym początku filmu, a potem zabrany razem z resztą armii w pościg za uciekinierami. Koniec, od tego momentu jest już tylko rozpierducha. Dwie godziny prawie nieprzerwanego pościgu, ryczących koni mechanicznych, niesamowitych wyczynów kaskaderskich i co tu dużo gadać - zajebistości.
Film jest dziwny, albo może raczej dziwaczny. Wydaje mi się, że specjalnie skrojony pod geeków i duże dzieci, czyli dorosłych już facetów, którzy ciągle grają w gry komputerowe, czytają głupkowate książki s-f i tak po cichu chcieliby jeździć podrasowanym V8 z trupią czaszką na masce i kolcami na dachu. Miller nakręcił nowego Mad Maxa z myślą o tych, którzy do tej pory lubią sobie obejrzeć Rambo, Predatora, czy innego Indiana Jonesa i żałują, że Holyłud zamiast robić kolejne takie kultowe hiciory, bawi się w komputerowe animacje dla dzieci, tworzone tylko po to, żeby sprzedać kolejne zabawki. Dostał bardzo pokaźny budżet i wyjechał na pustynię z tonami żelastwa i materiałów wybuchowych. Zabrał ze sobą cyrkowców z Cirque du Soleil, 150 kaskaderów, rozwalił przy okazji kręcenia kawał pustyni w Namibii, wysadził kilkadziesiąt samochodów i zrobił najlepszy film akcji od nie wiem jak dawna.
Scenografie, kostiumy, rekwizyty i samochody robią obłędne wrażenie. Jest facet, który ma perukę zrobioną z taśm z nabojami. Jest ołtarz z kierownicami do samochodów. Jest ciężarówka z dwoma silnikami i 2000 KM mocy. Jest scena, podczas której dwóch gości pluje nitro bezpośrednio do silników. Jest samochód na gąsienicach, gość ze sztucznym metalowym nosem i samochód wiozący koncertowe nagłośnienie, z wielkimi bębnami i wiszącym dzikusem z dwugryfową gitarą, która zieje ogniem. I to wszystko jedzie, lata, wybucha i płonie przez dwie godziny. A najlepsze, że ten pościg w ogóle nie nudzi, że nie ma się przesytu od ilości akcji. Fabuła, chociaż prosta jak szpadel, ma sens, początek, rozwinięcie i efektowny finał. Wszystko to wygląda jak wygląda, bo chociaż spece od postprodukcji mieli mnóstwo roboty, to każdy kawał żelastwa na ekranie istniał w rzeczywistości, a te wszystkie złomobile jeździły po prawdziwej pustyni. I choćby zebrał wszystkich grafików komputerowych świata i zamknąć ich na 10 lat w studiu z zadaniem stworzenia najlepszych animacji w historii, to i tak nie stworzyliby czegoś tak fantastycznego. Każdy fan Falloutów i designu z drugiej i trzeciej części Mad Maxa będzie wniebowzięty.
Nie muszę chyba wspominać, że zdjęcia są świetne. Co ciekawe Miller często stosuje manipulację szybkością odtwarzania i sporo scen było puszczonych w szybkim tempie, a tyle samo w slow motion. Normalnie pewnie by mnie to wkurzało ale w pierwszym Mad Maxie też jeździli szybciej niż ustawa przewiduje i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Muzyka w tle pięknie dudni przez prawie cały czas, nadając filmowi pewien rytm, który trzyma od początku do końca. Aktorzy też spisali się na medal. Max mówi tyle co Schwarzenegger w Terminatorze ale jak trzeba kopie zady aż miło, jest za to zupełnie w cieniu Furiosy, która jest główną bohaterką tej opowieści - kobietą silną i niezależną ale przybitą i szukającą odkupienia. To zresztą chyba najbardziej feministyczny film od czasu Thelmy i Louise. Menażeria postaci w tle to z kolei prawdziwa galeria dziwactw i odszczepieńców, którzy są żywcem wyjęci z jakiegoś pokręconego komiksu, czy gry komputerowej. Dziwię się trochę, że wytwórnia Warner Brothers odważyła się sfinansować taki film. Co prawda marka dość znana ale oddali ją w ręce nieobliczalnego Australijczyka, który najwyraźniej dostał zielone światło na zrobienie co tylko zechce za grube miliony zielonych. Wyniki finansowe zdają się potwierdzać, że pomimo fantastycznych recenzji nowy Mad Max to nie jest film dla każdego. Co prawda powinien się zwrócić po tym weekendzie ale jakiegoś wielkiego szału chyba nie będzie. To wynik bezkompromisowego podejścia autorów, którzy zrobili film jaki chcieli a nie jaki przyciągnie do kin tłumy nastolatków. Chwała im za to i mam nadzieję, że jednak się pomyliłem, a kasy będzie tyle, że ktoś zatwierdzi kontynuację. Na sam dźwięk domniemanego tytułu Mad Max: Wasteland mam ciarki na plecach i trzymam kciuki, żeby komuś starczyło jaj do zrealizowania tego projektu.
Zresztą co ja się będę tu produkował. Nowego Mad Maxa musicie obejrzeć, bo to film dla dużych dzieci, który sprawi, że będziecie mieć banana na ryju przez cały seans i nic bardziej intensywnego już w tym roku nie obejrzycie. Tak, pamiętam o Przebudzeniu mocy.

9/10

ThimGrim2015-05-25 18:22:58




Evil, more evil than violence
Violent, more violent than death
Deadly, more deadly than man
I am yeah, yeah, I'm evil I am
— Megadeth „Prince Of Darkness”

Nadzieja jest dla naiwnych, a w świecie, w którym przeszłość to tylko mit, jedyne o co warto walczyć to teraźniejszość. Max o tym wie, ale nękające go w snach i na jawie duchy przeszłości nie dają mu spokoju. Jednak na razie to nie duchy są jego największym zmartwieniem, bo świrusy skutecznie sprowadzają go na ziemię. Kilka dzikich minut później Max robi już za „galion” na czele kolumny machin wojennych w pustynnej pogoni za uciekinierką z Cytadeli, uciekinierką która skradła najcenniejszy skarb Wielkiego Joego.

Na seansie przyda się wam z pewnością woda, bo tyle piachu i pustyni nie jest w stanie dostarczyć w swoich kawałach nawet Sith. A piach w oczach i suchość w gardle, to jedne z pierwszych rzeczy, których doświadczycie, bo klimat postapo wysypuje się z ekranu. Kolejnym doświadczeniem będzie z pewnością szaleństwo, ale na to nie mam rady, to po prostu trzeba przeżyć samemu. Reżyser zadbał o to żeby widz się nie nudził i dzięki temu możemy podziwiać liczne i efektowne objawy obłąkania, obłędu oraz obsesji, połączone z tym co świat Mad Maxa ma do zaoferowania, czyli niedostatkiem wody, jedzenia, paliwa, a także mutacjami i skażeniem. I zdaje się, że mutacje w tym świecie są niczym dotyk Boga – święte, namaszczające prawowitych władców. Dlatego władzę wykonawczą w tym świecie sprawują ci najbardziej zmutowani. Natomiast wesoła ferajna Joego to mała armia, dla której wysokooktanowy pościg jest okazją do udowodnienia sobie i Joemu, że są godni wstąpić do Walhalli. Tak… ten świat jest z pewnością zły, brutalny i śmiercionośny.

I kiedy już przywykniecie do tego, że podczas seansu trzeba od czasu do czasu wytrzepywać z butów piach, to może w tle usłyszycie świetną muzykę, przyjrzycie się grze aktorskiej, zdjęciom i fenomenalnym efektom specjalnym i pewnie dostrzeżecie też, że jak na świat postapokaliptyczny to zarówno paliwo jak i woda leją się strumieniami (ta ostatnia nawet wodospadami), a naiwność głównej bohaterki jest niewspółmierna do doświadczeń życiowych. A to podobno Max jest szalony… I ja wiem, że nie o fabułę chodzi w tym filmie, ale mimo wszystko kiedy nastąpił zwrot, to zdałem sobie sprawę, że poza dwugodzinnym pościgiem „Mad Max: Na drodze gniewu” nie oferuje nic więcej. I chyba nie do końca tego oczekiwałem. Bo jednak poprzednie części dostarczały mi więcej wrażeń. W tym pewnie też zasługa starego Maxa, bo Mel Gibson to był gość, co nie tylko był twardy – jak Tom Hardy, ale nie miał też twarzy wyciosanej z kamienia – jak Tom Hardy, a poza tym miał jaja i poczucie humoru – jak nie Tom Hardy. Ponurego humoru, ale tylko pośredniego, można za to doświadczyć patrząc i słuchając trepów (akurat „minstrel” jakoś nie zrobił na mnie wrażenia, ale scena z "Szacun!" tak ). No, ale tu znowu ni stąd ni z owąd pojawia się trep, na którego wieloletni drenaż mózgu nie podziałał wystarczająco... Ale abstrahując już od lowelasa, w poprzednich filmach jednak działo się jakby więcej, a przynajmniej bardziej różnorodnie.

Podsumowując, nie mam specjalnych zarzutów wobec nowego Mad Maxa, ale też nie przeżyłem objawienia. Mimo wszystko, aspektu fabularnego nie oceniam źle, bo udało mi się odnaleźć nadrzędny sens, główny motyw, wokół którego toczą się wydarzenia i który spaja fabułę. Tylko żałuję, że musiałem go wypatrywać z lupą. Jak dla mnie czynnika „mad” było za dużo, a „Max’a” trochę jakby mało.

8/10

SithFrog2015-05-25 22:06:33


- Zamiast czekać z resztą społeczeństwa na wyniki drugiej tury wyborów prezydenckich, postanowiłem iść do kina. Wybór padł na produkcję, której autentycznie się bałem. Nie dość, że to kolejna próba odświeżenia czegoś, co było dobre w latach osiemdziesiątych, to jeszcze film akcji miał robić reżyser oryginalnych Mad Maxów. Facet, który kręci jeden film na kilka lat, a jego ostatnie hity to Babe – świnka w mieście i dwie części Happy Feet: Tupot małych stóp. Tyle z oczekiwań. Po seansie byłem oszołomiony i bardzo szczęśliwy, że zamiast słuchania Dudy czy Komorowskiego wybrałem Mad Maxa. Geroge Miller na prezydenta!

Zaczyna się charakterystycznym kadrem. Główny bohater stoi na pustkowiu, tyłem do kamery. Po chwili odpala ryczące V8 w swoim aucie, akcja rusza z kopyta i nie zatrzymuje się przez dwie godziny. Fabuła jest szczątkowa, opowiedziana obrazami wybuchów, pościgów i szczątkowych dialogów. Serio, wszystkie teksty zmieściłyby się w szesnastokartkowym zeszycie. Nolan pewnie się za głowę łapie, bo u niego jedna scena ma więcej mamlania jęzorem i tłumaczenia widzowi o co chodzi niż cały film Millera. Wielki i zły Nieśmiertelny Joe prowadzi na pustkowiu państewko swoich wyznawców – Trepów i reszty ludzkich odpadków, które szukają przetrwania. Cały system opiera się o benzynę i wodę, której Joe ma pod dostatkiem. Jego podwładną jest Furiosa, wojowniczka, która decyduje, że musi uwolnić siebie i nałożnice tyrana. Zaczyna się pościg po pustynnych bezdrożach, a w sam środek trochę przypadkowo zostaje rzucony tytułowy bohater.

Mad Max: Fury Road to staro-szkolne kino w najlepszym stylu. Post-apokalipsa w turbodoładowanym wydaniu! Żadnego CGI, żadnych plastikowych efektów specjalnych. Wszystko jest żywe, namacalne i zabójcze. Samochody obudowane kolcami, wysięgnikami i narzędziami zniszczenia. Ryczące swoimi V8-kami, ziejące ogniem, oblepione krwią, piachem i smarem. W kinie niemal czuć swąd spalin i trzaskanie piasku w zębach. No i jak to jest nakręcone! Wszystkie sztuczki jakie znało kino przed epoką komputerów zebrane w jednej produkcji i wykorzystane z niesamowitym wyczuciem. Spowolnienia, szerokie kadry, przyśpieszenia – dynamika scen ani na chwilę nie siada i najważniejsze – nie nuży. Wiele filmów rozciągając sceny walk na 20 minut po prostu nie daje rady utrzymać widza w ciągłym skupieniu. Miller potrafi zrobić sekwencję, która wydaje się nie mieć końca, a ja chciałem więcej i więcej. Pościgi samochodowe, walki wręcz, kraksy, wybuchy, bomby, zasadzki. Ani na chwilę nie opadł mi poziom adrenaliny (benzyny?) w krwiobiegu. Tam gdzie trzeba zwolnić tempo też jest ciekawie. Czasem Max po prostu znika i wraca cały we krwi. Co się stało? Niech ci wyobraźnia podpowie drogi widzu.

Osobne słowa uznania dla Charlize Theron. Wbrew tytułowi to ona wydaje mi się główną bohaterką filmu. Ten zresztą ma dość mocny wydźwięk feministyczny. Traktowane przedmiotowo kobiety wyrywają się z niewoli i gotowe są ginąć walcząc o wolność. Czapki z głów przed scenarzystami, a wszyscy inni niech się uczą jak zrobić mocne żeńskie postaci bez nadawania im karykaturalnych cech. Furiosa to wojowniczka z krwi i kości, a jednocześnie ani przez chwilę nie traci swojej kobiecości. Tom Hardy też wypada nieźle, ale z uwagi na tak poprowadzoną historię jest praktycznie bohaterem drugoplanowym. Świetnie pokazano traumę i problemy psychiczne Maxa. Majaki, omamy i niedomówienia. Można się domyślać co go tak prześladuje, ale nic nie jest widzowi podane na tacy.

Szczątkowo zarysowaną fabułę spaja niesamowity i gęsty klimat. Nie jest to tak dołujące „postapo” jak „Droga” McCarthy’ego, ale na każdym kroku widać, że każdy tu jest skazany na siebie. Jedyny instynkt jaki pozostał ludziom to instynkt przetrwania. Bez względu na koszty. W kilku miejscach bohaterowie zamiast rozmawiać wykonują proste gesty albo mruczą i powarkują. Regres ludzkości jest wręcz namacalny. Trepy święcie wierzą w boską moc Joe’go, co daje nam jedną z najlepszych scen w filmie. Bez przesadnych spojlerów – kiedy usłyszałem „witness me!” szczęka opadła mi do samej ziemi. Nie zabrakło też madmaxowej przesady i groteski. Jeden z pojazdów to zagrzewający do walki to kolos z sześcioma wielkimi bębnami. Z przodu zaś ma kilkanaście wielkich głośników, a na środku do walki na żywo przygrywa facet na dwu-gryfowej gitarze ziejącej ogniem. Szaleństwo i przesada w czystej postaci. A propos gitary jeszcze. Raz słyszymy zwariowany rock i metal z lat osiemdziesiątych, a kiedy indziej liryczne melodie na fortepianie czy skrzypcach.

George Miller dokonał niemożliwego. Ten film nie ma słabych stron. W czasach kiedy słaby remake przeplata się z jeszcze słabszym, reżyser stworzył arcydzieło. Film lepszy niż wszystkie trzy części, jakie wcześniej popełnił. A to wyczyn, bo jedynka i dwójka mają przecież status kultowych. Wyobrażacie sobie, że nowe Gwiezdne wojny będą lepsze niż Imperium kontratakuje? Że nowy Indiana Jones przebije Poszukiwaczy zaginionej arki? Właśnie tak dobry jest nowy Mad Max. Nie żeruje finansowo na swojej legendzie. Wynosi ją na zupełnie nowy poziom. Chylę czoła panie Miller.

10/10

Pquelim2015-05-26 09:26:00



O pierwszej części przygód Maxa napisałem, że sprawia wrażenie, jaby była zrobiona za 200 dolarów+trotyl.
Najnowsza część serii sprawia wrażenie jakby była zrobiona za 200 milionów dolarów + tony trotylu.
I bardzo dobrze.
Właściwie jest to powrótka z rozrywki - szczególnie jesli nie dawno odświeżyliśmy sobie część druga - tylko wszystkiego jest więcej, mocniej, bradziej. No, prawie wszystkiego, ale o tym za chwilę.
Świat Mad Maxa jest bardziej realny w swojej nierealności. Nie jest już wypłaszczonym schematem o bezsensownej wojnie pomiędzy plemionami cofniętymi intelektualnie do epoki kamienia łupanego, jak było w poprzednich częściach. Nadal jest pogrążonym w chaosie i beznadziei fantastycznym światem postapo, ale jego mieszkańcy nie są już tylko papierowymi kartonikami. Mają swoje cele, dążą do wolności, obudzenia w sobie nadziei lub uzyskania chwały. Do utrzymania władzy, lub do rozbicia istniejących okruchów ładu. Jest mniej anarchistyczny, bardziej autorytarny i cięższy. Tyrani władają szarą masą skupioną wokół podstawowych dóbr, które stały się towarem deficytowym. Niby to samo, co w każdym psotapo, ale jednak tutaj podlane warstwą szaleństwa i buntu, umożliwia widzowi niemal błyskawiczne czerpanie przyjemności podczas seansu. Świat Mad Maxa fascynuje i przeraża, a przez to jeszcze mocniej przyciąga. Pomimo brutalnosci i bezwzględności, ukazuje wyjatkowy rodzaj szaleństwa i nieskrępowanej wolności. Myślę, że w każdym z nas te skrajne emocje gdzieś się czasem kołaczą i póbują wyskoczyć z piersi. I właśnie odwołanie do nich czyni z Mad Maxa produkcję wyjątkową. Nie tylko w tej cześci, ale w całej serii.
Najnowszy Mad Max porywa widza w szaleńczy pościg po bezdrożach nieistniejącego świata w nieistniejącym celu i pozbawioną nadziei walkę o przetrwanie. Wszystko w naprawde rewelacyjnej oprawie audiowizualnej, która momentami powala rozmachem, jest świetnie zaprojektowana i wzbudza autentyczny podziw, przeykuwając całą uwagę widza. Oglądając najnowszą część mamy poczucie, że znajdujemy się w zupełnie innym, przerażającym miejscu, które tyleż nas szokuje i odstrasza, co fascynuje i przyciąga. Ogląda się niezwykle przyjemnie i jest to jeden z najlepiej zbudowanych klimatów postapokaliptycznych, z jakimi miałem do czynienia.
Jeżeli chodzi o fabułę, to tym razem została ona znacznie bardziej rozbudowana, chociaż trudno powiedzieć żeby ten zabieg skończył się jakimś powalającym sukcesem. Nie do końca o historię tutaj chodzi, jednak należy zauwazyć że znów jest w niej kilka banalnych i ogranych wielokrotnie motywów, a samo zakończenie głównego wątku nie wzbudza w widzu tak silnych emocji, jak doskwiekrające poczucie obcowania z szaleństwem tamtego świata. Dużo lepiej udało się twórcom stworzyć atmosferę, niż opowiedzieć w niej rzeczywiście interesująca historię. Jednak zarzut ten jest o tyleż trafny, co zapewne niepotrzebny - bo jak pokazują poprzednie części siłą scenariusza nigdy nie miały być rozterki i dramaty głównych bohaterów.
Mad Max: Fury Road to spotęgowane najlepsze rzeczy z poprzednich części, zaserwowane w kapitalnej oprawie. Praktycznie wszystko jest tutaj na miejscu, poza jedną rzeczą. Tytułowym bohaterem, niestety. Maxa jest w tym filmie zwyczajnie za mało. I tak jak nie można mieć wielkich pretensji do Toma Hardy'ego o całość jego pracy (chociaż spojrzenie zbitego pieska niespecjalnie tu pasuje), tak scenarzyści rozpisując spektakularne pościgi i ciagłe zwroty akcji chyba trochę zapomnieli o głównym bohaterze. Mel Gibson był osią starych Mad Maxów, decydował o losach innych i nadawał sznytu akcji. W najnowszej części ta rola została zdegradowana do uczestnictwa w pościgu, do bycia "jednym z kilku" głównych bohaterów. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że Max jest postacią drugoplanową w stosunku do roli Charlize Theron. Szkoda, bo chociażby poczatek filmu, podobnie jak wszystkie sekwencje z jego "demonami" są świetnie zmontowane i wzbudzają apetyt na więcej.
Jezlei chodzi o bohaterów, to również mógłbym się przyczepić do kawalkady pięknych małżonek, których rola w tej historii nie jest dla mnie do końca jasna. Z jednej strony wygląda to na jakieś działania w kierunku feminizacji męskiego kina i niekoniecznie dobrze pojmowanego parytetu, z drugiej cały ich wątek wypada dosyć sztucznie, sprawia wrażenie doklejonego do ogólnej koncepcji. Tym bardziej, że z biegiem czasu fabuła skręca w zupełnie inną stronę i cała ta historia przestaje już mieć jakiekolwiek znaczenie.
Podsumowując, Mad Max: Fury Road to dla mnie zdecydowanie najprzyjemniejszy wypad do kina w tym roku. Pomimo kilku niedociągnieć i braku "Maxa w Maxie", jest to nadal pozycja ze wszech miar godna polecenia. Momentami olśniewająca rozmachem, momentami przytłaczająca atmosferą, momentami kapitalnie zwariowana (koleś na gitarze roxxx!).
Warto. Więcej takich remak'ów!

8/10

Cherryy2015-05-26 21:11:15




Nie zazdroszczę Maksowi. Nie zazdroszczę żadnej z istot zamieszkujących świat Millera. Resztka ludzkości odarta z godności, wszechobecny piach, przed którym nie da się uciec. A uciekać trzeba. Non stop.

Z pieczołowitością oddano klimat oryginału, tworząc spójne uniwersum. Do widzów oko puścili też montażyści, parokrotnie sztucznie przyspieszając akcję - i wcale to nie raziło.

Zaniepokoiło mnie jednak małe skupienie się na wprowadzeniu w świat i zapoznaniu widza z bohaterami. Od razu zawiązuje się akcja i niestety ciężko się tutaj z kimkolwiek zżyć. Maksa nie poznajemy prawie wcale (choć zostawiono sobie furtkę na kolejne części), żony są papierowe, tak samo jak i inne postacie. O ile zadbano o realistyczność (choć to kiepskie słowo...) pościgów, to wszelkie relacje są tutaj po prostu drętwe. Na siłę, żeby jakoś wytłumaczyć ciągłe ganianie się po pustyni.

Ode mnie siódemka. Jest dobrze, ale mogło być znacznie lepiej, gdyby perfekcyjne pościgi miały godne "wypełniacze". [prowokacja] Top Gun naszych czasów. [/prowokacja]

7/10

Voo2015-06-02 20:44:21




O Jezusie, co za szalona FANTASMAGORIA!

10/10